Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format
Portret Jakuba Nowackiego autorstwa Natalii Przybysz

1. Rok 2017 upłynął pod znakiem permanentnej parabazy. Słowa nie chciały przylegać do desygnatów, czyniąc po drodze cudne wygibasy, zima na złość była zimna, lato upalne, a ministrem kultury był Piotr Gliński.

 

2. 

Znakiem ciągłości – a przynajmniej czymś, co może dać wrażenie, że jakakolwiek ciągłość jest możliwa – są kontynuowane serie wydawnicze. Dobrze jest w chwilach zwątpienia wejść do księgarni Liber przy Krakowskim Przedmieściu i zobaczyć, że ukazuje się jeszcze PIW-owska „Biblioteka Myśli Współczesnej” (znana lepiej jako „plus minus nieskończoność”), „Pisma wybrane”, że wychodzą kolejne tomy Biblioteki Narodowej, wreszcie: że nad tymi tomami czuwają uważni i kompetentni redaktorzy.

Dlatego z ciekawością obejrzałem krótki film promocyjny, w którym Paweł Orzeł, redaktor wznowionych po dwudziestu dwu latach „Fragmentów” Wiesława Juszczaka, opowiada o pracy nad ich wydaniem, zmęczonym głosem przybliża szczegóły kolacjonowania cytatów ze starogreckiego, rozmarzony przypomina sobie pierwsze spotkanie z Juszczakiem pod ubikacją w Instytucie Historii Sztuki (ci którzy tam byli, wiedzą, że aby umyć ręce po załatwionej sprawie, trzeba jeszcze przejść cały korytarz do pomieszczenia wyposażonego w umywalkę) i jak przekonywał wydawnictwo, żeby ta zapomniana książeczka znów się ukazała.

Orzeł odlatuje, ale odlatuje w słusznej sprawie. W takich sytuacjach zwykle mówimy „ktoś to musi robić”. Ktoś musi grzebać. Ci, którzy grzebią w tekstach – szlajają się po bibliotekach, ślęczą nad greckimi przegłosami – są kapłanami ciągłości.

Ale przede wszystkim: Orzeł odlatuje, bo może sobie na to pozwolić. Paweł Orzeł śnił się bowiem Henrykowi Berezie. Ten kto pojawił się w „Oniriadzie” choć raz, ma obywatelstwa prawo w moich marzeniach. Ma też wieczną beatyfikację w kulturze polskiej. Ów błogosławiony, namaszczony, ma prawo do takich marzeń – np. do wznawiania zapomnianego tomu esejów wybitnego historyka sztuki w szanowanym państwowym wydawnictwie.

 

3. 

„Było takie pismo, bruLion…”, wyjąkałem niepewnie, prowadząc wieczór autorski z Przedstawicielem Pokolenia bruLionu. Przedstawiciel Pokolenia bruLionu spojrzał na mnie z politowaniem i od razu pojąłem chybotliwość mojej konstrukcji. Przecież równie dobrze mogłem powiedzieć: było takie pismo „Chimera” (ta pierwsza Miriama i ta druga, Bryndala), było takie pismo „Kultura” (ta paryska i ta gorsza, warszawska), było takie pismo „Wiadomości Literackie”, były „Kłosy” i „Merkuriusz Polski”. Wymamrotałem w kierunku Przedstawiciela Pokolenia bruLionu jeszcze jakieś nieskładne pół-zdanie, po czym zakończyłem to czymś w rodzaju „jak wam wtedy było? Widzisz jakieś różnice w porównaniu z dzisiejszym życiem literackim?”. Przedstawiciel Pokolenia bruLionu westchnął, uśmiechnął się i powiedział: „no cóż, byliśmy trochę młodsi”. On także śnił się Henrykowi Berezie.

Jakiś czas temu znalazłem u siebie numer „bruLionu” z 1990 roku. Nie wiem skąd mi się przypałętał – może kupiłem go kiedyś w antykwariacie, może wziąłem z półki odrzutów bibliotecznych na Wydziale Polonistyki. Moi rodzice raczej „bruLionu” nie kupowali. U progu mitycznych najntisów odnajdywali się w Nowej Rzeczywistości. Na lekturę undergroundowych periodyków literackich – nawet obrosłych taką legendą jak pismo Roberta Tekielego – raczej nie mieli czasu.

W spisie treści „bruLionu” nr 16, 1990 figurują (kolejność alfabetyczna) m. in.: Antoni Dudek, Izabela Filipiak, Gustaw Flaubert, Rene Girard, Jan Gondowicz, Seamus Heaney, Jarosław Kaczyński, Janusz Korwin-Mikke, Maciej Maleńczuk, Cezary Michalski, Adam Michnik, Jacek Podsiadło, Krzysztof Skiba, Marian Stala, Jadwiga Staniszkis, Marcin Świetlicki. Kto nie wierzy, niechaj sprawdzi w osiedlowej bibliotece.

Jerzy Pilch pewnie ułożyłby z tych nazwisk pierwszą jedenastkę i ławkę rezerwowych. Ja nie będę tego robił, nie będę snuł rozważań, czy lepszy w bramce Marian Stala, czy w ataku Jadwiga Staniszkis. Teraz, przy wypisywaniu nazwisk i ustawianiu ich alfabetycznie, myślę tylko o tym, jak obchodzi się z nazwiskami Historia, jak ich konotacje zmieniają się w czasie.

Na przykład w szkicu pt. „Niewidzialne pokolenie”, Cezary Michalski, naczytawszy się Kawafisa, snuje gorzkie rozważania o barbarzyńcach. „Dzięki nim mogliśmy być razem” – wzdycha, przeplatając te myśli impresjami z emigracji francuskiej. „I nagle życie w Paryżu. Najtrudniej przyzwyczaić się do braku barbarzyńców, do samotności. Do chaosu, w którym każda, poza pragmatyczną, wizja całego świata jest paranoją albo religią (obie przeżywane tutaj samotnie)”.

Cezary Michalski… Jego pokrętne losy, egzystencjalne rozterki, ideowe wybory – to temat na inną opowieść. Przyjdzie taki czas, że ktoś z nas, Młodych, będzie pisać intelektualną biografię Michalskiego – dopiero się dowiemy. Może ujrzymy wtedy w pełnym świetle tę skuloną sylwetkę wiecznego „gruźliczego studenta”? Może choć przez chwilę dostrzeżemy u niego ten sam błysk, co u późnego florenckiego Brzozowskiego? Teraz, gdy zamykam oczy, widzę na nim tylko kraciastą marynarkę Jarosława Ładosza. Bezradnie rozkładając ręce mówi: „cholera, nic nie poradzę, całe życie byłem centrystą!”.

 

4. 

Nie wiem, co stoi u źródeł mojego niewczesnego zainteresowania literackimi dziadami. Figura dziada mnie fascynuje, z ciekawością czytam niedawno wydane przez Ossolineum eseje Saida o „stylu późnym” albo to, co do powiedzenia o udrękach starości miał Ryszard Przybylski w „Baśni zimowej”. Ale jednym z najwspanialszych dziadów, jakich miałem okazję czytać, jest Philip Larkin. Ten, jak pisał Bronisław Maj, „tłusty buchalter w okularach” w wierszu „Annus mirabilis” w przekładzie Stanisława Barańczaka wspomina:

Stosunek płciowy zrodził się jako idea
W roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim
(Dla mnie trochę za późno przyszła ta nadzieja) –
Między zdjęciem zakazu z Chatterley (takiej powieści)
A nagraniem przez Beatles pierwszego longplaya

Gdzie zrodziłby się dzisiaj? Pewnie gdzieś między końcem epoki Grona, a wypuszczeniem „Kruci Gang” Klocucha (utworu, od którego zaczyna się Kocuch późny, w pełni świadomy artystycznie i z rozmysłem używający autocytatu). Jesteśmy w końcu trochę w niebieskiej poświacie, trochę w hyperrealu, trochę w rzeczywistości. Za późno przyszła dla nas ta nadzieja.

 

Jesteśmy w końcu trochę w niebieskiej poświacie, trochę w hyperrealu, trochę w rzeczywistości. Za późno przyszła dla nas ta nadzieja

 

5. 

Moje jedyne postanowienie noworoczne – przeczytać Drzeżdżona. Jan Drzeżdżon był prozaikiem, eksperymentatorem polszczyzny, autorem monumentalnej trylogii „Karamoro”, redaktorem i krytykiem literatury kaszubskiej, był także jednym z największych ulubieńców Henryka Berezy, niestrudzenie promującego go na łamach „Twórczości”.

Wikipedia jako źródło cierpień i wielu przyjemności. Czytam wikipedyjne hasło o Janie Drzeżdżonie i trafiam na fragment, który należy dla celów poznawczych przytoczyć in extenso (pisownia oryginalna):

Melancholijna poezja Drzeżdżona, pisana przeważnie w tzw. dialekcie belockim, zdobyła sobie uznanie wśród znawców i jest nadal czytana. Prawdziwym żywiołem Drzeżdżona była jednak proza; stał się jednym z najważniejszych przedstawicieli proklamowanej przez Henryka Berezę rewolucji artystycznej. Po ukazaniu się w 1977 r. powieści Leśna Dąbrowa Bereza stwierdził m.in., że Jan Drzeżdżon jako autor tylko do roku 1977 włącznie opublikowanych utworów jest pisarzem wybitniejszym niż LlosaCortázarrazem wzięci z Borgesem na przyczepkę, i nigdy się z tej opinii nie wycofał. (Krytyczny wobec zdania Berezy był m.in. Stanisław Lem.). Polskojęzyczne pisarstwo Drzeżdżona uchodzi wśród krytyków literackich za zjawisko unikatowe i trudne do gatunkowego zaklasyfikowania; wskazuje się m.in. na wielką rolę wyobraźni narracyjnej i nawiązania do powieści gotyckiej. Osobnym rozdziałem w twórczości Drzeżdżona są jego książki dla dzieci, a zwłaszcza nietypowa baśń Kraina Patalonków i jej kontynuacje (PoszukiwaniaWśród ludzi).

Tak, Drzeżdżona nie czytałem, ale przeczytać muszę. Jest w tym wszystkim ważny także Bereza, w misyjnym zapale promujący swoją trzódkę ulubionych, tragicznie zakochany, chronicznie wyśmiewany (bardzo ciekawie pisał o Berezie jako „krytyku przegranym” Karol Maliszewski w „Twórczości” 2017, nr 10).

A może PIW wznowiłby Drzeżdżona? Orły, sokoły….

 

6. 

W styczniowym numerze „Małego Formatu” Jakub Skurtys podsumowuje rok 2017 w poezji. Skurtys jest bez wątpienia bożym szaleńcem, krytykiem-jurodiwym, naszym Ryszardem Matuszewskim albo Arturem Sandauerem. Napisał tekst na 78 minut czytania i po jego lekturze myślę, że było to jedno z lepszych siedemdziesięciu ośmiu minut w moim życiu. Ale i ja mam prawo do swojego podsumowania, z racji możliwości – znacznie skromniejszego. Pragnę ogłosić najważniejsze, moim zdaniem, wydarzenie w poezji polskiej w 2017 roku.

Otóż ukazał się (w oficynie E’viva l’arte) nowy tom wierszy Jarosława Marka Rymkiewicza pt. „Metempsychoza: druga księga oktostychów”, z którego dowiedzieć się można nie tylko że życie nasze nic nie warte, ale także czego Stary Poeta teraz słucha (Schubert ostatnio bardziej na topliście niż Beethoven). Dowiedzieć się można jednak przede wszystkim o pewnym istotnym szczególe (a autor „Kilku szczegółów” lubi szczegóły, oj lubi…). W przypisie pod wierszem pt. „Znikomek”, nawiązującym do znikomka leśmianowskiego, JMR pisze:

Wiersz Bolesława Leśmiana „Znikomek” ukazał się po raz pierwszy w 57 numerze „Skamandra” w kwietniu 1935 roku. Później znalazł się w tomie „Napój cienisty”, wydanym w roku 1936. Domek pod deską na skraju kompostu (przeznaczony dla małych jeży, które właśnie pojawiły się w ogrodzie) urządziłem na wiosnę 2016 roku.

Domek został zbudowany co prawda w 2016 roku, do literatury polskiej trafił jednak już w roku następnym. Oto zatem najważniejsze wydarzenie poetyckie 2017 – Jarosław Marek Rymkiewicz zbudował domek dla małych jeży. Czy cokolwiek może tę wiadomość przebić? W obliczu takich wiadomości można chyba tylko postawić serduszko <3.

Jarosław Marek Rymkiewicz zbudował domek dla małych jeży. Czy cokolwiek może tę wiadomość przebić?

 

7. 

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że im więcej mówimy, tym bardziej osuwamy się w bełkot. Nie można tej świadomości utracić. Ma ją z pewnością – i za to go lubimy – Szymon Wróbel, który w debacie „Prawda, kłamstwo, fake news” organizowanej przez „Politykę”, powiedział słowa następujące:

(…) ja już nie wierzę w Uniwersytet, ja już nie mam wiary w uniwersytet jako instytucję jakoś szczególnie wyróżnioną, namaszczoną i zdolną już nie tylko do transmisji wiedzy, ale i jej generowania. Nie wierzę w education w czystym sensie. Jak obserwuję to, co się dzieje w procesie transmisji wiedzy, to co ja także robię, to myślę o tym jako o czymś pomiędzy entertainment  education. Myślę, że robię trochę w biznesie teatralno-spektralnym, a trochę w edukacji. Taki edutainment. Tak, Uniwersytet nie może już uczestniczyć nie tylko w transmisji wiedzy, ale i w ogóle nie może świadczyć o wiarygodności wiedzy. Przykro mi.

Ja też już nie wierzę.

 

8. 

Taka to krytyka.

 

Przeczytaj też inne teksty z tego cyklu.

Jakub Nowacki
ur. 1994, student Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Publikował teksty o literaturze w "Twórczości", "Tygodniku Powszechnym", "Ha!arcie", "ArtPapierze", "Popmodernie", kwartalniku "KONTENT" i "Niewinnych Czarodziejach". Mieszka w Pruszkowie. W "Małym Formacie" pisze i redaguje.