Logotyp magazynu Mały Format

Na Grindrze, PlanetRomeo a także innych homoportalach seks-randkowych „pisarzem” określa się pobłażliwie, często i pogardliwie, kogoś, kto oddala w nieskończoność spotkanie w realu na rzecz rozkoszowania się bolesnego (oto i Lacanowskie jouissance) samym pisaniem o tym spotkaniu. Jarosław Iwaszkiewicz, którego rozpoznajemy dziś w 252 listach pisanych do Jerzego Błeszyńskiego wydaje się właśnie takim „pisarzem”. Co więcej, wyłącznie dzięki temu może być też pisarzem prawdziwym, tzn. piszącym i wydającym dzieła co najmniej wartościowe. Co najmniej.

Nietrudno wyobrazić sobie portalowy profil Iwaszkiewicza, zwłaszcza gdy wiemy, że  sam profil – skromny wstęp do literackiej autoprezentacji „pisarza” – jest już zawsze w mniejszym lub większym stopniu wyobrażony. Zdjęcie – pośrodku imponującej biblioteki (druga wersja – na tle równie imponującego samochodu, może i fragmentu willi w Stawisku). I on w samym sercu zdarzeń – gospodarz słów i rzeczy, jak zawsze w eleganckiej dwurzędowej marynarce, koszuli dokładnie wyprasowanej przez panią Zosię, starannie dobranym, choć zaplamionym już krawacie. U jego nogi pies Tropek; zna swoje miejsce, dzięki czemu może być uwielbiany: „Stary tak go kochał, tak płakał za nim, tak rozpaczał, – powiada pani Zosia – chyba nie mniej jak za Starą”. Czy nie mniej jak za Jurkiem? Nie mniej, jak zawsze gdy „intensywność moich przeżyć nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom” i ona właśnie, jak wskazuje przyszłym krytykom w swoich „Dziennikach”, a nie takie czy inne zdarzenia, osoby czy teksty, tworzą jego biografię. Jasne, że zdjęcie to musi być sfotoszopowane tak, by przesłonić starcze niedoskonałości, a jednocześnie, mimo wszystko, uwypuklić solidną posturę. Bo solidność postury u sześćdziesięciolatka podkreślić może nadto zasobność portfela, która zawsze jest w cenie, na wypadek gdyby imponujący samochód okazał się za mało imponujący a biblioteka – takie czasy – odpowiedniego wrażenia już nie zrobiła. Resztka włosów dokładnie wygładzona szczotką z sierści dzika, delikatny grymas maskujący sztuczną szczękę, okulary wysoko na czole, w ustach – znak zmysłowej namiętności bądź namiętnej zmysłowości – papieros. Bo, jak każda historia miłosna, i ta jest historią uzależnia (już na okładce wciąga namiętnie dym jakby w ogóle nie miał zamiaru go wypuścić): „widywanie się z Tobą i rozmowy z Tobą stały się dla mnie nałogiem, bez nich jak bez papierosów […] więcej mi szkodzi niepalenie niżby miało zaszkodzić palenie“. Otóż to!

Widywanie się z Tobą i rozmowy z Tobą stały się dla mnie nałogiem, bez nich jak bez papierosów […] więcej mi szkodzi niepalenie niżby miało zaszkodzić palenie.

Niżej, display name: „zasponsoruję” albo „młodego”, albo jedno i drugie. About me: szukam na dłużej, potrzebne mi do literatury. Position: Top only (choć tu całkowitej pewności nie ma). Body type: do not show (niepotrzebnie chyba wstydził się tej swojej masywności). Relationship status: married (nigdy się nie ukrywał ani przed żoną, ani przed najbliższymi). I’m looking for: chat, networking, relationship, friends. Hiv status: negative. My tribes: daddy (powinno być maître, ale nie ma takiej opcji). Profil mówi – mam wszystko i mogę wszystko, brakuje mi tylko ciebie. Z listów płynie jednak inny przekaz: całymi dniami czekam „z wielką tremą” na telefon, „kręcę się z biciem serca koło słuchawki”, cokolwiek się dzieje, „nie mogę o niczym innym myśleć. Chcę Ciebie widzieć, mówić z Tobą, przepraszać Cię za wszystko“. To kiedy zajmuje się pisaniem tych listów, nie wspominając nawet o innych zajęciach, których nigdy mu nie brakowało?

Chyba jeszcze łatwiej edytować profil Jerzego Błeszyńskiego, choć jego listów akurat nie znamy (wiemy tylko, że były mniej liczne, zdawkowe i pełne błędów ortograficznych). Zdjęcie – tyle nagości, ile się da, żeby admin nie zablokował (drugie, na hasło, z dorodnym penisem, co nie było dla Jarosława zupełnie bez znaczenia, o innym chłopcu wspomina z żalem: „jego niebywałe ciało kończy się żałośnie malutkim kutasem”, podczas gdy Twoje, Jurku, „kończyło się „tak cudownie, tak wspaniale”). Display name: „sponsora” albo „młody, gotowy na wszystko”. About me: „co tu dóżo pisać, lepiej się poznać, nie?”. Position: versatile (inaczej: wszystko, jak chcesz). Body type: slim. Relationship status: do not show (ukryć żony i dzieci przed Jarosławem nie mógł, ale stałe partnerki, przygodne kochanki i kochanków –  owszem). I’m looking for: dates, right now, relationship. Hiv status: negative (dobrze, że nie pytają o gruźlicę). My tribes: twink. I taki profil mówi: nie mam nic, ale dzięki Tobie i dla Ciebie, właśnie dla Ciebie, tylko dla Ciebie, mogę być wszystkim.

Po stronie Jarosława wszystko – pieniądze, sława, rodzina, wysoka pozycja społeczna, podróże, trwała obecność w świecie sztuki i polityki. A po stronie Jurka zgoła nic – z wyjątkiem owej legendarnej, zniewalającej (nie tylko Jarosława) urody (niestety zachowało się tylko jedno zdjęcie i to jeszcze do jakiejś legitymacji). Poza tym: wieczne kłopoty finansowe, poważna choroba, przeciętna praca, rozwód, zagubienie, depresja. Obraz to uproszczony, stereotypowy, nawet jeśli z łatwością odnajdziemy w nim częściową zamianę ról. Taka to klasyka homoerotycznego imaginarium – relacja typu Mistrz-Uczeń (tu wielkie były ambicje Jarosława: „jak mówi Rimbaud – to taki francuski poeta, wymawiaj Rębo”), Master-Slave (rzecz jasna w dialektyce walki o uznanie: „jeden z »niewolników« Michała Anioła przypominał mi Ciebie”), Sadysta-Masochista (także w sensie deleuzjańskim, ale i zwykłym: „mnie można skopać a ja się będę czulił zawsze”, „jestem jak pies, im więcej się go bije, tym bardziej macha ogonem”), wreszcie i Daddy-Son („Syneczku mój najukochańszy” – tak się najczęściej do niego zwraca, bardzo chciał mieć syna, – tym bardziej, że Anna musiała usunąć trzecią ciążę z powodu choroby psychicznej – to teraz ma). W tym greckim z ducha (i ciała) scenariuszu jedynym możliwym, a z pewnością najczęstszym, w czasach przed-emancypacyjnych (prócz zwykłego „chodzenia na chłopców”, czatowania na pikiecie, w miejskich parkach i szaletach) zawarta jest i bezgraniczna miłość starszego, i pragmatyczne jej wykorzystanie przez młodszego, oddanie, pomoc i troska z jednej strony oraz cynizm, obojętność i zdrada z drugiej. Właśnie tak postrzegali ten związek wtajemniczeni (zwłaszcza homofobiczny kobieciarz Wiesław Kępiński, przybrany syn Jarosława, miał po temu liczne powody) i taki obraz w tych listach rysuje się na pierwszym planie. Więc w skrócie: Król malowany (bo szybko traci głowę, a z nią i władzę) oraz Wilk w owczej skórze (bo dopiero po śmierci wychodzi na jaw prawda o jego manipulacjach).

Taka to klasyka homoerotycznego imaginarium – relacja typu Mistrz-Uczeń, Master-Slave, Sadysta-Masochista, wreszcie i Daddy-Son

Ale orientujemy się też z wolna, że to pustka zrodziła ten nadmiar, że z niczego powstał ten świat, ogromny, przepastny, rozhisteryzowany; że to samotność ugruntowała tą niesłychaną a upokarzającą wręcz, „bałwochwalczą” jak mówi, celebrację; że inny (prawie każdy) chłopiec też wzbudzić mógł w nim „jedyną w swoim rodzaju” nachalność, skłonić do takiej niebywałej zachłanności i innych ości, które dla niego akurat były chlebem powszednim. Bo na razie: „I ja i on (bo byli też inni, np. Jotem) traktowaliśmy Cię jak kurewkę, tapetkę, dając Ci niewielkie pieniądze. Wszystko to jest w porządku, w ludzkim porządku”. Ale to jeszcze nie wszystko.

Chodziło z pewnością o miłość, przynajmniej jednostronną, ale też – chyba przede wszystkim – o literaturę. Zaczyna się skromnie, w roku ’54, po kilkunastu miesiącach od pierwszego spotkania, od klasycznych dedykacji w podarowanych książkach, ale dość szybko dedykacja zaczyna sama wpisywać się w tekst – jak powiedziałby Roland Barthes, specjalista od takich fragmentów dyskursu miłosnego – jako zwielokrotniony ślad obecności Jurka w kolejnych książkach Jarosława – 2 i 3 tom „Sławy i Chwały”, „Tatarak”, „Wesele Pana Balzaka”, „Wzlot”, „Kochankowie z Marony…”. Jarosław wcale nie ukrywa, że wyłącznie dzięki Jurkowi mógł pisać, a wiemy skądinąd, że tworzenie dla niego zawsze było sprawą namiętności, a nie intelektualnej kalkulacji. „Potrzebny mi jesteś do życia i do twórczości” – w tym szaleństwie jest metoda, póki na horyzoncie czeka wzmożenie egzystencji, bez którego pisać nie potrafi, póki Jurek jest wciąż młody (dlatego martwi się nieraz Jarosław, że jego młodość przemija), póki jest umierający, póki pozostaje wciąż zagadką do wyjaśnienia wiele miesięcy po śmierci (te listy pośmiertne są najmocniejsze, to „śledztwo”, które ma udowodnić, że jednak kochał, mimo że robił w balona; Foka, Balon, tak się Jarosław pod listami podpisuje). Więc Eros i Tanatos – a wiemy ze szkoły, ile znaczył ten związek dla Iwaszkiewicza.

I choć kolejne odsłony tej momentami żenującej „ciotodramy” („I cóż ja w tym wszystkim? Naiwna stara ciota”) istotnie mogą irytować monotonią hiperboli i staroświecką sztucznością, to wszystkie te „sceny” wiary i zwątpienia, zazdrości i ubóstwienia, afirmacji i zawłaszczenia, idealizacji i uprzedmiotowienia –  naprawdę znajdziecie tu wszystko, co chcecie – nie tylko stanowią podbrzusze (i to wcale nie miękkie) kolejnych wydanych dzieł, lecz także zapis literatury wówczas, a może i w ogóle, niemożliwej. Rozgrywają się w pisaniu, nie znaczy jednak, że są nieautentyczne. Miłość od razu jest tu na wskroś literacka, ale nie wymyślona. Inna być u pisarza i „pisarza” zwyczajnie nie może. Kontrowersja jak zawsze leży gdzie indziej niż się wydaje. Zapytać raczej trzeba: dlaczego takie patriarchalne poczucie władzy nie wyklucza tu ślepego i bezgranicznego oddania, a raczej mu sprzyja? Dlaczego takie uprzedmiotowienie ukochanego rozwija w nim podmiotowość (stając się obiektem wierszy Jarosława, Jurek zaczyna pisać swoje), gdy dominacja okazuje się tu cennym wzorcem dla zdominowanego? Historia ta dlatego jest skandaliczna i prowokacyjna, że w ukryciu, na marginesie, rozgrywa się w wyraźnej opozycji do dzisiejszych standardów myślenia zaangażowanej humanistyki – feminizmu, postkolonializmu, gay studies i czego tam jeszcze. Wówczas była niemożliwa (kto ośmieliłby się w PRL-u wydawać literaturę otwarcie homoseksualną, nawet jeśli cenzura by przepuściła?) i pozostać musiała w listach, choć one właśnie – w końcu wiele jest na to dowodów – najlepsze są dla historii miłosnych. Ale i dziś nie jest możliwa: wyobraźcie sobie taką powieść i od razu zobaczycie, że okazałaby się niechybnie nie tylko kliszowa i kiczowata, lecz także niebezpiecznie konserwatywna. Rozwijać się może jedynie w małym formacie, jedynie na jakimś seksportalu, poza mainstreamem, w zaciszu domowym. Ale skąd w ogóle przekonanie, że bycie gejem oznaczać musi wyzbycie się tradycyjnego patriarchatu na rzecz myśli lewicowej, otwartej, tolerancyjnej? Wówczas, bez małżeństw jednopłciowych, a nawet bez cienia publicznej afirmacji, jak widać, takie wcale nie było. Tym bardziej dziś, gdy ruchy gejowskie w gruncie rzeczy sprzyjają opcji konserwatywnej, choć sama ta opcja, w Polsce na przykład, nic o tym nie wie.

Trzeba oczywiście oddać na zakończenie sprawiedliwość tej publikacji. Bo przecież z wielką radością należy przywitać książkę znacząco poszerzającą skromne nieheteronormatywne archiwum polskiej pamięci kulturowej. I to jeszcze o wątki wcale nie związane z nietolerancją czy prześladowaniem. Oczywiście również Iwaszkiewicz – jak każdy znaczący artysta – miał swoją teczkę, a w teczce tej (dziś znajdującej się w IPN-ie) odnaleźć możemy notatki o jego „dewiacji”, którą można było wykorzystać do szantażu, jak choćby w wypadku Andrzejewskiego. W listach jednak nie ma ani poczucia zagrożenia, ani jakiegoś nadmiernego ukrywania się w przestrzeni publicznej, przynajmniej nie większego niż dziś. Za rękę objęci co prawda nie chodzili, ale w domach pracy twórczej wakacje wspólnie spędzać mogli bez większych ceregieli. Ile jeszcze musi wypłynąć takich dokumentów, abyśmy wreszcie wkroczyli w etap, w którym ciekawsze wydadzą się nam listy Błeszyńskiego a nie Iwaszkiewicza? Jeśli przepadły na zawsze, tym bardziej już dziś powinien je performatywnie przywołać Karol Radziszewski, skutecznie rozgrywający zapoznane wątki, urwane ścieżki naszej historii. Karolu?

„I to już wszystko?” – u schyłku życia powtarzał w Dziennikach pytanie z dzieciństwa. Tak, wszystko i nic. Ostatni wiersz napisany w lutym w pensjonacie Sailly pod Paryżem nosi tytuł Urania. Umiera 2 marca w Warszawie. Zgodnie z jego wolą pogrzeb odbywa się w Brwinowie, tam, gdzie urodził się i został pochowany prawie nikomu dotąd (do czasu wydania Dzienników) nie znany i wciąż (mimo wydania listów do niego adresowanych) słabo poznany Jerzy Błeszyński.

Jarosław Iwaszkiewicz
„Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego”, oprac. i wstęp Anna Król, Oficyna Wydawnicza Wilk&Król, Warszawa 2017, 524 stron.


Jarosław Iwaszkiewicz
„Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego”, oprac. i wstęp Anna Król, Oficyna Wydawnicza Wilk&Król, Warszawa 2017, 524 stron.