Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Czytanie
non-fiction

Autorski cykl Pauliny Małochleb, która pisze o książkach reporterskich i biograficznych.

Ilustr. Natalia Przybysz

Olga Gitkiewicz
"Nie hańbi", wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2017, s. 220.

Przez kilkanaście lat bardzo mało pisano w Polsce o pracy – w latach 90. ukazywały się ważne reportaże Cezarego Łazarewicza, Lidii Ostałowskiej, Włodzimierza Nowaka i Mariusza Szczygła, które pokazywały rzeczywistość pracowniczą, śledziły losy robotników zwalnianych z fabryk, sprzedawczyń sklepowych i świat z perspektywy przystanku autobusowego. W nowym tysiącleciu temat ten stał się nieatrakcyjny i znikł, przykryty opowieściami reporterskimi o egzotycznych wyprawach. Wydaje się, że ta zła passa została przełamana, bo w ostatnich dwóch latach opublikowano kilka tytułów. Jednym z nich jest właśnie książka Olgi Gitkiewicz.

 

Danuta Wałęsowa – symbol kobiecych obowiązków

Gitkiewicz jako jedna z niewielu reporterów porusza problem pracy fizycznej kobiet w okresie PRL-u – temat niemal kompletnie nieobecny we współczesnym reportażu i literaturze. Robotnica, która przez lata stanowiła ważną figurę społecznego dyskursu, nagle zniknęła; za często posługiwała się nią propaganda komunistyczna, by można było jej wizerunek przenieść do nowej epoki. Jakby w wyobraźni zbiorowej zastąpiła ją Danuta Wałęsowa – żona i matka, związana z klasą robotniczą, ale niepracująca, skupiona na rodzinie. Takie myślenie wydaje się absurdalne, bo przecież większość kobiet aktywnych zawodowo w latach 60. i 70. funkcjonuje jeszcze społecznie, tymczasem ich doświadczenie podlega całkowitemu przemilczeniu. „Nie hańbi” nie jest jednak reportażem feministycznym. Autorka nie stawia ważnych pytań o podział obowiązków, widać jednak w tym tekście przesunięcie uwagi, kobiecą perspektywę: to kobieta, idąc do pracy, musi wymyślić, co zrobić z dzieckiem, wystarać się o przedszkole, to na niej spoczywa ciężar opieki na chorującym potomstwem i lęk przed zwolnieniem związany z przedłużającymi się nieobecnościami. To o strajkach robotnic z przełomu lat 40. i 50. pisze Gitkiewicz, przypominając, że nie tylko mężczyźni strajkowali i nie tylko za Solidarności. Obecność kobiet w fabrykach i korporacjach, a także warunki płacowe i długość urlopów macierzyńskich stają się tematem, choć brakuje tu rozdziału o wieloetatowości kobiecej pracy, o konieczności żonglowania między pracą, dziećmi i obowiązkami domowymi.

Gitkiewicz jako jedna z niewielu reporterów porusza problem pracy fizycznej kobiet w okresie PRL-u – temat niemal kompletnie nieobecny we współczesnym reportażu i literaturze

Na szczęście autorka nie boi się przełamywania milczenia innego rodzaju: opowiada o polskiej przeszłości robotniczej, nieszlacheckiej i nieinteligenckiej, sięga do tradycji XIX-wiecznej Łodzi. Wielokrotnie powraca do losów własnej rodziny, której historia przez lata wiązała się z fabryką w Żyrardowie. W rozdziałach zatytułowanych „Nitki”, a przeplatających się z samodzielnymi reportażami problemowymi, autorka opowiada o losach prababki i babki oraz ich rodzin. Ta część wydaje mi się najmocniejszą stroną książki, może właśnie dlatego, że Gitkiewicz porusza w niej całe spektrum tematów zupełnie nieobecnych w polskim reportażu i literaturze: małe przywiązanie do rodzinnych pamiątek (w przeciwieństwie na przykład do rodzinnych opowieści Joanny Olczak-Ronikier), uginanie karku, gdy w rodzinie ma się urodzić kolejne dziecko i potrzebny jest stały dochód, pracę stanowiącą sens życia – także kobiecego. Wreszcie powiązanie losu rodziny z poszczególnymi zabudowaniami fabrycznymi: początek i kres życia wiążą się z fabrycznym szpitalem, między nimi zaś spędza się czas najpierw w ochronce, by później przejść do głównej hali, przędzalni i innych miejsc, w których pracują czynni zawodowo dorośli. Modli się w fabrycznym kościele, uczy w fabrycznej szkole, mieszka w przyfabrycznych blokach składających się z identycznych mieszkań. Infrastruktura fabryki jako metafora ludzkiego losu to świetna figura, fantastycznie kształtująca narrację.

 

Etyka biznesu zamiast etyki pracy

„Nie hańbi” zwraca się przeciwko dominującemu dyskursowi liberalnemu – przekonaniu, że w Polsce nie ma bezrobocia, że to pracodawcy poszukują pracowników, że można dyktować warunki zatrudnienia. Krytykuje system zatrudnienia, ale sięga też do poszczególnych branż, w których najłatwiej o nadużycia: gastronomii, korporacji. Cofa się do XIX wieku i 20-lecia międzywojennego, żeby pokazać historię wyzysku w Polsce. Pojawia się temat strajku w czasach komunizmu, psychicznego młyna korporacji, wypadków na budowach, prac sezonowych i dorywczych, wykorzystywania przy taśmie produkcyjnej. Gitkiewicz jeździ i podpatruje, rozmawia, czyta – jednak z bardzo różnym skutkiem. Jej głównym źródłem informacji nie jest już bowiem żywy człowiek, ale jego medialne reprezentacje, to jak przedstawia sam siebie w internecie, co pisze na forach i serwisach społecznościowych.

Jej książka z pewnością jest antysystemowa – pokazuje, jak różne usprawnienia stworzone w celu ułatwienia pracownikom życia szybko zaczynają służyć jako kolejne narzędzia ich wykorzystywania. W XIX-wiecznym Żyrardowie takim wynalazkiem stały się ochronki, miejsca opieki, w których robotnice mogły zostawiać dzieci, żeby iść do pracy. To, co mogłoby stać się krokiem do wyzwolenia kobiet, szybko okazało się jarzmem: robotnice nie miały bowiem wyboru i musiały pozostawiać dzieci w ochronce, by móc pracować. Zarabiały zaś tylko 60 procent stawki przysługującej mężczyznom, a do tego zatrudniano je wyłącznie na słabiej płatne stanowiska – najlepsza posada tkacza zarezerwowana była dla mężczyzn.

Gitkiewicz nie przepuszcza ani politykom, ani biznesmenom – zwłaszcza tym, którzy powołują się na odpowiedzialny społecznie model robienia interesów. Przywołuje naiwne i politycznie samobójcze tezy Bronisława Komorowskiego, który młodym bezrobotnym radził, żeby brali kredyt mieszkaniowy. Śledzi również lewicowe nadużycia: hasła postępu i rozwoju zamieniane w fasady, za którymi kryje się wyzysk – tak jest w przypadku warszawskiego baru wegetariańskiego Krowarzywa czy wrocławskiego Złego Mięsa. „Gościom swojego lokalu przez lata podawał burgera opakowanego w umowę śmieciową” – tak postawę właściciela tego pierwszego puentuje złośliwie autorka. Weganizm, świadome żywienie, odpowiedzialność za środowisko to wszystko przyjemne slogany, których popularność można zmonetaryzować, licząc na to, że słabo wynagradzani pracownicy okażą się lojalni i nie nagłośnią sprawy. Gitkiewicz przywołuje także – wskazany w tytule tego tekstu – śmieszny liberalny mit wychowywania Polaków do luksusu. Jego prekursor, właściciel nieistniejącej już sieci delikatesów Alma, opowiadał w wywiadach o kulturotwórczej misji  sklepów handlujących ekskluzywnymi produktami spożywczymi. „Chcemy Polaków edukować, pokazywać im nowe smaki, karmić najlepszymi serami, poić najlepszymi winami” – reklamował swój plan biznesowy, nie czując przy tym, że zawiera się w nim też pogarda dla ludzi niezamożnych i ich niewyrobionego podniebienia. Natomiast gdy jego firma bankrutowała, nie informował on pracowników o zmianach, nie dając im tym samym szansy na zaplanowanie przyszłości.

Właśnie pycha ludzi już ustawionych oraz ich pogarda dla ludu pracującego za najniższą stawkę stanowią tutaj główny cel ataku; to wątek, który pojawia się w różnych reportażach i łączy poszczególne teksty odnoszące się do różnych epok, od tych poświęconych XIX-wiecznym początkom Żyrardowa aż po współczesne obrazy doli korpoludku. To właśnie chyba najważniejsze w tej książce: powrót do wrażliwości społecznej, upominanie się o podmiotowe traktowanie osób bezrobotnych lub pracujących w złych warunkach za niską płacę. Polacy chętnie zapisują się do facebookowej grupy „Szlachta nie pracuje” i w ogóle lubią myśleć, że wywodzą się co najmniej od Radziwiłłów, w pogardzie mając pracę jako taką, a także pracę dla wspólnoty. W chwili, gdy każdy chce być VIP-em, a większość towarów musi mieć metkę premium lub exclusive, osoby ubogie lub bezrobotne uznaje się od razu za patologię, odgradza, wykupując mieszkania na strzeżonych osiedlach. „Nie hańbi” ma zatem wyraźny i prosty cel: obalić mity dotyczące pracy dzisiaj. A to, że mity te pochodzą z XIX wieku, że wyprodukowały je warstwy posiadające, to już zupełnie inna sprawa. Gitkiewicz pokazuje zatem przytomnie, jakie są konsekwencje przekonania, że celem społeczeństwa jest pełne zatrudnienie, że bezrobocie to nienormalność, że nie pracują tylko ci, którzy nie chcą. Polska świadomość po 1989 roku, której obraz daje właśnie „Nie hańbi”, okazuje się wsteczna, snobistyczna, kastowa. Jak pisał Bauman w „Pracy, konsumpcjonizmie i nowych ubogich”, społeczeństwo konsumpcyjne nie dopuszcza myśli, że można pracować i nie dysponować środkami na zakup dóbr, że można być „pracującym ubogim”. Dlatego właśnie w „Nie hańbi” tak często pojawiają się śmierć, samobójstwo, depresja, przygnębienie, raz nawet zamach – w reportażu o 20-leciu międzywojennym zatytułowanym „Kolonia francuska”. Chodzi o to, o czym zapomina społeczeństwo konsumpcyjne: ubóstwo prowadzi do wykluczenia, to zaś rodzi poczucie wstydu, winy, ale też przemoc i samopotępienie – by znowu powołać się na słowa Baumana.

Jak pisał Bauman, społeczeństwo konsumpcyjne nie dopuszcza myśli, że można pracować i nie dysponować środkami na zakup dóbr

 

Szkoła polskiego reportażu i jej idiom

Nie wiem, co zrobić z tym reportażem – cieszę się, że nie muszę go tutaj umieszczać na jednoznacznej skali, punktować, wystawiać mu noty. Po lekturze tego zbioru zahaczającego o ważne kwestie społeczne czytelnik pozostaje z dojmującym uczuciem niedosytu. Gitkiewicz boi się sążnistych tekstów, obszernych reportaży. Wybiera formę krótką, lekką, opartą na pytaniach i sugestiach odpowiedzi. Szatkuje tematy. Dostajemy całą wiązankę różnych kwiatków, połączenie różnych wątków: korporacje i Żyrardów, bieda 20-lecia i prace sezonowe w Szydłowcu, historia zawodowego kierowcy i mobbing w fabryce. Nie zdobywamy żadnej konkretnej wiedzy, bo autorka woli raczej pokazać istnienie szeregu różnych problemów niż przedstawić ich charakterystykę (a to ważna różnica). Kilka zarysowanych przez nią tematów zasługuje z pewnością na osobny reportaż: fabryka w Żyrardowie, losy polskich robotników w przemyśle włókienniczym, wielki rozdział na temat strajku kobiet w 1947 roku, wyjazdy za pracą sezonową, dola zawodowych kierowców, los Władki Michałowskiej (robotnicy o poglądach socjalistycznych, która „po godzinach oliwiła browningi”) – to tylko kilka przykładów z brzegu, jakie możemy wydobyć z tekstu.

Zastanawiam się, z czego wynika szkicowość tego zbioru. Od odpowiedzi na to pytanie zależy jego ocena. „Nie hańbi” to pierwsza książka w dorobku Gitkiewicz, a więc może chodzi o rodzaj tremy debiutantki? Poszukiwanie formy i głosu? Mam nadzieję, że to pretekstowe poruszanie się wśród różnych tematów nie wyrasta z przekonania, że takiej lektury – łatwej, niezbyt dokuczliwej, dynamicznej – wymaga czytelnik. Za dużo dzisiaj takich cięć na rynku książki, a pisanie pod wyobrażone oczekiwania czytelnika stanowi największą słabość polskiego rynku wydawniczego, ogranicza i podcina skrzydła autora, skazując go na podrzędną rolę. Z reguły też nie jest to przepis na hit i bestseller (wbrew przekonaniom działów promocji) – nagrodzona Nike książka reporterska „Żeby nie było śladów” Cezarego Łazarewicza długo powstawała bez wydawcy, a sam autor zarzekał się, że wyda ją na powielaczu, jeśli będzie musiał.

I druga jeszcze słabość „Nie hańbi” – styl polskiej szkoły reportażu ze wszystkimi jego wadami. Ostre cięcia wzmacniają dynamikę tekstu i ułatwiają lekturę, ale też wywołują wrażenie niedokończonego, urwanego wywodu. Skrótowość prowadzi często do pretekstowości, swobodne przemieszczanie się między poszczególnymi zagadnieniami w obrębie większego tematu rodzi uczucie chaosu i wszystkoizmu, aluzyjność sprawia, że mamy wrażenie obcowania z niedokończonym tekstem. Zacieranie perspektywy czasowej, które pojawia się tutaj w opowieści o nędzy, głodzie i bezrobociu 20-lecia międzywojennego, ma dwie funkcje: skraca dystans, wciąga czytelnika, pokazuje mu prawdziwe życie w odległej historii, ale jest też dość ryzykownym zabiegiem w kraju, w którym coraz wyraźniejszy jest analfabetyzm historyczny. Dlatego warto zakotwiczyć reportaż w epoce, wskazać daty i miejsca, by nie utrudniać czytelnikowi odbioru tekstu.

Książka Gitkiewicz przypomina mi trochę pokaz jazdy figurowej na lodzie: piruety są, skoki są. Wszystko to porządnie wykonane. Problem polega jednak na tym, że reportaż (i to jeszcze książkowy, a nie prasowy!) wymaga innego rodzaju aktywności. Owszem, trzeba wyjść na lód, ale po to, żeby wykopać przerębel i posiedzieć nad nim z wędką.

Czytanie
non-fiction

Autorski cykl Pauliny Małochleb, która pisze o książkach reporterskich i biograficznych.

Ilustr. Natalia Przybysz

Olga Gitkiewicz
"Nie hańbi", wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2017, s. 220.

Paulina Małochleb
krytyczka literatury. Sekretarz Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Autorka książki „Przepisywanie historii. Powstanie styczniowe w powieści polskiej w perspektywie pamięci kulturowej”. Pisze dla "Fa-artu", "Nowych Książek", "Odry", „Polonistyki”, „Polityki”, "Twórczości", "Znaku". Laureatka Nagrody Prezesa Rady Ministrów 2014 i Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Młoda Polska 2017. Prowadzi blog ksiazkinaostro.pl.
POPRZEDNI

rozmowa  

Kto rzekł, że to zdrajca!?

— Artur Kula

NASTĘPNY

recenzja  

Zimne ognie

— Marcin Bełza