Logotyp magazynu Mały Format

Inca Garcilasso de la Vega
„O Inkach uwagi prawdziwe”, tłum. Jan Szemiński, PIW, Warszawa 2017, 744 strony.

Koncept „zderzenia cywilizacji” przedstawiony przez Samuela Huntingtona w książce pod takim właśnie tytułem, wydanej po raz pierwszy w 1996 roku, dotyczył sytuacji z końca XX wieku, kiedy to świat, uwolniony od konfliktu politycznego zimnej wojny, wchodził w inny, wywołany nieprzezwyciężalnymi różnicami, jakie zachodzą między zachodnim kręgiem cywilizacyjnym a pozostałą częścią ludzkości. Koncept ten został poddany radykalnej krytyce przez autorów, którzy uznali, że wielkie kultury ludzkości raczej koegzystują ze sobą niż walczą, oraz przez tych, którzy nie godzili się z przyjmowaniem jakiejkolwiek wyróżnionej perspektywy widzenia jednych kultur przez inne. Nie wchodząc w dyskusję o aktualności lub fałszywości twierdzeń Huntingtona oraz o możliwości nieuprzedzonego pojmowania obcej kultury, przypomnijmy sobie niektóre wydarzenia z epok dawnych.

Oczywiście i w starych kulturach rzecznicy łagodnej, twórczej osmozy duchowej mogą znaleźć wiele argumentów. Bagdad Abbasydów w X wieku, Kordoba Omajjadów w XI wieku, Sycylia króla Rogera w XII wieku, Florencja Medyceuszy w XV wieku – to piękne pomniki otwartości ludzkiego ducha. Dałoby się wyliczyć ich jeszcze trochę. Niestety, w historiograficznej buchalterii liczba wojen przekracza liczbę twórczych ludzkich spotkań – i to o całe rzędy wielkości.

Niestety, w historiograficznej buchalterii liczba wojen przekracza liczbę twórczych ludzkich spotkań – i to o całe rzędy wielkości

O tym, że łatwiej jest nam nie rozumieć się nawzajem niż rozumieć, świadczą między innymi kłopoty nazewnicze (być może „niezrozumienie”, nękające kondycję ludzką, bierze się głównie z widzenia świata poprzez struktury językowe, jak chcieli Sapir i Whorf, i wówczas legenda o wieży Babel byłaby najbardziej fundamentalną opowieścią o problemach dziejowych człowieka). W następnych zdaniach tego tekstu pojawią się określenia „kultury prekolumbijskie”, „Inkowie”, „Aztekowie”. To są nazwy nadane mieszkańcom pewnych kultur przez reprezentantów innych kultur, którzy najechali na te pierwsze i zniszczyli je. Niektóre z nich są zniekształconymi słowami z języków tych kultur, inne w ogóle nie mają sensu innego niż hegemoniczny, jak choćby „Indianie” czy „Amerykanie”. Przymiotnik „prekolumbijski” wyznacza cezurę dziejów „Ameryki”, którą jest jej „odkrycie”, jak gdyby przed lądowaniem Kolumba na „San Salwador” ten kontynent nie istniał – także dla swoich ówczesnych mieszkańców. Skoro Kolumb odkrył Amerykę, to kto odkrył Europę, Azję i Afrykę? Trudno jest uwolnić się od przeświadczeń wpisanych w głębokie warstwy semantyczne używanego przez siebie języka. W tym przypadku język podpowiada nam, Europejczykom, że jesteśmy jedyną aktywną społecznością ludzką na planecie. Tylko my „odkrywaliśmy” i nadawaliśmy nazwy temu, co „odkryte”.

Spotkanie Hiszpanów z kulturami prekolumbijskimi – Majami, Aztekami, Czibczami i Inkami – jest dla antropologów wyjątkowo niezwykłe. Trudno w historii ludzkości znaleźć inny przypadek, kiedy doszłoby do gwałtownego „wpadnięcia na siebie” dwóch wysoko rozwiniętych kultur, które aż do tej chwili nie wiedziały nawzajem zupełnie nic o swoim istnieniu. Stary Świat – ze względu na swoją geograficzną zwartość lądową – był od zarania dziejów jednością, choćby bardzo luźną (to dlatego nikt nigdy go nie „odkrył” dla jego mieszkańców). Rzymianie w II wieku n.e. wiedzieli o istnieniu Chińczyków i na odwrót. Przedstawicielom tych kultur zdarzało się spotykać, kiedy ich misje odwiedzały stepowe królestwa środkowej Azji. Bajkowi Pigmeje i Hiperboreje świadczyli o wiedzy mieszkańców „centrum”, że ktoś zamieszkuje daleką Północ i dalekie Południe, chociaż tutaj nie można już mówić o symetrii. Ale aż do końca XV wieku mieszkańcy Starego Świata nie przypuszczali, że istnieją ziemie i ludy poza ich własnym światem – masywem lądów Europy, Azji i Afryki. Krzysztof Kolumb do końca życia trwał w przekonaniu, że dopłynął do Indii od wschodu.

Zatem przy pierwszych z tych zetknięć nie było literalnie nic wspólnego między stronami kontaktu, żadnego punktu zaczepienia komunikacji. Jak zatem mogli się porozumiewać? Wiemy o tym sporo. W kulturze latynoskiej wielką rolę odgrywa na przykład postać Malinche, dziewczyny azteckiej, która była tłumaczką oraz kochanką Cortésa i umożliwiła mu zrozumienie świata, w jakim się znalazł – a zatem również jego skuteczne opanowanie. Ma ona dwuznaczny status – jest jednocześnie matką kultury latynoskiej i jej zdrajczynią. Takich paradoksów jest w Nowym Świecie więcej.

Najpierwszym ze spotkań/zderzeń było zetknięcie Kolumba z mieszkańcami wyspy, którą nazwał San Salvador. Z jego strony wrażenie było więcej niż pozytywne – w sprawozdaniach dla Królów Katolickich, Ferdynanda i Izabeli, swoich mocodawców i sponsorów, podkreślał ich łagodność, pokojowe usposobienie i zupełny brak odruchów agresji, a jednocześnie stwierdzał, że ze względu na dobrą budowę fizyczną świetnie nadawaliby się do pracy – podejście Admirała było więc raczej merkantylne, ale w końcu musiał jakoś uzasadnić wydatki poniesione przez Koronę hiszpańską dla realizacji swoich fanaberii. Co sądzili o nim i jego ludziach „sansalwadorczycy” (w swoim języku: Lukku-kairi) nie wiemy. Ale ponieważ tam, gdzie pojawiali się biali ludzie, szybko nadchodziła z nimi przemoc, oni i ich pobratymcy z innych wysp i lądów nauczyli się ich bać. Jednak kiedy w ćwierć wieku później Hernán Cortés lądował na ziemiach Mexików (Azteków), dynamika pierwszego kontaktu była zupełnie odmienna – nie chodziło o rekonesans wśród plemion pierwotnych, ale o ujarzmienie bogatej, znakomicie zorganizowanej cywilizacji i drenaż jej zasobów. Wciąż jednak obie strony były dla siebie zbyt obce, aby dało się porównać podbój państwa Azteków przez Hiszpanów do wojen toczonych wewnątrz obu stron tego starcia. Podbój państwa Inków przez braci Pizarro był trzecim epizodem konkwisty – po opanowaniu Karaibów i Meksyku. Wszystko rozegrało się w czasie życia jednego pokolenia. Hiszpanie w ciągu kilku dekad posiedli największe imperium od czasów rozpadu państwa Czyngis-chana.

Powiada się czasem, że antropologia kulturowa jest rezultatem wyrzutów sumienia białych ludzi – po tym, jak zniszczyli obcą kulturę, zaczynali badać jej pozostałości i utrwalać ślady. Tak powstała wiedza o plemionach rdzennych Amerykanów (nazywanie ich w ten sposób jest jednak tylko trochę mniej europocentryczne niż pozostawanie przy „Indianach”, bo bezsensowny geograficznie toponim wymienia się na toponim urobiony od imienia jednego z „odkrywców”, jakby mieszkańców Europy nazwać hurtowo na przykład „Montezumianami” albo „Atahualpianami”, gdyby ekspansja zaszła w odwrotnym kierunku). W przypadku kultur Ameryki Środkowej i Południowej proces „utrwalania resztek” zaszedł znacznie wcześniej – niemal równocześnie z procesem konkwisty. Bernardino de Sahagún, Bartolomè de las Casas, Diego de Landa czy Fernando Alvarado Tezozómoc byli w XVI wieku „tłumaczami” kultur prekolumbijskich, nie tylko na język hiszpański – co otwierało możliwość rozumienia ich również przez innych Europejczyków – ale przede wszystkim na kategorie i pojęcia Starego Świata. Byli to „tłumacze” w sensie antropologicznym i kulturologicznym, takim, jaki wprowadził Zygmunt Bauman w książce „Prawodawcy i tłumacze”. Ludzie ci albo pochodzili z mieszanych związków, albo – jak zakonnicy Sahagún i las Casas – wykazali wolę przekroczenia granicy obcości i zrozumienia jej. Współczesna wiedza o świecie Azteków wciąż w sporej mierze składa się z informacji zebranych przez nich oraz przez kilku anonimowych kronikarzy tubylczych (albo tambylczych – zależy skąd spojrzeć), których zapisy nie uległy zniszczeniu.

Powiada się czasem, że antropologia kulturowa jest rezultatem wyrzutów sumienia białych ludzi – po tym, jak zniszczyli obcą kulturę, zaczynali badać jej pozostałości i utrwalać ślady.

W przypadku kultury Inków peruwiańskich takim tłumaczem był Inca Garcilasso de la Vega (1539-1616), potomek konkwistadora i inkaskiej księżniczki. Jego dzieło „Comentarios Reales de los Incas”, którego pierwszy tom ukazał się w 1609 roku, stanowi relację z dziejów państwa Inków do czasu nadejścia Pizarrów, opartą, jak się dziś powszechnie sądzi, na starannie zebranych przekazach ustnych i osobistej wiedzy autora o przeszłości własnej kultury. Garcilasso zrelacjonował olbrzymią liczbę szczegółów dotyczących nie tylko wojen, królów i polityki, ale również zwyczajów i norm społecznych Kraju Czterech Stron Świata (tak nazywało się państwo Inków w języku oficjalnym jego mieszkańców). „Comentarios…” należą przeto do dzieł zwiastujących nowoczesną etnologię i antropologię kulturową – i od dawna są w taki sposób traktowane przez czytelników i badaczy.

Jednak po upływie przeszło czterech wieków relacja tłumacza kulturowego sama wymaga już tłumaczenia innego niż tylko językowe. Odbiorca dzieła Garcilassa czuje się trochę jak widz „Satyriconu” Felliniego albo – by pozostać po drugiej stronie Atlantyku – „Apocalypto” Mela Gibsona. Ogląda sekwencje obrazów, lecz nie ma pewności, czy rozumie to, co widzi, i brakuje mu wskazówek rozumienia, ponieważ świat oglądany w tych obrazach jest zbyt odległy od jego własnego.

Tłumacz Garcilassa na język polski nie dokonał żadnych skrótów w tekście pierwszego tomu „Comentarios…” – dostaliśmy je ze wszystkimi detalami. Być może dlatego w polskiej edycji zabrakło miejsca na komentarze inne niż drobne uwagi z zakresu filologii, nazewnictwa i krytyki tekstu. Nie ma tam prawie w ogóle objaśnień historycznych i kulturowych. Dlatego siedemset stron „Uwag prawdziwych…” można czytać jak powieść – i to powieść rozległą i rozwlekłą, z niezbyt jasno zarysowaną fabułą i mnóstwem zagadkowych szczegółów obyczajowych, opowiadaną przez staroświeckiego narratora – lecz jeśli chcielibyśmy uczynić z niej również dzieło historyczne, lepiej będzie mieć pod ręką „Historię państwa Inków” Marii Rostworowskiej.

Inca Garcilasso de la Vega
„O Inkach uwagi prawdziwe”, tłum. Jan Szemiński, PIW, Warszawa 2017, 744 strony.

Paweł Majewski
ur. 1978, pracownik Instytutu Kultury Polskiej UW.