Logotyp magazynu Mały Format

Tekst jest częścią cyklu „Tomasz Pułka i krytycy”.
W związku z wydaniem tomu Tomasza Pułki "Wybieganie z raju (2006-2012)” przez Biuro Literackie publikujemy zestaw tekstów poświęconych poecie.

Dzika flora legend literackich znacznie szybciej rośnie na grobach niż w nawet najpilniej uprawianych ogródkach. W jednej z tych legend Tomasz Pułka godzien jest studium „Z innej pułki”, które nie tyle pośmiertnie dystansowałoby go od jego roczników na długość skoku do królestwa genialności, ile szukałoby formuły na swoistość tej poetyckiej frazy. Teraz, kiedy pod jedną okładką zebrany został cały jego dorobek, jest okazja – a nawet obowiązek – wstępnego podsumowania tej strategii, tej postawy – a także legendy. Był poetą, napisał o sobie dramatyczne zdanie: „ja którego nie ma” („Po sezonie”) – i czas pojąć, jak to się jest, nie będąc, i o co w tym szło.

Przygoda Pułki, przekraczająca wymiar przygody poetyckiej, skłania do namysłu. Przekroczenie zdaje się jej istotą. Pojmowanie poezji jako języka przekraczającego inne języki – to jej punkt wyjścia, a punkt dojścia leży bodajże w okolicach, gdzie przekroczone zostaje samo pojęcie poezji. Późne utwory Pułki to już nie wiersze, tylko teksty. A nawet mniej niż teksty, bo ledwie inskrypcje. I to inskrypcje – jak to one – zmierzające ku milczeniu.

Szukam dla tych ambicji metafory. Jest takie słowo, które wyszło z użycia, można je znaleźć w starych powieściach. Gdy dawni Polacy ruszali do swoich powstań, ich kobiety, aby mieć coś do roboty, zajmowały się skubaniem szarpi. Szarpie to były rozskubane na drobne strzępki tkaniny lnianej, służyły do opatrywania ran. Na dziury w organizmie nakładano je całym kłębem (cóż to musiały być za zakażenia!). Otóż to, co owe wierne panie i czułe panny robiły ze swoją bielizną osobistą i pościelową, Tomasz Pułka robi z mową. Od samego pamiętnego debiutu rozskubuje język na szarpie i nakłada je, garść po garści, na swoje utajone rany. Każdy wiersz jest opatrunkiem, pod każdym coś niewidzialnie krwawi. Pod tymi wierszami ktoś żywy się wykrwawia. I ta kuracja – to kuracja przeciwskuteczna, zakaźna.

Każdy wiersz jest opatrunkiem, pod każdym coś niewidzialnie krwawi. Pod tymi wierszami ktoś żywy się wykrwawia

To szczególne użycie języka, pozbawionego rozmyślnie szans zrośnięcia się w wypowiedzi, redukuje możliwość komunikacji. Nie zamyka jej całkiem, bo nawet w tych kłębkach językowych szarpi, gdzie czasem rozpoznać się daje ślad całości, do których należały, kryje się ekspresja: taką mową można wszak jęczeć, skowytać, przeklinać, syczeć ironią, bełkotać, wzdychać. Wiersze-opatrunki wiąże w całość motywacja pozalogiczna, walor emocjonalny. I zwykle domyślić się można, co się pod spodem sączy, ropieje, stara się zasklepić. Na czym narasta dzikie mięso blizn.

Jakich to walk był właściwie Pułka weteranem, przeciw czemu powstawał? Nasuwa się podejrzenie, że raniła go sama natura idiomu poezji. Nad poetycką mową w każdym kraju, który ma literacką tradycję, widnieć mógłby napis, jaki w „Kubusiu Fataliście” umieścił Diderot na frontonie pewnego fantastycznego zamku: „Należę do wszystkich i do nikogo; zanim tu wszedłeś, już tu byłeś i będziesz tu nadal, kiedy stąd wyjdziesz”. Nie sposób mówić inaczej, jak cudzymi słowami, wikłać się wokół cudzych obrazów, wyrażać najbardziej własne sprawy z użyciem i na przekór temu, co już wymyślono, opisano, zawłaszczono i spospolitowano. Co pozostaje komuś, kogo to do żywego boli? Wewnątrztekstowe rebelie, zerwania, niedopowiedzenia, wolne ciągi asocjacji, nagłe wychłodzenia, odwrócenie się plecami od czyichś prób zrozumienia. Wyrażanie czułości przez nieczułość.

Oto, co znaczy mieć narzędzie porozumienia i go nie mieć. Przychodzi ma myśl gorzki żart, że Pułka to taki niewierny Tomasz, który mógłby mieć raczej na imię Toniemasz. Stąd jego strategie – skrajnie osobiste, obraźliwe, nieufne, roznoszone niepokojem, otwarte i zamknięte zarazem, chimeryczne, destrukcyjne i autodestrukcyjne. Z tej racji tytuł zbioru jego dorobku „Wybieganie z raju” zdaje się szczególnie trafnym podsumowaniem pewnej więcej niż indywidualnej alienacji. A to, co nazwałam powyżej przygodą pisarską Pułki, staje się doświadczeniem zgoła elementarnym. Takim, w którym walka poety o własną osobność wyprowadza poza poezję. Pułka nie był w tej przygodzie odosobniony – podobne doświadczenie stało się udziałem Różewicza, Bursy, może Białoszewskiego, których kusiła droga do kresu. Ale bodaj jeden Stachura, jak oni, wychodząc od sekowania poetyckości, miał mocną wolę tam dotrzeć.

Oto, co znaczy mieć narzędzie porozumienia i go nie mieć. Przychodzi na myśl gorzki żart, że Pułka to taki niewierny Tomasz, który mógłby mieć raczej na imię Toniemasz

A to jeszcze nie wszystko. Pułka ma dojmującą świadomość, że w jego najosobistszych wierszach dłubać będą – jak ja w tej chwili – jacyś krytycy, badacze, preparując motywy i wątki. Co jest poczuciem nieznośnym, powszechnym i obiektem nienawistnych wypadów, o których – wychodząc od tego, jak w jednym z wierszy potraktował Herbert poczciwą profesor-wersolog Marię Dłuską – napisać by należało osobno. Proceder ten doczekał się u Pułki całkiem oryginalnych najeżeń. Ale nie ma rady. Czas pokazać, jak dalece jest Pułka, od samego początku, obolały, i co go pod wierszem-opatrunkiem uwiera.

Oto fragment drugiego utworu pierwszego zbioru Pułki „Rewers” – „Wiersza o
pogodzie”. To pisał szesnastolatek:

w tym jest chociażby maleńki gwoździk ale zawsze
można odejść na bezpieczną odległość położyć się na
wznak podpalić wioskę i przez sen patrzeć na tył głowy
na warkocz ciągnący aż do bólu wrysowanego w mapę ciała
gdzie twoje włosy to zimne akwarium bo można włożyć w nie
rękę i jak na złość być rybą nie mówić nie mówić ledwie patrzeć
przez ścianki gdzie tylko obecność podprowadzonej elektryki
telewizja kolor kolor i gasną ci oczy i wciąż bieleje śnieg.

Co tu mamy? Pozornie gładki ciąg obrazów, efekt onirycznego impetu w tasowaniu niepowiązanych scenek, sytuacji, a raczej ich zawiązków. Gdzieś w domyśle jest para na tapczanie i mżący wiadomościami dziennika niesprawny telewizor – fałszywe akwarium. Niezwykła oszczędność w budowaniu wewnątrzwierszowego zdarzenia generuje energię spięcia, przeskok znaczeniowy, grę w klasy z perspektywą na przemian globalną i na niechętne wyciągnięcie ręki. Co owocuje równie „skokową” lekturą, z obrotami, staniem na jednej nodze, podparciem ręką: przerzutnia jest tu katapultą sensu, majaczącego w efekcie paradoksalnych wiązań, które są zerwaniem. Mały dramat niekomunikacji rozgrywa się nie tylko między Ja a Światem i panującą na nim (nie)pogodą, ale i między Nim a Nią: zrównanie perspektyw kreuje iluzję płynięcia od sensu do sensu, ale szybko orientujemy się, że wartki potok wiersza to w gruncie rzeczy wir, a my, czytelnicy, nie jesteśmy bezpieczni. I to Pułce zostanie: nie jesteś bezpieczny – podmiocie, człowieku, czytelniku. Nie oswajaj – mnie, ziemi, sytuacji, języka, świata.

Nieoswojenie wydarza się na poziomie języka emocji. „Zimne akwarium”, niemota, umykanie i rybi chłód, biel śniegu – to inwentarz obrazów, które mają swój rewers oddalenia, utraty dostępu. Wizja napływa jakby zza szklanej ściany akwarium, w miejsce, gdzie czułość blokowana jest chłodem, lękiem, wygaszaniem. Ale i ma swój niewidzialny zalążek, to ziarnko piasku, które uwiera pod kłębkiem słów-szarpi. A jest nim reminiscencja jak najbardziej literacka: „Czerwony ichtiolog” Białoszewskiego, ów obraz zimnej ryby-języka, śliskiej i pozorem porozumienia wymykającej się z ust – nazwisko poety odmieniło barwę wizji na biel, koloryt pustki, w której pływają „rybosłowa”.

To pojedyncze ziarnko rozrośnie się później w cyklu – „Po sezonie” – w cały ciąg okrutnych parodii, pozwalających ocenić, jak tradycja uwierała Pułkę: „Mało śpię i czytam Czesława Miłosza…” – niczym u tego poety, „Jest spać / Jest oddychać / Żyć jest…” – jak u Wojaczka, „W czerwcu skończę dwadzieścia cztery lata / ocalono mnie / ze spaceru nad rzeź…” – niby u Różewicza, „Dzień dobry Tomku lufkę spal…” – na podobieństwo Herberta, „wiosna już Dyciu a ja w ciąży z domem…” – wedle wzoru Tkaczyszyna-Dyckiego. I tak dalej. Jest po sezonie, wszystko już napisano. Wiersze, jak „Czarny człowiek” (z tomu „Autarkia”) kończy niedbałe „(tu wstawię cokolwiek)”. A przedtem:

Bez przerwy wchodził, ale ledwie się
Ergo pianie w agonii, Lucjan pokazywał
Przekrawany minerał jak najbliższa
Wąsy byś zgolił zamiast rwać
Rozumiem mącenie, kiedy twarz
Wolno poręcz, wolno schody

Zerwanie ciągłości jest tu niejako podwójne lub – lepiej – podwojone. Całostki wiersza oddzielają białe plamy; ubytki słów dają się dostrzec także w granicach kolejnych wypowiedzeń. Każda z osobna zdaje się nieukończona, lewituje w niedopowiedzi, być może w strzępach dialogu, a raczej w kolażu ze strzępów, między którymi brak oczywistych powiązań. Atomizacja taka wystawia słowa na samotność, subtelnie znaczy pęknięcie. W czym, czego? Wolno widzieć w tym bezradność „ja” mówiącego, wolno – bezradność języka. Nie jest to jednak tematyzacja wyczerpania. To raczej kolejna próbka nieciągłego mikrokosmosu Pułki, w którym frazy trą o siebie w nie do końca dekodowalnej i niepoddającej się usensowieniu chemicznej sympatii. Z frazy „Wolno poręcz, wolno schody” wyczytać można równie dobrze czuły instruktaż, co znużenie; we frazie o przekrawanym minerale mamy z kolei paradoksalną obecność sygnału bliskości, a przecież twardą i gładką ścianę da się połączyć ze słowem „najbliższy” jedynie klejem oksymoronu, chyba że dopuścimy do głosu ironię lub intymną topografię.

Ewolucja tego warsztatu poetyckiego ujawnia rosnącą niechęć do poetyckiej gładkości. Gdy jest zbyt gładko, Pułka przystępuje do niszczenia, cięcia, montowania percepcyjnych utrudnień. Samoniszczące skłonności poezja ta ujawnia zresztą od początku, zwracając uwagę na nietransparentność i problematyczność samego pisania. Jest jednak coś jeszcze: ta poezja wstydzi się pozowania na lirykę, okrąża i ironizuje jej skompromitowany status; rozładowuje twórczy impet w heterogenicznych, amorficznych wariacjach. Tym bardziej uderza w aforyzm, krągły, pozornie zbożny, jak choćby w „Językami mówić będą” z „Paralaksy w weekend”:

jest aktem, ale pamiętaj o ciągu.

Dalszym, bliższym, bo im dalej, tym bardziej,
cokolwiek powiesz. (…)

Ta poezja wstydzi się pozowania na lirykę, okrąża i ironizuje jej skompromitowany status

Idzie mi, oczywiście, o gnomiczne „Życie jest aktem, ale pamiętaj o ciągu”. Pozory! Dalszego ciągu nie ma. Pamiętać ma o nim czytelnik. Ten wiersz wydrążony, doskonale pusty, czytam jak testament. I zaklęcie magiczne. Nie słychać w nim już niezgody, a nawet punktowania sprzeczności. To zaledwie wypowiedź. Za temat ma wyrzeczenie.

 

Tekst jest częścią cyklu „Tomasz Pułka i krytycy”.
W związku z wydaniem tomu Tomasza Pułki "Wybieganie z raju (2006-2012)” przez Biuro Literackie publikujemy zestaw tekstów poświęconych poecie.

Eliza Kącka
ur. 1982. Asystentka na Wydziale Polonistyki UW. Członkini Zarządu Głównego TLiAM. Publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”, „Przeglądzie Filozoficzno-Literackim”, „Wieku XIX”, „FA-arcie”, „Nowej Dekadzie Krakowskiej”, „Twórczości”. Opublikowała książki "Stanisław Brzozowski wobec Cypriana Norwida" i "Elizje". Współredagowała antologię "Poeci i poetki przekraczają granice".