Logotyp magazynu Mały Format

Kacper Bartczak

"Pokarm suweren", Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017, s. 60.

Siedzę wygodnie z laptopem na blacie, stukam w czarną klawiaturę, na ekranie zza migającego, czarnego kursora wyłaniają się słowa, które przed kilkoma chwilami znajdowały się w odległym niebycie. Obok stoi filiżanka z kawą, którą miarowo popijam. Chyba mam ochotę na babeczkę z malinami, mój organizm zaczyna domagać się cukru. Homeostaza zanika. Każde napisane przeze mnie słowo jest wynikiem odpowiadającego danej chwili ciśnienia krwi czy posiłku, który spożyłem jakieś trzy godziny temu. To, co wypływa spod moich palców, jest wynikiem zmiennej fizjologicznej mojego organizmu. Decyduje przypadek, nieustanna zmiana zaś jest naturalna. Taką wizję pracy poetyckiej proponuje w swoim najnowszym tomie Kacper Bartczak. „Pokarm suweren” wydaje się kontynuacją „Wierszy organicznych” łódzkiego poety z 2015 roku. Najnowszy tom organizuje język zaczerpnięty z dziedzin takich, jak mikrobiologia czy biotechnologia. Ta biologiczna perspektywa wyznacza główny horyzont zainteresowań Bartczaka, który zajmuje się przede wszystkim życiem – nie prozaicznie rozumianymi kwestiami bycia, a stroną fluksu, wpisanej genetycznej (i tej niezależnej od genów) zmienności czynników i wpływów na organizm.

Autora „Świata nie scalonego” dość trudno wpisać do szerszej szufladki, choć niejednokrotnie starano się to zrobić. Maciej Woźniak widzi w łódzkim amerykaniście ucznia Ashbery’ego i O’Hary, jednocześnie wskazując na wątki religijne, które prowadziłyby w kierunku Joanny Mueller. Rozpoznania Woźniaka pomija (a może cicho aprobuje?) Dawid Kujawa, wskazując jednocześnie – mimo podobieństw między poetami inspirującymi się tradycją amerykańską i publikującymi od lat dziewięćdziesiątych – na dystynktywność i odrębność projektu Bartczaka. Wydają się to tropy dobrze uzasadnione, jednak „Pokarm suweren” prezentuje wiersze bliskie co prawda awangardowemu myśleniu o tekście poetyckim, ale nie spod znaku wielkich Amerykanów, a naszej rodzimej awangardy z okresu międzywojnia, zwłaszcza krakowian z Tadeuszem Peiperem na czele. O powinowactwie łódzkiego poety z Papieżem Awangardy wspominali w swoich recenzjach tomów Bartczaka m.in. Marta Koronkiewicz i Tomasz Cieślak-Sokołowski (w tekście poświęconym poprzedniemu tomowi autora, „Wierszom organicznym”). Krytycy koncentrowali się głównie na zbieżności między Peiperowskim słowiarstwem a Bartczakowską pracą wiersza, jednocześnie nie zważając na zdecydowanie większe powinowactwo obu projektów poetyckich. Bo poza ograniczeniami formalnymi, które obaj twórcy narzucają tokowi utworu, łączy ich zamiłowanie do języka o proweniencji technicznej. Peiperowskie używanie takich określeń wynikało z programu Awangardy Krakowskiej, która chciała uwypuklić nową wrażliwość człowieka funkcjonującego w technicyzującej się rzeczywistości. W języku poetyckim Bartczaka wspomniana wrażliwość zostałaby już wchłonięta i przetworzona jako konstruująca nasze myślenie o ciele jako takim, konstytuowałaby jego afektywną pracę nie jako jeden z produktów, ale zaczyn. Tam, gdzie Peiper pisze, aby „dojrzeć piękno w prostych, długich, przetrzebiam życia wykreślonych bulwarach, wyciągających się jak struny”[1], widzę pierwszą zwrotkę „Glonu chtonicznego”:

ja pokarm suweren

torfem zdaniowym

katatonicznym puszczam się

prądem przezeń po samo piękno (s. 7)

Autor „Żywych linii” liczył, że maszyna (wbrew myśleniu futurystów) zostanie sługą sztuki, że będzie można ją wyzyskać i w ten sposób przyczyni się do poprawy kondycji społeczeństwa, zapominając jednocześnie, że w dialektyce pana i niewolnika z czasem pan staje się niewolnikiem, uzależniając się od działań zniewolonego. Gdy maszynę chcemy podporządkować działaniu języka, z czasem ona zacznie przechwytywać język. W tym miejscu wyrasta poezja Bartczaka, poezja organicznie usposobionego języka ujarzmionego przez prawa maszyny. Sugestywnie zresztą poeta określa swoje powołanie. W szóstym wersie „Glonu chtonicznego” możemy znaleźć fragment o robocie lirycznym białkowego skryptu (s. 7). Słowo robot ma proweniencję czeską i jest związane z robotnikiem, a co za tym idzie niewolnikiem. Okazałoby się, że podmiot definiuje siebie jako zaprogramowanego przez białka wiążące geny do lirycznej roboty. Niezbyt przyjemna perspektywa.

Gdy maszynę chcemy podporządkować działaniu języka, z czasem ona zacznie przechwytywać język. W tym miejscu wyrasta poezja Bartczaka, poezja organicznie usposobionego języka ujarzmionego przez prawa maszyny

O tym, że Bartczakowi życie wydaje się na poziomie organicznym sztuczne i zniewalające, w „Pokarmie suweren” można przeczytać całkiem sporo; z czasem czytelniczka może zacząć zachodzić w głowę, w którym polu tak naprawdę poeta widzi możliwość realizacji (bez ujarzmiających wewnętrznych i zewnętrznych wpływów) jednostkowej egzystencji, skoro wszystkie drogi są w jakiś sposób narzucone? W wierszu nomen omen zatytułowanym „Niesuweren” znajdziemy taką frazę: „po organizm jego sztuczny dźwięk” (s. 46). Metafora jest zbudowana dzięki połączeniu światów natury i cywilizacji (dźwięk jest czymś z gruntu bliskim czystemu życiu, sztuczność to jakiś ludzki, przetworzony, konwencjonalny naddatek), jednak zdanie kolportuje myśl o tym, że dźwięk wydawany przez organizm jest do cna sztuczny. Z tej perspektywy podmiot wiersza Bartczaka przyznawałby się do mechanicznego reprodukowania życia już na poziomie zoe, które wydaje się wspólne wszystkim organizmom i niezależne od warunków, w jakich się realizuje poprzez bios. Nagie życie w swej istocie jest organizowane przez świat reakcji chemicznych, płomień wieczności życia to świat apriorycznie zaprogramowany dzięki zawartym w łańcuchach DNA białkach, które są podatne na wpływ zewnętrznych czynników. Tak jest w „Morfiale zdaniowym”, w którym czytamy: „jesteś statystyką newsa / ze straszną wadą genetyczną / chorobą fundacją cyfrą / numerem wady jej wywołaniem” (s. 8) – skierowane wprost do odbiorcy komunikaty dotyczą nietrwałości życia, w którym wadą genetyczną jest śmierć będąca ledwie liczbą w statystykach). Trudno zatem nie zgodzić się z rozpoznaniami wspomnianego Kujawy, który choć w swojej recenzji koncentruje się przede wszystkim na kwestii dystrybucji władzy, to również podkreśla rolę suwerena w procesach tarć wewnątrzbiałkowych i zmiennych zewnętrznych. Poezja Bartczaka zatem byłaby od podszewki poezją emancypacyjną –  zdajemy sobie sprawę z niemożności wyjścia poza bycie człowiekiem (ssakiem, zwierzęciem, organizmem), jednak gest poety poprzez tak, a nie inaczej sformułowane wersy (podyktowane zmiennością w jego organizmie), sprawia, że autor „Przenicaków” wyrasta na twórcę zainteresowanego głównie problemami posthumanizmu i ludzkiego bycia w tej perspektywie.

Z „Pokarmu suweren” rysuje się wizja podmiotu przypominającego postać Tetsuo (zarówno z filmu „Tetsuo, człowiek z żelaza” [1989], jak i zekranizowanej mangi „Akira” [1988]). Postać żelaznego człowieka to Frankenstein czasów dystopijnej, cyberpunkowej przyszłości. Organizm Tetsuo zostaje zaatakowany przez tajemniczą chorobę, w wyniku której zaczyna przybierać niezwykłe kształty, z jego ciała wyrastają metalowe pręty, zamiast krwi krąży smar, bohater zaś zostaje zniewolony przez towarzyszące transformacji popędy. Choroba na mechanizację to również choroba podmiotu tomu Bartczaka, mówiący to ten „poślubiony  transmisji” (s. 25), który „koduje tkankę kult kodeks / tablet morfem na memoriał” (s. 28), w którego organizmie można zaobserwować, że „człowiek płynący jest wiersz / z krwi która płynie / w pięknych żyłach w ciele żywym / mową wolną sobą wiązaną” (s. 34). Płynący wiersz w żyłach to pozornie lepsza perspektywa niż krążenie w nich zniewalającej „dykty Lete”, co nie znaczy, że bycie genetycznie zobligowanym do pisania jest bardziej pociągające – zapomnienie może wyzwalać efektywniej niż nieustanna potrzeba zmiany. Widać to wyraźnie w „Pokarmie suweren”. Przez cały tom przewijają się scalające i organizujące go słowa (jak „rzeźba”, „news”, „gen” czy „pokarm”), jednocześnie unikając semantycznego powtórzenia – znaczenia spalają się niczym kalorie w toku pojedynczego wiersza, pozostając jako naddatek w trakcie lektury kolejnych – z każdym następnym utworem zaś dochodzi do nowej ekspozycji. Gdy Bartczak w ostatnich dwóch wersach tomu pisze: „wydziel się instaluj wersem / inną substancją organiczną” (s. 53) przedstawia obraz poezji jako żywego organizmu, bezustannie przekształcającego się w wyniku zderzeń znaczeń procesu, który byłby swoistą reakcją chemiczną, co należałoby określić stałą zmianą. Constans analizy i syntezy, rozkładu i scalenia. Procesualność wynikałaby z pewnego organicznego elementu, który odpowiadałby za odkrycie zjawiska, jakim jest poezja.

Znaczenia spalają się niczym kalorie w toku pojedynczego wiersza, pozostając jako naddatek w trakcie lektury kolejnych – z każdym następnym utworem dochodzi do nowej ekspozycji

Trans bez istoty bez wymiany postaci

Człowiek jest formą myślenia wierszem (s. 37)

Splecenie dwóch światów – świata wiersza i świata człowieka – to punkt wyjścia dla Bartczakowskiego myślenia o tekście poetyckim, organizującym nie tylko przestrzeń kartki, lecz także przestrzeń człowieka, który swoją formę przybrał dzięki używaniu poezji. Narzędzie z czasem zaczęło ujarzmiać życie tego, który je wytworzył. Wiersz został zatem pragnącą maszyną, która dąży do zaspokojenia pragnienia, zarazem dążąc do samodestrukcji. Poeta w tej relacji byłby podrzędnym elementem, swoiście ubezwłasnowolnionym i niezależnym (to człowiek może myśleć wierszem, wiersz człowiekiem – niepodobna pomyśleć!). Dlatego kres wiersza jest kresem poety („koniec substancji transu wieczności / człowiek żywy śmiertelnym wierszem” [s. 37]).

Technika nie odstępuje „Pokarmu suweren” ani na krok. Chociażby przechwytujący religijne rejestry języka wiersz „Tryptyk z silnikiem hybrydowym” już w tytule ewokuje maszynistyczne skojarzenia:

1.

w śpiewie migruje wszelki fracht

śpiew synteza mineralnych strat

instaluje się lepkość światła

 

2.

biometryczna rzeźba bezpośredni wtrysk

emisja próżni w jednostce

prężne usta gniotą tłok

wydziela się partia smarów światła

 

3.

słuchaj na forum wszelki krach

patrz jonizuje glonosfera

wytrąca się partia odmętów światła (s.8)

Dwie z trzech strof utworu zawierają dość pokaźną liczbę słów z zakresu nauk ścisłych: synteza, instalacja, emisja, próżnia, tłok, smar; w trzeciej zwrotce zaś wyróżnia się jonizowanie. Wymienione wyrazy organizują wiersz dzięki temu, że są albo opisem czynności (w przypadku instalacji czy syntezy), albo ich przedmiotem (jak w wypadku emisji czy tłoku). Choć w wierszu opis koncentruje się na ujęciu organizmu (biometryczna rzeźba, glonosfera), to poddany jest językowi technicznemu, który wpisuje biomasę w karby myślenia za pomocą pojęć wypracowanych na gruncie nauki.

Bartczak z jednej strony popuszcza językowi uzdy, licząc że jego kłączowatość i względna autonomiczność są samoregulujące dla działania wiersza; pozycji, w jakiej znajdują się konkretne słowa. Z drugiej zaś spod biologicznej otuliny tomu wyrastają dość maszynowe metafory, opakowane jakby przez poetów dwudziestolecia zafascynowanych technologiczną zmianą, metalicznością i rozwojem. W swoim najnowszym tomie poeta wyrasta na wnuka awangard ubiegłego wieku, zwłaszcza tych spod znaku maszyny. Podmiot wierszy Bartczaka obserwuje świat spełnionej obietnicy technologizacji życia – świat nanotechnologii, drukarek 3D i klonowania komórek macierzystych. Zamiast zachwytów nad miastem żyjącym w symbiozie z człowiekiem, poeta stara się uchwycić, w jaki sposób język technologii skolonizował nasze myślenie o życiu, jak cywilizacja reorganizuje działanie natury. Nie dziwi zatem, że wiersze Bartczaka działają  jak Deleuzjańskie maszyny, których funkcjonowanie jest podyktowane chęcią zaspokojenia bliżej nieokreślonego pragnienia – pragnienia pobudzanego poprzez istnienie i pomagającego temu istnieniu się realizować. A jeśli za tą realizacją idzie potrzeba odpowiedzi na uniwersalne, nadal frapujące pytania? Nauka pomoże kosztem tożsamości. W końcu zapracowała na to, aby każdy z nas mógł do siebie powiedzieć: „jesteś żywiołem eksperymentem” (s. 41).

[1] T. Peiper, Tędy, [w:] Pisma wybrane, Wrocław 1979, s. 15.

Kacper Bartczak

"Pokarm suweren", Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017, s. 60.

Cezary Wicher
ur. 1994, studiuje filologię polską i kulturoznawstwo na UWr. Mieszka, pracuje i kombinuje we Wrocławiu.
POPRZEDNI

recenzja  

The Importance of Being Naïve

— Mikołaj Borkowski

NASTĘPNY

recenzja  

Smutne i wesołe firmy

— Paulina Chorzewska