Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

 

Nieskończoność

Zawsze mi było drogie to samotne wzgórze
i ten gąszcz krzewów, który prawie cały
łuk widnokręgu źrenicom przesłania.
Lecz gdy tu jestem i patrzę, bezkresne
przestrzenie gdzieś poza, jakieś nadludzkie
połacie ciszy i bezdenny spokój
roję w mej duszy, aż niewiele trzeba
sercu, by drżało. A kiedy znów słyszę,
jak wiatr szepcze wśród liści, wtedy tę jedną
ciszę bez końca i tę szeptu mowę
równam ze sobą: przenika mnie wieczność,
i umarłe pory, i ta tutaj, teraz,
ta żywa, jej głos. I tak, zagubiona,
w owe bezmiary moja myśl zapada:
i błogo mi na tym zatracić się morzu.

 

 

 

 

 

 

 

 

Do Sylwii

Sylwio, pamiętasz jeszcze
ów czas twojego śmiertelnego życia,
kiedy radość błyszczała
w twych ślicznych oczach, płochych i beztroskich,
a ty, zamyślona, wkraczałaś pogodnie
na szlak pierwszej młodości?

Dzwoniły echem ciche
pokoje i ulice
dźwiękiem twojej piosenki,
którą nuciłaś, zajęta bez reszty
tkaniem i snułaś z uśmiechem
w myśl świetlistą i niejasną przyszłość.
Był maj pachnący, a tak właśnie zwykłaś
każdy przepędzać dzionek.

Ja poetyckie ścieżki
nieraz rzucając, lub uczone księgi,
nad którymi trawiłem
dni całe, siłę najlepszej młodości,
z wyżyn tarasów ojcowskiego domu
nasłuchiwałem dźwięków twego głosu
i obrotnego wrzeciona,
po którym biegły twoje zwinne dłonie.
Patrzyłem w jasny przestwór,
na złote drogi, ogrody,
dalekie morze, a potem na góry.
Żaden język nie nazwie
tego, co grało mi w duszy.

Ileż słodkich uniesień,
nadziei ile i serca, ma Sylwio!
Jakże nam było bezkresne
życie ludzkie i losy!
Kiedy wspominam te nasze nadzieje,
czuję udręki brzemię,
gorzkiej i rozpaczliwej,
i znów mi życie jest nieznośnym bólem.
O, naturo! Naturo,
czemu dawnych obietnic
nie chcesz nam spełnić? Czemu bezlitośnie
zwodzisz rodzone dzieci?

Nim zima ścięła mrozem zieleń trawy,
zmożona długą chorobą odeszłaś,
moja maleńka. Nie mogłaś zobaczyć
zielonych lat młodości,
żaden nie zdążył kochanek
pochwalić słodko twoich czarnych włosów,
ni twoich tęsknych i nieśmiałych oczu,
a rówieśnice nie mogły ci nocą
prawić co znaczy kochać.

Wkrótce potem zginęła
moja nadzieja: i mnie także losy
odmówiły słodyczy
lat młodych.  Ach, jak wcześnie,
nazbyt wcześnie odeszłaś,
mojej młodości droga towarzyszko,
opłakana nadziei!
Taki więc świat? I takie
wzruszenia, miłość, zabiegi i dzieje,
o których razem tyleśmy gwarzyli?
Takie więc ludzkich są losów koleje?
Gdy oślepiła nas prawda,
ty, moja biedna, upadłaś i ręką
nagą mogiłę, w której śmierć się czai,
pokazałaś z oddali.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wspomnienia

Czarowne gwiazdy Niedźwiedzicy, dawno
straciłem wiarę, że znów was zobaczę
siejące iskry nad ogrodem ojca,
że znów rozmawiał będę z wami, z okien
tego domostwa, gdzie mieszkałem dzieckiem
i gdzie mnie zastał koniec mych radości.
Ile obrazów wówczas, ile złudzeń
żywił w mym sercu wasz codzienny widok,
wasze przyjazne światło! Wówczas, kiedy
bez słów siadałem wśród zieleni trawy,
kiedy pod wieczór spędzałem godziny
wpatrzony w niebo, wsłuchany w daleką
kantatę żaby ukrytej na polach!
Świetlik się błąkał w gąszczu żywopłotu,
ponad grządkami, szeptały na wietrze
wonne aleje i smukłe cyprysy
gdzieś w głębi lasu. Pod ojcowskim dachem
wraz rozbrzmiewały głosy i spokojne
prace czeladzi. Jakie górne myśli,
jakie sny słodkie budził we mnie widok
morza w oddali i błękitne góry,
które i teraz widzę, które niegdyś
chciałem przemierzyć, tajemnicze światy,
tajemne szczęście rojąc w głębi ducha!
Nieświadom losów, że mi tyle razy
ześlą pragnienie, by śmierć zastąpiła
to moje życie, bolesne i nagie.

Nie przeczuwało serce, że mi przyjdzie
zielone lata spędzić w tej rodzinnej
dzikiej osadzie, w gromadzie prostaków
i nikczemników, którym całkiem obce,
lub zgoła śmieszne i godne szyderstwa
są wiedza, nauka. Nie cierpią mnie, stronią,
nawet nie tyle z zawiści, bo lepszym
od nich nie jestem w ich oczach, a raczej,
że ja sam, sądzą, mam się za takiego,
choć nad nikogo się nie wynosiłem.
Spędzam tu lata w samotni, nieznany,
bez tchu, bez życia – szorstki siłą rzeczy
staję się pośród tłumu podłych ludzi,
tracę wrażliwość i wysokie cnoty,
wnet też dla innych ma tylko pogardę,
z winy tej zgrai wokół. A tymczasem
przemija droga młodość, droższa niźli
sława i laury, droższa niż przeczyste
codzienne światło, niż oddech. Odchodzisz
mnie, bez-radośnie, bez-płodnie, jedyny
na tym nieludzkim padole udręki
ty, jałowego życia cudny kwiecie!

Wiatr się zakrada niosąc dźwięk zegara
z wieży miasteczka. Zawsze był pociechą
dla mnie ten odgłos, pamiętam, w me noce,
gdy jako chłopiec w ciemnościach pokoju
przejęty lękiem czuwałem uparcie
wierząc w poranek. Nie ma tutaj rzeczy,
której by widok lub dźwięk nie mógł wskrzesić
na dnie mej duszy słodkiego wspomnienia.
Wspomnienie słodkie: ale myśl bolesna
o tym, co teraz, tęsknota za przeszłym,
choćby i smutkiem, każe szeptać: Byłem.
Oto ta loggia, skąpana w ostatnich
blaskach wieczoru, malowane ściany,
na ścianach stada, i słońce, co wstaje
nad wsi pustkowiem – tyle moich godzin
tysiącem uciech wypełniły, wówczas,
gdy szedł w me ślady mój błąd wszechobecny,
gdziekolwiek byłem. W tych starych pokojach,
w jasności śniegów, po tej stronie okien,
ogromnych, które z sykiem smagał wicher,
niosło się echo mych igraszek, krzyków
radości – wtedy, gdy gorzka, niegodna
istota rzeczy jeszcze nam się zdaje
pełną powabu. Bez skazy, bezwiedne
przepędza życie chłopiec, jak kochanek
bez doświadczenia – żywiąc się złudami
nieziemską piękność stwarza i podziwia.

Nadzieje, nadzieje! Słodkie ułudy
moich lat pierwszych! Ciągle o was mówię,
do was powracam: mimo lat upływu,
odmiany uczuć, myśli, nie potrafię
o was zapomnieć. Cieniem są, tak wierzę,
sława i honor, rozkosze i mienie
czystym pragnieniem, życie bezowocną
i niepotrzebną nędzą. Choć daremne
są moje lata, choć pusty i ciemny
mój los śmiertelny, niezbyt mnie pokrzywdził
los, wiem na pewno. Ach, lecz czasem znowu
o was rozmyślam, dawne me nadzieje,
i o tej pierwszej, złudnej wyobraźni!
Potem znów myślę o mym nędznym życiu,
ciężkim od cierpień, i że śmierć już tylko
z wszelkich nadziei jedna się ostała.
Czuję jak serce zamyka się w sobie,
że się pocieszyć nijak nie potrafię.
A nawet kiedy ta śmierć upragniona
dotknie mych powiek, gdy dobiegnie końca
moja niedola, gdy ziemia się stanie
obcą doliną i umknie mym oczom
wszystko, co przyszłe – wówczas was na pewno
przywołam w myśli i ten obraz jeszcze
sprawi, że westchnę, da mi gorzką wiedzę,
żem żył na darmo: słodycz tej ostatniej
godziny śmierci zatruje udręka.

A już w tym pierwszym młodzieńczym natłoku
rozkoszy, udręk i przemożnych pragnień
śmierci wzywałem wielokroć, i długo
u stóp fontanny skulony siedziałem
śniąc, by utopić w nurtach czystej wody
ból i nadzieję. A później, przez ślepy
los przywiedziony na życia bezdroże
opłakiwałem moją młodość – kwiecie
mych dni nieszczęsnych, które z biegiem czasu
opadło. Często późną porą, siedząc
na łóżku – niemym świadku – w tępym bólu,
przy słabym blasku świecy klecąc wersy,
w obliczu ciszy i nocy płakałem
nad uchodzącym duchem – i dla siebie
gasnąc śpiewałem pogrzebowe treny.

Któż was wspominać może bez tęsknoty?
Pierwsze porywy młodości, dni pierwsze,
czarowne, które umykacie słowom,
gdy po raz pierwszy osłupiałym oczom
rozkwita uśmiech dziewczęcy – i wokół
wszystkie się rzeczy śmieją, milczy zawiść,
jeszcze uśpiona, a może łagodna.
Świat cały, zda się, (cud to niesłychany!),
wyciąga rękę, by służyć pomocą,
wybacza błędy, cieszy się pierwszymi
krokami chłopca w życiu, w pas się kłania,
jak pana goszcząc i przyjmując w progi.
O, dni ulotne! Tak jak błyskawica
przepadły w mroku. I który śmiertelnik
ma nie znać bólu, gdy go już odeszła
radosna pora, kiedy dobre czasy
i młodość, młodość spłonęła i zgasła?

Nerino! Mógłbym nie słyszeć jak szepce
o tobie ziemia? Czy mógłbym wyrzucić
ciebie z mych myśli? Dokąd zabłądziłaś,
moja słodyczy, że tutaj po tobie
jeno wspomnienie? Już ciebie nie nosi
ziemia rodzinna, to okno, z którego
tak często do mnie mówiłaś i w którym
smutno się teraz odbijają gwiazdy –
jest puste. Gdzie jesteś, że nigdzie nie słyszę
twojego głosu, jak kiedyś, przed laty,
gdy każda nuta dobiegła mych uszu
z twych ust dziewczęcych sprawiała, że lico
krył mi rumieniec? Jak dawno! Dni twoje
były, kochana. Minęłaś. Dziś innym
dane przez ziemię wędrować, przemijać
i zamieszkiwać te pachnące wzgórza.
Zbyt nagle minęłaś: snem zdawać się może,
że byłaś. Tańcząc biegłaś w życie, z czołem
promiennym radością i z tym blaskiem w oczach,
z tą ufną wiarą w marzenia, i w jasnym
świetle młodości – zamknął twe powieki
zły los, odeszłaś, Nerino! W mym sercu
tamta króluje miłość. Jeśli czasem
idę na święta, zabawy, do siebie
mówię: Nerino moja, nie powróci
dla ciebie wiosna, nie powróci miłość.
Pogodny dzionek i łąkę słoneczną
kiedy oglądam czując serca drżenie,
mówię: Nerina nie zobaczy słońca,
w niebo nie spojrzy. Minęłaś, ach, wieczna
moja tęsknoto! Minęłaś – na zawsze
będziesz mym błogim marzeniem, wszystkimi
wzlotami zmysłów, pragnieniem i smutkiem,
i biciem serca – i gorzkim wspomnieniem.

 

 

 

 

 

 

 

 

Do siebie samego

Teraz spoczniesz na zawsze,
znękane serce. Zgasła ostatnia ułuda,
choć wieczną się zdała. Zgasła. Czuję teraz,
że we mnie drogich złudzeń
już nie nadzieja – pragnienie umiera.
Spocznij na zawsze. Starczy
już twego bicia. Nie ma rzeczy godnej
twoich poruszeń, westchnienia niewarta
jest ziemia. Piołun i nuda
życie, nic więcej, a świat trzęsawisko.
Zamilknij wreszcie. Nadzieję
strać raz ostatni. Nasze plemię tylko
śmiercią los obdarzył. Pogardź raz na zawsze
sobą, naturą, odwiecznym
złem, co z ukrycia włada całym światem;
i nieskończoną marnością wszechrzeczy.

Giacomo Leopardi
ur. 1798, zm. 1837, najwybitniejszy poeta i myśliciel włoskiego romantyzmu, prekursor pesymizmu. Na polski przetłumaczono m.in. „Poezje” (1938), „Dziełka moralne” (1979) i „Myśli” (1997).
POPRZEDNI

rozmowa  

Godne zapamiętania sentencje

— Maciej Oleksy

NASTĘPNY

rozmowa  

Od empatii do akceptacji

— Zofia Ulańska