Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Tomasz Bąk
„Utylizacja. Pęta miast”, WBPiCAK 2018, s. 72.

Nie da się ukryć, że nowa książka Tomasza Bąka jest, jak to doskonale ujęła Paulina Chorzewska, „wyczekana przez rozrastający się krytyczno-jurorski fanbase poety”. W tym niepozbawionym zgryźliwości sformułowaniu pobrzmiewa echo czegoś, na co należy zwrócić uwagę: Bąk bardzo szybko urósł do miana jednego z najważniejszych poetów młodego pokolenia, który niejako „ponad podziałami” łączy środowiska krytyczne. Rewelacyjnie przyjęty tom „[beep]generation”, nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej (co budziło w pewnych kręgach więcej emocji niż awans Polski do ćwierćfinału Euro rok wcześniej), wyśrubował wymagania w stosunku do poety i postawił go przed bardzo wysoko zawieszoną poprzeczką. Wśród roczników 90. Bąk w przebojowym tempie stał się naszym poetą, piszącym nasze wiersze – a teraz dostarcza nam kolejną naszą książkę.

Pierwszą reakcją na „Utylizację. Pęta miast” jest zaskoczenie, werbalizowane choćby – żeby daleko nie szukać – przez Chorzewską w linkowanym tekście czy Łukasza Żurka w „Dwutygodniku”. Na pierwszy rzut oka dostajemy bowiem coś kompletnie innego niż wcześniej. Bąk konsekwentnie przygotowywał nas zresztą na swoje wiersze, publikując je w kolejnych czasopismach, a jednak „Utylizacja…” zaskakuje od pierwszych stron: intymnym tonem, ostrożną dykcją, atrofią człowieka-pizdy, dopiero stopniowym przechodzeniem do naturalnych (jak się zdawało – obowiązkowych) dla Bąka rejonów poezji politycznej.

»Utylizacja…« zaskakuje od pierwszych stron: intymnym tonem, ostrożną dykcją, atrofią człowieka-pizdy, dopiero stopniowym przechodzeniem do rejonów poezji politycznej

To  jedna z najlepszych cech „Pęt miast” – by rzeczywiście przeczytać ten tom, trzeba nie tylko porządnie się w niego wgryźć, ale również przedrzeć się przez plątaninę sieci, które krytyka zarzuciła na Bąka, narzucając pewne określone sposoby myślenia o tym, co poeta pisze. Ta zdolność do skutecznego wyrwania się ze swojej krytycznoliterackiej niszy – i to wyrwania się bez szkody dla wierszy czyporzucania ulubionych tematów – wydaje się zaskakująca i zarazem absolutnie bezcenna u autora, jakby na to nie patrzeć, dosyć młodego. Biorąc się za lekturę „Utylizacji…”, nie nastawiajcie się zatem na „[beep] generation 2”; dostaniecie świetne wiersze, flow lepsze niż u Lecha Rocha Pawlaka, ale porzućcie marzenia o sequelu.

„Utylizacja…” zaczyna się bowiem od długiej sekwencji liryków miłosnych, których wcześniej u Bąka raczej nie uświadczaliśmy. Są to, dodajmy, wiersze równie nowe, co piękne. Poeta nie rezygnuje w nich ze swoich ulubionych chwytów stylistycznych – powtórzeń, remiksów, oscylujących na granicy absurdu porównań ani sięgania po specyficzne rekwizytorium – jednak tak sprawnie wplata je w tematykę osobistą, że wszelkie ochy i achy nad specyfiką języka zdychają w płucach, zabijane najzwyklejszym na świecie wzruszeniem. Wielu poetów pisało o rozstaniu, ale żaden chyba nie mówił o nim właśnie tak, przez pryzmat własnej beznadziei i rozczarowania.

Miłość w „Utylizacji…” nie jest mistycznym przeżyciem spoza tego świata, kołem ratunkowym, do którego można bezpiecznie wskoczyć i pisać o westchnieniach, ani społeczną relacją, opisywalną w tonacji psychologizującej czy za pomocą naturalistycznej wulgarności. Nie jest też postmodernistyczną gierką w półsłówka ani okruchem realności wstawionym w ponowoczesny sztafaż, jak to często dzieje się u najciekawszych „miłosnych” poetów i poetek (zwłaszcza Marty Podgórnik). Miłość jest tu raczej pełną realnością, tak samo jak realnością jest mało-wielkomiejska dekoracja „samotności opowiedzianej jako Łódź”. Uczucie nie wymaga innego języka, bo samo jest jego częścią –  jest tak samo uwikłane w polityczne, ekonomiczne i filozoficzne aspekty życia w Polsce XXI wieku, jak wszystko inne.

Jestem dźwigiem spadającym na miasto,
tramwajem odjeżdżającym bez motorniczego,
łasicokondą walczącą z przeludnieniem na czterech krokodylach.
I wiem, że powinienem raczej róże niż słowa,
bardziej pieszo przez Bałuty niż nocami w poduszkę
– jak napastnik niestwarzający sobie sytuacji
siadam na ławce i klnę, choć wolałbym płakać
nad twoim zdjęciem, które rozpada się w palcach.

[„Pęta miast”]

Nie bez powodu, jak się wydaje, jest to fragment (pół)tytułowego wiersza. Pęto, czyli „kawałek kiełbasy”, produkt w najlepszym tego słowa rozumieniu, ale też kawał powroza, przeznaczony do związywania. Miasto jako przejaw późnego kapitalizmu nie tyle uniemożliwia, co raczej pozbawia potencjału sentymentalne rozumienie miłości, która staje się fatalna jak dźwig, komiczna jak tramwaj jadący przez miasto, absurdalna jak łasicokonda. Bąk opisuje uczucie wplątane w codzienną zwyczajność ekonomicznej beznadziei i buntu przeciwko ustalonemu porządkowi, dokonując czegoś – mogłoby się wydawać, mimochodem i bez trudności – co wydawało się nie do zrobienia, czyli oswajając na nowo instrumentarium konwencjonalnej liryki miłosnej (spadające liście, zdjęcia ukochanej, smutne spacery itd., itp.).

Przede wszystkim jednak opisuje on uczucie zakończone. Nie ma tu mowy o szczęściu miłości, ono pozostaje w domyśle. Rzeczywistość tekstowa „Utylizacji…” funkcjonuje tylko w czasie teraźniejszym, podczas gdy afekt pozostaje w trybie „post”. W związku z tym również podmiot tego tomu jest „post” – podmiotem postprzegranym. Musi „przeczytać akt kapitulacji” („To tu, to tym”), „porażkę ma wypisaną na twarzy” („Pęta miast”), „jego twarz to kontrolowana strefa zgniotu” („363”), czy jest jak „napastnik niestwarzający sobie sytuacji”.

Człowiek-pizda – maska liryczna, superbohater i everyman naszych czasów z „[beep] generation” – był modelowym przykładem przegrywu. Funkcjonował w przestrzeni całkowitej porażki, w neoliberalnym piekle niespełnionych obietnic i nieosiągniętych celów, z którego nie ma wyjścia. Jego ewolucja musi więc być transgresyjna; chodzi o to, by wychodzić nie z przegrywu (bo to niemożliwe – możesz wyjść z piwnicy, ale piwnica nie wyjdzie z ciebie), ale poza przegryw, eksplorować rejony, w które nikt wcześniej się nie zapuszczał. Do czego to prowadzi? Do jakiegoś końca.

A koniec wraca tutaj jak bumerang. Koniec związku, koniec życia, koniec świata, koniec historii. Marzenie o łasicokondzie burzącej Łódź mimo ostrzału dzielnych żołdaków z 25. Brygady Kawalerii Powietrznej staje się, w pewnym sensie, przewodnią myślą tomu, tym boleśniejszą, że nieziszczoną. Bo – z pomocą Bąkowi przychodzi najmniej oczekiwany sojusznik – „innego końca świata nie będzie”:

W dzień końca świata
Polska jest już tylko kałużą.
[…] Tylko lokalny sympatyk lewicy, który byłby prorokiem,
ale nie jest prorokiem, bo bierze neuroleptyki,
powiada, podsmażając pomidory na szakszukę:
koniec świata będzie jak faszyzm,
koniec świata nie przejdzie.

[„Tyle radości w jednym zdaniu wstępu”]

Nad „Utylizacją…” krąży widmo Fukuyamy. Nie jest to jednak spiritus movens ani tym bardziej obszarpany upiór z kiepskiej scenografii do horroru. Wprost przeciwnie – to podszyte obezwładniającą nostalgią widmo derridiańskie, pragnienie faktycznego końca historii, powracające z eksploatowanej przestrzeni lat 90. jak okrutny sentyment. Uznanie demokracji liberalnej za ustrój skończony i skupienie się na wypełnianiu kolejnych tasków i minimalizacji fakapów nie jest bynajmniej ostatnim stadium rozpaczy, o czym pisze Bąk w wierszu „Fucked up, Got Ambushed…”. Nie neoliberalizm, a sam koniec okazuje się tutaj ułomną, niedoskonałą, a zarazem najlepszą z możliwych koncepcją. Problem w tym, że mimo konsekwentnego tańca managerów średniego szczebla i centrowych ideologów wokół fukuyamowskiego totemu ideał jakoś wciąż nie może się ziścić.

Nad »Utylizacją…« krąży widmo Fukuyamy. Nie jest to jednak obszarpany upiór z kiepskiej scenografii do horroru. Wprost przeciwnie – to podszyte obezwładniającą nostalgią widmo derridiańskie

Wobec tego wspomniana konieczność eksploracji rejonów po-przegrywie staje się koniecznością eksploracji rejonów po-końcowych, pracy w świecie i nad światem, który nie powinien istnieć, a trwa wbrew wszelkiej logice. Powstaje w ten sposób rzeczywistość dosyć kuriozalna, którą Bąk nieustannie krytykuje i podważa: rzeczywistość przeżarta przez zwietrzałe ideały liberalizmu, pełna po brzegi egzystencjalnej porażki, zarówno u tych, którzy w modelu kapitalistycznym są przegrywami, jak i  u ekonomicznych sukcesistów. Rzeczywistość, w której ideały są towarami, a zarazem jako ostatnie zachowują resztki mocy w morzu bytów bezsilnych. Problem w tym, że jeśli w tej rzeczywistości bunt miałby dać jakiekolwiek rezultaty, musiałby mieć – poza wartością podstawową – również wartość wymienną.

Gdy w tym istniejącym już tylko siłą inercji układzie Bąk postuluje: „Krzycz, niech twój krzyk wybrzmi / głośno i krystalicznie czysto / jak worek szkła zrzucony do zsypu” („Do utylizacji”), realizuje on bunt dla buntu, bunt wynikający z bezsilności i potrzeby, analogiczny – choć utrzymany w innym rejestrze – do protestu z „Raportu wojennego” Agaty Jabłońskiej, a także znany dobrze z „[beep]generation”. Tym razem jednak poeta na tym nie poprzestaje, usiłując wyjść z jakimś – nazwijmy to szumnie – programem pozytywnym, chociaż w kontekście wierszy Bąka określenie to wydaje się dość kulawe. Kulawe, bo nie chodzi tutaj o zamanifestowany jasno program przemiany społecznej czy ekonomicznej (to Bąk zostawia ideologom) – chodzi raczej o wskazanie pewnej drogi myślenia.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „Utylizacja…” jest książką, która rozpaczliwie poszukuje partnera, a może właśnie nie partnera, ale przeciwnika. Bąk nie dąży do dialogu, bo nie ma z kim dialogować; potencjalni rozmówcy są albo skompromitowani, jeśli wyrastają ze zwalczanego porządku neoliberalnego, albo nie chcą w ogóle odpowiadać: „niewiele istot żywych/ mnóstwo tylko pytań, / im bardziej zasadnych, / tym marniej bez RE:” („Płytka wnęka w ścianie, 6 x 3 x 3”). W związku z tym poeta rozpycha się jak może w granicach własnego opisu rzeczywistości, poszukując kogoś, kto mógłby mu się przeciwstawić, lub kogoś, komu sam by się przeciwstawiał. Znamienne pod tym kątem jest obszerne wyliczenie z poematu „Do utylizacji”:

Jeśli ten poemat ma głos, to jest to głos osobny
i swoją osobność podkreśla hybrydowo.

Mówią do ciebie bezczelni zdrajcy i niemieckie szmaty,
składają swe wersety piąte kolumny i totaliści,
mruczą kołysanki skorumpowani alkoholicy,
lewacy i faszystowskie bojówki przemawiają przez proroków,
śpiewają chórem zbłąkani kosmopolici […] współpracują ze mną zdalnie polityczni bejsboliści,
kłamcy, politycy bez właściwości i zdolności honorowej.

Blisko tutaj Bąkowi do Lyotardowskiej koncepcji małych narracji, a najbliżej chyba do agonizmu spod znaku Chantal Mouffe. Post-posthistoryczna rzeczywistość, którą opisuje, jest światem metanarracyjnym, bezwzględnie zdominowanym przez spalone aż do korzeni myślenie liberalne, rozpuszczające wszystkie ekstrema, dobre i złe („Nieopodal placu Wolności / dwie pęknięte prezerwatywy / wyzywają się od lewaków, / a słowo to znaczy / nic, już nic”, „#Łódź”). Rozpaczliwe poszukiwanie pluralizmu, ucieczki z jednolitości przegrywu staje się tutaj nie tyle koncepcją nadrzędną, co raczej jedynym wyjściem z sytuacji. W tym sensie ciekawych znaczeń nabiera fraza, którą już kilka miesięcy od premiery można śmiało nazwać znaną: „Czy byłaś kiedyś częścią kolektywu schizofrenicznego?” („Schizofrenia synchroniczna”).  Abstrahując od kontekstów uruchamianych przez chorobę poety, „łączenie kropek, których nie powinienem”, tworzenie połączeń między wykluczającymi się dyskursami prowadzi do przełamań, do zmian. Niestety „póki co jednak nie dzieje się nic, / za co warto byłoby iść na bagnety” („363”).

Nie wydaje mi się, aby cała ta rozbudowana diagnoza miała prowadzić do czegoś jednoznacznie pozytywnego. Jest jakaś tam nadzieja, mówi Bąk w ostatnich wierszach tomu, zwłaszcza w „Z samego końca świata macham do was warzywem”: „bujne ogrody wytrysną spod betonu”. Ale czy na pewno to deklaracja serio? Ostatni wiersz tomu zmierza przecież w stronę jakiejś dziwacznej, newage’owej bioutopii, balansując jednocześnie na granicy parodii – uderza zwłaszcza fraza o „sekretnym życiu kalafiorów”, kojarząca się z królującymi niedawno na listach bestsellerów pseudoprzyrodniczymi książeczkami, traktującymi o duchowym życiu zwierząt czy roślin. Nie czuję się na siłach orzekać, czy działa tutaj głęboka ironia, czy wprost przeciwnie. Do zakończenia tomu podchodzę z wielką ostrożnością, ostatecznie uznając je za otwarte, a raczej: ryzykowne w interpretacji bez tropu podrzuconego przez autora i/lub kontekstu kolejnej jego książki.

W tym usztywnionym świecie dominującej narracji, mimo poszukiwań nowych tropów, Bąk nie porzuca krytyki zastanego porządku. Przeciwnie – dochodzi w niej do granic wirtuozerii, a te wiersze z tomu, które uderzają bezlitośnie w późnokapitalistyczny porządek, są (jako pojedyncze utwory) chyba najlepsze. Szczególnie urzeka mnie „Their Helicopters Sing”, z pozoru niefrasobliwy liryk, który po prostym uruchomieniu muzycznego kontekstu urasta do jednego z najupiorniejszych obrazów etycznej klęski kapitalizmu jakie widziałem (słyszałem), udowadniając zresztą, jak ważny w poetyce Bąka jest remiks i intertekstualna polisemia (o innych aspektach krytyki ekonomicznej rzeczywistości w tym utworze, zwłaszcza figurze śmigłowca, świetnie pisze Paweł Kaczmarski).

Czy bank centralny naprawdę zrzuci pieniądze
ze śmigłowców? Ekonomista wie, że to metafora.
Bank centralny nie ma pieniędzy ani śmigłowców,
jego rolą jest zarządzanie metaforą, funkcją polityki
omiatanie powietrza. Potwór deflacji w wannie po babci,
potwór inflacji w dystrybutorze bezołowiowej,
smutna synestezja, gdy banknotów wypatrują dłonie.

Bąk uderza zresztą nie tylko w kapitalizm jako taki, ale również w jego największy towar eksportowy, czyli wojnę. Utwory o wymowie wyraziście pacyfistycznej stanowią mniejszość tomu (naliczyłem ich trzy), ale są tak potężne w wymowie, że zdecydowanie zasługują na kilka odrębnych akapitów.

Dwa z nich, „Tomaszów Vortex Sutra” oraz „Aleppo” to remiksy Allena Ginsberga. Nie bez powodu „chłopak z Tomaszowa” sięga akurat do tej amerykańskiej inspiracji (inspirując przy tym innych – dzięki wspomnianej parafrazie Przemysław Rojek przetłumaczył „Witchita Vortex Sutra” na polski) – porównywanie wojen w Afganistanie, Iraku czy Syrii z wojną wietnamską jest jak najbardziej adekwatne. „Tomaszów Vortex Sutra” wybrzmiewa z pełną mocą zarówno solo, jak i osadzony w kontekście całego tomu, bezlitośnie piętnując liberalną znieczulicę i imperialistyczne zapędy, ale również odwołując się do jakby zapomnianej w kontekście Bliskiego Wschodu koncepcji odpowiedzialności zbiorowej. Polacy ze wstydem i zażenowaniem wypisali się z dyskursu wojen arabskich, twierdząc, że nie mają z nim nic wspólnego: Bąk bez oporów ustawia nas z powrotem w rzędzie odpowiedzialnych za tę tragedię, m.in. wyciągając z szafy głęboko już schowaną masakrę w Nangar Khel (i chwała mu za to).

Autor w ogóle uporczywie wygania Polaków z ich niszy i jakby na przekór ksenofobicznym nastrojom ustawia nas w plejadzie narodów świata; robi to jednak w cudownie przewrotny sposób dokładnie tak, jak „przeciętnemu Polakowi” (pozwolę sobie na użycie tej nieprecyzyjnej figury) najmniej by to pasowało. W ironicznym „Space Oddity, czyli Ostatni zajazd na kontynencie europejskim” Bąk wyśmiewa (jak zauważa Paweł Kaczmarski w przytaczanej recenzji, „nie bez dozy czułości”) eskapistyczne tendencje polskich populistów, grzmiących o potrzebie wystąpienia z „eurokołchozu” (korzystając zresztą z bon motu Zbigniewa Stonogi, co jest w pewnym sensie bardzo wzruszające). Z kolei w „Pieśni 404. Ośmiu wersach o globalizacji i potrzebie reparacji czy Astrologach ogłaszających koniec miesiąca Ostatecznego Wygaszenia Cywilizacji Białego Człowieka” bezlitośnie przypomina, że przynależymy do cywilizacji Okcydentu z jej wszystkimi zaletami i wadami.

W zabiegu tym ujawnia się pewien fascynujący dysonans, będący jednym z wielu wątków tej książki, a mianowicie specyficzne tarcie między skalą mikro a makro. Z jednej strony Bąk wyciąga Polskę na scenę ONZ-tu, wywlekając ją z lokalnego bagienka, a z drugiej świat przedstawiony jego bohaterów podlega nieustannemu kurczeniu: „świat karleje do rozmiarów tramwaju / i naprawdę dobrze mu w tej karłowatości” („Degausser / Co jest poezją we wnykach codzienności”). „W dniu, w którym katapultował się Prince, / kolebałem się jedenastką na Bałuty” („#Łódź”) – pisze Bąk, pokazując, jak wielkoświatowość wkrada się w małoświatowość, zarówno w sensie politycznym, jak i medialnym. Innymi słowy globalizacja ujawnia tutaj swoją dwojaką naturę: z jednej strony umożliwia bunt, dzięki któremu w ogóle funkcjonujemy, a z drugiej prowadzi do destabilizacji psychicznej, nieustannie ten bunt utrudniającej. W efekcie życie w późnym kapitalizmie przypomina balansowanie na linie między uzdrawiającą anarchią tego, co mikro, a dehumanizacją i zaburzeniami spowodowanymi tym, co makro. Rzadkie chwile wytchnienia są, no właśnie, tylko chwilami:

Wolałem widok saren podchodzących pod ogrodzenie,
odgłos krów zaganianych do miski,
trzask bloczków drewna pod siekierą,
poranne pojękiwania jedynego we wsi kościoła.

Czyste, wykrochmalone niebo suszone nad lasem.

[“DNS_PROBE_FINISHED_NO_INTERNET”]

Moment, w którym można pozwolić sobie na intymne wyznanie: „wolałem”, to ten, w którym nie ma Internetu, w którym chociaż na chwilę człowiek zostaje odcięty od globalnej wioski. Wtedy można przyznać, że prymitywizm a la Rousseau ma swój urok, że fajnie byłoby nie wiedzieć. Wiadomo jednak, że za chwilę serwery DNS nawiążą połączenie i świat zwali się z powrotem na głowę. Czy takie przerwy pozwalają zachować stabilność psychiczną, czy raczej destabilizują jeszcze bardziej? Na to pytanie nie znam odpowiedzi.

Jednym z problemów z tą książką jest to, że można tak jeszcze długo: jest doskonale przyswajalna, trochę jak nowy Kapitan Ameryka, z tą różnicą, że Kapitan Ameryka nie prowokuje kolejnych i kolejnych refleksji, do Kapitana Ameryki nie wraca się kilkukrotnie, aby za każdym razem odkryć w nim coś nowego. Bąk dysponuje zupełnie niespotykanym na polskiej arenie poetyckiej flow, porównywalnym chyba tylko z flow Honeta w najlepszej formie. Jego język – przy całej kondensacji i skomplikowaniu, rosnącym geometrycznie, gdy osadzić utwory we właściwych sobie kontekstach, jest jednocześnie prosty i naturalny, osadzony po brzegi we współczesnej polszczyźnie, bez zbędnych poetyzmów i przekombinowań. Da się tę książkę przeczytać za jednym zamachem, ale można też zatrzymywać się przy prawie każdym wersie. Eksploatacja tej poetyki, wykorzystywanej przez poetę właściwie od debiutu, wydaje się mieć nieskończony potencjał tworzenia świetnych tekstów. Ostatecznie więc „Utylizacja. Pęta miast”  w żaden sposób nie rozczarowuje, chyba że tych, którzy faktycznie czekali na „[beep] generation 2: Powrót człowieka-pizdy”.

Tomasz Bąk
„Utylizacja. Pęta miast”, WBPiCAK 2018, s. 72.

Marcin Świątkowski
ur. 1992, studiuje polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikował w Xięgarni, Littera/Historica, biBLiotece i innych. Znany młody człowiek piszący w internecie, wiceredaktor naczelny kwartalnika KONTENT, współautor bloga „Porozmawiajmy o poezji”.
POPRZEDNI

rozmowa  

„Samemu sobie nie chcę zabierać elementu zaskoczenia"

— Weronika Janeczko

NASTĘPNY

recenzja  

Barokowy mit o Ameryce cudownej

— Oskar Meller