Logotyp magazynu Mały Format

Piotr Puldzian Płucienniczak
"Firmy", Rozdzielczość Chleba, Warszawa-Internet-Kraków 2017, 452.

Gramatyka z okładki książki pyta: mianownik (kto? co?) „zawiera firmy”? Spróbujmy więc. „Firmy” to na pewno wielki konceptualny tom, katalog i słownik. To książka Piotra Puldziana Płucienniczaka, która tak naprawdę nie została napisana przez niego. To rzecz do czytania i do myślenia. Książka, którą po prostu warto mieć w domu. Wymarzony prezent dla nowoczesnego przedsiębiorcy (który się śmieje z tych wszystkich Agrobudów i Wixapoli), dla cioci polonistyki, marketingowca, ekonomisty, dorosłych i dzieci.

Wyjątkowo uginam się i przyznaję, że w tym przypadku papierowa wersja to złoto. „Firmy” wyglądają jak książka telefoniczna bez numerów, bo nie o numery tu chodzi, tylko o litery – i to, co Polki i Polacy z nimi robią, kiedy trzeba być kreatywnym, żeby zarobić. Pamiętam, że moja babcia miała kiedyś w domu żółtą książkę telefoniczną. Służyła dzieciom do śmiania się z nazwisk, losowania numerów i dzwonienia do obcych ludzi, kiedy nikt nie patrzył. Tom był ogromny, ciężki i nieporęczny, do tego miał niemiłe w dotyku, śliskie kartki. Wszystkich, którzy mają podobne wspomnienia, zapewniam, że „Firmy” są do zabaw lepsze, a kartki mają normalne. Zawsze było mi smutno, że w książce telefonicznej nie mogłam znaleźć naszego numeru. Mama tłumaczyła, że nasz domowy numer jest zastrzeżony i nie może się tam znajdować. Nie mogłam tego zrozumieć – „Jak to, mamo, ktoś robi taką wielką księgę i nie chcesz w niej być?”. Kiedy przyniosłam książkę Puldziana do domu, mój chłopak od razu przypomniał sobie, że jego mama założyła ostatnio Kaśpol i mam sprawdzić, czy jest w „Firmach”. Nie było, bo to zbyt świeża sprawa, sprzed kilku tygodni. Na szczęście znaleźliśmy szybko firmę wujka, później firmę, w której pracuje tato, później firmę sąsiadki, później coś tam jeszcze.

Wyjątkowo uginam się i przyznaję, że w tym przypadku papierowa wersja to złoto. »Firmy« wyglądają jak książka telefoniczna bez numerów, bo nie o numery tu chodzi, tylko o litery

„Firmy” to książka bez wyraźnej instrukcji obsługi, chociaż autor we wstępie nakreśla „linie pomysłu”, które za nią stoją – ekonomia słowotwórca, ludzka historia związana z każdym wymyślonym słowem i kwestia znaczenia. Książki konceptualne nie są do czytania, ale do myślenia, a już na pewno nie do kupowania i stawiania na półce. „Firmy” jednak są najlepsze właśnie do przeglądania, wertowania, do trzymania w domu obok książki telefonicznej, a jeśli ktoś sobie życzy, to nawet do transowego czytania od deski do deski.

Kiedy czytam „Firmy”, wyobrażam sobie, że każdy kolejny firmonim ma swoją własną, materialną siedzibę i baner. Najlepiej zepsuty, nieświecący stary neon albo obdarty, postrzępiony bilbord. I kiedy widzę na banerze na przykład takie Goszagransobstwiennost, od razu zastanawiam się nad tym, jak używać tego dziwoląga na co dzień, jak go wymawiać i odmieniać. Większość firmonimów – przez obce morfemy i zbitki głosek w sylabach – w ogóle nie brzmi po polsku. Nawet te z sufiksem -pol (wyróżnione na końcu książki) brzmią jak nazewnicze memy, a nie jak prawdziwe słowa, które ktoś wymyślił, żeby faktycznie reprezentowały coś ważnego, coś, co ma przynosić zysk. Jak się okazuje, Polki i Polacy nie lubią polskich znaków. Honor ratuje autor lub autorka słowa Aćęłńóśżź.

W książce znajdują się nazwy firm, które Polki i Polacy naprawę sami wymyślili. Od początku do końca. Ale przy czytaniu-kartkowaniu nie sposób nie zauważyć, że mechanizmy słowotwórcze ciągle się powtarzają. Początkowy zachwyt różnorodnością tego zbioru, ogromem wykonanej przez autorów firmonimów słowotwórczej, kreatywnej pracy jest złudny. To nie są wcale nowe słowa, nie są to słowa autorskie. Po chwili czytania „Firm” wszystkie nazwy stają się takie same, tak samo brzydkie, niepraktyczne i niepoprawne. W „Firmach” dużo jest posiniaczonych, uszkodzonych nazw-podróbek, na przykład cykl mutacji upragnionego firmonimu Gospodarstwo – Gospodarstwowo, Gospodarstrwo, Gospodarswo, Gospodarswto, Gospodartswo, Gospodartwo, Gospodnik, Gospodsarstwo, Gospodsrastwo. Najdłuższe w szeregach, wyglądające dumnie wśród krótszych sąsiadów, okazują się sklejkami kilku słów – Elektroinstalatorstwo, Autowypożyczalnia, Usługiogólnobudowlane. Nazwy w większości są zbudowane po prostu źle, zarówno dla językoznawcy, jak i marketingowca. „Firmy” to zatem książka o smutnych nazwach.

Znalazłam też nazwy wesołe, takie, które dobrze wyglądają na moich wyobrażonych banerach. Na przykład Kawwwiarenka – mam nadzieję, że to kafejka internetowa. Albo słowiańsko brzmiący Miład, w którym nie przeszkadza wrażenie połkniętej literki, bo od razu kojarzy się z umiłowaniem porządku. Sławdar to nazwa idealna dla agencji reklamowej. Podobnie Sławal – tylko agresywniej. Podrzucam kilku innych moich ulubieńców i zachęcam do własnych nominacji – Źagiel, Ślązag, Światłomir, Rzydóch, Rzetelmość, Qchnia, Qmak, Grzechowisko, Dziecięcina, Alamakota, Alergologolog.

Znalazłam też nazwy wesołe, takie, które dobrze wyglądają na moich wyobrażonych banerach. Na przykład: Kawwwiarenka

Książka Puldziana została ulokowana przez Rozdzielczość Chleba „poza liniami” – poetycką i teoretyczną. „Firmy” to ciężka papierowa księga, w której nic się nie rusza, nie ma w co klikać, wszystko jest zrozumiałe i przejrzyste. Mogę spokojnie pokazać książkę rodzinie i łatwo wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi (przeciwieństwo wszystkich wcześniejszych projektów Chleba). Ten tom napisali przedsiębiorcy i przedsiębiorczynie – na wnioskach, w okienkach, w swoich domach i biurach. W „Firmach” znajdziemy w większości smutne nazwy przegranych i garstkę wesołych nazw zwycięzców. „Firmy” to wielka alfabetyczna epopeja narodowa, „Pan Tadeusz” na dwudziestosiedmiolecie polskiego kapitalizmu.

Piotr Puldzian Płucienniczak
"Firmy", Rozdzielczość Chleba, Warszawa-Internet-Kraków 2017, 452.

Paulina Chorzewska
ur. 1996, studiuje polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała w „Niewinnych Czarodziejach”. Woli wiersze, w które można poklikać.
POPRZEDNI

recenzja  

Pożywne linie

— Cezary Wicher

NASTĘPNY

recenzja  

Podłapać trop hyle

— Dawid Kujawa