Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

 

Przytul mnie, Prince Negatif

Znana to historia. Jedna z tych, które raz się komuś przydarzyły, a w bogactwie swych wariantów powtarzają się w życiu innych bez końca. Z tysiąca i jednej nocy, choć tragicznego losu Szeherezadzie nie oszczędziła. Z Księgi Hioba, tyle, że w wersji pozbawionej fałszywego happy-endu. Piąta Ewangelia, mówili niektórzy – no tak, ale bez zmartwychwstania. Historia sama już niemal mityczna, a nadto z wielką swobodą przywołująca dawną mitologię – tu Narcyz rozpoznaje w sobie bożka Pana, a Adonis odziera ze skóry Marsjasza. Święta tą nowoczesną świętością na wspak, bo i Huysmans w niej maczał palce, jakby mało mu było, że swoją „zatrutą książką” doprowadził do samobójstwa Doriana Graya, jakby potrzebował jeszcze jednego dowodu, że „życie bardziej naśladuje sztukę niż sztuka życie” (a już najbardziej życie samego autora maksymy). Od razu legendarna, później odradzająca się w licznych apokryfach hołdujących coraz to nowym teoriom spiskowym, niemniej prawdziwa, z pierwszych stron gazet. Dla wielu gejów założycielska, emancypacyjna (zresztą, jak wiele innych w tym duchu, w istocie wbrew sobie), a przynajmniej kultowa, bo pierwsza i jako taka wzorcowa. Według innych w ogóle emblematyczna dla fin de siècle’u, kampu, dandyzmu, sztuki dla sztuki, bohemy i dekadencji. Dziś się wydaje celebrycko-salonowa, wciąż skandaliczna (skandalem władzy, rzecz jasna, a nie występku), choć także popowa i pudelkowa… i jaka jeszcze?

Bo w tej historii jest wszystko i w jakimś sensie my wszyscy z niej… Przy tym wciąż chwyta za gardło, a nawet w tym gardle stoi nam ością, kością czy innym okoniem. Bo z jednej strony (zwłaszcza, że w 2003 pełne akta procesu wreszcie ujrzały światło dzienne), chyba niczego nie trzeba już wyjaśniać, nawet na okoliczność nowego, a przy tym – od razu powiem – całkiem nowatorskiego przekładu jej tekstu kanonicznego. „De profundis” – może tylko sprytnie uzgodnić sprzeczne nieraz wspomnienia najważniejszych dramatis personae. Z drugiej, jeśli jest jeszcze jakieś wąskie gardło tej historii – a sądzę, że tak – to jest nim właśnie jej gardło głębokie! Albowiem równie przesadnie idealizowana przez jednych, co demonizowana przez drugich, byłaby może doskonała, lecz wad jej brakowało… I oto one. Nieoczekiwanie ujawnione w nowym przekładzie autorstwa Macieja Stroińskiego, który od czasu do czasu wyprowadza nas z głębin cokolwiek teatralnej metafizyki, aby zanurzyć w wartkim nurcie żałosnej codzienności. Nie oddaje natomiast – bo oddać nie może – tego, co sam penitent, a zarazem penitencjariusz (i to w podwójnym sensie), skrzętnie w swym wyznaniu skrywa, a bez czego historia, którą chce opowiedzieć (a opowiadając zrozumieć), traci grunt pod nogami, zatracając się raz w estetycznej wytworności, raz w histerycznym spazmie.

Przyznać trzeba po prostu z żalem, że zbyt szybko zyskała wymiar przypowieści o wzlotach i upadkach człowieka nowoczesnego, o jego hybris i jego fatum, o winie i karze, martyrologii i emancypacji, pokucie i przebaczeniu, o nieuchronnym gwałcie wspólnoty na jednostce gwałcącej jej prawa… I teraz wypada odrzucić wszelkie uniwersalne diapazony i wrócić do samych jej trzewi, do miękkiego podbrzusza, a dokładnie wbić się z rozkoszą w gardło głębokie, aby odszukać tam białe plamy, tyleż urokliwe, co obrzydliwe, pożądane, a wciąż wstydliwe. Taka bowiem paradoksalna maksyma z historii Lorda Paradoksa (skądinąd syna laryngologa) dziś płynie, że serce do gardła podejść może dopiero, gdy gardło głębsze od niego.

Nie minął się z powołaniem ani nie uszedł swemu przeznaczeniu. Robił wszystko, aby wypełniły się słowa pisma, jego własnego. Inaczej mówiąc, sam się o to prosił! Proszę, takie anegdoty: Merlin Holland, jego jedyny wnuk oraz redaktor „The Real Trial of Oscar Wilde”, opowiada, że ten genialny uczeń Trinity College wyrazić miał głębokie pragnienie, aby w przyszłości zostać bohaterem słynnej sprawy sądowej i przejść do historii jako obrońca w sprawie Regina versus Wilde. Z kolei David Hunter-Blair, jeden z jego najlepszych przyjaciół z czasów oksfordzkich, wspomina, że na pytanie o swoją przyszłość Wilde miał odpowiedzieć z przekonaniem graniczącym z pewnością: „Będę poetą, pisarzem, dramaturgiem. Tak czy inaczej, będę sławny, nawet jeśli miało by to oznaczać złą reputację”. W porządku, to wszystko, jak zawsze, odnotowane w rozbieżnych wersjach bujnej wyobraźni świadectw post factum. Ale przecież samo dzieło, na czele z „Portretem Doriana Graya”, nosi w sobie zbyt liczne ślady spełnionej niebawem przepowiedni, aby te wszystkie narzucające się, a niepokojąco wyraźne analogie zwyczajnie pominąć milczeniem.„Ach, naturalnie, wiedziałem, rzecz prosta, że musi nastąpić katastrofa” – tak odpowiada, gdy Gide (już po katastrofie) pyta, czy rzeczywiście przeczuwał swoją przyszłość wiele lat wcześniej w Algierze, gdzie się spotkali przypadkowo w ramach ówczesnej seksturystyki – „albo to, albo coś innego. Oczekiwałem, że to nastąpi… nie sposób było już posunąć się dalej, a ten stan rzeczy nie mógł trwać… musiał nastąpić jakiś koniec…”. Zbawienny koniec! No tak, bo kim byłby dziś Wilde bez katastrofy wieńczącej jego życie? Czy kimś więcej niż wyzywającym dandysem, którego czas minął bezpowrotnie wraz z prowokacjami pozbawionymi niegdysiejszej siły rażenia? Wziętym komediopisarzem, którego gagi nikogo już chyba nie rozśmieszą, gdy aktualność parodiowanych postaw i sądów stała się więcej niż wątpliwa? Zdumiewającym twórcą maksym o zamazanym wnet imieniu autora, wchodzących do życia codziennego wraz z paradoksami będącymi już naszą doksą? Zabawną karykaturą banalnego pozera, kreśloną regularnie w „Punchu”, w swej złośliwej wrogości nie wyrastającą nigdy ponad potrzebę chwili? Egzaltowanym estetą z „Zielonego goździka” (autorstwa niejakiego Roberta Hichensa), paszkwilu cieszącego się niegdyś większą poczytnością niż sam „Portret…”, a dziś w swych ukrytych aluzjach nie dość czytelnego? A może owym błaznem-szarlatanem z operetki Gilberta i Sullivana „Patience”, która w samych początkach kariery nieświadomie utorowała mu drogę do spektakularnego spełniania american dream, a teraz może być (jeśli w ogóle) jedynie snem idioty?

Nie minął się z powołaniem ani nie uszedł swemu przeznaczeniu. Robił wszystko, aby wypełniły się słowa pisma, jego własnego

A zatem życiodajne wishfull thinking w perwersyjnej, profetyczno-performatywnej odsłonie, które często pomaga w realizacji tego, co w gruncie rzeczy niechciane, choć nieuchronne. „Spotyka nas to, czego się obawiamy” – powiedział kiedyś, jak zwykle trafiając w punkt. „Z jakąż obrzydłą radością” – w „Mężu idealnym” po raz kolejny zdaje się zapowiadać swoją porażkę – „z jakąż rozkoszą przyjmą do wiadomości wieść o pańskim upadku, ileż błota i mułu zwalą panu na głowę!”. O tak, łatwo będzie kopać leżącego, jeszcze łatwiej napluć mu w twarz. „Publiczność daje dowód niesłychanej tolerancji” – to z dialogu „Krytyk jako artysta” – „Wybacza wszystko z wyjątkiem talentu”. No, niezupełnie. Nie tylko talentu nie mogła mu wybaczyć, lecz także bogactwa, sławy, pozycji… a przede wszystkim owej rzucającej się w oczy ekstrawaganckiej i ekscesywnej wolności, widocznej w wyglądzie (najpierw imponująca muskulatura, potem obleśna nadwaga, a zawsze przy tym – wiadomo – „zniewieściały wymoczek”), stroju (ach, te lilie, te słoneczniki, te zielone goździki w butonierce!), scenografii (już w czasach Magdalen College: „Gdybym tylko dorósł do mojej błękitnej porcelany!”, a co dopiero w szykownej rezydencji przy Tite Street w Chelsea czy w niezliczonych, a zawsze najbardziej prestiżowych hotelach), usposobieniu (na przykład „przyprawiająca o mdłości afektacja” albo „niekonwencjonalna swoboda, błyskotliwość rozmowy i pewność siebie”) czy zachowaniu (choćby i to na początek, że nie uprawiał żadnego sportu, co wówczas w Anglii było zupełnie nie fair).

I znalazł się wreszcie odpowiedni paragraf! A był to paragraf 11 poprawki do kodeksu karnego z 1885 roku (tzw. poprawka Labouchère’a, dobrze znana szantażystom), w myśl której nie wymagano już żadnych dowodów sodomii (zagrożonej karą do dwudziestu lat więzienia). Wystarczyło bowiem zeznanie jednego świadka, aby mógł zapaść wyrok za „obrazę moralności”. Czyż sam nie powiedział: „Moralność to po prostu nasza postawa wobec ludzi, których nie znosimy”? I nie da się ukryć, że całe jego życie-dzieło (bo tych nie rozdzielał) było wykroczeniem przeciwko dobrym obyczajom, jak je wówczas rozumiano.  Ale umówmy się, nie został skazany za to, że był gejem (zresztą właściwie nie był, co najwyżej sodomitą, uranistą, pederastą, czy też – najmniej – homoseksualistą). Został skazany, bo  p r z e g i n a ł (daleko bardziej, niż wymagał tego skodyfikowany wiele lat później kamp), a wiemy, że społeczeństwo (nie tylko wiktoriańskie) nie lubi takich, co przeginają. I właśnie  p r z e g i ę c i e  jest tym, co najpełniej wyraża także i jego dzieło (przed)ostatnie, dzieło, jak sądzę, najważniejsze, „De profundis”, które uchodzi wciąż – a niesłusznie – za przykład spektakularnego nawrócenia religijnego, zapowiedzi pełnej pokory vita nuova, a powinno wręcz przeciwnie, uchodzić za ostateczną i radykalną afirmację niegdyś szczeniacko zbuntowanego, a teraz dramatycznie samoświadomego indywidualizmu.

Tylu ich w końcu było w ówczesnej Anglii (czy tylu, co dziś? Tylu, co zawsze?), ale choć tak bardzo chciano ich sądzić i leczyć, to samych kuracji oraz procesów jak na lekarstwo. Co powiedzieć o słynnym przybytku przy Cleveland Street, w którym młodzi chłopcy z General Post Office po godzinach oferowali erotyczne usługi członkom arystokracji? Tyle tylko, że wysoko postawieni funkcjonariusze także byli w tej głośnej a śliskiej sprawie umoczeni, wskutek czego pozwolono wielce wpływowym klientom salwować się ucieczką przed aresztowaniem. A teraz, w sprawie tyleż uwielbianego, co bardziej jeszcze znienawidzonego Wilde’a, rząd dostrzegł dogodną okazję poprawienia tak haniebnie nadszarpniętego wizerunku. Tak jakby hipokryzją można było zaprzeczyć hipokryzji. Jak widać, można.

Nie da się ukryć, że całe jego życie-dzieło (bo tych nie rozdzielał) było wykroczeniem przeciwko dobrym obyczajom, jak je wówczas rozumiano

Daleko nie szukając innych, mniej lub bardziej jawnych uranistów, nie został pociągnięty do odpowiedzialności ani lord Alfred Bruce Douglas (czyli ten ukochany Bosie, „Boysie” – fakt, były takie plany, ale odpuszczono), ani utrzymujący intymną relację z lordem Rosebery, ministrem spraw zagranicznych oraz przyszłym premierem, drugi syn markiza Queensberry, wicehrabia Drumlanrig mianowany parem Zjednoczonego Królestwa z tytułem lorda Kelheada (fakt, zdążył się powiesić, może szantażowany, kto wie). Ani też wielu innych ujawnionych w czasie tego procesu, najgłośniejszego ze wszystkich, w którym każdy niemal świadek stać się mógł oskarżonym – i chłopcy do wynajęcia, i współbiesiadnicy (a przyszli szantażyści), i osoby wpływowe, równie jak on, zdawałoby się, nietykalne. Podobno na wieść o jego aresztowaniu „od południa na linii Londyn-Dover-Calais zauważono ruch niezwykły […] Mogło się zdawać, że wszystko, co wyobrażało w Anglii potęgę, świetność, bogactwo, wysokie urodzenie, przechodzi na kontynent. Widziało się ministrów, sławnych członków Akademii, uszlachconych milionerów, generałów […] Co godzina rozdzierano dziesiątki niebieskich depesz, donoszących o ruchach policji angielskiej, która, jak się okazało, przechowywała w swych archiwach ponad dwadzieścia tysięcy podejrzanych nazwisk”.

Pytanie więc nie tylko, dlaczego Wilde w ogóle trafił do więzienia, ale i dlaczego „tylko” Wilde trafił do więzienia? Przyczyn z pewnością było wiele, ale nic by się nie wydarzyło bez wściekłej determinacji jednego człowieka. Doprawdy, markiz Queensberry miał wiele powodów do zmartwień – nie tylko dwóch potomków okazało się sodomitami (trzeci zaś wpłacił kaucję za Wilde’a), ale i młodziutka żona tydzień po ślubie wszczęła procedurę rozwiązania małżeństwa, wskazując na „nieprawidłowe uformowanie jego narządów genitalnych”, skutkujące impotencją. Dziś dobrze wiemy, że homofobia to strach przed utratą męskości; wówczas, rzecz jasna, ważniejsza była „troska o dobre imię syna”. Ale czy homofobia (to zawsze pewne nadużycie w odniesieniu do czasów „nie znających” homoseksualistów), czy po prostu żądza odwetu rozwścieczonego awanturnika, wywodzącego się z wielce nobliwego a jeszcze bardziej obłąkanego arystokratycznego rodu, nie ulega wątpliwości, że w połączeniu z zadziwiającym brakiem wyobraźni (tj. zmysłu praktycznego) i dumną, romantyczną naturą Oscara i Bosiego, stanowiła wystarczająco wybuchową mieszankę, aby rozpętać awanturę na cztery fajerki bez żadnej pomocy organów ścigania.

Obsesyjnie więc szukał zemsty, śledził ich po hotelach, nachodził w restauracjach, węszył, gonił za sensacją, chciał sprowokować skandal – żyć im po prostu nie dawał. Ale i w tym szaleństwie była metoda, bowiem gdy mleko się jeszcze całkiem nie rozlało, gotowy był dać na wstrzymanie pod warunkiem, że panowie zaprzestaną spotkań. Panowie jednak nie zamierzali. Bosie na tę okoliczność zaopatrzył się w pistolet i wysłał list z groźbą, że ojca zabije. Oscar natomiast nie tylko nie ograniczył intensywności i, co gorsza, ostentacji miłosnych kontaktów (zakazy, jak wiemy, były dla „Króla życia” najlepszą pożywką dla wzmożenia egzystencji), ale wykorzystując pewną, przyznajmy, błahostkę – ten mianowicie liścik wizytowy pozostawiony przez markiza w klubie Albemarle (o zgrozo!) z błędem ortograficznym (czy z nadmiaru emocji czy jednak z przezorności?): „For Oscar Wilde posing as Somdomite” – sam, przymuszony niejako przez Bosiego, wytoczył mu proces o zniesławienie!

I oto, rzecz zupełnie niesłychana, stanął po stronie Reginy, a nie Regina przeciwko niemu, to on był powodem, a nie pozwanym! Oczywiście, że buntownik, jasne, że niepokorny, bezczelny i bezkompromisowy, tak dziś o nim myślimy, zapominając wszak, że do tego momentu jego życie, przynajmniej to „na pokaz”, właściwie było comme il faut. Oscar Fingal O’Flahertie Wills Wilde, ten znamienity przedstawiciel starej irlandzkiej burżuazji, dobrze sytuowanej, protestanckiej i patriotycznej, cudowne dziecko wybitnego lekarza, a zarazem niezrównanego erudyty, oraz wielce natchnionej poetki, tudzież wyśmienitej artystki życia samego. Zanim trafił do najlepszych szkół, by tam odbierać prestiżowe wyróżnienia, stypendia, nagrody za najlepsze oceny (zwłaszcza – a jakże – z greki i łaciny, w których sięgnął mistrzostwa, przekładając symultanicznie już to Homera i Hezjoda, już to Wergiliusza i Owidiusza; tak dla rozrywki, gdy zmęczyło go nieco recytowanie z pamięci ulubionego Keatsa), zdążył już zdobyć niemałą wprawę w zgrabnym owijaniu węża światowej konwersacji o zacne a uczone tematy (najlepiej, bien sûr, w wyrafinowanej francuszczyźnie) w prowadzonym przez ukochaną mamę najsłynniejszym salonie literackim Dublina, gdzie pojawiał się i Shaw, i Yeats.

I tak dalej, i tak dalej. Dalej było jeszcze smaczniej: Oksford pod skrzydłami wybitnych mentorów (zabawy to były przyjemne i pożyteczne), podróże inicjacyjne (do miejsc, które absolutnie trzeba było zobaczyć: Grecja, Włochy no i Paryż), zawrotna i błyskawiczna kariera światowa, ugruntowana gwiazdorskim tournée po Stanach, małżeństwo (konieczne, by przeciąć powszechne spekulacje co do jego „dewiacji”) z panną z podobnej parafii: piękną, młodą a inteligentną, angeliczną a zmysłową, więc jakby zdjętą z obrazów tak bliskich mu prerafaelitów. Z posagiem, ma się rozumieć. A ona to, Konstancja, dała mu zdrowych i urodziwych synów, Cyryla i Vyvyana (tu jednak nastąpił pewien zgrzyt, bo ten subtelny esteta nie był w stanie znieść „ohydnie deformującej” ciąży, ale dzięki temu może odstąpił na chwilę od ubierania jej – niechętnej, choć zawsze we wszystkim, więc w tym także, posłusznej – w historyczne kostiumy jako to starowenecki, holenderski, grecki). Do tego liczne zaszczyty, honory, splendory… A wszystko to wprowadzane do biografii-dzieła w odpowiedniej kolejności, doskonale skomponowane i zgrane, jak w teatrze, jego własnym.

Jakiż to więc prowokator? Maminsynek raczej, dobrze wychowany chłopiec, najpierw prymus, później pięknoduch, bon vivant, złotousty bawidamek, a i fircyk w zalotach, francuski piesek i lew salonowy w najlepszym guście, po prostu prawdziwy dżentelmen… Wielbiony dlatego, że sam nigdy nie zaniedbywał dobrych manier, a nie dlatego, że zmanierowany. Pożądany w towarzystwie, bo sam wytworny, szykowny, szarmancki i zawsze sprawiający „jak najlepsze wrażenie”. „Należeć do towarzystwa” – jego  zdaniem – „było nudziarstwem, ale nie należeć było prawdziwą tragedią”. Wiedział, jak się zachować i jak się wkraść w łaski ludzi wpływowych, zwłaszcza kobiet, poczynając od księżnej Westminster (w myśl zasady zgrabniej praktykowanej niż wypowiedzianej, że „żaden mężczyzna nie osiągnie prawdziwego powodzenia w świecie, jeśli go nie poprą kobiety, bo kobiety rządzą towarzystwem”). Słowem, chodzący podręcznik savoir-vivre’u, arbiter elegancji, Petroniusz Londynu.

A jeśli jednak dekadent, to, w przeciwieństwie do swych francuskich wzorców, bardzo układny i bardzo elegancki, w żadnym wypadku abnegat czy zapalczywie rewolucyjny poète maudit. To ta ogłada z lekkim posmakiem ekscentryczności zjednała mu szacunek i rozgłos, jakiego długo nie mógł osiągnąć swym pisaniem. „Cóż Wilde ma wspólnego ze sztuką?” – złośliwie miał zapytać Whistler – „Chyba to, że przysiada się do naszego stołu i naszej miski wybiera rodzynki do puddingów, które później rozwozi po prowincji”. Nie pierwszy raz zarzucano mu plagiat; egzemplarz pierwszego tomiku „Poezji”, zgodnie z odwieczną tradycją ofiarowany Oxford Union Debating Society, po raz pierwszy w historii Towarzystwa został zwrócony autorowi „nie dlatego, że te poezje są słabe – choć są słabe – nie dlatego, że są niemoralne, choć są niemoralne […] ale dlatego, że nie są wcale dziełem domniemanego ojca, lecz dziełem wielu bardziej znanych i cieszących się zasłużoną sławą autorów” – uzasadniał profesor Oliver Elton. Nie pierwszy też raz w jego działaniu nie widziano niczego więcej nad populistyczną autoreklamę.

Jeśli jednak dekadent to bardzo układny i bardzo elegancki, w żadnym wypadku abnegat czy zapalczywie rewolucyjny poète maudit

Tworząc swoją legendę, nie dostrzega jednak tego comme il faut, ale w ten sposób obnaża tylko głęboko fałszywą świadomość:

Miałem opinię kogoś osobnego, nazbyt osobnego, kto zawsze chce wszystko robić po swojemu […] Nie dlatego tak skończyłem, że byłem zbyt samodzielny, lecz dlatego, że nie byłem. Mój błąd, mój głupi i żałosny, i niewybaczalny błąd, że postanowiłem polegać na innych, że wezwałem Społeczeństwo na pomoc, by się bronić przed Twoim ojcem […] Lecz skoro uruchomiłem tryby Społeczeństwa, Społeczeństwo nagle przypomniało sobie o mnie: ”Tak długo pogardzałeś naszymi prawami, a teraz masz czelność właśnie na nie liczyć? Żądasz czegoś od prawa i prawo żąda od ciebie. Chcesz sprawiedliwości i sam ją otrzymasz”.

Skończył, jak skończył, bo, przy całej prowokacyjnej nonszalancji i obrazoburczej kontestacji, był jednak – co się zowie – porządnym obywatelem, czy raczej wiernym poddanym. To, że zdecydował się dochodzić praw w sądzie i w konsekwencji sam oddał się w ręce sprawiedliwości, byłoby świadectwem nie tylko tego, że zważywszy na swoje zadomowienie w najwyższych sferach brytyjskiej socjety, czuł się zupełnie nie do ruszenia, ale przede wszystkim tego, że tak naprawdę – co sam zdaje się ignorować (a za nim liczni apologeci) – nigdy nie był na marginesie, lecz nieodmiennie w samym centrum. Kto (prócz niego) mógł się spodziewać, że ci, których od dawna zabawiał wytworną a błyskotliwą konwersacją, pewnego dnia zamkną mu drzwi do swych pałaców? Przecież był jednym z nich. Równy parom Anglii!

Ale co dalej? Dalej, no cóż, gorzej. Znowu wygląda to tak, że robi wszystko, aby jak najszybciej znaleźć się w więzieniu. Posłuchajcie: „Czy jest Pan dramaturgiem i pisarzem?” – rozpoczyna dla formalności Charles Humphreys, jego adwokat. Wilde (wyniośle): „Myślę, że jestem wystarczający znany jako taki”. Sędzia (ostro): „Proszę odpowiadać na pytania!” Co można powiedzieć o takim początku rozprawy? Że od razu zapowiada fatalny koniec, choć powód jeszcze nie przeczuwa, że wnet będzie pozwanym. Edward Carson (obrońca markiza Queensberry, a zarazem szkolny rywal Wilde’a – cóż za zbieg okoliczności!) przytomnie zwraca uwagę na to, że powód deklaruje 39 lat, podczas gdy faktycznie przekroczył czterdziestkę. Błahostka, zresztą całkiem zrozumiała kokieteria ze strony „miłośnika wiecznej młodości”, mama też sobie zaniżała. Ale mówi to pod przysięgą, dyskredytując tym samym już na wstępie swoją wiarygodność. Albo gdy zarzuca obrońcy, że ten doprawdy fatalnie potraktował jego list do Douglasa (szantażystom, którzy go skradli, wyrzucał, że pogięli i poplamili): „Czy to piękne zdanie? – Tak jak pan je czyta – nie. Pan to bardzo źle czyta, panie Carson”. No, ręce opadają. To nie teatr, nie salon ani kawiarnia, Mr. Wilde, chciałoby się powiedzieć, człowieku, ogarnij się!

I wiele osób chciało mu uświadomić, że jest to sprawa właściwie nie do wygrania, że żaden sąd w Anglii nie wyda wyroku przeciwko ojcu, który pragnie „ratować” swego syna. A gdy zaraz jasne się stało, że z tak straceńczo, tak idiotycznie rozpoczętej ścieżki nie będzie już odwrotu, usilnie błagali go przyjaciele, aby uciekał z kraju (co do ostatniej chwili, między procesami, było możliwym i zresztą najrozsądniejszym rozwiązaniem). On jednak raz jeszcze posłuchał mamy (i – ma się rozumieć – Bosiego, a nie żony na przykład), tym samym znów wsłuchał się w głos swego przeznaczenia. Ale nie dlatego został, że – jak to wyraził jego brat Willy – „irlandzki dżentelmen nigdy nie ucieka przed angielskim sądem” albo, jak chcą inni, ze strachu przed niedogodnościami życia zbiega, lecz niesiony wyraźną, jak sądzę, świadomością rychłego końca i złączonym z nią pragnieniem wzniosłej klęski. A też nie da się ukryć, choć trudno w tej kwestii o rozstrzygające dowody, że nie bez znaczenia w tych spekulacjach musiał być syfilis (wówczas nieuleczalny), którego początki sięgają spotkania z londyńską prostytutką w marcu 1878, aby dopiero dwadzieścia dwa lata później (więc trzy po więzieniu), docierając do trzeciego stadium powolnego a nieubłaganego rozwoju, nagle przekształcić zwykle zapalenie ucha w śmiertelne zapalenie opon mózgowych.

Tak czy inaczej, nie można powiedzieć, że nie wiedział, co czyni, ale z pewnością i jemu należy wybaczyć, gdyż dzięki temu (daleko bardziej niż dzięki samej twórczości czy niby nonkonformistycznej postawie) w legendzie swej zdołał sięgnąć świętości. Skazany właściwie przed procesem (prasa rozpętała prawdziwą nagonkę, a rząd tym razem musiał zaspokoić „wolę ludu”) nie wykorzystał jednak okazji – co słusznie mamy mu dziś za złe – aby stanąć otwarcie w obronie praw „miłości, która nie śmie wyjawić swego imienia” (jak ją określił nie on w istocie, tylko Douglas w jednym ze swych poematów – „Dwie miłości”), lecz najpierw okłamał swoich obrońców, a potem na sali sądowej z sercem w gardle zaprzeczał, wypierał się, a w chwilach, gdy udawało mu się przezwyciężyć lęk, wyczerpanie i apatię, z właściwą sobie nonszalancją zarzuty próbował obrócić w żart.

Wiedząc, że nie będzie sądzony bezstronnie, że świadkowie oskarżenia zostali sowicie opłaceni, że cały Londyn stanął przeciwko niemu, mógł nie liczyć się już z nikim i niczym, zagrać va banque i dzięki temu stać się prawdziwym męczennikiem, a nie pospolitym krzywoprzysięzcą. Ma zresztą świadomość swej zdrady: „I kogo grać mi przyszło za twoim przewodem? Pierwszą Cnotkę w mieście, pierwszego Purytanina i pierwsze Sumienie Sztuki”. Nawet ta jedna pamiętna a płomienna replika, która wywołała głośne oklaski i równie głośne gwizdy – najodważniejsza ze wszystkich – w poetyckości wyrazu głęboko skrywała prozaiczną prawdę (retoryczny ornament, obok patetycznej egzaltacji, zawsze sprawiał, że balansował na granicy melodramatycznego kiczu, dopiero w więzieniu z wolna w prostocie zacznie dostrzegać doskonałość) :

„Miłość, która nie śmie wyjawić swego imienia” w obecnym stuleciu to głębokie uczucie człowieka starszego do młodzieńca, takie jakie żywił Dawid do Jonathana, takie, na którym Platon oparł swoją filozofię, takie, jakie znajdziecie w sonetach Michała Anioła i Szekspira. Jest to głębokie, duchowe uczucie równie czyste jak doskonałe. Podyktowało ono i przepoiło wielkie dzieła sztuki, jak utwory Szekspira i Michała Anioła, i te dwa moje listy, takie, jakie są. W obecnym stuleciu uczucie to jest źle rozumiane, tak źle rozumiane, że można je nazwać „Miłością, co nie śmie wyjawić swego imienia”, i z tego powodu znalazłem się tam, gdzie jestem teraz. Jest to uczucie piękne, subtelne, to najszlachetniejsza forma uczucia. Nie ma w nim nic nienaturalnego. Jest czysto intelektualne i powtarza się stale pomiędzy starszym a młodszym człowiekiem, gdy starszy obdarzony jest intelektem, młodszy zaś ma w sobie całą radość, nadzieję i urodę życia. Lecz świat nie rozumie, że tak być powinno. Świat wyśmiewa się z tego, a czasem stawia za to pod pręgierzem.

Piękne? Piękne. Subtelne? Subtelne. Jednakże w tych duchowych głębokościach zabrakło innych, niemniej przepastnych, a mniej może szlachetnych, głębokości ciała. Ta miłość długo jeszcze nie będzie miała swego imienia, bo nie tylko w nakazie aresztowania mowa o „czynach wysokiej nieprzyzwoitości”, w czasie rozprawy o „czynach niemoralnych”, a w wyroku o „obrazie moralności” (a nie sodomii), ale i w samym „De profundis” nie pojawiają się żadne namacalne ślady zbliżeń homoseksualnych. Podobnie – co już całkiem niezrozumiałe – w pisanych po latach książkach wspomnieniowych Bosiego (a także pozostałych świadków oraz kronikarzy i biografów) próżno szukać konkretu. Mamy wrażenie, jak gdyby „miłość” miała tu wyłącznie wymiar czysto intelektualny czy literacki, a „homoseksualizm” (jeśli w ogóle się pojawia) był zaledwie pewną estetyką, wrażliwością czy stylem życia. Tysiące znaków zapisanych przez kochanków, a później miliony przez licznych egzegetów, a żaden z nich nie odnosi się wprost do seksu i w gruncie rzeczy nie wiadomo nawet, czy ze sobą spali ani czy choć raz się pocałowali. Potęga cenzury, strach przed kolejnym procesem, czy to, że jeszcze długo o „pewnych sprawach” opowiadać po prostu nie wypadało, nawet gdy nie dało się ich zupełnie pominąć?

W tych duchowych głębokościach zabrakło innych, niemniej przepastnych, a mniej może szlachetnych, głębokości ciała

A przecież nie był sądzony za swe myśli, intencje czy uczucia, lecz „czyny lubieżne”. Sędziego wraz z ławą przysięgłych naprawdę nie interesował wykład z historii starożytnej czy rodzącej się estetyki nowoczesności, lecz to na przykład, czy w jego łóżku w hotelu Savoy leżał (jak zeznaje masażysta) czy nie leżał chłopiec i czy istotnie (jak zeznaje pokojówka) o poranku „pościel była poplamiona w szczególny sposób”. Tradycyjnie linią obrony było podważanie wiarygodność świadków, co w przypadku męskich prostytutek czy szantażystów zadaniem okazać się mogło dość łatwym, ale zeznania służby hotelowej stanowiły o wiele większe niebezpieczeństwo. A był to dowód zasadniczy w obliczu tak słabych poszlak jak „kompromitujący” list do Douglasa (tzw. list Hiacynta), sprytnie zresztą w ruchu wyprzedzającym przemieniony na poemat, albo „niemoralny” (a jakże) „Portret Doriana Graya”, z którego również był dokładnie odpytywany. I wystarczyło, że „udowodniono” ponad wszelką wątpliwość, że chłopiec ów w łóżku leżał, i nie miało znaczenia, że sprowadzony był akurat nie przez Oscara, lecz przez zajmującego sąsiedni pokój Bosiego. Dlatego w „De profundis” z pełnym przekonaniem może stwierdzić: „Zostały na mnie złożone cudze winy”, „Mogłem wyjść z sądu jako wolny człowiek, z rękami w kieszeniach i ustami pełnymi szyderstw”. Nie wyszedł, bo wolał ochronić swojego ukochanego, który zresztą z przymusowej emigracji w Calais bohatersko zaproponował, że złoży zeznania i winę weźmie na siebie, ale tę propozycję obrońcy odrzucili.

No dobrze, tyle że ten chłopiec z Savoya, który stał się gwoździem do trumny jego wolności, to przecież tylko wierzchołek góry lodowej! Co więcej, znakomita większość nie była pełnoletnia, co jeszcze pogarszało sytuację. Konstancja, bezbronna wobec plotek i publicznej zniewagi (promiskuityzm męża był tajemnicą poliszynela), wielokrotnie przychodziła do tego czy innego hotelu, zdesperowana, narażając się na politowanie obcych ludzi – towarzyszy orgii zwanych sympozjonami – błagając męża, by wrócił do domu. Wróć do mnie, do dzieci, Oscar, wróć! Na próżno. Odpowiedzieć raz miał z humorem, że już tak długo nie było go w domu, że zapomniał dokładnego adresu i wrócić po prostu nie może (świadek tego zdarzenia, przyjaciel i literacki powiernik, Pierre Louys, słysząc tę okrutną kpinę, zerwał z nim wszelkie stosunki).

Oj, wiele zrobił, by zasłużyć na opinię wyuzdanego rozpustnika oraz bezczelnego zuchwalcy. Gdyby tylko ograniczył się do wizyt w podziemnym burdelu przy 13 Little College Street albo do zapraszania chłopców do domu w przytomności żony i dzieci, to sprawy pewnie rozeszłyby się po kościach. On jednak wykazał pożałowania godny brak ostrożności, wysyłając listy miłosne (następnie przechwytywane przez szantażystów), obdarowując przygodnych młodzieńców licznymi podarkami (na przykład papierośnicami ze swoimi inicjałami), urządzając wytworne uczty dla chłopców najgorszego sortu w Café Royal i innych ekskluzywnych lokalach. A jaka ostentacja w tym epatowaniu burżujów, jaka krzykliwość w tych publicznych awanturach z ukochanym, jakie nieumiarkowanie i nienasycenie w rozkoszach, ku zgorszeniu gości i personelu najwykwintniejszych hoteli. Dość wcześnie obiecał sobie, że będzie „jeść owoce ze wszystkich drzew w ogrodzie życia”. I słowa dotrzymał. Wierny uczeń Sade’a: „Jeśli wszystkiego nie doświadczyłeś, nie doświadczyłeś niczego”, ale i poddany kaprysom Bosiego: „Nie chcę, żebyś wchodził przez małe drzwi. Żądam, abyś wchodził głównym wejściem, ze mną. Żeby nas wszyscy widzieli, żeby każdy mógł mówić: »Oto idzie Oscar Wilde i jego mignon«”. Niech nas zobaczą! I zobaczyli.

Do tego „wulgarna” „Salome”, opublikowana w Paryżu i objęta zakazem cenzury w Londynie. Głośna „Dusza człowieka w socjalizmie”, zdecydowanie wymierzona przeciwko tym, dzięki którym wzbił się na wyżyny, inne dzieła o wyraźnej homoerotycznej inspiracji (np. poemat prozą „Uczeń”)… Tego już było za wiele! To, co wcześniej wydawało się fascynujące w sztuce i jako takie tolerowane, stało się zupełnie odpychające w życiu. W liście do Philipa Houghtona, dołączonym do rękopisu „Męża idealnego”, pisze: „Jest nieostrożnym pokazywać swoje serce światu […] w epoce równie wulgarnej co nasza, wszyscy potrzebujemy masek”. Serca może nie pokazywał (pokaże dopiero w „De profundis”), ale pięćdziesiąt twarzy Graya owszem, nie wdziewając żadnych masek. W odpowiedzi na surową krytykę szefa „Scots Observer”, mylącego bohaterów z ich twórcą, raz jeszcze podejmuje wątek z przedmowy do „Portretu…”: „Grzech i cnota są dla pisarza po prostu tym, czym dla malarza kolory”. Jednak w liście do Ralpha Payne’a przyznaje, że trzech głównych bohaterów książki to rodzaj jego własnego portretu: „Basil Hallward jest tym, czym wierzę, że jestem, Lord Henry tym, za co uważa mnie świat, Dorian tym, kim chciałbym być”. Ta fikcja, czerpiąca pełnymi garściami z życia, w finale stała się życiem samym.

25 maja 1895, wyrokiem sądu królewskiego w Old Bailey, Wilde zostaje skazany na dwa lata więzienia i ciężkich robót.

Oscar Wilde

„De profundis”, przeł. M. Stroiński, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2018, s. 208.

Piotr Seweryn Rosół
ur. 1981 w Warszawie, literaturoznawca, doktor nauk humanistycznych (Uniwersytet Warszawski, Paris-IV-Sorbonne), autor książki „Genet Gombrowicza. Historia miłosna”. Pracuje na Université Clermont Auvergne. 25 maja, więc w 123. rocznicę ogłoszenia wyroku w sprawie Regina versus Wilde, złożył lilie na jego grobie na cmentarzu Père-Lachaise.

Oscar Wilde

„De profundis”, przeł. M. Stroiński, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2018, s. 208.

POPRZEDNI

varia  

Prawda większa

— Marta Zelwan

NASTĘPNY

szkic  

Pisarki: strategie znikania

— Joanna Stryjczyk