Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Śledź zmiany
To cykl tematyczny poświęcony praktyce redaktorskiej. Kliknij, by przeczytać pozostałe teksty z cyklu.

Ilustr. Aga Lutostańska

Anna Mirkowska
– ur. 1991, redaktorka i korektorka. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, studiowała też ukrainistykę. Pracuje w Dziale Wydawnictw Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK, ponadto stale współpracuje z kilkoma wydawnictwami.

Wojciech Górnaś
– ur. 1981, redaktor, korektor, tłumacz z angielskiego i litewskiego, mąż najlepszej korektorki na świecie, ojciec Olgi. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim, nie ukończył filologii bałtyckiej tamże. Wspólnie z żoną prowadzą firmę Redaktornia.com, która zajmuje się redagowaniem i korektami, a także koordynacją większych projektów wydawniczych, przy których wydawca zamawia cały pakiet prac nad książką.

W zawodzie jesteście nie od dziś. Opowiedzcie jednak, proszę, o swoich początkach. Jak wyglądały wasze pierwsze zlecenia? W jaki sposób trafiliście do zawodu? Skąd braliście i bierzecie zlecenia?

Anna Mirkowska: U mnie wszystko zaczęło się od praktyk, najpierw w Wirtualnym Sztetlu – portalu związanym z Muzeum Polin – a potem w Wydawnictwie W.A.B. Z Wirtualnego Sztetla dostałam pierwsze zlecenie. Była to redakcja mniej więcej dziesięciu tekstów o historii społeczności żydowskiej w kilku białoruskich miastach. Pracy było sporo, często wykraczającej znacznie poza kwestie poprawnościowe. Bardzo wiele nauczyłam się wtedy od redaktor merytorycznej, Martyny Sypniewskiej, i boleśnie się przekonałam, jak dużym problemem może być niedotrzymywanie terminów. Zaraz potem zaczęłam staż w W.A.B. Dzięki redaktorom, którzy mi wówczas zaufali, dostałam kilka książek do korekty, później również do redakcji, a potem moi zleceniodawcy zaczęli mnie polecać innym.

Dzięki redaktorom, którzy zaufali mi, kiedy zaczynałam, dostałam kilka książek do korekty, później również do redakcji, a potem moi zleceniodawcy zaczęli mnie polecać innym

Wojciech Górnaś: Zacząłem pisać recenzje wewnętrzne angielskojęzycznych książek dla wydawnictwa Muza. Potem spytałem, czy nie mógłbym przyjść tam na praktyki. Byłem na specjalizacji wydawniczo-edytorskiej, ale praktyki były wówczas nieobowiązkowe. Po prostu pomyślałem, że to dobry pomysł na nauczenie się czegoś od prawdziwych redaktorek. A po zakończeniu praktyk zacząłem dostawać pierwsze zlecenia: najpierw korekty, potem też redakcje.

Skąd czerpiecie wiedzę i umiejętności – z wykształcenia kierunkowego, ze szkoleń, wyłącznie z praktyki? Macie jakieś autorytety w dziedzinie lub kogoś, kto was do niej „wprowadził”?

Wojciech Górnaś: Ogromnie dużo dała mi specjalizacja zawodowa na polonistyce na Uniwersytecie Warszawskim. Mam wrażenie, że trafiłem na najlepsze lata tej specjalizacji, zarówno jeśli chodzi o program (który potem się zmienił), jak i jeśli chodzi o nauczycieli. Oprócz specjalizacji zawodowej robi się też specjalizację naukową. Tutaj miałem dwoje mentorów. Pani doktor Krystyna Długosz-Kurczabowa nauczyła mnie mądrze korzystać ze słowników: rozumieć, co oznacza pojawienie się lub brak w nich danego słowa czy sformułowania; czytać definicje i kwalifikatory; pamiętać, że autorami słowników są ludzie, ze swoimi ambicjami, wadami i idiosynkrazjami. Pan profesor Marek Świdziński nauczył mnie patrzeć na język w sposób zdyscyplinowany i uporządkowany. Na seminarium pod tytułem „Rygorystyczny Opis Języków Naturalnych” obowiązywał skrajny liberalizm dotyczący poprawności językowej. To mnie ośmieliło do czerpania pełnymi garściami z niesłychanego bogactwa polszczyzny, bez oglądania się na ograniczenia słownikowe (będące czasem po prostu ograniczeniami horyzontów autorów tych słowników).

Anna Mirkowska: Również skończyłam polonistykę ze specjalizacją edytorsko-wydawniczą na Uniwersytecie Warszawskim, z tym że była to już, mam wrażenie, zupełnie inna specjalizacja niż w czasach studiów Wojtka. Od kilku lat nie prowadzi jej Instytut Języka Polskiego, tylko Instytut Polonistyki Stosowanej, co przekłada się na specyfikę zajęć – szczególną uwagę poświęca się kwestiom okołoliterackim, komparatystycznym, historii edycji, co samo w sobie jest, rzecz jasna, rozwijające, ale nieszczególnie wzbogaca umiejętności, które przydają się później w pracy nad tekstami. Dlatego – inaczej niż Wojtek – uważam, że najwięcej nauczyłam się w trakcie praktyk i później, podczas pracy. Nieocenieni okazali się doświadczeni redaktorzy, z którymi miałam okazję współpracować – między innymi Filip Modrzejewski i Magdalena Cicha-Kłak – a także tłumacze, na przykład pani Anna Bańkowska, skądinąd także redaktorka, oraz uważni korektorzy.

Czym w waszym przekonaniu różni się praca z tekstem – w klasycznym, wąskim tego słowa znaczeniu – „literackim” od pracy z innego typu tekstami?           

Wojciech Górnaś: Na początek coś oczywistego: style w literaturze pięknej są ogromnie zróżnicowane i nie poddają się podstawowym kryteriom poprawności językowej. Należy akceptować celowe (lub czasem nawet niecelowe) odstępstwa od normy, pozwalać autorom odkrywać dotąd nieodkryte konstrukcje składniowe, wymyślać nowe słowa, żonglować rejestrami stylistycznymi albo wręcz pisać w sposób niezrozumiały (jeśli ma to konkretny cel). Powyższe nie oznacza jednak, że jako redaktor nie muszę mieć gruntownej znajomości słowników poprawnościowych. Przeciwnie. Powinienem rozpoznawać, kiedy autor czyni odstępstwo od reguł słownika, i umieć obronić to odstępstwo przed zakusami korekty. Gdy okrzyk „Bierz się za zmywanie!” korekta próbuje zmienić na „Bierz się do zmywania!”, dokładnie wiem, z czego wynika ta poprawka, i umiem uzasadnić, że w tym wypadku słownik niesłusznie piętnuje konstrukcję „brać się za coś” jako błąd.

Z jakiejś przyczyny uważa się redagowanie beletrystyki za mniej pracochłonne i wymagające mniejszych kompetencji niż redagowanie literatury faktu. A przecież gdy weryfikuję spójność realiów i faktów w wymyślonym świecie i wymyślonej historii, jest to dużo trudniejsze od sprawdzenia faktów istniejących w obiektywnej rzeczywistości. Zamiast po prostu sprawdzić, „jak jest”, muszę najpierw odtworzyć to wymyślone przez autora „jak jest”, a potem sprawdzać, czy cały tekst jest z tym zgodny.

Powinienem rozpoznawać, kiedy autor czyni odstępstwo od reguł słownika, i umieć obronić to odstępstwo przed zakusami korekty

Anna Mirkowska: Wiele zależy od tego, o jakiego typu tekstach literackich mówimy. Inaczej pracuje się nad reportażami, w których pojawiają się niezliczone nazwy własne, fakty, sprawdzenia wymagają choćby topografia i wtręty z języków obcych, czasem zupełnie egzotycznych. Inaczej – nad literaturą dziecięcą, w której szczególnie ważna jest adekwatność języka (musi być zrozumiały, ale też atrakcyjny; tu również wyjątkowo często pojawiają się zabawy słowne, znaczące nazwy własne, krótko mówiąc – sytuacje wymagające kreatywności nie tylko od autora i tłumacza, ale także od redaktora), jeszcze inaczej – na przykład nad kryminałami. Do tego dochodzi też specyfika stylu. Podobnie jak Wojtek uważam, że nie powinniśmy się bać różnorodności stylistycznej, języka potocznego (zupełnie niesłusznie uznawanego często, nawet przez osoby pracujące z tekstami, za rejestr gorszy), a nawet celowych odstępstw od poprawności. Wieloznaczności też nie zawsze – całkiem niedawno ktoś zasugerował mi zamianę „potem” w całej książce na „później” lub „następnie” ze względu na nieodpowiednie skojarzenia, które podobno mogłoby to słowo wywołać. Rzecz jasna, autorce lub tłumaczowi język wymyka się niekiedy spod kontroli, a zadaniem redaktora albo redaktorki jest pomoc w jej odzyskaniu. Inna rzecz, że od czasu do czasu trafiają mi się książki, których zupełnie nie potrafię wyczuć – dla mnie redagowanie takich tekstów jest szczególnie trudne, a wiem, że i autorom źle się ze mną wtedy pracuje.

Z jakimi najciekawszymi zleceniami mieliście do czynienia?

Anna Mirkowska: Bardzo dobrze pamiętam pracę nad polskim wydaniem listów Tove Jansson (w przekładzie Justyny Czechowskiej). Zgodziłam się z radością, szybko jednak okazało się, że to rzecz fascynująca, ale też znacznie bardziej wymagająca, niż się na początku wydawało. Zgodnie z zamysłem szwedzkich edytorek tłumaczka postanowiła jak najlepiej oddać wszelkie chropowatości, niekonsekwencje, dziwactwa stylistyczne pojawiające się w oryginale. Do ustalenia pozostały więc zakres ingerencji w tekst, uzupełnienia, a nawet rozstrzygnięcie spraw tak zwykle oczywistych jak zapis nazw miejscowych (Tove urodziła się w Finlandii, ale mówiła po szwedzku, więc posługiwała się szwedzkim nazewnictwem geograficznym, niekiedy używała też oryginalnych, a nie szwedzkich lub fińskich, nazw własnych – o Florencji pisała na przykład „Firenze”, nie „Florens”). Ciągła (i owocna) współpraca z tłumaczką okazała się tutaj nie do przecenienia, podobnie jak wsparcie znajomej, zajmującej się między innymi naukową edycją korespondencji, i czujne oko korektorki.

Wojciech Górnaś: Najciekawsze były te książki, podczas których miałem okazję poznać najciekawszych autorów i tłumaczy. Praca z Jerzym Pomianowskim, Leszkiem Engelkingiem, Carlosem Marrodanem Casasem, Magdaleną Grochowską, Wojciechem Orlińskim czy Dariuszem Rosiakiem przy ich własnych przekładach i tekstach jest onieśmielająca i ogromnie stymulująca intelektualnie. Człowiek na każdą swoją poprawkę zaczyna patrzeć podejrzliwie, a to bardzo rozwija warsztat.

Opowiedzcie trochę o swojej codzienności zawodowej. Pracujecie w firmie czy zdalnie? Jeśli to drugie, jak oceniacie to doświadczenie, co wam daje, a co odbiera? Jak wygląda wasz dzień pracy?

Anna Mirkowska: Mam to szczęście, że od roku pracuję w wydawnictwie muzealnym, a dodatkowo biorę zlecenia. Niewątpliwa zaleta pracy zdalnej – elastyczność czasowa – może się okazać jej przekleństwem, jeśli nie jest się osobą doskonale zorganizowaną – a ja niestety nie jestem. Poza tym przy takiej pracy (i to nie tylko moje doświadczenie) łatwo stracić kontakt z ludźmi. Inną bolączką tego trybu jest też niestabilność finansowa, nawet mimo ciągłości zleceń – zawsze trzeba brać poprawkę na to, że księgowa w wydawnictwie może akurat pójść na urlop (choć krążą plotki, że tłumacze trafiają na urlopy księgowych jeszcze częściej niż redaktorki i korektorzy), że praca nad tekstem się przeciągnie z rozmaitych przyczyn. Trudno cokolwiek zaplanować. To zresztą, zdaje się, problem większości wolnych strzelców, o którym, na szczęście, coraz więcej się mówi.

Przy pracy zdalnej (i to nie tylko moje doświadczenie) łatwo stracić kontakt z ludźmi

Wojciech Górnaś: Pracuję zdalnie. Przez lata chwaliłem publicznie ten styl pracy i wiecznie dodawałem na koniec, że jeszcze tylko muszę się trochę zdyscyplinować, by wiedzieć, kiedy jestem w pracy, a kiedy po pracy. Dziś widzę, że nauka tej samodyscypliny to wysoka cena. Dostrzegam coraz więcej zalet „chodzenia do pracy” w inne miejsce niż dom. Gdyby ktoś chciał mnie zatrudnić do wykonywania tej pracy, którą wykonuję obecnie w domu, nie wahałbym się ani chwili. Mój dzień wygląda tak, że po odprowadzeniu córki do przedszkola siadam do biurka i próbuję ratować zawalone terminy. Pracujemy z żoną zawsze nad kilkoma projektami równolegle, więc przy okazji trzeba koordynować pracę naszych współpracowników, w przerwach zajmować się malutkimi zleceniami, które co chwila wpadają, i nie oszaleć. Ostatnio bardzo się pilnujemy, żeby nie ślęczeć po nocach, co było naszą codziennością przez kilkanaście lat i poczyniło nam w życiu duże spustoszenia.

Ile udało wam się w jednym miesiącu zarobić najwięcej, a ile najmniej? Jak udaje wam się osiągnąć płynność i stabilność finansową? Czy mieliście lub miewacie z tym problemy? Jeśli tak, z czego one wynikały: z nieregularności nieodłącznie towarzyszącej aktywności o charakterze freelancerskim, z niewypłacalności podmiotów, z którymi współpracowaliście, z innych powodów?

Wojciech Górnaś: Co do miesięcznych zarobków – nie mam pojęcia. Najczęściej dzielimy zlecenie między kilka osób: ktoś redaguje, ktoś robi kolejne korekty, grafik zajmuje się składem. Moja praca polega nie tylko na wykonaniu konkretnego zadania, ale też zwykle na koordynacji całości. Co więcej – wiele kosztów życia miesza się z kosztami działania firmy. Dlatego nie umiem powiedzieć, jaką pensję bym dostawał, gdybym to sformalizował. Czasem konkretne prace wykonuję ze stoperem, żeby sprawdzić, jaką miałbym stawkę godzinową. Przy redagowaniu książek zdarza się zejść do stawki rzędu 15 złotych za godzinę brutto. Czasem, ale bardzo rzadko, małe i superszybkie prace pozwalają dojść do 100–120 złotych za godzinę. Średnio jednak ta praca pozwala rodzinie mieszkającej w Warszawie, bez kredytu, z niewygórowanymi potrzebami finansowymi, być trochę nad kreską co miesiąc. Zlecenia mamy na szczęście regularne, co pewnie wynika z faktu, że współpracujemy głównie z kilkoma dużymi firmami. Chyba nigdy żaden nasz zleceniodawca nie był niewypłacalny – kłopoty finansowe zdarzają się wtedy, gdy pracujemy dłużej przy jednej książce i pieniądze wpływają dopiero na koniec, na przykład po pół roku od rozpoczęcia prac.

Anna Mirkowska: Odkąd pracuję na etacie, mam stałe źródło dochodu, płatne urlopy i inne tego typu atrakcje, które wciąż wydają mi się czymś z pogranicza prawdziwego życia i science fiction. Po kilku latach pracy wyłącznie zdalnej jest to duży komfort, choć zarobki w instytucjach kultury nie są szczególnie wysokie i gdybym na przykład musiała kogoś utrzymywać czy w pojedynkę wynajmować mieszkanie, to wciąż miałabym spory kłopot. Do tego dochodzą zlecenia (zresztą większość znanych mi redaktorów etatowych tak pracuje), ale świadomość, że mogę z nich na jakiś czas zrezygnować i nadal będę miała z czego żyć, jest bardzo cenna. Wcześniej, kiedy utrzymywałam się tylko ze zleceń, bywało różnie. Stawki za arkusz wydawniczy (około 20 wordowskich stron znormalizowanych), w wydawnictwach zazwyczaj stałe, nie zawsze przekładają się na zarobki, bo dobrze napisaną książkę da się zredagować naprawdę sprawnie (zwłaszcza jeśli również współpraca z autorką lub tłumaczem przebiega pomyślnie), ale innej książce o podobnej objętości trzeba czasem poświęcić znacznie więcej uwagi, co skutkuje opóźnieniem płatności i brakiem czasu na inne zlecenia. Z niewypłacalnymi zleceniodawcami na szczęście nie mam do czynienia od bardzo dawna, choć na samym początku zdarzało się, że na wynagrodzenie rzędu 250 złotych za korektę czekałam trzy miesiące i dostawałam je w dwóch ratach.

Jak wasza praca jest postrzegana w rodzinie i wśród przyjaciół?

Anna Mirkowska: Różnie. Rodzina trochę się cieszy, że od czasu do czasu widzi moje nazwisko w stopce redakcyjnej, a trochę się martwi, czy będę miała z czego żyć. Babcia do tej pory ostrzega mnie co jakiś czas: w telewizji mówili, że po polonistyce pracy nie ma. Ale najczęściej to, co robię, jest postrzegane jako ciekawe, rozwijające, choć niekiedy też trochę niepokojące. Często pojawiają się pytania o zakres ingerencji w cudzy tekst i o to, w jakim stopniu pozostaje on tekstem autorskim.

Wojciech Górnaś: Budzi sporo podziwu związanego z tym, że jestem postrzegany jako ktoś „obcujący” z interesującymi, znanymi postaciami. Podziw ustępuje miejsca wesołości, gdy uświadamiam rozmówcom, że postaciom nawet największego formatu zdarza się zrobić literówkę lub pomylić konwersatorium z konserwatorium. Córka oznajmiła nam ostatnio, że będzie redaktorką, jak rodzice. Popłakała się strasznie, gdy kategorycznie zabroniłem. Na szczęście w odwodzie jest kariera strażaczki.

Czy czujecie się członkami i członkiniami jakiegoś środowiska, np. literackiego lub jakiegoś innego „branżowego” związanego z waszą pracą, czy raczej oddzielacie pracę od życia prywatnego?

Wojciech Górnaś: To smutne pytanie. Bardzo brakuje mi tego mitycznego złotego wieku, kiedy zespół redaktorski siedział w jednym biurze i czerpał wszelakie korzyści z synergii. Kiedy młodzi adepci fachu terminowali u mistrzów, bla, bla, bla. Nie wiem, czy naprawdę tak to działało. Słyszałem parę opinii, że zupełnie nie. Miałem wiele razy okazję zakosztować namiastki tego stylu pracy, przeglądając i omawiając poprawki ze starszymi redaktorkami i korektorkami, które zdobyły doświadczenie właśnie na etatach w wydawnictwach. Ogromnie dużo mi to dało, to fakt, ale też doceniłem kapitalne znaczenie wymiany doświadczeń między redakcjami. Bo co z tego, że ktoś całe lata przepracował w jednym wydawnictwie i uczył się od bardziej doświadczonych, jeśli nauczył się czegoś źle? Stanowczo brakuje mi środowiska, w którym można by się wymieniać wiedzą, umiejętnościami, pytaniami. Istnieje co prawda na Facebooku grupa wsparcia merytorycznego dla redaktorów i korektorów, ale poziom pytań, a tym bardziej odpowiedzi bywa tam żenujący. Błąd interpunkcyjny w nazwie tejże grupy wygląda jak ostrzeżenie dla poważnych ludzi, że nie mają po co tam zaglądać. Wracam do odpowiedzi na pytanie: z radością zostałbym członkiem środowiska przyjaźniących się osób, które wykonują ten sam zawód co ja. To się zresztą po troszku zaczyna dziać.

Brakuje mi środowiska, w którym można by się wymieniać wiedzą, umiejętnościami, pytaniami

Anna Mirkowska: Zgadzam się z Wojtkiem, że takiego środowiska brakuje. Dla mnie również jakąś jego namiastką były i są rozmowy ze znajomymi redaktorami i korektorami, spotkania w wydawnictwach (kiedyś, na końcowym etapie pracy nad książką, poproszono mnie, żebym przyszła do firmy i w miarę możliwości została dłużej – z radością się zgodziłam), teraz – współpraca z bardziej doświadczonym i niezwykle dokładnym kolegą z działu. Podobną rolę odgrywało dla mnie też działające kiedyś prężnie forum korektorów w serwisie GoldenLine – toczyły się tam często fascynujące, wielostronicowe dyskusje o sprawach, zdawałoby się, zupełnie nieistotnych (bo komuż chciałoby się spierać o pisownię łączną i rozdzielną?).

Rozumiem, że nawiązujesz tutaj, Wojtku, do idei Stowarzyszenia Korektorów i Redaktorów (SKiR)? Z czego ona wyniknęła? Czemu i komu ma służyć taka instytucja? Na jakim etapie realizacji obecnie się znajduje?

Wojciech GórnaśAnna Mirkowska: Chcemy być stowarzyszeniem branżowym. Idea wzięła się chyba stąd, że powstała masa krytyczna osób niezadowolonych z podobnych spraw. Punktem zapalnym był płomienny wpis Emilii Kolinko, która sprzeciwiła się nieprzestrzeganiu przez pewne wydawnictwo dobrych praktyk. Chodziło chyba o powierzenie do „korekty” tekstu, który ewidentnie nie został porządnie zredagowany. Stawka za korektę jest o wiele niższa od stawki za redakcję, więc Emilia słusznie poczuła, że wykonuje pracę, za którą zapłacono komuś innemu. W naszym zawodzie – przykra codzienność. Ale tym razem jakoś tak się złożyło, że parę osób pomyślało: „Czas z tym coś zrobić”. Dzięki dyskusji, która się wywiązała, uzmysłowiliśmy sobie skalę problemu – to, jak wiele osób boryka się z tymi samymi kłopotami, od jak dawna to trwa i co dokładnie wymaga zmian (ustalenie zakresu obowiązków, terminy, zróżnicowanie stawek).

Jako Stowarzyszenie Korektorów i Redaktorów (SKiR) chcemy być stowarzyszeniem branżowym

Powołaliśmy zatem stowarzyszenie, kończymy formalności związane z rejestracją. Mamy ambitny plan działania w czterech kierunkach. Po pierwsze, chcemy zintegrować środowisko. Warto, żebyśmy się znali, wiedzieli, kto się w czym specjalizuje, chcemy też się od siebie nawzajem uczyć. Jednak żeby wymieniana wiedza miała gwarancję jakości, chcemy, żeby dzieliły się nią kompetentne osoby. Po drugie, chcemy odświeżyć i dostosować do nowych czasów standardy prac redaktorsko-korektorskich. Zakres obowiązków powinien być ściśle określony, żeby zleceniodawca (zwykle: wydawca) wiedział, czy pracę wykonano zgodnie z regułami sztuki. Ma to wykluczyć sytuacje, w których osoba bez odpowiednich umiejętności podejmuje się jakiegoś zlecenia, a zleceniodawca – nie mając narzędzi weryfikacji – uważa, że zadanie zostało wykonane. Takie standardy chcemy opublikować, by mogli się na nie powoływać z jednej strony nasi klienci, a z drugiej – osoby wykonujące nasz zawód. Po trzecie, chcemy stworzyć bazę wiedzy i sprawną, podzieloną na klarowne wątki platformę do zadawania pytań i odpowiedzi. Słowniki i inne źródła poprawnościowe nie nadążają za potrzebami zawodowców, zresztą nie od tego są. Praktyka w naszym zawodzie często oznacza, że potrzebujemy odpowiedzi dużo bardziej specjalistycznej niż ta, którą znajdziemy w poradniach językowych czy słownikach poprawnej polszczyzny. Po czwarte, chcemy uporządkować sprawę umów i stawek. Na wzór Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury stworzymy wzorcowe umowy. Będziemy też rekomendować stawki za różne, szczegółowo poklasyfikowane rodzaje prac.

 

Śledź zmiany
To cykl tematyczny poświęcony praktyce redaktorskiej. Kliknij, by przeczytać pozostałe teksty z cyklu.

Ilustr. Aga Lutostańska

Anna Mirkowska
– ur. 1991, redaktorka i korektorka. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, studiowała też ukrainistykę. Pracuje w Dziale Wydawnictw Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK, ponadto stale współpracuje z kilkoma wydawnictwami.

Wojciech Górnaś
– ur. 1981, redaktor, korektor, tłumacz z angielskiego i litewskiego, mąż najlepszej korektorki na świecie, ojciec Olgi. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim, nie ukończył filologii bałtyckiej tamże. Wspólnie z żoną prowadzą firmę Redaktornia.com, która zajmuje się redagowaniem i korektami, a także koordynacją większych projektów wydawniczych, przy których wydawca zamawia cały pakiet prac nad książką.

Andrzej Frączysty
redaktor „Małego Formatu”.
POPRZEDNI

varia  

Literatura jako drogie hobby - od redakcji

— Redakcja

NASTĘPNY

recenzja  

Stacja jutro

— Bartosz Suwiński