Logotyp magazynu Mały Format

przecież tak jak wszyscy

pragnąłem powrócić
do zatoki dzieciństwa
do kraju niewinności

Zbigniew Herbert, Małe serce

 

Nawet mnie wkurwiaj z calym tym kurwa stuffem o kant chuj pierdolnac, ani kurwa polskich znakow, ani gowna, kurwa, tekstu kurwa potrzebuja, kurwa.

Konrad Góra, jebane komputery

 

1.

Pora szczelnie zamykać okna przeglądarki, kasować pliki cookies, pora zbierać siły na wieczne łowy w niepojętych lasach, na Bezpieczne Wyłączenie Komputera. Bracia i Siostry – koniec jest bliski. Ale przed końcem warto przejrzeć zakładkę Historia – wiedzieć, co z niej usunąć, co zostawić na wieczne pamiętanie.

 

2.

Pierwszy Komputer kupiłem z pieniędzy uzbieranych na Pierwszą Komunię. Składak zrobiony przez jakiegoś narkomana z giełdy komputerowej. Do tego – a jakże – klawiatura, myszka i (!) monitor ciekłokrystaliczny, wielce w tych czasach pożądany (mówiłem na niego „ciepłokrysztaliczny” i w tej pomyłce widzę teraz potencjał metaforycznych płaszczyzn – Ciepło i Kryształ). Mój krótki życiorys cybernetyczny ma zatem proweniencję religijną, jest związany z Pierwszym Wtajemniczeniem. Aliści było to wtajemniczenie niepełne – prawdziwe zanurzenie w cyberprzestrzeń miało nastąpić nieco później. Komunijny komputer z Windowsem 98 nie miał bowiem internetu – zainstalowałem na nim swoje gry (wśród nich przede wszystkim nieodżałowany Jazz Jack Rabbit 2 wymyślony, jak dziś podejrzewam, przez jakichś amatorów środków psychodelicznych z Kalifornii), miałem też Pasjansa Pająka, Sapera i Painta, ale świat WWW (World Wide Web) był mi jeszcze nieznany.

No i któregoś razu rodzice podjęli tę ryzykowną decyzję – kupili mi w Media Markcie modem internetowy. Z jakimś niepokojem i podnieceniem, gówniarz, patrzyłem wtedy na tę cienką płytkę z antenką, którą wkładało się z tyłu komputera do portu PCI i przykręcało czterema niewielkimi śrubkami.

No i zaczęło się, zaczęło. Zaczął się ten inny rodzaj odczuwania, poznawania świata  – wpierw nieporadne moczenie stópek, a w końcu powolne zanurzanie w internetowej magmie. Internet był wtedy inny. Nie było jeszcze YouTube’a, ale miał się pojawić lada moment. Były gry java („Poprowadź pijaczka” i „Rozbierz Britney Spears”), były poszkole.pl i jeja.pl, gromadzące obfitość głupawych dowcipów podzielonych na działy. Rodzice rozumnie dozowali mi jeszcze te internetowe sesje, siedziałem więc przy komputerze krótko, ale intensywnie.

O nadejściu ery Naszej Klasy („co się stało z naszą klasą?”), Gadu-Gadu i Grona, tych wszystkich widmowych, zapomnianych bytów, przemielonych w dialektycznym młynie i przebóstwionych w wielki granatowy moloch Facebooka nie wspominam tu szerzej. Nie chcę historii nurzania się w internet opisywać z detalami – tylu innych już to robi o wiele lepiej ode mnie. Internetowa duchologia ma swoich wiernych kronikarzy i badaczy. To co chcę powiedzieć teraz, na moment przed kodą, to że po czternastu latach w internecie czuję się wyczerpany. Moje oczy słabną, coraz mniej odnotowuję z tego, co się dzieje na ekranie, z trwogą patrzę jak mnożą się karty Google Chrome, jak jedno błyskawicznie przechodzi w drugie, drugie w trzecie, trzecie w piętnaste. Internet stał się dla mnie splątany, zagmatwany, niejasny niczym rymkiewiczowski żmut. Zewsząd słyszę szum, jazgot dysonansu, języki chaosu. „Mój mózg to kosmiczna zupa” pisał w felietonie z ostatniego numeru MF Jacek Wiaderny – i ja się z tą deklaracją utożsamiam.

 

Po czternastu latach w internecie czuję się wyczerpany. Moje oczy słabną, z trwogą patrzę jak mnożą się karty Google Chrome.

3.

Czy było to doświadczenie wspólne dla jakiejś pokoleniowej formacji? Na lekcjach informatyki w gimnazjum razem wchodziliśmy na demotywatory i rechotaliśmy do obrazków z podpisami, w pewien sposób dzieliliśmy się tym, co było poznawane w sieci. A jednak – smutno to sobie dziś, w tej godzinie uświadomić – byliśmy sami. Każdy z nas przemierzał tę ziemię swoją ścieżką, każda Historia jest inna. Pewne jest, że większość chłopców z mojego pokolenia poznawało swoją seksualność przez internetowe przezrocze, u niemal wszystkich Wirtualne poprzedzało Materialne. Wchodzili jednak na różne strony, poszukiwali innego – jedni subtelniej, drudzy bardziej ordynarnie.

Cieszę się, że był przedustawny ład, że był czas przed internetem – gubiący się w mitologicznej mgle czas offline. Może dzięki temu, gdy już miałem komputer, wychodziłem jeszcze na boisko, grałem w piłkę, czytałem książki i komiksy. Koledzy i koleżanki w szkole nie mieli wtedy smartfonów, graliśmy na przerwach w kapsle (metal tazo z cheetosów), duszna i niepewna dorosłość była jeszcze odległa.

 

4.

Nie trzeba być wybitnie rozeznanym we współczesnej kulturze, by wiedzieć, że wspólnym mianownikiem, który łączy rozmaite jej przejawy, rozmaite teksty, jest na różny sposób wyrażane przeczucie przesilenia. Przesyt obrazów, bodźców, symulakru, znużenie wszędobylską ironią, idące za tym problemy z utrzymaniem skupienia, niemożność medytacji – to byłyby cechy fundujące naszą współczesną tożsamość – ten niestabilny, pokawałkowany i rapsodyczny podmiot późnego kapitalizmu, późnej nowoczesności.

Być może pierwszym pokoleniem, które to przeczuwało było pokolenie 1968 roku poszukujące źródeł duchowości w filozofii dalekowschodniej, pobierające nauki u mistrzów zen. Być może dzisiaj trzeba w jakiś sposób pójść w ich ślady. Emigracja wewnętrzna jako jedyne, niesatysfakcjonujące przecież w pełni (świadomi jesteśmy bowiem farsowości historycznych powtórzeń) rozwiązanie?

Odejść z internetu, urządzić swój internetowy pogrzeb i na wirtualnym cmentarzu samemu postawić sobie świeczkę. „Wyjść z miasta i nigdy nie wrócić” jak pisze w ostatnim swoim tomie Marcin Sendecki. Oto plan. Tylko gdzie się podziać, gdzie znaleźć swój Walden – mityczną chatkę w lesie nieopodal stawu? Czy są jeszcze miejsca pierwsze, kraje niewinności pozbawione Wi-Fi? Czy kiedy zobaczę podszewkę świata, będzie tam internet? A może po tamtej stronie jest tylko dwuwymiarowa przeglądarka i nieskończoność otwartych kart?

 

5.

Pod koniec życia Czesław Miłosz pisał na komputerze – świadczy o tym kilka pozowanych zdjęć. Stary Poeta odrywa wzrok znad małego przenośnego Macintosha i patrzy w obiektyw wzrokiem, który zna cenę rzeczy widzianych. Na tym małym komputerku napisał pewnie jeden ze swoich późnych wierszy:

Jeżeli po śmierci dostanę się do Nieba, musi tam być jak tutaj,

tyle że pozbędę się tępych zmysłów i ociężałych kości.

 

Zmieniony w samo patrzenie, będę dalej pochłaniał proporcje

ludzkiego ciała, kolor irysów, paryską ulicę w czerwcu o świcie,

całą niepojętą, niepojętą mnogość widzianych rzeczy

A jednak nie cały umieram. Pozostanie adres IP, mejle, zdjęcia na facebooku – ukłon mego cienia. Z poezji tego szalonego cybernetycznego wieku zostanie niewiele. Kilku dostojnych szamanów – na pewno Góra, Jurczak. Kilka filmów na YouTubie, kilka konwersacji na Facebooku, parę memów.

W takim to czasie, pomiędzy cywilizacją śmierci a cywilizacją śmieci, przyszło mi klikać, stukać, scrollować. Odchodzę – ite, missa est!

O smętny, o kochany
Nie będziesz oszukany

 

Jakub Nowacki
ur. 1994, student Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, studiował też w ramach wymiany na specjalizacji krytycznoliterackiej Wydziału Polonistyki UJ. Publikował teksty o literaturze w „Twórczości”, „Tygodniku Powszechnym”, „Ha!arcie”, „ArtPapierze”, „Popmodernie” i „Niewinnych czarodziejach”. Mieszka w Pruszkowie. Redaktor „Małego Formatu”.