Logotyp magazynu Mały Format
– Ach, jakiż to był rozkoszny wieczór! – westchnęła Ania, gdy po skończonym przedstawieniu wracała z Dianą do domu, zapatrzona w ciemne, gwiazdami usiane niebo.
– Zdaje się, że wyniki są jak najlepsze – rzekła praktycznie usposobiona Diana. – Jestem pewna, żeśmy zebrały więcej niż dziesięć dolarów. Wyobraź sobie, że pan Allan zamieści wzmiankę o tym w dzienniku w Charlottetown.
– Ach, Diano, czy w istocie nazwiska nasze będą wydrukowane? Dreszcz mnie przejmuje, gdy pomyślę o tym. Twoje solo, Diano, było bardzo wytworne. Kiedy wołano „bis”, czułam się dumniejsza niż ty sama. Pomyślałam sobie: „To moją serdeczną przyjaciółkę tak oklaskują!”
– A twoja deklamacja, Aniu! Zdawało się, że burza oklasków zerwie dach z domu. Ten smutny wiersz był wprost boski!

 

Na początku przedmiotem niniejszej recenzji miały być „Schrony” Michała Sobola, rzecz cokolwiek staroświecka, przesadzona, zbyt długa i przywołująca z pamięci najgorszą z cech poezji Miłosza: wiarę w możliwość odzyskania przezroczystości języka, podbudowaną literacką teologią. Ale przecież jest u Sobola dużo ciekawych spostrzeżeń, podszytych widmową obecnością, i nawet jeśli nie chce autor zaproponować żadnego językowego odkrycia, broni się w zasiedlonej przez siebie niszy. Owszem, nisza to nieco samotnicza, skryta gdzieś w lasach polszczyzny, stroniąca od życia literackiego i przemian poezji, ale jednak taka, w której się Sobol po pańsku, filozoficznie urządził, niczym wprawny akwinata, któremu powierzymy nasz los w ostatniej godzinie. Co ważniejsze, nie jest przecież winą poety skład jury Nagrody Literackiej Gdynia, nie jest jego winą kryptoteologia literatury, uprawiana przez Agatę Bielik-Robson (zob. laudacja), ani tym bardziej to, że jego – poetyckiego pustelnika z Czarnolasu – postawiono nagle w blasku fleszy, a z jego książki uczyniono dziwaczny drogowskaz dla współczesnej poezji.

Kolejna myśl przywiodła mi z półki nową książkę Urszuli Zajączkowskiej „minimum”, pozytywnie przecież zrecenzowaną już w „Małym Formacie” przez Łukasza Żurka. Potem wydarzyło się jednak trzęsienie ziemi: Zajączkowska dostała Nagrodę Kościelskich, a wszyscy zgodnym głosem przyznali, jak wiele wartości niesie spojrzenie botaniczki i poetki równocześnie. Nieszczęście polega zatem nie na tym, że Zajączkowska napisała kolejną, dość przeciętną książkę, w której odzyskuje się dykcję Wisławy Szymborskiej czy Ewy Lipskiej i sprzedaje w opakowaniu współczesnej podmiotowości: nieco bardziej nowoczesnej, na czasie, ale przecież z tą samą językową prostotą wpatrującej się w świat, z tym samym namaszczeniem eksplorującej wątki metafizyczne. O ile zatem poetka zwróciła uwagę na rzetelne, scjentystyczne wręcz badanie flory, a jej filmiki z tańczącymi łodygami są na swój sposób magiczne i nie mnie oceniać ich wartość naukową, o tyle ona również nie zaproponowała nic nowego na poziomie języka czy możliwości przemyślenia współczesnej kondycji człowieka i świata. Ot, poezja egzystencjalna w duchu klasycznej prostoty, poezja, o jakiej – wydawałoby się po koronowaniu Różyckiego czy Dąbrowskiego – powoli zapominają nawet esteci z „Zeszytów Literackich”. Mimochodem przeczytałem również, że martwi się o mnie Karolina Felberg, a konkretnie – o jakiś mój personalny spór z Adamem Poprawą, który wzbudził w niej widocznie więcej emocji, niż lektura recenzowanej Martyny Buliżańskiej – postanowiłem więc uspokoić warszawską krytyczkę, że u nas we Wrocławiu wszystko dobrze, nikt na nikogo donosów nie pisze.

Koniec końców – po tym przydługim wstępie – stanęło więc na tomie, który ma wiele do zaproponowania od strony językowej, ale coraz mniej od tej intelektualnej czy emocjonalnej. Mowa o „Zimnej książce” (2017) Marty Podgórnik, niestety znowu autorki Biurowej (a chciałem wydawniczych parytetów). Poprzedni tom „Zawsze” (2015) był oczywiście nominowany do najważniejszych nagród (Szymborska, Silesius), chociaż prezentował podobną mizerię, o której krytyka zwykła wypowiadać się z niebywałą czołobitnością: doskonały mariaż elementów modernistycznych z postmodernistycznymi, poezja dojrzała i w pełni samodzielna, dialog damsko-męski bez pruderii i egzaltacji, proza poetycka najwyższych lotów, pełna ironicznej gry ze stylami i niebanalnych wewnętrznych rymów. Maciej Woźniak pisał o poprzednim tomie: „tworzywem treściowym dla autorki w dużej mierze pozostaje swoisty resentymentalny sentymentalizm: błyskotliwe ciągi żachnięć i westchnięć, z kim poszło nie tak, nie poszło wcale, poszłoby, ale nie miało dokąd, w aspekcie, na przemian, romansowym lub karierowo-literackim”. „Resentymentalny sentymentalizm” – to określenie genialne i chylę przed autorem czoła, bo sam nie zdołałbym na to wpaść. Problem polega jednak na ramach decyzji, które dyktują czytelnikowi pozytywne, superlatywne wręcz postrzeganie tego paradoksalnego zjawiska. Sam sentymentalizm jest oczywiście nie na czasie, wydaje się passé – nieznośny, manieryczny, i na nic zdała się tu praca u podstaw Andrzeja Sosnowskiego, a to w słynnym „Apelu poległych” (gdzie proponowano zupełnie obce naszej tradycji literackiej rozumienie sentymentalizmu – bliskie, moim zdaniem, właśnie poezji Podgórnik), a to w ostatnich tomach, gdzie sentymentalne odniesienia okazują się doskonałym wyjściem poza nowoczesny marazm. Nic z tego. Sentymentalizm w poezji pozostaje mimo wszystko kategorią Andrzeja Franaszka i Pawła Próchniaka, cechą wierszy „od łzy na policzku”, skręcających w jelitach zdolnością wywoływania niby to codziennych, a jednak metafizycznych olśnień.

Przymiotnik „resentymentalny” również rozumiemy na ogół negatywnie. Jeśli wywieść go od resentymentu, będzie to używana od XIX w., zapożyczana z francuskiego niechęć, uraza. Jeśli poczynić bardziej filozoficzne zakusy, będzie to iluzoryczna rekompensata własnej niemocy, niechęć jako skutek stłumienia negatywnych afektów, niechęć o charakterze pasywnym, blokująca możliwość podmiotowej realizacji. Możemy też owo re- potraktować jako przedrostek, oznaczający powtórzenie, powrót, co poskutkuje znaczeniem „powracającego sentymentalizmu”, ale wyjdzie nam niewiele więcej niż zakręcony pleonazm. Jak zatem dochodzi do tego, że dwa negatywnie nacechowane pojęcia, które ani w polu krytycznoliterackim, ani filozoficznym nie spotykają się ze szczególną aprobatą, składają się koniec końców w poezję postępową, kierującą w nieznane rejony, nagradzaną?

To właśnie stanowi dla mnie największą zagadkę tak wczesnej, jak i późnej twórczości Marty Pogórnik. Do obu tych okresów można by bowiem określenie „swoistego resentymentalnego sentymentalizmu” zastosować, przy czym ten wczesny – do czasu wydania przez BL „Pięciu opakowań” (2008) – tłumaczono zwykle inaczej: buntowniczością, zadziornością, autentycznością, walką ze stereotypowym wyobrażeniem męskości i kobiecości, ewentualnie ukuwano na to dość szowinistyczną z dzisiejszej perspektywy metaforę „Wojaczka w spódnicy”. Podgórnik z kolejnymi tomami i postępem lat straciła nieco zadziorność „niesfornej dziewuchy”, płatającej figla brulionowej formacji. Przeszła tym samym na pozycje, z których afirmatywnie ocenia ją krytyka dzisiaj: wybitnego mariażu modernizmu z postmodernizmem, miłości ze śmiercią, autentyczności z blefem. Z „Wojaczka w spódnicy” stała się poetką syntetycznej miłości i syntetycznej śmierci, „Królową Śniegu”, późną wnuczką Dickinson i Plath, oczywiście z charakterystycznym dla XXI wieku elementem pozornej emancypacji kobiet, które mogą już przeklinać, głosować i pisać otwarcie o seksie, ale z kolejnych starć z patriarchatem wychodzą pokonane. Pozornej, bo w gruncie rzeczy w takich swobodach i skonwencjonalizowanych już przestrzeniach wolności wytraca się cały społeczny gniew, w takich enklawach – przygotowanych zawczasu, jeszcze w modernizmie – narratorka/podmiotka może rozgrywać swoje bierki i ironicznie wzdychać do ukochanego. W tym sensie między bohaterkami Podgórnik, a np. Natalii Malek, również dłużniczki Plath i Dickinson, jest przepaść całej epoki: te pierwsze udają aktywność, ale ich działanie jest w rzeczywistości pasywnym, reaktywnym odbijaniem się od ścian konwencji literackich i społecznych, napędzanym opartą na konflikcie płci wizją literatury i języka; te drugie nie udają aktywności, bo działają w dużej mierze mechanicznie, jak lalki w zorganizowanych układach, ale w tych mechanizmach czytelnik pełni rolę pęknięcia: to w nim, w jego lekturze, zawiązywane są i zrywane sznureczki, nici porozumienia.

Podgórnik z kolejnymi tomami i postępem lat straciła nieco zadziorność „niesfornej dziewuchy”, płatającej figla brulionowej formacji

„Reaktywny sentymentalizm” Podgórnik jest oczywiście ubrany w szereg kostiumów, które mają zmienić jego wektor. Jednym z nich będzie życiowe rozczarowanie połączone z doświadczeniem, wynikającym z wieku. Oba te pierwiastki – trzeźwa gorycz, która przemawia przez autorkę wraz z realizmem, którego nie można jej odmówić – zdają się tworzyć wizję kogoś, komu można zaufać z poczuciem, że rozczarowanie, niepowodzenie i nietrwałość to uniwersalne formy doświadczenia, a nie tylko manifestacyjnie ogrywany marazm. A jednak, czymś różni się splin późnego Sosnowskiego od tego z „Zawsze” czy „Zimnej książki”. W pierwszym z nich znać ślady pracy nad językiem zdolnym wytwarzać społeczne konfiguracje (nawet nieskuteczne, widmowe, błędne, utopijne), w drugim zaś dostrzeżemy przede wszystkim żmudną pracę przepisania sztuczności na prawdę doświadczenia i przeżycia, sylleptyczną grę w legitymizowanie własnej biografii. W ten sposób coś, co jest li tylko literacką konwencją, oscylującą niebezpiecznie blisko modernizmu, staje się egzystencją samą w sobie. Istnieć znaczy odczuwać splin, ale też odczuwać go nie wprost, lecz z dystansu, być zdolnym do wydrwienia go i wpisania we własny projekt tożsamościowy. Wszak „Nie było miłości, bo nie było śmierci.”, „Nie było miłości, bo nie było Ciebie.”, „Nie było życia, bo nie było śmierci.” i wreszcie: „Nie było śmierci, bo nie było życia.” (s. 11-12). Wszystko układa się w wielki, antytetyczny schemat, w którym każdy element podważa kolejny, zostawiając czytelnika z pozorem lirycznego monologu i garścią negatywnych afektów, wśród których dominują rozczarowanie i gorycz, a które zabezpiecza symboliczna kreacja przerośniętego „ja”: Madonny z opadającym policzkiem.

Dlatego Marta Podgórnik nie może być w ostatnich tomach po prostu sobą, dlatego musi kryć się za narratorkami/podmiotkami, którym nie oddaje głosu, ale które odpowiednio przesłaniają i zapośredniczają jej własny głos. Z daleka widok jest piękny. Wcielenia modernistycznych panien, które doświadczają modernistycznych tęsknot, a równocześnie od czasu do czasu zbuntują się i przeklną albo wspomną o tragicznej w skutkach skrobance, są przecież wcieleniem samej Podgórnik, tak jak kolejne płciowe kreacje podmiotek Bargielskiej. U autorki „Dwóch fiatów” następowało jednak reaktywne zwarcie między pragnieniem bycia sobą i pragnieniem wygrania na swoją korzyść gotowej już roli (żony, kochanki, matki, lolity). U Podgórnik tego zwarcia nie ma, bo gra nie toczy się dla niczyjej korzyści, tarcie między maskami kobiet(ek) i mężczyzn/chłopców nie jest tarciem o charakterze społecznym. Wydarza się wyłącznie w literaturze, w tzw. polu literackim, na półkach z książkami i filmami, między kryminałem i romansem, bez względu na to, ile razy Podgórnik użyje prowokacyjnie słowa skrobanka, ile razy napisze o bezpłodności, gwałcie i tęsknocie za potomstwem. To wstrząsające sprawy, które powinny zogniskować wokół siebie krytykę i wytworzyć poczucie wspólnoty, tak jak kiedyś tytułowe „obsoletki” Bargielskiej stały się narzędziem walki o różnie rozumianą tożsamość i emancypację. Nie ogniskują jednak, bo krytyce pozostaje spacer w sklepie z manekinami. Wszystkie karty zostały od razu wyłożone na stół, dobrze wiemy więc, czego się spodziewać, reklamacje nie będą uwzględnione.

Wszystkie karty zostały od razu wyłożone na stół, dobrze wiemy więc, czego się spodziewać, reklamacje nie będą uwzględnione

Ania w głębi duszy pozostaje oczywiście sobą: dziewczyńską i zbuntowaną marzycielką z Zielonych Wzgórz, która dowodzi wciąż od nowa, że sentymentalizm można łączyć ze społeczną postępowością, a marzenia o mężczyźnie życia i szczęśliwym miejscu na łonie rodziny z „Siłaczką” Żeromskiego. Ale to było zadanie, które Ania wykonała w roku w roku 1908. Potem dorosła, zmądrzała, założyła szereg masek, przeszła przez front pierwszej wojny i doświadczyła wielu osobistych tragedii, które zmieniły ją w groteskowy pomnik ironii. Następnie wchłonęła cały splin i dynamikę późnej nowoczesności, przejrzała na wylot konwencjonalność społecznych ról, przeczytała uważnie Goffmana, zaczęła znowu przeklinać, wzniosła się na wyżyny intelektualnego dystansu, a z miłości uczyniła literacką grę, spełniając wreszcie swoje największe marzenie: została pisarką. Opowiedziała wówczas smutny wiersz, mniej więcej streszczający jej losy, ale żeby nie narazić się śmieszność, na wszelki wypadek postawiła przed nim cudzysłów. Chwyciło. Może bez pasji uczennicy, która na szkolnym koncercie recytowała swój utwór przed laty, idealistycznie wierząc w zdolność poezji do przenoszenia uczuć, ale za to z intelektualną bezczelnością, która rozsiadła się na kanapie ostatniego klubu dżentelmenów. Co udało jej się osiągnąć? Wreszcie napisała „tę słabszą książkę”, której konieczność, możliwość i potencjalność zdążyła już wydrwić w „Zawsze”, zatem znowu nie ma się do czego przyczepić. Wreszcie napisała też „Zimną książkę”, tzn. taką, w której brak emocjonalności zostaje przetworzony konceptualnie, ukryty pod warstwą draperii i oddany interpretacyjnej woli czytelnika. Jest tam, czy go nie ma? Brak to emocjonalności, czy właśnie emocjonalność w czystej postaci? Dziennik li to, spowiedź rozczarowanej życiem marzycielki, czy blef cynicznej intelektualistki, której „resentymentalny sentymentalizm” powraca do nas jak nietzscheańskie powtórzenie i prezentuje nam człowieka spełnionego: ostateczny produkt europejskiego nihilizmu? Od tej odpowiedzi w dużej mierze zależeć będzie odbiór „Zimnej książki”, produktu doskonałego kamuflażu, trafiającego w samo serce nowoczesnych lęków: tęsknoty za prawdą i autentycznością, przy jednoczesnej fetyszyzacji pozoru, przedstawienia, symulacji. „Ten trakt to Rubikon, prowadzi donikąd” („Wintaż”, s. 32). Czytam to z fascynacją i zażenowaniem, nudą i zainteresowaniem, świadomy, że każda z tych kategorii została przez Podgórnik wpisana w książkę, rozłożona na pokerowym stole, a najciekawsze jest chyba to, że grają wyłącznie kobiety.

Ania w głębi duszy pozostaje dziewczyńską i zbuntowaną marzycielką z Zielonych Wzgórz, która dowodzi wciąż od nowa, że sentymentalizm można łączyć ze społeczną postępowości

Męskość i kobiecość to oczywiście w poezji Podgórnik podstawowy temat na każdą rozprawę naukową. Wizerunek kobiety rozpięty jest między sentymentalną dzierlatką, której bliski jest romantyczny obraz miłości (pozdrowienia z Zielonych Wzgórz, Wichrowych Wzgórz!), a cyniczną matroną, zdolną wydrwić samą siebie i w ten sposób zakląć życiowe niepowodzenia. Mężczyzna jest tymczasem daleki, nieobecny. Kiedyś doszło do zbliżenia, kiedyś przeprowadził tę jedną ofensywę, teraz jednak kontaktom z nim towarzyszy apatia i bierność. Prowadzi to do syntezy pragnień i rozczarowań w karykaturalną postać: pouczanego wciąż chłopca („malowany chłopcze”) i niesprawnego kochanka w jednym, kogoś, wobec kogo forma „mój miły” nie jest już sentymentalnym zaproszeniem, lecz pobłażliwym lekceważeniem, jak w „Cold case”: „A jeśli ścianka z cegieł daje się rozwalić ot tak, bez użycia narzędzi, bez siły, bo tak naprawdę była ścianą z dykty, przepierzeniem broniącym dawno zblakłych praw? // Raz popchnij ją, mój miły. Nie myśl, tylko spraw” (s. 9). To sprawstwo, czy też – jak prowokacyjnie wygrywa to wiersz – przypisywana mężczyźnie chęć penetracji, przebijania ograniczeń, zdobywania, jest jednak niemożliwe. Nawiązuje zresztą ten wiersz dość oczywistą grę z mottem do tomu, czyli fragmentem z „Ultrafioletu” Serge’a Joncoura, romansidła i kryminału w jednym: „Niech jakiś nieznajomy popchnie, ot tak, po prostu, metalową furtkę do waszego parku, niech będzie od stóp do głów ubrany na biało (…)”.

Nawet jeśli „ścianka” między kochankami jest tylko „przepierzeniem”, nawet jeśli wszystko dzieje się w otwartym buduarze, a nie mieszczańskim więzieniu z cegieł, to pasywność partnera pozostaje faktem, uniemożliwiającym kontakt. Nie odpisuje on na listy i nie odpowiada na miłosne anonse nie tylko dlatego, że nie chce, ale również dlatego, że nie może, że został upupiony jako bohater, wykastrowany, zmieniony w chłopca i z pobłażliwością w głosie odesłany do domu przez znacznie bardziej pragmatyczną, bezczelną i wygadaną partnerkę (lub jej maskę). „Nie ma miłości, no i chuj że nie ma. Uważałeś, że była? Szła z tobą po torach, hen, do wielkiego miasta? Było wielkie wczoraj? Polerowała przeciwsłoneczne okulary, leżała na łące, rozkosznie zmęczona spacerem, rozchylała uda, o tysiąc mil podmorskiej żeglugi ładniejsza ode mnie.” („Gdy mijam Twoje miasto, i pociąg nieprędki zwalnia troszeczkę, bym mogła popatrzeć”, s. 10). Podgórnik zawsze wchodziła w dialog ze starszymi od siebie Poetami, z ich towarzyskim układem – eksponowała jego homospołeczny charakter, rozkładała wyłaniających się z niego „mężczyzn” na czynniki pierwsze, na uwiąd i fantazję. Zwykle ofiarą jej wczesnych książek padały kreacje bruLionu, ale „Zimnej książce” czy „Zawsze” znacznie bliżej jest do Sosnowskiego, do jego „ciemnej miłości dzikiego gatunku”, która po odpowiednim przetworzeniu staje się prostacką, rymowaną wyliczanką, skreślaniem miłosnych rekwizytów i negowaniem wszelkiej potencjalności. „Przykro, że akurat mnie przypadło powiedzieć Ci: Każdy w końcu umrze. / Widziałam kilka śmierci. Nie było za łatwo. Jakby się zgubić w tajdze albo tundrze” („Mały chłopiec się skaleczył pinezką w przedszkolu i robi raban na cały powiat”, s. 13), „Nie władasz moim królestwem, kochany. I mój ojciec nie spieszy się oddać mej ręki. I jeśli wydawałam ciało na męczarnie, to wierz mi, ukochany: tylko dla zabawy” („Już nie nazywaj mnie więcej królewną”, s. 17).

Ta symboliczna kastracja, którą przez całą książkę odgrywa Podgórnik, równocześnie wytwarzając siebie jako „rozczarowaną realistkę”, prowadzi jednak do ciekawego odwrócenia ról i pojęć. W „Zimnej książce” to kobiety objaśniają świat mężczyznom. Ten, zbawienny na swój sposób, womansplaining ma jednak wyłącznie reaktywny charakter: przychodzi po czasie, jest ironiczną odpowiedzią na zranienie, a nie realną alternatywą czy propozycją rozwiązania płciowego agonu. Doskonale widać to w wywiadzie, którego udzieliła poetka Piotrowi Czerskiemu, wyjaśniając mu siebie, książkę, podmiotowe kreacje, epatując chłodnym dystansem i racjonalnością:

MP: Trzymając się metafory zawartej w motcie, nie tylko ogród kryje tajemnicę, lecz być może ważniejszą, mroczniejszą, przynosi do niego nieznajomy; i one się w tym skrzypnięciu furtki spotykają.
Jeśli Ci teraz powiem, że ta książka nie jest o miłości, czy cokolwiek to zmieni? Bo w moim ogródeczku nie panuje pedantyczny porządek znaczeń, nie ma strzałek z kierunkiem zwiedzania, i nie do końca wiadomo, jaka to pora roku? Wprowadzi Cię to w stan konfuzji, czy może rymy Cię nieco uspokoją?
[…] PC: „Co właściwie wiemy?” — zacząłem się zastanawiać; i “ach, tuś mnie czekała”, pomyślałem w końcu. Coś tam wiemy. To i owo wiemy. Niejedno wiemy. I właśnie sobie to uświadamiamy.
MP: Wiedza o wiedzy. Złowróżbny dystans do własnego doświadczenia. Ataraksyjne ujęcie sprawy (śmiech). Próba multiplikacji szkiełka i oka; nie dość, że zamarzłam, to jeszcze wiem o tym, że zamarzłam; lecz jakże mam, zlodowaciała, Wam śpiewać? Nadwiedza narratorki jest z gruntu fałszywa, bo nie jest władna się nią podzielić. Może tylko wiedzieć, że wie; ot, i cała jej satysfakcja […].

Womansplaining jest ironiczną odpowiedzią na zranienie, a nie realną alternatywą czy propozycją rozwiązania płciowego agonu

Ania zmienia się, starzeje, traci wiarę, ale zachowuje dumę, buduje sobie stabilną pozycję w polu symbolicznym. Pisze erotyki, bo wciąż jest erotycznie aktywna (bardziej tak, niż seksualnie), prowadzi dalej damsko-męską grę, ale zostaje ona obciążona całym bólem, niemożnością, starzeniem się oraz tzw. realizmem i życiową ironią. Gdzieś w tle jest wciąż rozmarzona Ania, wydobywana spod kołdry, z dzienniczka, stawiana czytelnikowi przed oczami na pokaz, na wydrwienie.

A zatem zostaliśmy wykluczeni. Popatrz, jaka zielona trawa. Jak mi tutaj dobrze. Nie będą już mieć dzieci, wybacz, wreszcie wyznam, powiedzmy, całą prawdę. Pierścionek był lipny, a po lekarstwach zawsze mi niedobrze.
Zgubiłam się w tej mlecznej mgle, były jakieś drzewa, może krzewy, które zaznaczałam skrawkami sukni. Stop: nie noszę sukien. Było metro, gwałt, kradzież portfela. […] („Wykluczeni ludzie”, s. 21)

Dominuje chłód, ironia i dystans: „Kaganki i krużganki, zimne także w Tobie, / I w ten jedyny, jeden sposób – ludzkie” („Lina”, s. 24). Zimno jest zatem u Podgórnik cechą człowieka, ale to nie „Zimna książka” odwraca bieguny i tam, gdzie zwykle upatrujemy śladów życia, widzi pozór, a tam, gdzie dostrzegamy tylko grę konwencji lub próżne złudzenia, uruchamia mechanizm utożsamienia. To przebiegunowanie nastąpiło dużo wcześniej, już w „Rezydencji surykatek” (2011), a jego upewnianie się na pozycjach jest po prostu konsekwentnym trwaniem przy dziwnie skarnawalizowanej wizji ponowoczesności, przy nieudanym „eksperymencie postmodernistycznym”, który „Wymknął się spod kontroli” („Seks z eks”, s. 28). Podmiotka Podgórnik będzie więc tęsknić i prowokować, masochistycznie wywlekać z szafy trupa Ani i z ironią mówić „och, jaka strata”, kryjąc za tym trupem resztki czułości. Życie wewnętrzne zapisze się na „zimnej pocztówce”, a lodem będzie się oddychać, bo „Tak się kończyły, podobno, imperia” („XXS”, s. 43). „Zimna książka” to przede wszystkim historia o uczeniu się spoglądania w przeszłość, takiego, które nie będzie nacechowane nienawiścią, żalem i bólem, o wyzwalaniu się z tej przeszłości bez konieczności porzucenia jej czy zapomnienia o niej. Historia nieudana, mimo ostatecznej deklaracji: „Don’t need a mirror, honey; mam lusterko wsteczne” („Serwis gwarancyjny”, s. 46), wedle której opuszcza się inicjacyjną baśń i wsiada w emancypacyjny wehikuł rodem z amerykańskich filmów drogi. Ale jest to też opowieść o zranieniu i opanowanej do perfekcji sztuce udawania, kamuflażu. Z tej perspektywy „Zimna książka” to bardzo smutna książka, skuta rozczarowaniem, zmrożona pozorami, figlarnie rymująca freestyle’owe kawałki z rytmami Pawlikowskiej, ale w gruncie rzeczy skupiona na niemożności: że już nic, nikt, po nic.

Cykl krytyki negatywnej

Tekst jest częścią autorskiego cyklu prowadzonego przez Jakuba Skurtysa

Marta Podgórnik

"Zimna książka", Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017, s. 52.

Jakub Skurtys
ur. 1989, mieszka we Wrocławiu, doktorant na Wydziale Filologicznym UWr, krytyk; pisze głównie o poezji; interesuje się historią awangardy, studiami nad codziennością oraz związkami literatury i ekonomii. Członek redakcji "Przerzutni".

Cykl krytyki negatywnej

Tekst jest częścią autorskiego cyklu prowadzonego przez Jakuba Skurtysa

Marta Podgórnik

"Zimna książka", Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017, s. 52.