Logotyp magazynu Mały Format

Darek Foks
„Kronsztad”, WBPiCAK, Poznań 2017, 50 stron.

Foks wydaje ostatnio tyle, w tak małych nieraz nakładach i w tak ezoterycznych miejscach – jak choćby w założonej przez siebie oficynie „Raymond Q” nieposiadającej, jeśli się nie mylę, nawet swojej strony w internecie – że jakiś w miarę całościowy obraz tego pisarstwa mogą mieć chyba tylko najbardziej oddani konsumenci polskiej literatury wysokiej. Sam niestety jestem z natury raczej leniwy, ożywiam się rzadko i z reguły w reakcji na coś, co już mam przed nosem, więc i „Kronsztad” redaktor Wiaderny musiał mi dowozić osobiście, a raczej wetknąć do skrzynki pocztowej po sforsowaniu bramy i klatki, za co jestem mu bardzo wdzięczny, a tę operatywność stawiam niniejszym innym pismom za najwyższy wzór. Powtarzam: NAJWYŻSZY WZÓR. Jeżeli dołożyć do tego kierunek, jaki literatura Foksa od jakiegoś czasu obrała – większość tekstów, jak np. „Tablet taty” czy „Susza”, ma charakter „projektu” polegającego na wypełnieniu konceptualnej ramy miąższem o odpowiednio spienionym stylu – to ryzyko, że okazjonalny czytelnik nawet nie zorientuje się, że znajduje się w ironicznej przybudówce o swoistym echu, robi się naprawdę spore.. Ironia to niebezpieczna rzecz, kiwał palcem de Man, zaczynasz od małej nitki, a chwilę potem spruty masz cały wszechświat – i nawet nie wiesz, kiedy ludzie zaczęli bać się o twoich książkach powiedzieć coś na serio.

Ironia to niebezpieczna rzecz, kiwał palcem de Man, zaczynasz od małej nitki, a chwilę potem spruty masz cały wszechświat

A ja właśnie mam wielką ochotę potraktować „Kronsztad” jako rzecz „serio”, rzecz bardziej „wprost”, „tradycyjną” – nawet ryzykując, że zostanę po tym sam na sali. Chciałbym zobaczyć w tej szczuplutkiej książeczce coś innego niż kolejną fasetkę uniwersum przechwyconych języków, które to uniwersum Foks wytrwale rozbudowuje, wysforowując się w opinii krytyki daleko przed „wsobne” pozycje wypracowane przez lata 90. Symptomatyczny byłby tu choćby artykuł Anny Kałuży[1], w którym – w oparciu o wydane w 2009 książki Foksa i Świetlickiego – autorka przeprowadza linię demarkacyjną między poetykami obu autorów. W dużym skrócie: ta pierwsza jawi się w tym zestawieniu jako progresywna, oparta na zdecentralizowanym podmiocie i lepiej przygotowana do „sprostania wyzwaniom, jakie stawia przed poezją przestrzeń publiczna”, ta druga jako regresywna, „zamknięta” i spowolniona przez silny podmiot ujmowany „idealistycznie i metafizycznie”.

Chciałbym powiedzieć mniej więcej coś takiego: Foks w „Kronsztadzie” daje się przeczytać jako dość standardowy głos z dobrze nam znanego chóru silnych podmiotów lat 90. Foks w „Kronsztadzie” daje się przeczytać jak Świetlicki, Zadura, Sendecki, Jaworski. Daje się tak przeczytać i nic strasznego się nie dzieje. Oczywiście, można powiedzieć, że z „Łączniczki” i innych „projektów” zmontował sobie tratwę, dzięki której takie regresywne wycieczki ujdą mu na sucho, bo zawsze da się je oświetlić jako jeszcze jeden „koncept”, tym razem w stylu „nostalgiczna, może nawet wampiryczna wędrówka na dawne polany, lata 90., czas silnych, indywidualnych podmiotów”. Ale skoro tak, to powstaje pytanie, które wydaje się małe tylko na początku: dlaczego z podobnym luzem nie możemy czytać Świetlickiego? Dlaczego jego świat nie jest czytany jako bezpieczny „koncept”, rysowane czarnym tuszem Miasto wyposażone w dobrze oznakowane wentyle (sen, rozstęp między chmurami), tylko jako wizja wywołująca histeryczne nieraz reakcje jako wsteczna, apolityczna, indywidualistyczna? Niezbyt godna pochwały, hm? Bo nie dał, inaczej niż Foks, przykładów innych ujęć świata? Tylko przyrządza wciąż to jedno? To za mało. Może ten jeden koncept, którym Świetlicki częstuje nas od 30 lat, znaczy dla nas więcej, niż chcielibyśmy przyznać? Tak, wiem, że „Nieoczywiste” są dosyć oczywiste, a „Drobna zmiana” to raczej przeciętna książka.

Zostawiam to zagadnienie. W kilkadziesiąt – może nawet kilkanaście? – minut przeczytałem „Kronsztad” i dla porównania wróciłem do „Wierszy o fryzjerach”, w których ugrzęzłem niemal fizycznie, czułem, jak samochodowi, którym jadę, zaczęły buksować koła. Jaki gęsty i rozćwierkany był o swoim świcie Foks, jaki sowi i lapidarny przedstawia się nam w „Kronsztadzie”… Miejsce złożonych, alegoryczno-ironicznych kompleksów zajęły skarłowaciałe, składające się z jednego włókna organizmy ironiczne; połacie pustki otaczające te jednolinijkowe nieraz zapisy nie są żadnym „światłem”, tylko kłębami szarówki czy mgły. „Kronsztad” rozgrywa się w ciemności, ale nie jest to zostawiająca nas sam na sam ze sobą noc jak u Świetlickiego, tylko jakiś ciężki opar, który nie rozwiewa się nawet za dnia, ciemność odrobinę apokaliptyczna, może nawet wywołana wyłączeniem nam światła przez to, co ma nadejść. Czy w 1921 r. w Kronsztadzie nie doszło do odcięcia prądu przed inwazją z lądu? Wydaje mi się, że mignęła mi gdzieś taka informacja.

Jak jest? Życie, owszem, „toczy się”, ale toczy się trochę jak oderwane koło po łące, dziwnie daleko od autostrady. Jest niewyraźnie, przede wszystkim niewyraźnie. Policjant jest „skryty i hermetyczny”, związek jest „dziwny”, kobiecy głos „nie jest kobiecym głosem”, w miasteczku „istnieje drugie miasteczko”. Odbywa się jakiś ruch, ale jest to ruch osobliwie senny czy wręcz elizejski: bohaterka „jechała, żeby po prostu jechać”, jacyś „tamci” czekają na kogoś, kto chodzi gdzieś „niemal bez celu”, po obiedzie na mieście „każde rusza w swoją stronę”. Jakąś tam nawet i maestrią Foksa jest to, że każdy, dosłownie każdy z tych fragmentów daje się przeczytać  r ó w n i e ż  dosłownie, zredukować do mniej lub bardziej błahego codziennego zdarzenia czy „scenki”; to wygaszenie świateł w odpowiednich miejscach i nagromadzenie ujęć w takiej ekspozycji daje te interesujące, cokolwiek somnambuliczne efekty. A jeśli założyć, że „miasteczko” to po prostu Foksa Skierniewice, typowe powiatowe pueblo pośrodku mazowieckiej równiny? Będzie jeszcze ciekawiej, bo znaczy to, że nie trzeba jechać do Łodzi, żeby znaleźć się w Detroit, a dziczejące starorzecza po cofnięciu się nurtu teraźniejszości znaleźć można właściwie wszędzie.

A jeśli założyć, że „miasteczko” to po prostu Foksa Skierniewice, typowe powiatowe pueblo pośrodku mazowieckiej równiny?

Teraz wystarczyłoby w zasadzie powysuwać nieco argumentów za „centralnością” podmiotu i pokazać, że sznurki, którymi się go w „Kronsztadzie” animuje, wiązane są mniej więcej na modłę „brulionu”, aby znaleźć się z naszą tezą w domu. Spróbujmy może pokrótce: „kelner uzbroił mnie”, „złożyłem ulotkę”, „patrzę na […] gmachy”, idzie to, każdy przyzna, dosyć bezboleśnie, jak w porządnym tomie okresu transformacji. Oczywiście oddaje się u Foksa głos temu i owemu, nie raz i nie dwa, ale czy w ten sposób mikrofonu nie zdarzało się przekazywać i Świetlickiemu, i Grzebalskiemu? Oczywiście podmiot ma dość otwarte ucho na cały ten miejski i kulturowy detrytus zdanioidów, półsłówek, nieoczekiwanych flar znaczenia, który wystawia nieraz na stół as is („Linie proste”), ale czy nie przyzwyczaili nas do tego Zadura i Sendecki (a ich Białoszewski)? Nie ma też chyba podstaw do upierania się przy jakimś specjalnym „zaangażowaniu”: tu i tam przepłynie mglisty prąd każący podejrzewać, że jesteśmy w książce świadomi uwikłania w historyczne sploty kapitału, ale stosunek podmiotu do nich nie jest z pewnością „rewolucyjny”. Kusi mnie, by postrzegać go jako coś w rodzaju biernej anarchii, żeby już jakoś wpleść go w klejoną tu wykładnię i sam tytuł zbioru. Zauważmy może, że nie jest to postawa zbytnio odległa od nastrojenia bohatera Świetlickiego czy nawet Podsiadły. „Kronsztad” czytałbym bardziej jako figurę okopania się „na swojej pozycji” niż jakiegoś (kontr)rewolucyjnego napięcia; banderą nad tym okopem nie jest społeczna zmiana, a raczej – pamiętajmy, że jesteśmy u Foksa – literatura, wolność-przez-język.

Jeszcze chwilę o „to brzmi jak”, czyli o toolboksie „Kronsztadu”. Króciutkie, jednolinijkowe zapisy to czasem Jaworski, czasem puknięcia z armaty, po których kula leci w niewiadomym kierunku, bardzo à la Sendecki z okresu „Trapu”. Instynkt opierania tytułu i krótkiego wiersza wzajem o siebie, jak przy budowie paśnika dla zajęcy, to przecież Zadura. „Wakacje” kończące się celną, ale „łagodną” metaforą, która bardzo nie chce wyglądać na metaforę, mógłby napisać Sommer. S ł y s z ę Wróblewskiego wygłaszającego „Pogadankę o islamie” (przeczytajmy „dokonasz fantastycznych rzeczy” wznoszącą intonacją). Ostatni tekst, „Deszcz”, w którym pisze się „Okna zabiły dechami / służby miejskie […] Oderwałem jedną deskę, / żeby wpuścić trochę światła”, to po prostu niepublikowany kawałek z sesji do „Zimnych krajów”. Gdzie jest Foks? Oczywiście – poza wierszami, których nie mógłby napisać nikt inny („Poczekalnia”, „W obronie własnej”) – w specyficznym kącie, w jakim rzeczy te są do nas wychylone, w ich ironii.

Znajduję coś bardzo intrygującego, może nawet poruszającego, w tym, że w swojej ostatniej książce, którą bardzo staram się tu pokazać jako spojrzenie przez ramię, ku heroicznym czasom swojego pokolenia, Foks prezentuje się pod względem retorycznym niemal w manierze arte povera, ogołocony do jednego jedynego tropu – tego, z którym też od samego początku najsilniej go kojarzono. Jedynym bodaj sposobem na rozświetlanie mroku jest w „Kronsztadzie” spalanie odnalezionych w świecie nitek ironii; z impulsu alegorycznego pozostał u Foksa w zasadzie tylko tytuł, nałożony na całość w jakiejś desperackiej próbie podwinięcia podeń więcej znaczenia, niż zostało w tomie bezpośrednio zasygnalizowane. Nic w tym złego, od tego właśnie jest alegoria. Ale na formułowanie i udane mocowanie nowych, żywych alegorii trzeba siły, jest to – w przeciwieństwie do bardziej „pasywnej” i „momentalnej” ironii – figura zakładająca narzucanie swojej woli, walcząca z czasem o swoje trwanie i wymagająca zasobów pokarmu, często nowego pokarmu. Często po prostu nowych ludzi. Nowego pokolenia. Nowych złóż. Ukradkowy, fragmentaryczny, bezwzględnie uczciwy w swojej sprowadzonej do czystej ironii diecie Foks wydaje mi się wzruszający.

Ukradkowy, fragmentaryczny, bezwzględnie uczciwy w swojej sprowadzonej do czystej ironii diecie Foks wydaje mi się wzruszający

Ostatnie linijki książki to „Dwie przecznice dalej / płynęła rzeka pełna ubrań”, zaskakujący, kto wie, czy nie najsilniejszy w całym tomie obraz; jak każde miejsce „Kronsztadu” daje się on przeczytać dosłownie (chodziłoby po prostu o ruchliwą ulicę), ale ma również oblicze symbolu, „szarego” symbolu, jakie produkował umiejętnie w latach 90. Świetlicki (pamiętna „rzeka mydlin w kącie pokoju”). Jest to dla mnie niezwykłe miejsce, w którym światy Foksa i Świetlickiego rozdziela ścianka grubości tektury; Foks nigdy nie użyje u siebie tak niejasnego znaku, jakie ożywiały krajobrazy Świetlickiego, ale sugeruje tu jego możliwość i pokazuje, że zna drogę, jaka do niego prowadzi. Ta ścianka to być może ratio. Granica porządków historycznego i metafizycznego. Prozy i „poezji”. Ta ścianka, być może, odpowiada za odmienne losy percepcji obu autorów, za inne smaki ich popularności. Zbliżmy się, skorzystajmy, przypatrzmy się im w tej bliskości nie do przekroczenia.

A teraz do innej sali.

 

[1] A. Kałuża, „Ogniskowa dla istniejących napięć”. Poezja Darka Foksa i strefa publiczna”, „ Śląskie Studia Polonistyczne” 2011, t. 1.

Darek Foks
„Kronsztad”, WBPiCAK, Poznań 2017, 50 stron.

Rafał Wawrzyńczyk
ur. 1980 w Tomaszowie Mazowieckim. W 2003 r. wziął udział w Konkursie im. J. Bierezina, na którym dowiedział się o istnieniu A. Sosnowskiego. W latach 2005–2009 współtworzył „Cyc Gada”. W „Dwutygodniku” i „eleWatorze” pisuje o muzyce współczesnej. Prowadzi fanpange Rafał Wawrzyńczyk Official.
POPRZEDNI

recenzja  

Oczekiwane (2): Jak się zgubić, znaleźć i zgubić ponownie

— Olga Byrska

NASTĘPNY

recenzja  

O transformacji trochę inaczej

— Zofia Ulańska