Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Drzwi można w jednej chwili z impetem otworzyć, a potem strzelić nimi i zamknąć z powrotem. Otwarcie egzystencjalne wymaga czasu i powolnego dojrzewania. Jest procesem. Narasta. Przygotowujemy się, przebudowujemy stopniowo, część po części, komórka po komórce, aż stajemy się zdolni do zrywu otwarcia. Czyn ostateczny poprzedzony jest długotrwałą pracą organiczną w miąższu bytowania. Czy każdy może otworzyć się na istnienie? Nie chciałabym mówić, że nie, rzecz dotyczy bowiem spraw zbyt istotnych i osobistych, by jednym nierozważnym zdaniem komukolwiek odmawiać udziału. Zresztą nie wszystko widać gołym okiem.

Nie trzeba wyprawiać się do Tybetu, by przejść skryte wtajemniczenia. One dokonują się w nas. Sam akt egzystencjalnego otwarcia otacza często atmosfera grozy ze względu na niezbędny tu element ludzkiej krwi, a także towarzyszące praktykom przejścia trans i krzyki, w których głos przybiera dziwne, przejmujące brzmienie, jakiego nie słyszy się w zwykłych okolicznościach. Egzystencjalne otwarcie może wydawać się odrażające, lecz kto – widząc – ze wstrętem odwróci wzrok, bluźni przeciw istnieniu. Bo dopiero wówczas, gdy nie brzydzimy się obrzydliwego, jesteśmy gotowi do przyjęcia świata. I groza nie budzi w nas lęku, gdyż idziemy poprzez nią ku zachwytowi.

Nie trzeba wyprawiać się do Tybetu, by przejść skryte wtajemniczenia. One dokonują się w nas

Trudno zrozumieć symbolikę rozgrywających się zdarzeń, bo zanim nastąpi ostateczne ujawnienie otwartości, przez długi czas niezauważane wewnętrzne procesy modelują tkankę egzystencjalną. Drążą pod powierzchnią zdarzeń.

Otwarcie egzystencjalne wymaga zbudowania przestrzeni wewnętrznej. Trzeba ją poszerzać, rozpychać i mozolnie uchylać ku wyjściu na zewnątrz, poza siebie. Musimy własnymi siłami uformować się wewnętrznie w mięsisty lej skierowany ku zewnętrznemu światu.

Miał wiele racji Leibniz, sugerując, że jesteśmy zamkniętymi monadami. Nie wiedział jednak, że zwartą całość, jaką stanowimy, można od środka własnymi siłami rozerwać.

Wydaje się to nadludzkim zamierzeniem. W rzeczywistości jest żmudnym trudem, a jednocześnie, ze względu na możliwy rezultat, jest zadaniem ekscytującym.

Gesty osób prowadzących misteria, początkowo powolne i spokojne, nie pozwalają się domyślać, że w nawałnicy błysnąć może nóż ofiarny, a ciało pchnięte ostrzem przyjmie z ulgą ofiarowane wyzwolenie.

Niezwykłym zadaniom często towarzyszy trwoga. Niepokój obmacuje ciało. Szuka miejsca, by pewnie uderzyć. Każda część całości, jaką jesteśmy, skulona w sobie, zamknięta w koncentracji, przyczajona, czeka. Nie ustaje proces wewnętrznej rozbudowy. Przemieszczenia. Deformacje. Skąd ten lęk? Czy to obawa, by nie zatracić się pod siłami, które w sobie wyzwalamy, oddając się im we władanie? Rozwój wewnętrznych przekształceń każe domyślać się nadejścia mocy, które całym jestestwem szarpać będą, miotać, kurczyć, skręcać, rozsadzać, więc jeszcze przez chwilę czujnie cofamy się w siebie przed wstrząsem. Pot występuje na skórę.

Stopniowo nadchodzi trans. Czasem inni dodają nam odwagi. Jednak ich troska jest wątłym oparciem, gdyż nie kierują zdarzeniem, mogą zaledwie wspomagać i ułatwiać przejście. Nie mają też wstępu do wewnętrznego kręgu napięcia i koncentracji.

Nieokreślony niepokój. Trudno powiedzieć, czy przed wyobrażonym bólem, czy przed otwierającym się życiem, które objawić się chce w gęstości.

Suki biegają z miejsca na miejsce. Popiskują.

Pojawiające się smugi indywidualnej świadomości wzbudzają żal za czasem trzeźwego porządku, rządzonym kapryśnym rozumem, kiedy można swobodnie decydować, wybierać, rezygnować, zmieniać postanowienia i plany. Ale dokonane już wewnętrzne działania nie pozwalają się cofnąć. Pozostaje perspektywa otwarcia. Pospieszne budowanie wewnętrznej drogi ku wyjściu. Mobilizowanie sił, gdy już pochwyceni jesteśmy przez zdarzenia nieuniknione. Ledwie nadążamy za własnymi przemianami w dynamicznej postawie współdziałania, walki i zgody. To już ostatnie momenty, kiedy można postrzegać siebie jako całość zamkniętą, a więc indywidualność zagrożoną rozdarciem, i się lękać.

Kierkegaard mówi, że lęk jest refleksją i jako taki różny jest od smutku, choć zarazem jest on namiętnym ruchem ku smutkowi. Dotyka go i obnaża.

Gdy otwierają się drogi rodne, kozy lęk ogarnia i okazują niepokój. To wstają, to się kładą, grzebią nogami, uderzają nimi o brzuch. Jęczą i meczą przeraźliwie. W ich smutnych oczach ujawnia się bojaźń i drżenie.

Lęk jest zwiastunem przejść niecodziennych, stanowiących często górne punkty bytowania. Zapowiada zjawiska totalnie ogarniające, które stwarzają poczucie, że zginąć możemy w czymś, co nas przerasta. Kto rodzi, sam siebie przerasta. Jest przecież utożsamiony z procesem, który biegnie bez możliwości odwrotu ku nieznanemu rezultatowi. Wiadomo tylko, że drży w nim życie. Niepewne. Trudno więc nie przejawiać lęku. Kto siebie otwiera, staje przed możliwością i grozą istnienia.

Trans egzystencjalny zagarnia uczucia i myśli, zmusza do koncentracji na zdarzeniach głównych, prowadzi ku pełnemu otwarciu. Ciało nienawykłe do postrzegania wewnętrznych procesów teraz doświadcza ich zagęszczonej obecności. Wewnętrzna przebudowa staje się oczywista. Żeby otworzyć siebie, przemieniamy się samoistnie w mięsisty krater rozchylony ku światu i gotowy do wybuchu. Kontakt ze sobą, a więc bólem i ciałem, nie słabnie. Można doświadczać ucieleśnień wewnętrznych transformacji. To, co zdawało się zwykle trwałą podstawą osoby – ciało – ściskane objęciami bólu, zamienia się w ognisko niehamowanego żywiołu. Wówczas znika trwoga, ustępując miejsca fascynacji.

Otwarcie na dwa palce.

Utożsamienie z ciałem odbiera nam na pewien czas rozumną tożsamość i jednoczy z ciałem świata. Trzeba tylko nadążyć za rytmem dziejących się zjawisk, gdy stajemy się czystą przyrodą w naturalnym ruchu. Dzieżą kipiącą. Wulkanem. I w opanowującym nas żywiole rozpoznajemy własną twarz.

Ciąża u klaczy trwa dwanaście miesięcy księżycowych.

Trans egzystencjalny jest takim rodzajem bytowania, w którym udaje nam się istnieć całkowicie. Ten stan pełnej koncentracji i bezpośredniości, gdy powiedzieć można, że sami jesteśmy istnieniem, czasami osiągamy. Choć nie wiemy, kiedy i co go przyniesie. Istnienie, które niewtajemniczonym wydawać się może pustą abstrakcją, w egzystencjalnej kondensacji staje się i faktem, i symbolem. Dlatego zjawiska, którym towarzyszy trans egzystencjalny, nie tylko istnienie zagęszczają, ale również wyrażają je w pełni.

Cała inwencja skupia się na odkrywaniu sposobów otwierania ciała. Trzeba własnym wysiłkiem naruszyć autonomię zamkniętego obszaru stanowiącego o naszej tożsamości. Właściwie chodzi o to, żeby rozerwać siebie. Rozłupać orzech od środka. To uzmysławia, że na straży pełnego uczestnictwa w istnieniu stoi osobiste zagrożenie. Trzeba ryzyka, które z trwogą podejmujemy. Nie ma innego wyjścia, skoro nic, co istotne, nie może zdarzyć się bez otwarcia. Tym bardziej istnienie, jako to, co najistotniejsze.

Otwarcie na trzy palce.

Właściwie co to znaczy: otworzyć się? Czy chodzi o fałdy płaszcza, o muszlę małża, rozwartą czeluść, czy o naszą postawę wobec świata – stan otwarcia oznacza dopuszczenie wszelkich możliwości. Nie wiadomo, co może się zdarzyć, ale nie obawiamy się temu sprostać. Otwarcie jest czystą potencjalnością. Przejawem zgody na różnorodność świata.

Wystarczy obserwować uchylające się drzwi, by dostrzec siłę potencjalności, jaką wnosi w rzeczywistość stan otwarcia. Niehamowane przejście gotowe na każde wtargnięcie. Tym bardziej gdy o człowieku mówimy, że jest otwarty, mamy na myśli swobodę przyswajania świata, zdarzeń, informacji, ludzkich postaw i zdolność cieszenia się różnorodnością zjawisk. I sądzimy, że po trafi być w świecie w pełni obecny. Ale otwartość zwiastuje jedynie bogactwo zdarzeń, nie zapowiada, jakie będą. Czasem lepiej się nie otwierać, bo rezultat może być pokraczny. Zawartość puszki Pandory była przecież niezwykle bogata.

Jednak nikt nie pojawia się w świecie z własnej woli. Każdy wchodzi w istnienie przymuszony. Wrzucony w świat, wyparty, i żeby przetrwać, z litości lub okrucieństwa natury, obdarzony tą samą siłą egzystencjalną, która go wyłoniła i dalej prowadzi. Jest nią parcie egzystencjalne – indywidualny, choć powszechny przymus do istnienia mimo wszystko. Impet konieczny do przedzierania się i do wytrwania w ruchu, choćby na czworakach.

Kto się rodzi, musi wyłonić się lub ginie. Od pierwszej chwili indywidualne istnienie przeniknięte jest tym przymusem powszechnym, który nie ustaje. Z czasem przybiera coraz inne formy, lecz nie opuszcza nas.

Rodzącej krowy nie należy bić kijem, szarpać, kopać ani batem smagać po brzuchu. Wbrew oczekiwaniom nie przyspiesza to rozwiązania. Praktyki te porównać można z pędzeniem kobiet do porodu pod karą więzienia. Mali zawistnicy chcieliby zapanować nad twórczyniami świata, a poprzestać muszą na wybuchach złości.

Poród jest porywem ciała, które w szoku i ekstazie samo siebie przekracza. A więc uzmysławia możliwość wykraczania poza siebie. Tym samym ukazuje szansę, jaką być może mamy. W jakiś przedziwny sposób to konkretne, cielesne zdarzenie przywołuje nieskończoność, sugerując możliwość transcendowania. W każdym razie otwiera przed nami nieograniczoną perspektywę. Być może złudną.

Poród jest porywem ciała, które w szoku i ekstazie samo siebie przekracza. A więc uzmysławia możliwość wykraczania poza siebie

Pełne otwarcie. Mięsisty wór to się kurczy, to rozciąga, ciśnie w dół, zieje ku światu.

Czym jest pełne otwarcie? W znaczeniu najbardziej oczywistym jest ono warunkiem istnienia. W znaczeniu istotnym otwarcie jest pochwałą niedoskonałości. Nie ma przecież potrzeby otwierania się na zjawiska, które nas pociągają, gdyż zawsze jesteśmy na nie otwarci i gotowi do uczestniczenia w nich. Konieczność otwierania się zakłada uprzednie zamknięcie, odizolowanie, a więc brak akceptacji. Jeśli istnienie wymaga otwarcia się na nie jako warunku koniecznego, to pewnie niedoskonałość jest jego nieodzowną cechą. Oto dlaczego tak trudno otworzyć się na nie.

„Egzystencja”, słowo określające nasze główne zadanie, zawiera echo narodzin jako wyłaniania. W klasycznej łacinie ex sisto znaczyło dosłownie „wychodzić z”, „wydobywać się”, „rodzić się”. W takich znaczeniach używał tego czasownika Cyceron w O naturze bogów. Jeśli więc trzymamy się początkowych znaczeń i pierwotnych faktów, konkretu dosłowności, nie może dziwić przekonanie, że filozofia egzystencjalna domaga się powiązania z porodem. Najbardziej elementarnym aktem wychodzenia, fundamentem egzystencji, jest przecież rodzenie się. Filozofowie więc myśleć powinni o porodzie, gdy mówić chcą o istnieniu. W tym pierwotnym zjawisku może zawierać się przedsłowne wtajemniczenie egzystencjalne, któremu warto dać posłuchanie nawet wtedy, gdy jest niewyraźne, bo być może nieświadomi i tak niesiemy je w sobie. Niewykluczone, że od konieczności wyłaniania siebie nie uwalniamy się nigdy.

Symbolicznie interpretacja aktu rodzenia bywa czasem łączona z obrazem wygnania z raju. Ale czy sprawa sprowadza się do wygnania, gdy sami chcemy raj opuścić, ponieważ przestał być rajem? Powodem może być poczucie braku prawdy, ta anemia egzystencjalna, którą przezwyciężyć można dopiero wówczas, gdy doświadczymy istnienia w dobru i złu, a więc w pełni. Tak po prostu odejść? Gdy niewygoda ofiarowana nam jest jako najwyższe dobro? Trzeba raczej przez jakiekolwiek wyzwalające zdarzenie – choćby zjedzenie jabłka – spowodować wygnanie. Chwytamy się prowokacji, ściągamy na siebie winę, wywołujemy szał wypędzania, bo inaczej nie godzi się opuszczać niewygodnego miejsca ofiarowanego jako raj, choć dawno je przerośliśmy i zależy nam już tylko na tym, żeby wydostać się jak najszybciej z ciasnoty więzienia. Ale przez pamięć miejsca, które kiedyś rajem było, przez wdzięczność lub z dobroci serca bierzemy odpowiedzialność na siebie. Rodzimy się więc z poczuciem winy ciążącej na tych, którzy chęcią wyjścia zdolni są zabić własną matkę. Choć nie ma żadnego wyboru, skoro nieurodzenie się jest nieistnieniem. Zatem wychodzić musimy. Za wszelką cenę, którą przede wszystkim sami płacimy. Nie przestajemy jednak pytać, czy trudności przejścia są zasłużoną karą za chęć życia. I czy ono samo nie równoważy każdej kary, jaka może być pomyślana? I jaka zawsze jest bezpodstawna.

Gdy wody płodowe odejdą przedwcześnie i zwierzę nie może wydać na świat płodu, przygotowujemy wody zastępcze, pamiętając, żeby były śliskie.

Doświadczenie pierwszego wyjścia, jako przechodzenia od tego, co znane i oswojone, do nieznanego i obcego, wtajemnicza w przeznaczenie. Nadany zostaje trwały ruch ku niewiadomemu. To zakłada niepewność. To ją gwarantuje. W kondycję egzystencjalną od początku zostaje wpisany niepokój. Tak uczy wtajemniczenie. Inicjacja pierwotna wszczepia wiedzę o nas samych jako istotach tęskniących do tego, co nieznane, i bytujących w niepewności. Kuszeni przez tajemnicę, pobudzeni jej przyciągającym promieniowaniem, któremu nie umiemy się oprzeć. Ożywieni niepokojem, natchnieni odwagą, omdlewający z przerażenia, zafascynowani – zawsze w niepewności. Postawieni wobec niewiadomego.

Pełne otwarcie pozwala, by płód wydostał się na zewnątrz, ale stwarza też warunki do śmiertelnego zakażenia matki.

Wydawałoby się, że rozum jest władzą najbardziej wrogą tajemnicy. Tymczasem posługujemy się nim uparcie nie po to, by żyć w nudzie jasności, lecz by każdą tajemnicę sprawdzić, czy godna jest swego miana, i odrzucać z niechęcią wszystko, co dało się wyjaśnić, a zmierzać bez końca do jądra prawdziwie niepoznawalnego, które mogłoby wiecznie magnetyzować nas czarnym blaskiem, gdyż tylko w tajemnicę zapatrzeni umiemy żyć. Czeka na nas, rozparta w dzikości, nieuchronna. Próżno wzdragać się przed nią. Istnienie od początku objawia się jako gwałtowne parcie ku niewiadomemu.

Ekstatyczny, krwawy obrzęd przygotowuje ofiarę do życia. Szok przejścia pozwala tchnąć w wyłaniające się ciało wiedzę inicjalną. Potrzebna mu będzie zawsze, do końca. Dostępna choćby nieświadomie.

Nawet gdyby było prawdą, że umierając, człowiek ogląda swoją przeszłość, ważniejsze jest to, czego dowiaduje się przy urodzeniu. Przecież ukazany zostaje przyszły los. Nie w drobiazgach, lecz w istocie.

Akt otwierania się świata zapowiada przyszłe zdarzenia. Kto przetrzyma inicjację, na zawsze wie, co go czeka. Będzie szarpać więzy, przeciskać się przez szczeliny, nie bacząc na niebezpieczeństwo utknięcia, nie zważając na towarzyszące parciu zranienia, deformację własną i kaleczenie otoczenia.

Komu brak sił, lepiej niech zginie na początku. W każdym razie został uprzedzony. Nie może zasłaniać się niewiedzą. Nikogo nie wprowadzono w błąd. Nie znaczy to, że komukolwiek dano wybór. Lecz ofiarowano zapowiedź losu w akcie wtajemniczenia.

Zarazem zauważamy, że ruch inicjalnego wyłaniania się zapowiada istnienie jako wyprawę obfitującą w zaskoczenia, które powodować muszą erupcje naszej aktywności i brawury. Wtajemniczenie wyjścia naznacza nas jednak dynamizmem, odwagą, a oczekiwaną radość uniesienia uczy łączyć z wysiłkiem.

Misterium początku daje też doświadczenie pierwszego rozstania. Uprzedza, że nieraz trzeba będzie porzucać to, co się kocha, by iść ku nieznanemu. Pierwsze oddzielenie zaowocuje dalszymi rozłąkami, a kolejne spotkania nie odmienią pierwotnej przepowiedni wróżącej wędrówkę ku nieznanemu horyzontowi poprzez kolejne przywiązania i zerwania. Od przyrośnięcia do oddarcia.

Nie ustają skurcze. Jajo płodowe wraz z płynami staje się coraz większe, coraz mocniej napięte. Ten twardy pęcherz wciskany jest w lej ujścia. Owalny twór nadal pęcznieje i cisnąc, rozszerza maciczne ujście. Stopniowo formuje się szeroki, miękki tunel i otwiera droga przejścia.

Wyjść z ukrycia to znaczy objawić się w swej tożsamości i przez jej otwarte okazanie triumfować. A może być jedną z niebagatelnych wartości, że istnienie nie tylko dopuszcza wielości różnych, indywidualnych wcieleń, lecz także jej wymaga. Urodzić się to uznać i potwierdzić własną odrębność, ale również doświadczyć obcości. Przechodzić z miejsca na miejsce, zawsze jakby nie całkiem nasze, mieć świadomość, że odrębność, a nawet obcość poszczególnych istnień może być dobrem wpisanym w całość, do której należymy.

Akt wychodzenia z ukrycia, z zamaskowania prowadzi do nagości prawdy egzystencjalnej, która okazuje się tautologiczna: celem dążenia jest bycie tym, czym się jest. Ale z drugiej strony ruch rodzenia się wskazuje przejściowość formy, jaką jesteśmy. Nawet nasza tożsamość nie wydaje się stała. Raczej wyłania się, niż jest. Zatem wysiłek rodzenia się może być znamieniem trwale nadanym naszemu istnieniu. Nie jesteśmy istotami wyłonionymi, lecz wyłaniającymi się, skazanymi na trud stanowiący naszą szansę. Musimy stale się rodzić, jeśli chcemy istnieć.

Kiedy mówi się o porzucaniu tego, czym się jest, o rozstawaniu z sobą, o nowym stanie, może to sprawiać wrażenie samowoli, przypadkowości poczynań, a nawet chaosu. Tymczasem poród, jak chyba niewiele innych zjawisk, pokazuje, że ogromny wysiłek egzystencjalny przedsiębrany jest bez możliwości wyboru. Jest jedna droga. Właściwie żadnej dowolności. To może wydawać się przygnębiające. Gdyby nie fakt, że owa droga do istnienia sugeruje możliwość stałego wykraczania poza siebie. Jest to osobliwy rodzaj wolności transcendowania dopuszczonej w przeznaczonym nam naturalnym łożysku. Jakby fakt istnienia pozwalał  nam pokładać w sobie samych nadzieję. Bo do czegóż moglibyśmy mieć większe zaufanie niż do istnienia, którego częścią jesteśmy, które nas kreuje.

Przez szczelinę wypływa zgęstniały, ciągnący się śluz. Rodząca okazuje coraz większy niepokój. Przestępuje z nogi na nogę, porusza nerwowo ogonem, kładzie się i nagle zrywa z legowiska. Spogląda na brzuch. Kilkakrotnie oddaje kał i mocz. A w przerwach między bólami przeżuwa paszę. W bólach drgają mięśnie zadu. Wznoszą się i opadają. Co pewien czas rodząca gwałtownie wciąga srom. Kurcze macicy i pochwy powtarzają się już w krótkich odstępach i z coraz większym natężeniem. Bóle stają się bardzo dotkliwe. Rodząca pojękuje, a nawet zapada w krótkie omdlenia. Po przejściu każdego bólu chwyta głęboki oddech i ożywia się. Teraz sama dopomaga tłoczni brzucha. Gdy nadchodzi ból, energicznie wciąga powietrze i wstrzymuje oddech. Płuca mocno wypełnione i rozdęte cisną na przeponę, a ta na trzewia, które równocześnie zduszone skurczem mięśni brzucha prą całą siłą na macicę i pomagają wtłoczyć płód w kanał rodny. Napięty pęcherz pęka i wylewają się wody płodowe. Wkrótce przednie nogi wsuwają się tak daleko w pochwę, że raciczki sterczą przez szparę sromu na zewnątrz. Najtrudniej przecisnąć głowę, gdy utknie w pierścieniu kostnym. Ale kolejny atak bólu w lawinie najsilniejszych skurczy partych także głowę wygniata na zewnątrz. Dopiero wtedy wypchnięta zostaje reszta ciała, a wypadając z brzucha, płód zrywa sznur pępowiny.

Im bliżej archetypowej mowy faktów egzystencjalnych, tym większa nieprzejrzystość.

Czy obserwacja porodu pozwala na wyciągnięcie jakichś wniosków, na których moglibyśmy się oprzeć? No, może to za wiele. Ale czy niesie choćby zarys sugestii dotyczących tego, jak istniejemy?

Wraz z całą wspólnotą żywych należymy do bytów objawiających się przez urodzenie i tkniętych ruchem wyłaniania. Możliwość istnienia dana jest więc za cenę wysiłku podjętego przeciw znieruchomieniu. Trzeba się sprzeciwić, żeby zaistnieć. Trzeba się rodzić, jakkolwiek ów poród rozumiemy i jakiemukolwiek obszarowi w nas zagraża martwota. A nie można wykluczyć, że głoszony przez ciało nakaz egzystencjalny odnosi się do każdej chwili, jeśli ma być słusznie nazwana istnieniem.

Wraz z całą wspólnotą żywych należymy do bytów objawiających się przez urodzenie i tkniętych ruchem wyłaniania

Trzeba egzystencjalnego otwarcia, byśmy stanąć mogli pośród nieskończonego pasma istnienia. W głębi doświadczenia. I wewnątrz słowa, którym mówi ciało świata. Na przejściu wiodącym poprzez nas od przeszłości ku przyszłości, których zwornikiem wolno nam być przez chwilę. Szczeliną w przestworzach.

W podstawy naszego bytowania od początku wpisane są lęk i cierpienie, które ożywiają naszą aktywność i zmuszają do parcia. A gdy udaje nam się wytrzymać albo raczej sprostać, istnienie nie tylko zostaje obronione, lecz także rozbłyska i w paroksyzmach wybuchów ukazuje swą wspaniałość i grozę.

Przy nieprawidłowym położeniu czasem wystarcza zabieg wykonany szybko ręką, którą wkładamy do wnętrza macicy i obracamy płód, tak by mógł wyjść na zewnątrz. Niekiedy używane są liny bądź szczudła. Coraz częściej stosuje się łańcuchy. Nie powinny zbyt silnie naciskać na szczelinę krocza. Mimo koniecznego pośpiechu nie należy ciągnąć ich gwałtownie, by nie rozrywać rodzącej. W trudniejszych przypadkach na głowę cielęcia zarzuca się pętlę i zakłada haki oczodołowe. W oczodoły płodów martwych czasem zakłada się haki o ostrych końcach.

Można powiedzieć, że do naszego losu przypisane są porody. One się zdarzają. Ale jako momenty kluczowe. To właśnie jest paradoksalne, fakty i stany fundamentalne, które jedynie bywają. Pojawiają się. Eksplodują. A jednak ich objawianie się i od nas zależy. Możemy dążyć do zagęszczeń istnienia i jego doświadczania. Co nie wiąże się z płcią oczywiście. Jest to etyka androgyna. Niepewna. Bo naszemu dążeniu nic nie gwarantuje spełnienia.

Sfera etyczności pojawia się tu w szczególnym sensie. W żadnym razie nie chodzi o nakazy moralne, gdyż te zawsze są wyrazem buntu, niezgody i nawołują do przykrawania rzeczywistości. Tymczasem poród jest aktem akceptacji istnienia. Heroicznym. Albo ślepym. W każdym razie trudno wyobrazić sobie bardziej bezwarunkową zgodę na to, co jest. Nasze zadanie egzystencjalne można określić jako to, co czeka na spełnienie się. Zjawisko porodu kieruje myśl nie ku powinności, lecz ku faktyczności. Wymusza raczej pytanie „Jak istniejemy?” niż „Jak powinniśmy istnieć?”. Chodzi o coś trudniejszego niż dokonywanie zmian: o zgodę. Mimo wszystko.

Wydawałoby się, że sytuowanie pytań egzystencjalnych poza kulturą jest niegodne człowieka cywilizowanego. A jednak czy współczesna cywilizacja nie doszła do tych samych dylematów, które odwiecznie wpisane są w poród? Czyż problemem nie stało się to, jak zachować świat, a nie jak go zmieniać? W planie etycznym można więc śmielej pytać, dlaczego cenny jest fakt, że człowiek zdolny jest zarówno do czynienia zła, jak i dobra, i zamiast trudzić się nad moralnym doskonaleniem, moglibyśmy zaakceptować siebie pośród innych żywiołów. W każdym razie próbować.

Gdy głowa, przednie nogi i klatka piersiowa zaklinują się w drogach rodnych, źrebię traci szansę przeżycia, a klaczy uniemożliwia to urodzenie płodu. Wówczas spychamy noworodka w głąb macicy, by tam go poćwiartować, a jeśli to niemożliwe, tniemy płód w drogach rodnych. W takiej sytuacji źrebięta na ogół są już martwe, a cielęta często jeszcze żyją. Cięcia skośne dzielą płód na długie wąskie części. Są więc najkorzystniejsze.

Kto podejmuje trud otwierania siebie, nie rozstaje się z ryzykiem.

Jak odpowiedzieć na pytanie o sens wysiłku parcia i uniknąć śmieszności? Czy to w ogóle możliwe? Celem, jakiego łatwo można się dopatrzyć, jest samo istnienie. Odpowiedź więc brzmi: dla istnienia. Jeśli wydaje się komuś warte zachodu. I dla doświadczenia wspaniałości opartej na twardym gruncie bólu, który dobrze znamy. Nie na wyimaginowanej – przeważnie przyszłej – szczęśliwości, lecz na cierpieniu, na którego obecność zawsze możemy liczyć. Oto do czego prą stworzycielki.

Parcie egzystencjalne łączy się z bólem, który nie niszczy, nie rozbija, a im jest silniejszy, tym bardziej oczywisty stanowi znak dziania się bytu, sygnał jego zagęszczenia, przejaw i dowód wspaniałości. Można w niej nie gustować, ale to niczego nie zmienia. Wolno odmówić udziału i oszczędzić innych, ale tym samym pozbawić się satysfakcji, jaka jest możliwa, choć nikomu niegwarantowana.

Kawałkowanie płodu musi być wykonane szybko. Stosuje się cięcia poprzeczne, podłużne i skośne. Rozwiązanie porodu przy dwugłowcu polegać powinno na odcięciu jednej głowy, a przy dwutwarzowcu na rozpołowieniu podwójnej twarzy. Oba te potworniaki nie należą do rzadkości. Aż dziw, że nie rezygnujemy.

Interpretując proste zjawiska egzystencjalne, narażamy się na poszukiwania być może niewskazywanego przez nie sensu. Podejmujemy ryzyko wiary w to, że nasza obecność w świecie może być zrozumiana i wartościowa. Jest to sytuacja nieporównanie trudniejsza od tej, w jakiej znajduje się interpretator faktów kulturowych, gdyż te od początku powołane są ku rozumieniu i wartościom. A także – raz umieszczone w kręgu kultury – przywołują dalsze jej kręgi, jako sensy towarzyszące i objaśniające. W porównaniu z nimi fakty egzystencjalne są gołe. Interpretowanie ich jest ściśle złączone z możliwością pytania o sensowność naszej obecności w świecie. Jeżeli one są zdarzeniami absurdalnymi, a więc pozbawionymi znaczenia i wartości, to i ona taka jest. Zatem poszukiwanie sensu elementarnych faktów egzystencjalnych, jak poród, akt seksualny, czynność jedzenia, jest – bądź nie jest – uprawnione w tym samym stopniu co wszelkie interpretowanie i orzekanie o istnieniu. Nie są to pytania, na które można otrzymać jasną odpowiedź. Można tylko drażnić. Trzeba.

Rozważania nad aktem rodzenia jako głosem, którym nasza natura zwraca się do nas bezpośrednio – a więc jest to jakby dialog wewnętrzny, w którym akt istnienia sam sugeruje sens – należą oczywiście do intelektualnie podejrzanych, paskudnie śliskich przedsięwzięć i być może stanowią doraźne chwyty ratunkowe. Ale jeśli Carnap i Schlick „jeszcze” mogli, być może my „już” nie możemy tych problemów odpychać, dowodząc, że są skutkiem pytań pozornych, źle postawionych i wymagają kategorycznego odrzucenia. Ja zresztą sądzę, że kto może, powinien je odrzucać. Przecież nad głową wiruje tu pętla absurdu. Gdy jednak tych pytań nie stawiamy, pętla spada na samo istnienie. I teraz każdy może wybrać. Co woli: pozwolić, żeby bezsensowność zagroziła myśleniu czy istnieniu? Przecież tylko nieprzyjemne przeczucie, że osaczeni jesteśmy przez absurd, popycha nas do tych egzorcyzmów, do okadzania życia esencjalnymi pytaniami. Pozostaje mi cieszyć się, przynajmniej na razie, że nie pytam o całościowy sens istnienia, tylko o akty elementarne, i w ten sposób w słabo czytelnym języku egzystencjalnym poruszam się jakby pośród odpowiedników zdań protokolarnych, o które wołali najwięksi sceptycy i tchórze filozofii.

Co mówi? Przede wszystkim wyraża egzystencjalną tautologię porodu. Zjawisko to, powołane dla istnienia, zarazem wskazuje je jako wcieloną wartość. Niezwykły wysiłek przechodzący od napiętych mięśni w krzyk obu ciał zapamiętale walczących o istnienie, podporządkowanych totalnie temu zadaniu, uzmysławia, że chodzi tu o wartość znaczącą. Żywiołowość demonstracji kusi, by istnieniu zawierzyć nawet wtedy, gdy kiedy indziej nie czujemy się przekonani. Obserwacja porodu uśmierza – przynajmniej na pewien czas – niepokój, gdyż tak to wygląda, że, prawdę mówiąc, wstyd wątpić. Cenność istnienia zostaje naocznie ukazana. Można powiedzieć, że ogrom starania jest ucieleśnionym dowodem wartości, której nie pojmujemy. Oto pierwotne ołtarzysko ciała w krwistym obrzędzie wyłania istnienie jako wartość zdumiewającą, przeciwstawioną rozsądkowi i obezwładniającym osadom codziennego doświadczenia. Ciemną wartość nieprzejrzystego istnienia.

Jednak bolesność i zmagania porodu są przesłaniem paradoksalnym, bo nie pozwalają wątpić w wartość istnienia, a zarazem sugerują, że wysiłek i cierpienie mogą towarzyszyć nam trwale. Jeśli istnienie jest bez nich niemożliwe, to właściwie nie wiadomo, dlaczego mielibyśmy tak wysoko je cenić. W każdym razie inicjacja egzystencjalna wskazuje nieustępliwość w wysiłku i wytrzymałość wobec bólu jako cnoty kardynalne. Kto je posiądzie, liczyć może na udział w triumfie istnienia. Niejedyny to przypadek bezpośredniego połączenia sfery egzystencjalnej z etyczną. W pierwotnym planie egzystencjalnym to, co jest, przedstawia się bowiem jako to, co być powinno. Bez względu na nasz bunt. Jakby całe nasze zadanie miało sprowadzić się do wyrażenia absurdalnej zgody.

Bolesność i zmagania porodu są przesłaniem paradoksalnym, bo nie pozwalają wątpić w wartość istnienia, a zarazem sugerują, że wysiłek i cierpienie mogą towarzyszyć nam trwale

Zejście poniżej poziomu etyki opartej na przeświadczeniu, że możliwy jest wybór samego dobra, a także ogołocenie się z woli będącej samowolą, którą zwykliśmy się szczycić przesadnie, osunięcie się na poziom niższy, lecz egzystencjalnie pierwotniejszy, daje nam szansę, jakiej nie warto odrzucać. Jeśli istnienie jest wartością, jak sugeruje misterium wyłaniania, to sam fakt, że nie wycofujemy się z niego i odpędzamy ogarniające nas wątpliwości, trzeba poczytać sobie za zasługę. Przecież, choć pewnie nie po myśli moralistów, już z racji samego istnienia – bez względu na to, jakim ono jest – wcielamy wartość centralną. Ponieważ sobą podtrzymujemy istnienie, które – jak przekonuje mowa ciała – jest szczególnie cenną wartością. W tym sensie wszelkie istnienie zostaje moralnie usprawiedliwione przez sam fakt bycia związanego z trudem. I trzeba poniechać prób mierzenia zasług i odstąpić od sądów ostatecznych, bo nie wiemy, jak się porównać z krową w subiektywnym odczuciu egzystencjalnego ciężaru i dostępie do wartości ostatecznych, w których być może wspólnie uczestniczymy. Jakiekolwiek skale porównawcze są nie na miejscu wobec rozgrzeszającej wartości bytowania.

Ale czy można mówić o uczestnictwie w triumfie istnienia? No jednak tak. Gdy przezwyciężane są przeciwności, słabe zwycięża, żywe wyłania się przeciw martwocie.

Wbrew rozpowszechnionym mniemaniom cesarskie cięcie nie miało związku z żadnym z cesarzy. Po raz pierwszy wykonał je w Europie w roku tysiąc pięćsetnym szwajcarski rzeźnik Jakub Nufer na własnej żonie.

Rodzeniu towarzyszy satysfakcja dokonania. Radość. Konkret. Otwierające się niebieskie oko. Cielesność stwarzania. Podziw wobec pierwotnego dzieła egzystencjalnego, być może najbardziej niezbędnego pośród wszelkich bytów. Podtrzymując istnienie, staje się też ono punktem odniesienia i miarą innych rodzajów twórczości. Jednak ze względu na wagę faktów leżących u podstaw warto zawsze pamiętać o porodzie, by właściwie oceniać inne dokonania. I nie trzeba się dziwić, jeśli poeta, pisząc wiersz, poczuje się nieswojo wobec rodzącej lochy.

Demonstracja tryumfu istnienia – być może nietrwałego, a więc tym cenniejszego – wyraża się w przeżyciu satysfakcji. Stan uniesienia, jakiego możemy wówczas doświadczyć, owo szczególne odczucie zwycięstwa budzi się, gdy odkrywamy w sobie potęgę naturalnych mocy, które przekraczają naszą wątłą jednostkowość. Z czasem udaje się nam do pewnego stopnia kierować tym, co nas opanowało, w każdym razie ginie poczucie odrębności osoby i atakującego ją żywiołu i wówczas staje się oczywiste, że to my jesteśmy tym żywiołem przebudzonym, a wcześniejsze wrażenie oddzielenia osoby od natury było złudzeniem, które niknie wobec gwałtowności uderzeń porodu. Jego brutalnej sile nie sposób dłużej przeciwstawiać fikcji.

Poród pozwala zrozumieć, jak bardzo rozdęta jest nasza świadomość indywidualna. A odrzucenie tej fałszywej świadomości, choć dokonane pod biologicznym przymusem, pozwala doświadczyć przeżycia zwycięstwa, nie klęski. A także umożliwia odnalezienie dna egzystencjalnej niecki i osadzenie się w najniższym punkcie równowagi. Na pewien czas.

Jest też poród zachowaną enklawą dzikości. Nie musimy wyprawiać się do dżungli, tak bardzo dziś wynędzniałych i niezdolnych dostarczyć żadnych głębszych doznań poza uczuciem smutku, wstydu i lęku przed zniszczonym światem, którego charłactwa zaczynamy się obawiać. By stanąć w obliczu nietkniętej natury, wystarczy zwrócić spojrzenie ku sobie, gdyż nienaruszona dzikość pozostała jeszcze w nas, a zjawisko porodu jest tego faktu naocznym dowodem.

Do cesarskiego cięcia trzeba podać narkozę i ułożyć świnię na stole. Skórę przecinamy pośrodku prawego lub lewego boku. Następnie tniemy tkankę tłuszczową i mięśnie. Krwawienie w tym miejscu jest niewielkie. Macicę otwieramy w pobliżu jej trzonu. Rozcięcie powinno być duże, by łatwo było chwytać prosięta. Po opróżnieniu macicy ranę zaszywamy. Przy gnilnym rozkładzie płodów lub zakażeniu trzeba nałożyć dwa piętra szwów i poddać zwierzę dalszej kuracji. Choć porody u świń przebiegają łatwo, czasem tylko cesarskie cięcie daje szansę uratowania maciory, a także prosiąt. W tych przypadkach jest bezwzględnie konieczne. Chyba że maciora ma objawy zakażenia ogólnego, gorączkę, zaburzenia krążenia, cuchnące wydzieliny z dróg rodnych. Gdy wody płodowe wyraźnie się rozkładają i gniją, nie wykonujemy już cesarskiego cięcia.

Prowadzeni w istnienie przez szczelinę ciała nie jesteśmy w tej wędrówce osamotnieni. Jeśli więc przejście bramy świata miałoby narzucać jakieś powinności, nie można wykluczać, że wykraczają one poza ludzką miarę. Ani też bezwzględnie odrzucić przypuszczenia, że być może istnieją zadania egzystencjalne, które podejmujemy nieświadomie, uczestnicząc w porządku, który nas przekracza. Brama ciała nie prowadzi przecież do świata wyłącznie ludzkiego.

Niektóre z tajnych powinności można chyba odczytać i świadomie przyjąć jako własne cele. Choć pewnie nie chodzi tu o żaden system reguł wymagających rozumnego wyboru i realizowanych wysiłkiem dostępnym jedynie człowiekowi zdolnemu rozpoznać wartości i przestrzegać ich. Nie mówimy przecież o zasadach etycznych, tylko o istnieniu, które przeciwstawia się wszelkiej redukcji, co rozumieć należy jako wskazówkę. Jeśli w ogóle można by doczytać się tu jakichś zasad egzystencjalnych, to wynikająca z nich moralna kwadratura koła polegałaby na konieczności rozstrzygnięcia, czy możliwy jest rozwój bez ograniczania się.

Moralna kwadratura koła polegałaby na konieczności rozstrzygnięcia, czy możliwy jest rozwój bez ograniczania się

Klacz rodząca po raz pierwszy w silnych skurczach partych narażona jest na rozdarcie krocza. By do tego nie dopuścić, ochraniamy je, uciskając płasko przyłożoną dłonią. U kobiet naturalnym pęknięciom przeciwdziała nacięcie krocza. Przecina się je skośnie w kierunku prawego bądź lewego uda w chwili, kiedy główka dziecka cofa się w głąb.

Gdy wielką inicjację przejścia próbujemy przeniknąć i, jeśli można tak powiedzieć, odczytać sens sugerowany przez rozwartą bramę świata, układa się on we wskazanie, by w istnienie wstąpić, nie uchylać się, przyjąć je, cenić. Jeśli w ogóle można mówić o znaczeniu, a nie tylko o skurczach mięśni. Ujawnia się tu podwójna natura sensu odkrywanego przez nas w porządku egzystencjalnym: zespolenie rozumienia i wartości. A również połączenie powinności z faktycznością. Oburzające. Obrażające nas.

Niekiedy jednak wnikający przez rozwartą bramę chłód świata wyzwala ogromne pragnienie, by wyjście raz na zawsze zamknąć. Budzi pokusę nieistnienia. A jest to możliwe zawsze, nie tylko w momencie inicjalnym. I nie musi przybierać formy najbardziej konsekwentnej i drastycznej. Wystarcza pełna asceza: zaprzeć się pragnień, wszystkiego wyrzec, do niczego nie być przywiązanym.

Spełniający się poród jako rzucenie w świat jest nakazem, by zaistnieć. A że żywioł zdarzenia nikogo nie oszczędza, wynika stąd, że przyjąć trzeba egzystencjalną nawałnicę. Nie ma miejsca na ascetyczne powściąganie pragnień czy odrzucanie doświadczeń, gdyż wobec zjawiska porodu taka postawa jest niemożliwa. Tu włada pragnienie. Także tej, która opanowana chęcią wyłonienia z siebie innej postaci wytęża siły przeciw przeszkodom, na jakie jej wola parcia natrafia.

Opasujące obręcze bólu zaciskają się wokół lędźwi i brzucha. Początkowo się wydaje, że chodzi o to, żeby wytrzymać. To nie jest trudne, gdy panujemy nad oddechem. Jednak rytmiczność zjawiska i jego narastanie powodują, że oczekujemy nadchodzącej fali bólu z coraz większą ekscytacją. Nawet pragniemy, by stał się mocniejszy i przybliżył kulminację wyłonienia.

Poród zachęca nas do zuchwałości. Sugeruje, by szanować własne dążenia, iść za wszelkimi pragnieniami, wiedząc, że parcie egzystencjalne jest siłą, która nas prowadzi. W wizji, jaką nam podsuwa, niegodny wydaje się jedynie lęk przed istnieniem. Poza strachem więc nie należy wyrzekać się niczego. Zamiast pozbawiać się pragnień, należy je kultywować. Oddawać się im z równą bezwzględnością, z jaką innych wypychamy w świat. Przyznaję, że filozofia porodu nie wydaje mi się poczciwa. Ma jednak swoje zalety, bo pozwala, by przez szczelinę ukazał się bóg-świat. No, może nie jest to ukazanie się, tylko zamajaczenie. I może lepiej mówić o istnieniu jako centralnym fakcie i centralnej wartości.

W ascetyczno-mistycznej praktyce jogi śledzimy w skupieniu przesuwanie się kropli energii. Świetlisty punkt wznosi się wzdłuż kręgosłupa ku szczytowi głowy. Świat­ łość i cisza medytacji oddzielają nas od świata i jakby przenoszą w lodowy chłód Himalajów. Tu inaczej. Kula energii przeszywa rdzeń kręgosłupa, rwąc w dół. Oddech przemienia się w krzyk. Bolesna błyskawica. Raz po raz. W dół, w dół, w świat. Odwrotny kierunek procesu. Przeciwne zadanie. Nie chodzi o oddalenie, lecz o przerwanie izolacji i gwałtowność zanurzenia. Chodzi o to, by w istnienie wstąpić. Krzyk. Pot. Krew. Pełnia.

Nic nie podpowiada tu dążenia do wolności rozumianej jako wyjście poza namiętność przez uwolnienie się od niej. Wartościowa, możliwa i pociągająca wydaje się raczej przeciwna droga, zgodna z duchem pierwotnych zdarzeń egzystencjalnych. Chodziłoby o uznanie pragnień i odwagę namiętności, które prowadzą w trans egzystencjalny i otwierają przed nami żywioł istnienia.

Zgoda na to, co jest, nie oznacza bierności. Fakty egzystencjalne mówią do nas w języku paradoksalnym, nieznającym reguł niesprzeczności, jakie szanować musi logika rozumu.

Żywe kołacze do świata
To ja jestem jego bramą świata. Ja ciało
Łomoce
Bije głową
Brama z kości słoniowej drży
Nie ustępuje. Nie puszcza
Może powinno odejść
Powstrzymać się
Zrozumieć znak
Ostrzeżenie
Może nie trzeba
Nie warto
Niczego nie można powstrzymać
Ciałem włada siła
Kurczy, rozciąga je
Skręca, wstrząsa, wydyma
Żywe próbuje rozedrzeć ciało
Rozsadza je od środka
To ja jestem opasującym ciałem
Bramą świata
To mnie chce rozerwać
Wygięta brama nie wytrzymuje naporu
Uchyla się, rozwiera nieznacznie
Rozsuwa obręcz
Nie na tyle, by wypuścić żywe
Lecz by poczuło smugę świata
Niech wie
Niech spojrzy weń przez szczelinę
Póki czas
Już czas
W miękkim kanale ciała żywe tarza się
W śluzie i krwi
Chłepce śluz wtajemniczenia
To ja jestem jego śliską drogą
Krwawą drogą świata
Pojęło
Cofa się

Nabrać powietrza! Przeć! Mocniej! Nie na brzuch! Na odbyt przeć! Jak na kupę. Nabrać powietrza! Pochylić się! W dół przeć! To nie jest parcie! Nawet zwieracz się nie uwypukla. Mocno, mocno przeć! Mocniej! Jeszcze mocniej! Nie przeć! Nie przeć! Nie przeć, mówię! Ziajać jak pies!

Żywe odwraca głowę.

Lili, lili, laj,
Niebieski Dziedzicu.

Ilekroć obdarzamy uwagą bytowanie w świecie, gdy próbujemy je zrozumieć i usytuować wobec wartości, to przecież samą potrzebą poszukiwań ujawniamy niewiarę, podejrzliwość i własne zagubienie. Nie jestem pewna, czy można z tego wnosić, że błogosławieni są ci, których podobne sprawy nie trapią. Nie wiem nawet, czy są szczęśliwsi. I czy rzeczywiście komukolwiek udaje się prześlizgnąć bez doświadczenia fundamentalnych wątpliwości. Niepewność i zwątpienie dają znać raz po raz, choć znajdujemy sposoby, by co pewien czas odrzucić je, wyprzeć, uciszyć. Uporczywość wątpliwości, ich natrętne odradzanie się każe przypuszczać, że nie chodzi tu o kaprysy intelektu czy wyobraźni, lecz o nękające sygnały, którymi niepokoją nas fakty egzystencjalne. Jakby jakiś czynnik destrukcyjny związany z z samym istnieniem utrudniał bytowanie.

Jednak akt rodzenia zawiesza i unieważnia niewiarę. Nie chodzi tu o czyjąkolwiek świadomość ani o psychologiczne motywacje czynu, ale o bezpośrednią wymowę podstawowego faktu, który podtrzymuje, umacnia i zagęszcza istnienie. Akt rodzenia sam w sobie stanowi radykalne uchylenie egzystencjalnych wątpliwości. Jest wyznaniem wiary w istnienie potwierdzonym w sposób najbardziej osobisty, jakim jest wyłanianie kogoś z własnego ciała. Nie z gliny, nie z cudzego żebra, lecz z siebie.

Rodzenie jest świadectwem zgody, aktem bezwzględnie optującym za wartością istnienia. Wyrazem ufności w otwarty horyzont sensu. Dany. Oczywisty, choć nieprzejrzysty. Kto rodzi, zaświadcza o niewygasłej wierze w sens bytu. Kto rodzi się, sobą wartość istnienia poświadcza.

Rodzenie jest świadectwem zgody, aktem bezwzględnie optującym za wartością istnienia. Wyrazem ufności w otwarty horyzont sensu. Dany. Oczywisty, choć nieprzejrzysty

Podtrzymywanie i potęgowanie istnienia przez poród daje się pojąć chyba tylko jako odrzucenie lub przynajmniej chwilowe uchylenie podejrzeń, że istnienie mogłoby być czystą negatywnością albo absurdem. W akcie tym wartość istnienia zostaje bardzo wysoko wyniesiona i zdecydowanie osadzona w faktyczności. Nie domniemaniu. Wobec tego pytanie o dobro i zło traci znaczenie i zostaje słusznie pominięte. Podobnie jak rachunki radości i cierpienia zdają się buchalterią, która na tym poziomie nie może być prowadzona.

Wartość istnienia jest w akcie porodowym założona. Jakkolwiek trudne czy bolesne mogłoby być doświadczenie porodu, jest ono sprzęgnięte z egzystencjalnym zawierzeniem. Poród demonstruje – a może nawet dowodzi – że to, co jest, zdobywa znaczenie przez fakt bycia. Tym samym istnienie i jego wartość w akcie porodu zostają objawione w tautologicznym związku. Owa wartość zostaje dodatkowo poświadczona ponoszeniem dla niej ofiar i bólem, którego doświadczamy, rodząc. A nie wahamy się też narażać tego, kto się rodzi.

Formuła porodu brzmi: niech to, co jest, będzie. Niewiarygodne przesłanie. Każe zapomnieć o cierpieniu, poniechać buntu. Oznacza akceptację wszystkiego, co zdarzyć się może. Wskazuje samo istnienie jako niezachwianą wartość. Okazuje się też, że wobec istnienia, niby niezależnego od nas, ostateczny gest przyzwalający czynimy sami. A tym samym przyjmujemy odpowiedzialność.

Przy prawidłowym porodzie płód przesuwany jest ruchem śrubowym, a kolejne zwroty główki umożliwiają przeciśnięcie ciała przez kanał rodny. W końcowej fazie główka płodu nie cofa się już w głąb, lecz zatrzymuje przy wyjściu i zostaje wytoczona na zewnątrz. Wówczas następuje ostatni zwrot w kierunku uda rodzącej, dzięki czemu przeciskają się barki.

Nie można wykluczyć, że wiedzy egzystencjalnej, jaką niesie poród, poddajemy się nieświadomie. I zostajemy nią naznaczeni. Warunkiem podstawowym istnienia zdaje się wymaganie, aby bić czołem przed jego wartością. Natchnieni tym duchem stajemy się zdolni do podjęcia oczekującego nas zadania nawet wobec nieprzyjaznych dotknięć losu, spiętrzonych trudności i przeciwieństw, jakie napotykamy. Gdybyśmy mogli doświadczać ciąg­ łej satysfakcji, ów wstępny warunek egzystencjalny nie byłby konieczny. Gdyby koleje losu były stałym źródłem szczęśliwości, nie musielibyśmy trwać podtrzymywani przez pierwotnie wszczepioną wiarę w wartość istnienia, bo pośród zdarzeń, z których każde zdawałoby się nam samo w sobie cenne, przechodząc od jednego do drugiego, pochłonięci i oczarowani, nie musielibyśmy poszukiwać wartości naczelnej, zdolnej zdarzenia usprawiedliwiać. One usprawiedliwiałyby się same.

Jakby uprzedzając zbłąkanie w rozczarowaniu, inicjacja narodzin demonstruje uciążliwość jako spodziewaną, ważką cechę istnienia. Misterium wyłaniania się zdominowane jest przez ból, wysiłek, niepokój. Objawiona wiedza stawia nas wobec paradoksu. Mówi się nam: istnienie stanowi centralną wartość. I ukazuje je takim, że lęk nas ogarnia. To ciekawe, że sugestia wysokiej, a być może nawet ostatecznej wartości istnienia jest złączona nie z ukazaniem go w blasku, tylko w konwulsjach mięśni, w krwi, śluzie, strugach potu, w wysiłku największym, na jaki nas stać. I nie śmiech jest głosem towarzyszącym przejściu przez szczelinę świata.

Być może demonstrowany w porodzie paradoks egzystencjalny należy odczytać w taki sposób, że istnienie, z jakichś ukrytych przed nami względów, jest wartością nawet wówczas, gdy wzdragamy się przed nim, gdy nie widzimy niczego, co samo w sobie mogłoby pociągać. A więc niepoparta niczym wiara w wielką wartość jest ustanawianym przy porodzie warunkiem wstępnym, który bytowanie umożliwia. Nieuzasadniona, czysta, absurdalna wiara. Podkreślona przez naturalne okrucieństwo inicjacji porodowych, które ostentacyjnie ukazują istnienie jako krwawe i męczące. Właśnie ów brak zachęty stanowi kamień węgielny wiary egzystencjalnej. Jej przywołanie.

Kto rodzi i ten, kto się rodzi, przeżywają zdarzenia brutalne. Zostaje im ukazana głęboka niecka egzystencjalna, jakby dno, a jednocześnie podsuwana jest sugestia, że nawet gdyby istnienie miało być krzykiem, jest wartością. Wynika stąd konieczność akceptacji siebie i świata, na który, a może raczej któremu, zostajemy wydani. Zgoda na świat i na nas – jakimi jesteśmy – wydaje się nieuniknionym warunkiem wstępnym.

Filozofia aktu narodzin jest aspołeczna, bo sugeruje, że świat nie wymaga ulepszania, i całą trudność sprowadza do tego, że trzeba go przyjąć. Jest również amoralna, ponieważ wymaga, byśmy zaakceptowali samych siebie. Uchyla domniemaną winę i uniemożliwia rzucanie oskarżeń. Nawet nie próbuje wspinać się na rusztowania przyzwoitych zasad moralnych, nie zmierza też do projektowania sprawiedliwości społecznej. Owe projekty są zbyt wyrafinowane, zbyt odległe, by można je było czytać z krocza. Niedostatek moralnej subtelności nie odcina jednak drogi konsekwencjom metafizycznym.

Właściwie nie wiadomo, dlaczego istnienie miałoby być tak cenne, jak sugeruje poród. Można jedynie wskazać wartości towarzyszące istnieniu, zespolone z nim i osłaniające przed wątpliwościami. I można opędzać się od nich, gdy nachodzą. Warto też zastanowić się, czy ujawniona już przy porodzie ambiwalencja albo paradoksalność istnienia skazuje nas na wybór między pokorą a buntem, czy zostawia jednak miejsce dla dojrzalszych rozwiązań. Inicjacja wyjścia dowodzi, że urodzić się to znaczy przyjąć świat, a to wyklucza i bunt jako niezgodę, i pokorę jako rezygnację przejawianą wobec faktów, które domagają się podziwu. Inicjacja egzystencjalna mnoży paradoksy: istnienie ma być uznane za ostateczną wartość, choć jego prezentacja budzi grozę, a pokora wobec istnienia okazuje się postawą równie niewłaściwą jak bunt.

Noworodek rozpoczyna samodzielne życie wraz z pierwszym wdechem. Wdechu tego nie dokonuje z własnej woli, lecz przymuszony przez tchnienie świata, który go przyjmuje. Świat go otwiera, by otworzyć się dla niego. Powietrze wdziera się do wnętrza ciała i obrzędu dopełnia. Wciska się w próżnię, jaką stanowi jama piersi ze skurczonymi w niej płucami. Ciśnie przez nozdrza, gardło, krtań, sunie przez tchawicę, oskrzela, rozpycha pęcherzyki płuc, które rozdyma, i całą ich przestrzeń otwiera i wypełnia. Rozdęte płuca unoszą i rozszerzają klatkę piersiową, rozsuwają i oddalają od siebie jej ściany. Jednak naprężone silnie mięśnie przepony i piersi nie mogą trwać w tym położeniu i rychło się kurczą, a wewnętrzne ściany na powrót do siebie zbliżają i ściskają rozdęte płuca, wyrzucając z nich powietrze tą samą drogą, którą wtargnęło. Tak powstaje pierwszy wydech noworodka, który wraz z wdechem stanowi pierwszy oddech. Po nim idą następne oddechy, powtarzające się przez całe życie, dopóki ostatni wydech nie stanie się jego kresem. W ten sposób powietrze otwiera narodzonych tak, jak na końcu odchodzących zamyka. Wprowadza do świata i z niego wyprowadza.

Noworodek rozpoczyna samodzielne życie wraz z pierwszym wdechem. Wdechu tego nie dokonuje z własnej woli, lecz przymuszony przez tchnienie świata, który go przyjmuje

Jeśli sądzimy, że to, co przez poród zostaje objawione, domaga się racjonalnego uzasadnienia, możemy dowodzić, że wartością przydaną istnieniu jest otwarcie dostępu do bogactwa świata. Czyż sam poród nie jest po prostu otwarciem na świat? Wskazany więc trop interpretacyjny jest zakorzeniony bezpośrednio w akcji porodowej. Narodzenie pozwala dostąpić do świata. Zatem istnienie prezentuje się jako szansa uczestniczenia w bycie wszystko ogarniającym, nieskończenie różnorodnym. Byłoby to pośrednie uzasadnienie wartości istnienia, która sama w sobie jest nieprzejrzysta, a w porodzie narzucana apodyktycznie, bez wyjaśnień. Narodziny demonstrują, że istnienie jest kardynalną wartością, ale nie objaśniają dlaczego. Mówią, w co wierzyć. Czego trzeba się trzymać. I tylko ów trop, że poród jest otwarciem na świat, stanowi dodatkową wskazówkę i uboczne tej wartości uzasadnienie.

Ale czy patrząc na nowo narodzonych, doprawdy wierzymy w otwartą przed nimi pełnię? Przecież każdemu dany jest jedynie fragment świata ograniczony krótkim łańcuchem czasu, miejsca, okoliczności, własnych sił wreszcie. Każdemu dana jest chwila. Objawiona w szczelinie istnienia.

Zaraz po wypchnięciu w świat samica wylizuje całe ciało noworodka. Czyści jego skórę i osusza sierść z wody, która swobodnie parując, mogłaby spowodować przeziębienie. Przytyka nozdrza do mokrego ciała, chucha i ogrzewa własnym oddechem. Kotka nie rodzi następnego kocięcia, póki nie wysuszy poprzedniego. Locha przy tej czynności rozdziera osłaniającą noworodka błonę i ją zjada. Gdy nie zapewni się jej należnego wówczas spokoju, pożre dzieci wraz z błonami i łożyskiem. Jest wiele różnych przyczyn tego zjawiska: niepokój, szok, a także samoobrona matki przed silnym, kłującym bólem zadawanym przez ostre szpikulce zębów, którymi dzieci kąsają jej sutki zaraz po urodzeniu. W takim przypadku lepiej cały miot wykarmić smoczkiem, tak jak ludzkie niemowlęta.

Wydaje się, że w zgodzie z analizowanym tu zjawiskiem porodu jest uznanie pełni doświadczenia za wartość. To, co nas spotyka, jest tylko małym wycinkiem zdarzeń zachodzących w świecie, więc niczego nie należy odrzucać, bo i tak w ciasnym, zewsząd ograniczanym obszarze bytowania niewiele dane jest nam doświadczyć. Zatem wszystko, co się zdarza i co czynimy, pozostaje przyjmować z podziwem. Jeśli nie chcemy sprzeniewierzyć się wiedzy egzystencjalnej danej w inicjacji narodzin. Dzięki otwarciu zdobywamy szerszy dostęp do rozmaitości zdarzeń świata. Przypisana nam szczelina rozchyla się wówczas ku pełni. Im większa różnorodność i siła przeżyć, tym pełniej świat otwiera się dla nas. W inicjacji wejścia w świat wyłożona jest zasada istnienia, przed którą się wzdragamy: wszystko przyjąć. Ale nie jest powiedziane, jak to zrobić.

Gdy zaczynamy w zdarzeniach przebierać i pewne odrzucamy, wówczas grzeszymy przeciw pełni, która w swej wszechpotędze i neutralnej żywiołowości zawiera całe dobro i zło. Tracimy daną nam szansę, by w nich uczestniczyć. Chodzi więc o to, żeby napływającej rzeczywistości nie filtrować, ponieważ i tak filtrem są nasze ograniczone możliwości – i tak przypada nam tylko mała część, i tak poznajemy mały fragment, a nade wszystko czynimy niewiele. Biorąc pod uwagę ruchliwość zdarzeń świata, o której wiemy, musimy przyznać, że wokół nas, w tej wąskiej przestrzeni widzianej z bliska, panuje względny bezruch. Zastanawiamy się nawet,  czy to właśnie jest życiem. Bo gdyby było jakimś nieporozumieniem, nie wiemy, czy i kiedy moglibyśmy je sprostować.

Brzuch świata porusza się, napręża i przez otwory wyrzuca wody, krew, ciała. Teraz cielaka. Teraz zieje trującymi gazami. Teraz wypada człowiek, wlokąc lepki sznur pępowiny. Brzuch chlusta. Teraz muchy i motyle.

Przesłanie aktu zachowującego istnienie jest jego twardą akceptacją: niech to, co jest, będzie. Udzieliwszy istnieniu tej bezwzględnej aprobaty, dostępujemy uczestnictwa w pełni wielkiego chaosu. Pośród niewyczerpanych możliwości cokolwiek jest, ma być przyjęte.

Kto rodzi, składa ofiarę dzikiemu bogu, który jest życiem.

Cykl: Szczeliny istnienia
Tekst jest częścią cyklu poświęconego twórczości Jolanty Brach-Czainy. Kliknij, by zobaczyć wszystkie teksty cyklu.
Ilustracja: Jagoda Jankowska

Przedruk
Tekst jest fragmentem książki "Szczeliny istnienia" wznowionej przez wydawnictwo Dowody na Istnienie (Warszawa 2018).

Jolanta Brach-Czaina
Profesorka filozofii, autorka i współautorka książek z zakresu estetyki, filozofii sztuki i kultury, antropologii, gender studies. Studiowała filozofię i fizykę w Warszawie oraz reżyserię w Paryżu.

Cykl: Szczeliny istnienia
Tekst jest częścią cyklu poświęconego twórczości Jolanty Brach-Czainy. Kliknij, by zobaczyć wszystkie teksty cyklu.
Ilustracja: Jagoda Jankowska

Przedruk
Tekst jest fragmentem książki "Szczeliny istnienia" wznowionej przez wydawnictwo Dowody na Istnienie (Warszawa 2018).

POPRZEDNI

varia  

Od redakcji

— Redakcja

NASTĘPNY

szkic  

Raczej istniejemy

— Teresa Fazan