Logotyp magazynu Mały Format

Tomasz Kunz

ur. 1969, pracuje jako adiunkt w Katedrze Antropologii Literatury i Badań Kulturowych na Wydziale Polonistyki UJ, krytyk i historyk literatury, tłumacz, autor m.in. przekładów 10 książek Zygmunta Baumana

Pozwolę sobie zacząć naszą rozmowę o Zygmuncie Baumanie od osobistego wspomnienia mojego pierwszego spotkania z jego tekstami, jako że jego efekt wydaje mi się symptomatyczny dla tego, o czym będziemy chcieli później pomówić. Z twórczością Baumana zetknąłem się w początkach szkoły średniej, na dobrą sprawę dzisiaj nie pamiętam, która z jego książek wpadła mi wówczas w ręce, zapewne „Płynna nowoczesność”, ale w tym momencie to nieistotne; chcę jedynie opowiedzieć o mojej na wskroś młodzieńczej reakcji po pierwszej lekturze. Powiedzieć, że byłem zmieszany, to za mało, byłem rozzłoszczony i oburzony. Jako młoda osoba powoli i opornie akceptująca społeczno–polityczne aspekty funkcjonowania człowieka w świecie i próbująca stopniowo włączać je w obszar własnego myślenia, poczułem jednocześnie chęć i niemożność oporu wobec faktu, że oto adekwatnie mówi o mnie – nie poet(k)a, nie pisarz lub pisarka (w klasycznym, obiegowym sensie) – ale socjolog. Oczywiście do totalnej rewizji tej pierwszej, naiwnej i pobieżnej lektury musiało dojść raczej wcześniej niż później, niemniej z dzisiejszej perspektywy – a zarazem w kontekście tematu naszej rozmowy – wydaje mi się, że w tym pokrótce opisanym doświadczeniu lekturowym tkwi pewna prawda o pisarstwie Zygmunta Baumana dotycząca jego ładunku literackiego. Kończąc ten przydługi, anegdotyczny wstęp, chciałbym zapytać, jak wyglądały pańskie pierwsze, przedtłumaczeniowe lektury Baumana?

Zanim spróbuję odpowiedzieć na pańskie pytanie, chciałbym się dowiedzieć, czy w tej pierwszej lekturze odnajdował pan u Baumana coś, co mówiło o pańskim pokoleniu, czy też coś, co trafiało raczej w pańskie indywidualne przekonania…?

Oczywiście ja to rekonstruuję, ale nie, to nie miało zupełnie charakteru pokoleniowego i na pewno silnie wiązało się z moją ograniczoną, eufemistycznie rzecz ujmując, świadomością tego, czym jest i czym może być socjologia. Źródłem tego szoku, jak mi się dzisiaj zdaje, był fakt, że przynajmniej w niektórych obszarach pisarstwo to zdawało się sięgać do problemów, które podejmowała czytana wówczas przeze mnie tak zwana literatura piękna, i jakoś je – najwidoczniej satysfakcjonująco – objaśniać.

I nie sądził pan, że pisarstwo socjologiczne może znajdować się tak blisko życia… Rzeczywiście, Baumanowski styl uprawiania socjologii jest bardzo specyficzny i bywa kontestowany przez wielu „twardych” socjologów. Mam na myśli zwłaszcza tego Baumana, którego najlepiej znamy z okresu, który zaczyna się od wydania „Prawodawców i tłumaczy”, czyli w drugiej połowie lat 80. Bo trzeba pamiętać, że on publikuje od połowy lat 50. Do czasu wyjazdu z Polski w 1968 roku wydał bodaj piętnaście książek z zakresu socjologii ogólnej, zajmował się teorią kultury, ale także angielskim ruchem robotniczym i związkowym, historią i współczesnością angielskiej partii socjalistycznej. Pisał na ten temat także w latach 70. w swoich pierwszych książkach wydawanych w języku angielskim, gdy pracował już na Uniwersytecie w Leeds.

Mój pierwszy kontakt z pisarstwem Baumana miał miejsce, o ile dobrze sobie przypominam, na seminarium profesora Ryszarda Nycza, który był promotorem mojej pracy doktorskiej na krakowskiej polonistyce. Czytaliśmy tam fragmenty „Modernity and Ambivalence”, książki, która ukazała się wtedy w PWN-ie w tłumaczeniu Janiny Bauman, żony Zygmunta Baumana, pod tytułem „Wieloznaczność nowoczesna, nowoczesność wieloznaczna”. To był czas, kiedy Bauman dopiero wchodził w obieg polskiej myśli humanistycznej. Bardziej niż socjologów interesował zresztą wówczas filozofów, literaturoznawców…

Antropologów…

Teoretyków sztuki, kulturoznawców. Roman Kubicki i Anna Zeidler-Janiszewska, którzy dość wcześnie wydali tom rozmów z Baumanem zatytułowany „Humanista w ponowoczesnym świecie”, Joanna Tokarska-Bakir, która przetłumaczyła jedną z książek Baumana, a w przekładzie drugiej, „Etyki ponowoczesnej”, pomagała… To było środowisko, które się Baumanem od razu zainteresowało. Także nieżyjący już filozof, Cezary Wodziński. Pamiętam wystąpienie, wygłoszone przy okazji jednej z wizyt Baumana w Polsce w połowie lat 90., w którym Wodziński stwierdził, że po śmierci Kołakowskiego schedę najważniejszego polskiego filozofa przejmuje właśnie Bauman, bo oto wraz ze zmianą ustrojową, ale też ze wszystkimi procesami kulturowymi, gospodarczymi i cywilizacyjnymi, które ten fakt za sobą pociąga, domyka się ostatecznie jakaś epoka. Bauman został wtedy pasowany przez Wodzińskiego na spadkobiercę Kołakowskiego, przejmującego po nim intelektualny „rząd dusz”.

Wodziński stwierdził, że po śmierci Kołakowskiego schedę najważniejszego polskiego filozofa przejmuje Bauman. Wraz ze zmianą ustrojową i wszystkimi procesami kulturowymi, gospodarczymi i cywilizacyjnymi, które ten fakt za sobą pociąga, domyka się ostatecznie epoka.

Książki Baumana rzeczywiście w tym czasie były niesłychanie inspirujące. Chociażby z tego względu, że wprowadzały do intelektualnego obiegu pojęcie „postmodernizmu”, a potem „ponowoczesności”, proponując pewną spójną koncepcję rozumienia tej kategorii. Na tyle ogólną, a jednocześnie na tyle nośną i przekonującą, że dała się zaaplikować czy zastosować zarówno do refleksji socjologicznej, filozoficznej, kulturowej, jak i literaturoznawczej. Bauman został w tamtym czasie dość powszechnie uznany za jednego z nielicznych wiarygodnych przewodników po tym nowym dla nas, zaskakująco zmiennym i niestabilnym świecie, który dopiero poznawaliśmy. Na tym, jak sądzę, polegała atrakcyjność jego propozycji.

Poza tym Bauman posiadał dużą zdolność wynajdywania bardzo atrakcyjnych i poznawczo nośnych metafor. Na przykład „prawodawcy i tłumacze” to była figura myślowa, która w syntetyczny, a równocześnie bardzo przekonujący sposób zestawiała ze sobą dwie strategie czy też dwa modele myślenia o społecznej funkcji intelektualisty zachodniego. Znakomicie streszczała przejście od modelu kultury opartego na zhierarchizowanej dystrybucji wiedzy, w którym znaczącą rolę odgrywała figura mędrca czy autorytetu, wyznaczającego i dekretującego obowiązujące kierunki myślenia, do roli intelektualisty postrzegającego siebie nie jako twórcę norm i reguł, który dba następnie o ich respektowanie i przestrzeganie, ale jako interpretatora, a więc kogoś, kto nieustannie wystawia się na ryzyko popełnienia błędu. Każda interpretacja jest propozycją, która otwiera się na dialog, polemikę, dopowiedzenie i która zawsze tworzy się niejako ad hoc. To charakteryzowało także styl myślenia samego Baumana. To była socjologia zachowująca minimalny dystans wobec zdarzeń, które czyniła przedmiotem analizy. Bauman zawsze starał się mówić o tym, co dzieje się tu i teraz, uwzględniając możliwość pomyłki i konieczność korekty.

Charakterystyka figury tłumacza dobrze pokazuje to, jak Bauman widział swoje własne miejsce jako intelektualisty, a zarazem odsłania w pewnym stopniu jego stosunek do podziałów pomiędzy poszczególnymi dyscyplinami. Bo z jednej strony to właśnie ta jego aplikowalność, o której pan mówił, jest (a raczej była) atrakcyjna, a z drugiej może stanowić ona dobrą  rękojmię do rozmaicie przeprowadzanych krytyk: filozofowie powiedzą, że jest zadłużony tu i ówdzie (szkoła frankfurcka etc.), „twardzi” socjologowie będą upominać się o naukowość tego typu refleksji, antropologowie będą tropić wszelkiej maści esencjalizmy kryjące się niewątpliwie w tym pisarstwie… Natomiast cała ta krytyka, niezależnie od miejsca, z którego była przeprowadzana, wydaje się o tyle chybiona, że nie uwzględnia tego, jak on sam rozumiał swoje położenie jako intelektualisty, i jego własnego pomysłu na pisanie, o który właśnie chciałbym pana dopytać. Musimy przy tym zaznaczyć, że Bauman nie funkcjonuje w jednym obiegu językowym, bo z jednej strony wydawał pozycje mocniej zanurzone w dyskursie akademickim, jak choćby wspomniana przez pana „Etyka ponowoczesna”, a z drugiej publikował takie książki jak „44 listy ze świata płynnej nowoczesności”, felietony pisane do włoskiego pisma „La Repubblica delle Donne”. To daje do myślenia w kontekście przerzucania pewnych mostów między odmiennymi obiegami językowymi i zastanawiam się, jak widzi to pan, jego tłumacz. Jak Zygmunt Bauman przeciąga pewne koncepcje filozoficzne na stronę publicystyki, buduje nośne metafory, o których pan wspominał? Czy kiedy tłumaczył pan jego teksty, dostrzegał pan więcej takich zabiegów i sposobów, które wykorzystywał on w tym celu?

Te nośne metafory nierzadko niosą także samego Baumana. Tłumacząc go, miałem wielokrotnie wrażenie, że on pozwala się ponieść stworzonym przez siebie obrazom czy figurom myśli, które zaczynają żyć własnym życiem i generują kolejne obrazy i metafory. Oczywiście to wszystko jest świadome i kontrolowane, bo Bauman doskonale wie, co chce napisać. Zanim jednak porozmawiamy o specyfice jego pisarskiego stylu, powinniśmy sobie uświadomić, z jak gigantycznym dorobkiem mamy tu do czynienia. On napisał i wydał prawie osiemdziesiąt książek, z czego ponad pięćdziesiąt w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Zdarzało się, że publikował po dwie, a nawet trzy książki rocznie. To jest coś niesłychanego, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że część z nich to zapisy rozmów (m.in. z Davidem Lyonem, Keithem Testerem). Inna rzecz, że Bauman dopuszczał się dość często czegoś, co śmiało moglibyśmy nazwać autoplagiatem, i nie ukrywam, że jako tłumacz parokrotnie się z tym faktem konfrontowałem. Nawet kilkunastostronicowe fragmenty wcześniej napisanych tekstów były w całości przenoszone do jego kolejnych książek. Ale to, jak sądzę, wiązało się ze szczególną koncepcją pisania, którą Bauman rozwijał w tym późnym, a zarazem najbardziej płodnym okresie swojej twórczości. Wydaje mi się, że on nie myślał o swoich książkach jako o zamkniętych, osobnych całościach, ale raczej traktował pisanie jako dzieło w toku, które podlega nieustannemu suplementowaniu, glossowaniu. I stąd właśnie to powracanie do wcześniej zapisanych myśli i uzupełnianie ich o nowe wątki, konfrontowanie z nowymi przykładami, obudowywanie świeżymi metaforami. Bauman był myślicielem, który nie potrafił żyć bez pisania. Przyznawał zresztą w swoim quasi-dzienniku („To nie jest dziennik”), że nie wyobraża sobie dnia nie tylko bez czytania, lecz przede wszystkim bez pisania, że na pisanie poświęca kilka godzin dziennie i że to jest coś absolutnie niezbędnego mu do życia. Ten wewnętrzny przymus pisania oddziaływał niewątpliwie na formę jego książek, które z reguły mają charakter otwarty. Nieliczne z nich można uznać za koncepcyjnie domknięte. „Nowoczesność i Zagłada” jest taką książką, chyba zresztą najlepszą i najważniejszą w jego dorobku. Ale w większości pozostałych jego rozważania w pewnym momencie ulegają po prostu zawieszeniu, nie zostają domknięte, tylko zawieszone i znajdują swoją kontynuację w kolejnych książkach. Powracają znane już motywy, wątki, metafory i obrazy, co oczywiście powoduje u niektórych czytelników irytację, zmęczenie, zniechęcenie, bo korpus zasadniczych przekonań Baumana, przy całej rozległości jego zainteresowań, wydaje się jednak stosunkowo skromny.

A przez to także rozpoznawalny. Nie ukrywam, że przygotowując się do naszej rozmowy, miałem wrażenie nieustannej konfrontacji z czymś, co jest mi już skądinąd znane…

Takiego déjà lu, już czytanego, już znanego.

Natomiast w takim ujęciu całości, w której na kanwie pewnego korpusu myślowego próbuje się rozegrać nowy problem, to jest zupełnie zrozumiałe. Wróćmy jeszcze do kwestii pierwszych lektur: czy w pana wypadku można było mówić o zwykłej, czytelniczej przyjemności związanej z obcowaniem z tymi tekstami?

Tak, styl Baumana jest niesamowicie uwodliwy, a on sam bywa niekiedy bardziej przekonujący na poziomie stylistycznym niż konceptualnym. Jego pomysły przemawiają tak silnie do naszej wyobraźni dlatego, że są podane w formie bardzo atrakcyjnej literacko, pomysłowej, pełnej inwencji. Bauman jest zresztą, moim zdaniem, o wiele lepszym stylistą w języku angielskim. Jego angielszczyzna jest bardzo idiomatyczna, ale nie ekscentryczna. Natomiast kiedy pisał po polsku, to często jego fraza brzmiała dziwacznie, tworzył się taki zdumiewający amalgamat: na osobliwości składniowe nakładały się archaizmy przetykane neologizmami. Teksty pisane w języku angielskim, pozbawione tego rodzaju stylistycznych udziwnień, brzmiały zdecydowanie lepiej. Język był w dalszym ciągu jędrny, zmysłowy, bogaty, a równocześnie bardziej precyzyjny. Widać to zresztą dobrze w przekładach tych książek, które tłumaczyła jeszcze jego żona Janina, z całą pewnością przy wydatnej pomocy męża. Te przekłady noszą wyraźne piętno owej szczególnej wynalazczości językowej Baumana, która jest jego oryginalnym wkładem w dzieje współczesnej polszczyzny…

Styl Baumana jest niesamowicie uwodliwy, a on sam bywa bardziej przekonujący na poziomie stylistycznym niż konceptualnym. Jego pomysły przemawiają tak silnie do wyobraźni dlatego, że są podane w formie bardzo atrakcyjnej literacko.

Co dokładnie ma pan na myśli? Spotkałem się z podobnymi komentarzami w środowisku „Krytyki Politycznej” na fali tekstów wspomnieniowych tuż po jego śmierci w styczniu tego roku. Utrzymane były w tonie dobrodusznym, choć jednoznacznie sugerującym, że teksty Baumana w języku polskim wymagały co najmniej gruntownej korekty, redakcji, swego rodzaju tłumaczenia.

Bauman bardzo chętnie, a nawet nieco manierycznie stosował inwersje, anachronizmy, wymyślał neologizmy, które wydawały mu się bardzo odkrywcze, semantycznie nośne, podczas gdy często brzmiały po prostu dość kuriozalnie. Proponował często rozwiązania stylistyczne, które jemu wydawały się oryginalne językowo, a które nie brzmiały najlepiej. On jednak nie miał kontaktu z żywą polszczyzną..

A język ewoluuje…

Ależ oczywiście. Te stylistyczne udziwnienia zacierają często przejrzystość jego wywodów, nie wnosząc przy tym żadnych dodatkowych treści. Zastanawiająca jest jego skłonność do inwersji i mocno przestylizowanej frazy, która często przypominała frazę biblijną. Brzmiało to trochę tak, jak gdyby jakiś duch prorocki nagle się w nim odzywał i jakby mimowolnie, z pewną teatralną, ironiczną przesadą, stylizował się na biblijnego, starotestamentowego proroka. Bardzo to ciekawe, biorąc pod uwagę jego dosyć luźne związki z judaizmem i tradycją religijną w ogólności. On potrafił ciekawie mówić o religii, o czym świadczą jego rozmowy ze Stanisławem Obirkiem, ale nigdy nie był człowiekiem religijnym.

***

Zatrzymajmy się na chwilę przy Baumanie piszącym w języku angielskim. Kiedy pracował pan nad przekładami jego kolejnych książek, miał pan poczucie, że to jest jeszcze nośne?

Językowo tak…

A bardziej analitycznie, eksplanacyjnie?

Trudno mi o tym mówić, bo kiedy się tłumaczy, to myśli się raczej o precyzyjnym oddaniu intencji oraz o tym, żeby przełożone zdania i akapity dobrze brzmiały po polsku przeczytane na głos. Uświadomiłem sobie niedawno, że z żadnym pisarzem nie spędziłem tyle czasu, ilu z Baumanem i już prawdopodobnie nie spędzę, bo mi życia nie starczy. To były setki, jeśli nie tysiące godzin strawionych, mam nadzieję, że nie nadaremno, nad poszczególnymi zdaniami, nad poszczególnymi akapitami. Czasami nawet się dziwię, że nie zaraziłem się jego stylem, że nie przeniosłem go do własnych tekstów. Natomiast z całą pewnością Bauman odcisnął wyraźne piętno na moim sposobie myślenia, postrzegania świata. Przez te wszystkie lata na pewno patrzyłem na rzeczywistość przez pryzmat jego pomysłów i interpretacji. To było nieuniknione, biorąc pod uwagę, że przez dekadę praktycznie rok po roku tłumaczyłem przynajmniej jedną jego książkę. A tłumacze są chyba najuważniejszymi, choć nieco obsesyjnymi czytelnikami. Bo kiedy się tłumaczy, to czyta się uważnie każde zdanie i zapisuje się je czasem w dwóch, trzech wersjach, sprawdza się, jak ono brzmi, zwłaszcza kiedy ma się świadomość, że perswazyjność tłumaczonego tekstu opiera się w znacznym stopniu na jego atrakcyjności stylistycznej. Z drugiej strony nie ma chyba większego wyzwania dla tłumacza niż przekładanie autora dwujęzycznego. Wszystkie moje przekłady, począwszy od „Razem, osobno”, a skończywszy na „Płynnej inwigilacji”, były autoryzowane przez Baumana, który przecież językiem polskim władał doskonale.

Z całą pewnością Bauman odcisnął wyraźne piętno na moim sposobie myślenia, postrzegania świata. To było nieuniknione, biorąc pod uwagę, że przez dekadę praktycznie rok po roku tłumaczyłem przynajmniej jedną jego książkę. A tłumacze są chyba najuważniejszymi, choć nieco obsesyjnymi czytelnikami.

Choć był w tej polszczyźnie zakonserwowany…

Tak, ale bez wątpienia potrafił ocenić, czy na poziomie treściowym i stylistycznym przekład odpowiada jego intencjom. Kiedy tłumacz ma tego świadomość, to jego praca wymaga dodatkowego skupienia i dodatkowej uważności; nie można sobie pozwolić na momenty dekoncentracji, bo każdy błąd zostanie natychmiast wychwycony i zdemaskowany przez autora. No i bardzo dobrze. To była znakomita szkoła tłumaczenia, wymagająca intensywnej pracy ze składnią, poszukiwania odpowiedniego słowa, brzmienia, rytmu zdania. U Baumana zdania muszą zachowywać pewien naturalny wewnętrzny rytm, tworzący swego rodzaju brzmieniowe obramowanie dla charakterystycznego połączenia dyskursywności z obrazowością…

To na próbę wyimek z „Razem, osobno”: „Język może nam mówić o rzeczach, ale słowa nie są tożsame z rzeczami, o których mówią; a zatem język jest także ostrzem, które nas – twórców i użytkowników słów, istoty obdarzone językiem – odcina i oddziela od rzeczy jako takich i od ich bezpośredniej obecności. Używając słów jako przędzy, możemy tkać gobeliny, które nie oddadzą nigdy doświadczanej przez nas »rzeczywistości«”.

Mocne, obrazowe zdania, ale mam wątpliwości, czy dostatecznie przystają do… rzeczywistości. Bauman nie zawsze bywa precyzyjny myślowo, ale doskonale pokazuje, właśnie za sprawą swojej perswazyjności stylistycznej, że jedyne, czym dysponujemy, to konkurencyjne opisy rzeczywistości, które rywalizują ze sobą także na poziomie atrakcyjności językowej. I pod tym względem Bauman często przebija swoich konkurentów, bo ma mocniejsze karty.

Pytanie brzmi, czy nie właśnie w tym tkwi źródło jego popularności, nie odbierając mu zasług na polu socjologicznym i filozoficznym. Wydaje się, że to aspekt, który szczególnie trzeba mieć na uwadze, kiedy rozpatruje się całościowo kwestię jego dorobku, stopnia jego rozpowszechnienia, wejścia w dosyć potoczny obieg etc.

Tak, wiele pojęć, którymi Bauman się posługiwał, stało się częścią potocznego słownika współczesnej humanistyki. Jednocześnie możemy obserwować wyraźny spadek zainteresowania jego pracami. Na uniwersytetach już się Baumana właściwie nie czyta, a był taki okres, że jego teksty można było znaleźć w sylabusach na większości kierunków z zakresu nauk społecznych i humanistycznych. Prace Baumana nie miały zresztą nigdy charakteru akademickiego i nie bardzo nadawały się do wykorzystania w systematycznych studiach odwołujących się do jakiejś wyrazistej metodologii badawczej czy wyników badań empirycznych. W jego pisarstwie, raczej eseistycznym niż naukowym, kluczową rolę odgrywały styl, niepodrabialny idiom, inwencyjność, kolażowa wyobraźnia, czyli umiejętność tworzenia obrazów z elementów pozornie całkowicie do siebie nieprzystających, a więc cechy, które były swego czasu największym atutem tej twórczości, ale w dłuższej perspektywie okazały się jej największą słabością… Bo to wszystko na poziomie konceptualnym stało się już dzisiaj mało użyteczne. Rzeczywistość niestety dość brutalnie zweryfikowała Baumanowskie analizy i rozpoznania, w znacznym stopniu je dezaktualizując.

U Baumana zdania muszą zachowywać pewien naturalny wewnętrzny rytm, tworzący swego rodzaju brzmieniowe obramowanie dla charakterystycznego połączenia dyskursywności z obrazowością…

***

Wróćmy jeszcze do sygnalizowanego wcześniej specyficznego sposobu, w jaki Bauman korzystał z różnych języków teoretycznych i dyskursów, a także do jego związanego z tym specyficznego stosunku do literatury. Chodzi mi o to, że Bauman szukał odpowiedzi na interesujące go problemy w rozmaitych obszarach wiedzy – żadna metodologia, żaden typ dyskursu nie był dla niego szczególnie uprzywilejowany – i ta jego plastyczność, jego otwartość na absolutnie różne języki wydaje się od początku zaznaczać w jego działalności, o czym sam wspominał w wywiadzie udzielonym dla Programu 2 Polskiego Radia, w którym przywołał własną reakcję na „Tango” Mrożka: Oto człowiek bez żadnego wykształcenia socjologicznego czy politycznego powiedział wszystko. Myśmy wymyślali rozmaite teorie, a tu do wszystkiego tak naprawdę nadawał się Edek. Nie wiem, czy tutaj nie przesadzam, czy pan jako tłumacz wielu jego książek też miał takie przekonanie?

Literatura rzeczywiście była bardzo istotnym źródłem inspiracji dla Baumana i on ją traktował niesłychanie poważnie. Uważał, że język literatury potrafi powiedzieć nam o świecie znacznie więcej niż poszczególne specjalistyczne dyskursy. W tekście zatytułowanym „O związku morganatycznym teorii z literaturą myśli (roztrzepanych) parę” – to są właśnie te jego barokowe tytuły! – dedykowanym zresztą Milanowi Kunderze, jednemu z jego ulubionych pisarzy, Bauman pisał w ten sposób: „literatura, a w szczególności powieść, nie są dla praktykanta akademickiej humanistyki (a socjologia jest humanistyką albo nie jest socjologią) zajęciem »czasu wolnego od pracy«, prywatnym upodobaniem czy konikiem: są jej towarzyszami broni. Ba, jawią się jej jako oddział przedni tej humanistycznej armii; oddział, za którym nieprzeliczone plutony, kompanie, bataliony, pułki i dywizje tej armii usiłują, z miernym na ogół powodzeniem, nadążyć…”. Co oznacza, że literatura jest awangardą, że wyprzedza wszelkie wysiłki poznawcze, które podejmują naukowcy czy przedstawiciele specjalistycznych dyscyplin akademickich. I powiada Bauman dalej: „[…] w nowoczesnym świecie, porzuconym przez filozofię [systematyczną filozofię – T.K.] i poszatkowanym na setki naukowych specjalizmów, powieść jest dla nas ostatnim obserwatorium, z jakiego dostrzec możemy życie ludzkie w jego całości”. To doskonale współbrzmi z tym, o czym pan mówił, wyjaśnia bowiem w pewnym sensie źródła hybrydyczności, czy gatunkowej nieokreśloności dyskursu samego Baumana. Bauman, odwołując się do słynnego Diltheyowskiego rozróżnienia, twierdził że powinnością i zadaniem socjologa jest wyjaśnianie służące rozumieniu. Uważał, że socjologia powinna dostarczać wiedzy o współczesności, o otaczającym nas świecie, aby wiedza ta pozwalała człowiekowi podejmować właściwe, odpowiedzialne decyzje. Posłannictwo socjologii ma zatem w jego ujęciu charakter moralny i ostatecznie służyć ma nauce „dobrego życia”, czyli przede wszystkim życia świadomego i odpowiedzialnego. On nie postrzegał socjologii jako specjalistycznej dziedziny wiedzy, która ma nam dostarczać obiektywnego opisu pewnego wycinka rzeczywistości: rzeczywistości społecznej ujmowanej w kategoriach statystycznie weryfikowalnych procesów zbiorowych. Dla niego socjologia była wyzwaniem natury moralnej. Chodziło o to, że w świecie, który nie poddaje się żadnemu jednoznacznemu opisowi, trzeba mimo wszystko starać się znaleźć taki język, który pozwoliłby na – zawsze tymczasowe, niepewne – rozumienie zachodzących wokół nas zjawisk i procesów, bo od tego zależy nie tylko jakość naszych wzajemnych relacji, ale w ogóle samo przetrwanie świata.

Bauman, odwołując się do słynnego Diltheyowskiego rozróżnienia, twierdził że powinnością i zadaniem socjologa jest wyjaśnianie służące rozumieniu. Uważał, że socjologia powinna dostarczać wiedzy o współczesności, o otaczającym nas świecie, aby wiedza ta pozwalała człowiekowi podejmować właściwe, odpowiedzialne decyzje.

Wydaje mi się, że jego przekonanie, że nie ma innej socjologii niż socjologia zaangażowana, jest silnie sprzężone z jego pracą nad językiem, o której mówiliśmy, bo ona pozwala dotrzeć (przebić się) do czytelnika, szczególnie do tego czytelnika nieuzbrojonego w narzędzia teoretyczne, który po prostu próbuje jakoś zrozumieć tekst, a przez niego także świat, w którym żyje. Według mnie to tu biją źródła literackości Baumana i takiego, a nie innego sposobu pisania, który wspólnie staramy się dookreślić. To on pozwala mu sięgnąć dalej i czyni jego głos czymś nieobojętnym, czymś w rodzaju wezwania, na które należy odpowiedzieć.

Tak, ten wątek nieustannie powraca w jego książkach. Przywołam jeszcze jeden cytat, w którym Bauman mówi wprawdzie o powieści, ale który można równie dobrze odnieść do praktykowanej przez niego formy socjologicznego eseju: „Duch powieści […] jest duchem złożoności. Duch teorii zaś jest duchem uproszczenia. Duch teorii rozmiłowany jest w czystości obrazu, harmonii kształtów, przejrzystości kompozycji – w pięknie pojmowanym jako wysprzątanie wszystkiego, co tę przejrzystość zakłóca”. Tu można by się odwołać do klasycznej Baumanowskiej metafory ogrodniczej ilustrującej ładotwórczy charakter nowoczesności. Wzorcową figurą nowoczesnego intelektualisty jest właśnie ogrodnik, który pielęgnuje rabaty i stara się za wszelką cenę oddzielić chwasty od pożytecznych roślin. A jednocześnie chce nadać tworzonemu przez siebie porządkowi możliwie klarowny, przejrzysty charakter; wszystko, co tę przejrzystość zaburza, jest sprzeczne z ideą Oświecenia, Aufklärung, czyli takiego światła, które ma rozpraszać mroki niepewności. Niepewność kojarzy nam się zwykle z lękiem wynikającym z ignorancji. I to jest ta zła niepewność, która budzi najpierw lęk, a potem bardzo często przeradza się w agresję. Natomiast Bauman mówił także o dobrej niepewności, takiej, której uczy nas właśnie sztuka powieści, tak jak ją rozumie Kundera („mądrość niepewności” to formuła, którą Bauman zapożycza właśnie od Kundery). To jest niepewność, która zachęca do otwarcia się na Innego, która jest gotowością do popełnienia błędu. Bauman mówi, że nie ma twórczego, odpowiedzialnego myślenia bez przyjęcia możliwości popełnienia błędu. A błąd jest błogosławieństwem, ponieważ pozwala na zmianę punktu widzenia, na korektę myślenia, która wytrąca nas z dogmatyzmu, ale także uwalnia od przeświadczenia, że dysponujemy jakąś ostateczną prawdą, która często stanowi usprawiedliwienie dla rozmaitych form totalitaryzmu czy przemocy.

Bauman mówił także o dobrej niepewności, której uczy nas sztuka powieści, tak jak ją rozumie Kundera. To jest niepewność, która zachęca do otwarcia się na Innego, która jest gotowością do popełnienia błędu.

I tutaj docieramy do dwóch problemów, zresztą mocno ze sobą powiązanych: pierwszy dotyczy Baumana jako intelektualisty zaangażowanego i sposobu manifestacji owego zaangażowania, drugi – wielokrotnie podkreślanego uwikłania Baumana w świat, z którego pisze, najczęściej charakteryzowanego przez współwystępowanie w jego pisarstwie na równych prawach języków socjologii, filozofii, antropologii oraz reklamy, poradników, kolorowych magazynów, telewizji etc. Jak pan to widzi z dzisiejszej perspektywy? Czy te obiegowe konstatacje dotyczące dorobku Baumana i jego postawy jako intelektualisty nie wydają się panu pod wieloma względami wątpliwe?

Bauman, który określał się jako człowiek lewicy i nigdy nie krył swoich lewicowych poglądów, po wyjeździe z Polski nie angażował się właściwie bezpośrednio w żadne działania o charakterze politycznym. Choć sporo mówił na temat socjologii zaangażowanej, to jednak był myślicielem akademickim, który ograniczał się do interwencji czysto dyskursywnych poprzez publikowanie książek, wygłaszanie wykładów etc. Był bez wątpienia człowiekiem o innym temperamencie niż na przykład Christopher Hitchens, urodzony prowokator, mocno angażujący się w bieżące wydarzenia polityczne, wygłaszający bardzo stanowcze, często kontrowersyjne sądy i opinie. Bauman był raczej analitykiem, dość umiarkowanym krytykiem liberalnego porządku kapitalistycznego. Dlatego jego zanurzenie w świecie, o którym pan wspomina, jest dla mnie dosyć problematyczne, bo wydaje się silnie zapośredniczone. Bauman kontaktuje się z tym światem, z jego codziennością głównie za pośrednictwem telewizji, gazet, reklam, tekstów publicystycznych, literatury, sztuki itd. To nie jest ktoś, kto bezpośrednio angażowałby się w jakieś akcje społeczne czy polityczne. Może to wynikało z jego doświadczeń tuż powojennych, trudno to rozstrzygać. Ale jeśli mówimy już o osobistym wymiarze jego intelektualnego zaangażowania, to uderzająca musi się wydać niemal całkowita nieobecność w jego pisarstwie wątków autobiograficznych..

Ewentualnie na prawach jakiegoś wyimka, anegdoty, wspomnienia o dziadku…

…który opowiedział mu przypowieść zaczerpniętą z Talmudu. Ale to ma raczej charakter legendy biograficznej. Natomiast on sam niemal w ogóle nie odwołuje się do swoich osobistych doświadczeń historycznych.

Na przykład wydarzenia roku ‘68 zostały przez niego jakoś znarratywizowane?

Nie przypominam sobie takiego tekstu, w którym Bauman bezpośrednio by się do tego doświadczenia odnosił. Podobnie jak nie odnosił się do doświadczeń z lat 40. i 50. Uczynił to właściwie dopiero przyciśnięty do muru przez dziennikarkę „Guardiana”, Aidę Edemariam, w słynnym, czy może raczej niesławnym, wywiadzie „Professor with the past”. Ale on tam przecież strasznie kluczy i ogranicza się do ogólników, które brzmią mało przekonująco i pokazują głównie jego niechęć do konfrontowania się z osobistym doświadczeniem.

Istnieją zresztą mniej lub bardziej przekonujące interpretacje jego gigantycznego wysiłku twórczego, pisarskiego, szczególnie po wyjeździe, jako próby rehabilitacji; zgodnie z nimi pewne sprawy zostały przez Baumana nienazwane, wyparte etc. i w związku z tym całość jego późniejszej działalności miałaby mieć – w myśl tego typu interpretacji – charakter samousprawiedliwienia i „zaczynania od nowa”.

Prawicowi krytycy twierdzą, że to jest forma ucieczki od odpowiedzialności i mają za złe Baumanowi nie tyle jego rozpoznania dotyczące natury nowoczesności czy ponowoczesności, ile obecny w nich, ich zdaniem w sposób nieuprawniony z uwagi na jego wcześniejszą postawę, aspekt moralizatorski, silne nasycenie dyskursu wątkami etycznymi.

Z tym, że to jest przecież etyka bardzo słaba.

Słaba, bo nieugruntowana w żadnych kodeksach etycznych, natomiast mocna w tym sensie, że wymagająca maksymalnego zaangażowania i maksymalnej odpowiedzialności. Bauman odwołuje się bardzo wyraźnie do Levinasa i rozwijanej przez niego idei bezwarunkowej odpowiedzialności, która nie liczy na wzajemność, ma charakter całkowicie irracjonalny, to znaczy lokuje się poza wszelką kalkulacją zysków i strat, a w związku z tym musi łączyć się z absolutnym poświęceniem i na dodatek nie znajduje oparcia w żadnym skodyfikowanym systemie etycznym. Bauman wyraźnie odgranicza moralność od etyki. Etyka ma dla niego zawsze charakter zewnętrzny, wiąże się z pewnym systemem, kodeksem, który nie jest zinterioryzowany i który paradoksalnie zwalnia nas z obowiązku ponoszenia osobistej odpowiedzialności za konsekwencje naszych czynów.

Rzeczywiście, kodeksowość u Baumana ma wymiar bardzo mechanicystyczny: przyjmujemy korpus reguł, w który wpuszczamy konkretny przypadek, i on wyrzuca nam „receptę”, optymalne rozwiązanie. Za Kołakowskim moglibyśmy powiedzieć, że zostaje wyeliminowany współczynnik Cogito.

Tak, kodeks etyczny zwalnia nas z podjęcia moralnej refleksji, która często bywa bolesna, bo wymaga na przykład empatycznego wczucia się, postawienia się w sytuacji osoby, której konkretny przypadek dotyczy.

Bauman odwołuje się bardzo wyraźnie do Levinasa i rozwijanej przez niego idei bezwarunkowej odpowiedzialności, która nie liczy na wzajemność, ma charakter całkowicie irracjonalny, a w związku z tym musi łączyć się z absolutnym poświęceniem i na dodatek nie znajduje oparcia w żadnym skodyfikowanym systemie etycznym.

Powróćmy na moment do centralnej dla niego metafory płynności. Spotkałem się niedawno z takim syntetycznym ujęciem myśli Baumana, który wskazuje na jej element paradoksalny. A mianowicie, owa płynność ma dotyczyć wszystkiego, co znajduje się na zewnątrz podmiotu, rzeczywistości, w której jest on zanurzony, sam podmiot miałby jednak okazać się sterylny i szczelny, podlegać nieustannym fluktuacjom świata, w którym przyszło mu funkcjonować, a jednak samemu pozostawać w pewnym sensie w stanie nienaruszonym – tak jakby założeniem takiej labilnej charakterystyki świata musiało być coś twardego, stabilnego i, o dziwo, tym czymś miałaby być właśnie jednostka w ponowoczesnym świecie. Nie ukrywam, że to nowe dla mnie ujęcie, zaproponowane przez młodego, warszawskiego filozofa Krzysztofa Pacewicza, w pierwszej chwili w swej prostocie wydało mi się odkrywcze, niemniej biorąc pod uwagę takie książki jak „Płynne życie”, w której Bauman bezpośrednio podejmuje problematykę tożsamościową, trudno w pełni zaufać tak zarysowanej binarnej opozycji, w obrębie której miałaby się rozwijać myśl Baumana.

Nie traktowałbym tych porządków rozłącznie. Mam wrażenie, że Bauman widzi to całościowo: środowisko, w którym człowiek żyje, w bardzo istotnym stopniu determinuje to, w jaki sposób człowiek postrzega samego siebie. Jeżeli świat jawi mu się jako wieloznaczny, płynny, niestabilny, to również on sam jest skłonny postrzegać własną tożsamość jako nieokreśloną, tymczasową, zmienną, amorficzną. Podobnie widzi też swoje relacje z innymi ludźmi, uznając je za obowiązujące „do odwołania”, a więc tymczasowe i pozbawione trwałych zobowiązań. Bauman uważał to zjawisko za jedną z największych plag współczesności; ubolewał nad tym, że ludzie coraz rzadziej gotowi są brać na siebie odpowiedzialność za pielęgnowanie trwałości relacji małżeńskich, rodzinnych, pewnych zobowiązań uczuciowych, że zakłada się z góry, że mają one charakter prowizoryczny i niewiążący, pozbawiony wyraźnego i trwałego kształtu, rozpoznawalnej formy. Metafora płynnej i stałej nowoczesności w odniesieniu do globalnych procesów społecznych jest raczej nie do obrony. Jest szalenie efektowna, ale zwłaszcza pojęcie stałej nowoczesności wydaje się mocno dyskusyjne. Właściwie nie wiadomo, do jakiego okresu się odnosi, a przede wszystkim pozostaje pod wieloma względami sprzeczne z tym, co pisali XIX-wieczni mistrzowie Baumana: Marks, Hegel albo Nietzsche, Weber, a potem Simmel. Znacznie bardziej przekonująca jest metafora płynnej nowoczesności jako stanu, w jakim znajdują się współczesne społeczeństwa zachodnie. Ta płynność stanowi jednak często usprawiedliwienie dla naszej niechęci do zaangażowania; Bauman nie jest kimś, kto afirmuje ten stan, jest analitykiem, kimś, kto opisuje to zjawisko na rozmaite sposoby, ale nie mówijak na przykład Lyotardz satysfakcją o końcu wielkich narracji, zluzowaniu humanistyki i zarazem zluzowaniu wszelkich form odpowiedzialności, które rozmywają się w beztroskiej grze, opartej na konwencjach, które możemy przyjąć albo odrzucić, podobnie jak nasze hybrydyczne tożsamości, które służą nam tylko przez pewien czas i których pozbywamy się bez żalu w pogoni za kolejnymi wrażeniami. Wszystko to Bauman opisuje, ale bez cienia aprobaty.

Chciałbym jeszcze poruszyć kwestię aktualności jego ustaleń i dyskusji na temat tego, co z Baumana jest najtrwalsze. „Nowoczesność i Zagłada” powszechnie uważana jest za książkę o największym ciężarze gatunkowym w jego dorobku, co do pozostałej części twórczości Baumana, wydaje się, że największą wartość przedstawia Bauman czytany, ale już historycznie, jako kronikarz własnej współczesności, tj. przełomu XX i XXI wieku, bo obecny świat, czy nam to się podoba czy nie, poszedł w inną stronę (na różnych poziomach: politycznym, społecznym etc.).

Absolutnie ma pan rację. Współczesność zadała kłam większości nadziei, które Bauman wiązał z przyszłością. Niemal wszystkie jego pomysły na urządzenie świata zostały zakwestionowane. Zwrot populistyczno-prawicowy, który Bauman miał okazję obserwować w ostatnich latach swojego życia i który w Wielkiej Brytanii doprowadził ostatecznie do Brexitu, pokazywał, że to wszystko, co było mu ideowo bliskie, przegrywa na całej linii. Wydaje się, że już dzisiaj większość jego książek ma charakter głównie historyczny, tzn. jest analizą pewnej minionej już fazy rozwoju zachodnich społeczeństw, do której chyba nie ma już powrotu. Świat zmierza w zupełnie innym kierunku, niż ten, którego życzyłby sobie Bauman. Brexit musiał być dla niego ogromnym rozczarowaniem, bo chociaż zdawał sobie sprawę z licznych słabości instytucjonalnych, administracyjnych czy biurokratycznych Unii Europejskiej, to równocześnie uważał że integracja ponadnarodowa i dążenie do jakiejś formy federacyjności kosztem narodowych egoizmów to jedyna droga, która może nas uchronić przed coraz bardziej realnym konfliktem globalnym. Wszystko wskazuje na to, że narodowe egoizmy odradzają się na naszych oczach i że świat staje się miejscem coraz mniej gościnnym, w którym coraz częściej powraca się do myślenia w kategoriach plemiennych. Wydaje się więc, że najważniejsze, najbliższe mu idee, które w swoich pracach przekazywał, mogą mieć już dzisiaj jedynie charakter regulatywny. Można je przywoływać, można się do nich odwoływać, ale one już nie odnoszą się do tej fazy rozwoju, do tego momentu historycznego, w którym znajduje się współczesny świat, a Europa w szczególności.

***

Sądzi pan, że Bauman rzeczywiście może być z powodzeniem czytany przez kręgi pozaakademickie?

Myślę, że w bardzo ograniczonym stopniu. Mimo wszystko lektura Baumana wymaga pewnego przygotowania intelektualnego, ogólnej orientacji w historii idei, w historii socjologii, które trudno zdobyć poza uniwersytetem. Dotyczy to nawet takich tekstów jak wspomniane przez pana felietony „44 listy…”, których prostota bywa często złudna. To, że Bauman przedmiotem swojego felietonu czyni informację o tym, że modne są długie rzęsy, nie znaczy, że wnioski, które z tego faktu wyciąga, dostarczą przyjemności lekturowej komuś, kto nie posiada pewnego niezbędnego zasobu wiedzy. Więc z całą pewnością nie jest to pisarz dla każdego. On bardzo rzadko, jeśli w ogóle, zniżał się do poziomu gazetowej publicystyki. To był jednak wybitny eseista, a esej jest trudną formą, pozornie łatwą w lekturze, ale w istocie bardzo wymagającą. Dla wszystkich: zarówno dla piszącego, jak i czytelnika, a także dla tłumacza.

À propos bezpośrednich inspiracji literackich Baumana, mówiliśmy o Kunderze, na nim jednak lista się nie kończy, kogo jeszcze należałoby wspomnieć?

Można by wymienić wielu pisarzy. Kundera z całą pewnością, ale także Italo Calvino, który bardzo często pojawia się w jego tekstach. Bauman bardzo lubił i często przywoływał Alberta Camusa. Sartre’a, o dziwo, cenił chyba bardziej jako filozofa niż jako pisarza, to znaczy cytował raczej „Byt i nicość” niż na przykład „Mdłości”. Pod koniec życia zachwycił się portugalskim pisarzem, noblistą, José Saramago, był nim zafascynowany i często go przywoływał. Ivan Klíma, Josef Škvoreckýwidać, że miał szczególne zamiłowanie do literatury czeskiej. Chyba mniej był zorientowany w literaturze polskiej, trudno mi powiedzieć, co czytał. Pamiętam, że gdzieś tam pojawił się Stasiuk, ale ten z „Tekturowego samolotu”, czyli Stasiuk eseista, felietonista, a nie prozaik. Z literatury rosyjskiej przede wszystkim Dostojewski. Z całą pewnością czytał literaturę, szukając w niej inspiracji do własnych rozważań, ale chyba nie były to lektury systematyczne czy jakoś szczególnie uporządkowane.

On bardzo rzadko, jeśli w ogóle, zniżał się do poziomu gazetowej publicystyki. To był jednak wybitny eseista, a esej jest trudną formą, pozornie łatwą w lekturze, ale w istocie bardzo wymagającą. Dla wszystkich: zarówno dla piszącego, jak i czytelnika, a także dla tłumacza.

Skupiliśmy się w naszej rozmowie na dość dobrze rozpoznanej w Polsce części dorobku Baumana, niemniej nie zapominajmy o tym, że on praktycznie do ostatnich lat aktywnie komentował zachodzące przemiany społeczno–polityczne i publikował kolejne książki im poświęcone.

Jego ostatnia książka zatytułowana „Retrotopia”, która ukazała się w Wielkiej Brytanii na początku 2017 roku, mówi o tym, że dzisiaj nie lokujemy już swoich nadziei w przyszłości, że myślenie utopijne nie cieszy się już taką popularnością jak dawniej i że obecnie zwracamy się raczej w kierunku przeszłości, idealizując ją i szukając w niej zapomnianych obrazów doskonałego społeczeństwa. Bauman wskazuje na te wszystkie historyczne idealizacje, za pomocą których tworzymy sobie niezłomnych bohaterów przeszłości, uprawiamy politykę historyczną polegającą na tworzeniu mitów i wzniosłych fantazji. Jak Anioł Historii z obrazu Paula Klee mamy głowę zwróconą w przeszłość, ale spoglądamy tam nie z przerażeniem, lecz z nostalgią, wyobrażając sobie, że ziemia obiecana nie leży przed nami, ale za nami, i że należy do niej powrócić.

Ta utopia zajmuje u niego bardzo ważne miejsce: jest punktem obowiązkowym, o ile chcemy jakąkolwiek konstruktywną przyszłość budować.

To jest integralnie wpisane w myślenie lewicowe. Każdy lewicowiec z prawdziwego zdarzenia musi myśleć w kategoriach utopijnych i powtarzać, że utopia jest możliwa i że zbudowanie idealnego porządku jest możliwe. Ale przecież Bauman w swoich późnych książkach nieustannie przestrzega przed takim myśleniem; powtarza, że wiara w możliwość zaprojektowania i zbudowania idealnego świata jest wiarą wyniesioną z Oświecenia, która z reguły kończy się totalitaryzmem. W „Nowoczesności i Zagładzie” Holokaust zostaje ukazany jako bezpośrednia konsekwencja myślenia w kategoriach utopii społecznej której realizacja wymaga niestety nieuniknionych ofiar. Bauman, mimo swoich wyraźnych lewicowych sympatii, był więc chyba daleki od myślenia w kategoriach utopijnych projektów społecznych. Jego ambicje były bardziej ograniczone: czyńmy ten świat na miarę swoich możliwości miejscem bardziej przyjaznym, ale pogódźmy się z faktem, że idealnego świata nie będzie…

Tak, ale utopia rozumiana właśnie jako idea regulatywna, jako coś, co utrzymujemy stale w naszym horyzoncie widzenia i działania, a zarazem obwarowana wszystkimi zastrzeżeniami płynącymi z krytyki Oświecenia…

Owszem, możemy być w ten sposób motywowani do dążenia do maksymalnego dobra społecznego, natomiast nie powinniśmy uprawiać inżynierii społecznej, to znaczy dążyć za wszelką cenę do realizacji jakiegoś konkretnego, opracowanego w najdrobniejszych szczegółach projektu społecznego. Dobro społeczne ma wynikać przede wszystkim z rozwoju naszej indywidualnej wrażliwości moralnej, której źródłem powinna być odpowiedzialna refleksja nad współczesnością. Powinna się ona przekładać na nasze dobre, odpowiedzialne postępowanie, uwzględniające dobro innych ludzi, niepozwalające nam przymykać oczu na krzywdę i wykluczenie. Ale w systemowe rozwiązania, które miałyby uczynić nasz świat idealnym, Bauman nie wierzył. Dlatego próżno szukać w jego pracach jakiegoś systematycznego, pozytywnego projektu społecznego. Zamiast niego mamy wciąż ponawiane próby możliwie wyczerpującego, wieloaspektowego analityczno-opisowego ujęcia współczesności.

Ambicje Baumana były bardziej ograniczone: czyńmy ten świat na miarę swoich możliwości miejscem bardziej przyjaznym, ale pogódźmy się z faktem, że idealnego świata nie będzie…

Przyszło mi na myśl, że w tym kryje się atrakcyjność narracji Baumana, że ona mimo wszystko oferuje – jak w tym cytowanym przez pana ustępie dotyczącym powieści – całościowe rozumienie świata w momencie, kiedy żyjąca dzisiaj jednostka właściwie skrajnie rzadko ma możliwość zmierzenia się z takim totalnym ujęciem współczesności. Bauman pokazuje i mówi: patrzcie – da się to jakoś objąć, wysiłek całościowego rozumienia ma sens, próbujmy.

Bauman uważał, że tylko taka socjologia, która odważnie wchodzi w dialog z innymi dyscyplinami, łącząc różne języki i perspektywy, daje szansę całościowego zrozumienia hybrydycznej, wielogłosowej rzeczywistości. A od tego, jak dobrze będziemy ją rozumieć, zależy nasze postępowanie. Im bardziej będziemy świadomi okoliczności, w których przyszło nam żyć, tym bardziej odpowiedzialnie mamy szansę postępować… Co też jest dość idealistyczną hipotezą. Bo jak wiadomo, ci którzy lepiej od innych orientują się w mechanizmach rządzących funkcjonowaniem społeczeństw, potrafią także cynicznie z tej wiedzy korzystać, niekoniecznie dla dobra wspólnego.

Tomasz Kunz

ur. 1969, pracuje jako adiunkt w Katedrze Antropologii Literatury i Badań Kulturowych na Wydziale Polonistyki UJ, krytyk i historyk literatury, tłumacz, autor m.in. przekładów 10 książek Zygmunta Baumana

Andrzej Frączysty
ur. 1995, student filozofii w Kolegium MISH Uniwersytetu Warszawskiego, publikował m.in. na stronach Biura Literackiego („biBLioteka”, „Przystań”), w „artPapierze”, „Popmodernie”, magazynie „Szum”, „Kontakcie”.

POPRZEDNI

varia wiersz  

Miss Schizofrenii

— Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

NASTĘPNY

rozmowa  

Marcin Świetlicki MOCNO MASAKRUJE Internet [ZOBACZ MEMY]

— Jacek Wiaderny