Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Przechwytywanie manifestu
Cykl tekstów poświęconych „Manifestowi komunistycznemu”. Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty cyklu.

Ilustr. Grzegorz Samson

Europejska albo atlantycka „nowoczesność” – póki co odłóżmy na bok filozoficzne komplikacje tego pojęcia – zrodziła się w wyniku podwójnej rewolucji: jednej o charakterze bardziej politycznym, drugiej o charakterze bardziej ekonomicznym. As simple as that. Pierwsza z nich, francuska, określiła warunki liberalnego parlamentaryzmu i otworzyła drogę do tej kultury politycznej, którą dziś moglibyśmy z pewnymi (znaczącymi) przekąsami nazwać „demokratyczną”. Wydarzenia z okresu pomiędzy zdobyciem Bastylii a zamachem stanu dokonanym przez Napoleona Bonaparte oraz późniejszą proklamacją I Cesarstwa na zawsze zmieniły oblicze polityki i sposób jej prowadzenia. Przy okazji reedycji „Manifestu komunistycznego” po prostu trzeba te wszystkie wstępne oczywistości wypowiedzieć. Uchwalona w 1789 roku Deklaracja praw człowieka i obywatela stanowi najbardziej doniosłe świadectwo politycznego fermentu, który opanował ówczesną burżuazyjną Francję – formalnie egalitarne idee Deklaracji w ciągu następnych dziesięcioleci miały stopniowo „skapywać” na cały kontynent i niezależnie od wzlotów i upadków ancien régime’u z wolna nadawać mu nową, republikańską tożsamość.

Druga z „rewolucji”, brytyjska, ukształtowała ekonomiczny model rozwoju społeczeństw, jednocześnie w sposób zasadniczy zmieniając ich dynamikę. Nie bez kozery wstawiam tutaj cudzysłów, transformacja ta przebiegała bowiem powoli, była długotrwała i trudno w jej przypadku wskazać jakąś umowną datę. Zasadniej jest zatem mówić o pewnym długotrwałym procesie. W momencie, który nas interesuje – a więc w drugiej połowie lat czterdziestych XIX wieku – dopiero raczkowała: podobnie jak francuska rewolucja polityczna, brytyjska rewolucja przemysłowa zadziałała zatem z pewnym naturalnym opóźnieniem. Słowem, dojrzewały one stopniowo, a ich fundamentalny wpływ na kształt nowego, rodzącego się podówczas świata stał się oczywisty dopiero z późniejszej perspektywy. Niemniej, nagły rozwój technologii na wyspach umożliwił wprowadzenie nowych sposobów produkcji – zapowiedź fordowskiej taśmy montażowej majaczy tu już gdzieś na odległym horyzoncie – a tym samym przyczynił się do pogrzebania feudalnej struktury społecznej i przygotował grunt pod radykalne, industrialne przemiany całego kontynentu.

W wielkim, „telegraficznym” – żeby zostać przy nazewnictwie epoki – skrócie tak właśnie wygląda dla nas punkt zero. Podczas długiego XIX stulecia świat nabrał niebywałego rozpędu. Zresztą tę niezwykłą dynamikę czasów „wiecznego ruchu i wiecznego niepokoju” świetnie opisał w swojej klasycznej już trylogii Eric Hobsbawm – zainteresowani tematem z pewnością do niej sięgną. Pamiętacie spory Settembriniego i Naphty z „Czarodziejskiej góry” Manna? To dokładnie ten horyzont dociekań. W każdym razie dla nas ważne jest to, że nowoczesność, której świt nastał gdzieś pomiędzy 1789 a 1848 rokiem, to triumf burżuazyjno-liberalnego kapitalizmu: białego, męskiego, heteroseksualnego.

***

Marksizm – jeśli idzie o jego intelektualne zaplecze – w najogólniejszym rozumieniu zrodził się natomiast z podwójnej krytyki: wprzódy francuskiego socjalizmu utopijnego, a po wtóre brytyjskiej ekonomii politycznej. W tym sensie stanowił dziecko – albo, zdaniem niektórych, bękarta – swojej epoki, jej krytyczny rewers. Za jego duchowego ojca uważa się niemieckiego filozofa żydowskiego pochodzenia, Karola Marksa.

Co jest ważne? To, że Karol Marks był najbardziej przenikliwym badaczem oraz krytykiem burżuazyjno-liberalnego kapitalizmu. Czyli nowoczesności w jej dynamicznym, przemysłowym wydaniu. W żadnym wypadku nie był jednak sentymentalnym moralistą, jakich wielu wówczas – z Proudhonem, Fourierem i Bauerami na czele – zasilało pozornie postępową „myśl krytyczną”. Znamy zresztą takie postaci również z polskiej historii – starczy wspomnieć chociażby tłumacza „Kapitału”, Ludwika Krzywickiego. Krzywicki pochodził już co prawda z nieco innego etapu tej epoki, ale jego „antynowoczesny” – w tym rozumieniu, jakie temu pojęciu nadali Michael Hardt i Antonio Negri – opór przed tym, co nieuchronnie nadchodziło albo już nadeszło (z opóźnionym zapłonem), podszyty był podobnym, arbitralnym poczuciem pewnej moralnej wyższości nad swoją epoką. Czas „po Heglu” sprzyjał takim właśnie postaciom, podejrzanym prorokom nowej ery, postaciom o wielkiej charyzmie oraz, jakby homologicznie, ubogiej intuicji politycznej. Wielkie zmiany, które uruchomiła „podwójna rewolucja”, jeszcze przez jakiś czas dopingowały – pamiętajmy o całej spuściźnie oświeceniowej – marzycielstwo i naiwną śmiałość w projektowaniu różnych wersji „królestw wolności”, które już niebawem miały nadejść. Kto dziś – przenieśmy się jeszcze na chwilę o stulecie do przodu – pamięta przykładowo o Herbercie Marcuse i jego projekcjach w pełni zautomatyzowanych fabryk na przedmieściach ultranowoczesnych miast z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku? O wizjach fabryk, dzięki którym człowiek nie będzie musiał już pracować?

Ruch, z którym związał się w swojej młodości autor „Kapitału”, był typowym produktem swojego momentu dziejowego. Przypomnijmy w możliwie największym skrócie: Hegel – ten bodaj największy celebryta w historii zachodniej filozofii – umarł w 1831 roku i zostawił po sobie spuściznę, z którą nie do końca było wiadomo, co zrobić. Uczniowie „berlińskiego mistrza” podzielili się wkrótce na dwa nieprzychylne wobec siebie stronnictwa: kadrę profesorską, która system filozoficzny Hegla zmieniła w reakcyjną, chrześcijańską ideologię panowania, oraz grupę zapaleńców, którzy chcieli wykorzystać zostawione przez zmarłego mentora idee do krytycznego przepracowania dotychczasowych teorii politycznych oraz filozoficznych. Konflikt pomiędzy konserwatywnymi staroheglistami oraz postępowymi młodoheglistami – nazywanymi, kolejno, prawicą i lewicą heglowską – na kilka lat wyznaczył główną oś intelektualnego sporu w ówczesnych Prusach. Marks nawiązał kontakt z tymi drugimi i w relatywnie krótkim czasie stał się najbardziej rozpoznawalną twarzą formacji. Twórczy okres burzy i naporu nie potrwał jednak zbyt długo, co zresztą dość typowe. W łonie młodoheglistów szybko doszło do zasadniczej niezgody ideowej. Autor „Pracy najemnej i kapitału” nie mógł znieść wulgarnych, teologicznych ciągot i mistycznych fascynacji swoich współpracowników. Uważał, że koncepcje Bauera „i spółki” były nie tylko jałowe czy wtórne pod względem filozoficznym, ale również reakcyjne pod względem politycznym: albo ożywiały utopijne, archaiczne formy wspólnot in illo tempore, albo, przeciwnie – to akurat casus Maxa Stirnera – ustanawiały bezwzględną wyższość niepodległego „JA”, którego egoistyczny interes miał być jedynym zwornikiem ludzkich zachowań (choć, zaznaczmy, akurat na Stirnera w większym stopniu oddziaływała ta linia niemieckiego idealizmu, którą po Kancie wyznaczył Fichte). Polemiczny temperament Marksa nie pozwolił mu zostawić na swoich oponentach suchej nitki. Już w 1844 roku rozprawił się on z ideowymi mrzonkami młodoheglistów w napisanej wspólnie z Engelsem publikacji „Święta rodzina, czyli krytyczna krytyka krytyki”. Rozprawa ta, poświęcona myśli właśnie Brunona i Edgara Bauerów, stanowiła nie tylko ostateczne zerwanie z rozkładowymi ciągotami młodoheglistów, ale też wyodrębniła jej autorów na tle własnej epoki i jej „pokoleniowych” sporów. Komentując w kilka lat później orientację swoich byłych kolegów, Marks stwierdził, że „młodohegliści uwolnili państwo, ale nie uwolnili człowieka”.

Coś jednak zostało z całej tej – w gruncie rzeczy pod względem filozoficznym raczej nieznaczącej – kanonady. Niezależnie od rezultatów, młodohegliści usiłowali bowiem czytać Hegla przeciwko samemu Heglowi. Inaczej: chcieli jego system odwrócić i przeformułować w taki sposób, aby zamiast o abstrakcyjnym ruchu pojęć mówił o rzeczywistym ruchu świata. Marks już na zawsze został w tej orbicie. Najdobitniej wyraził to rok później w klasycznej, jedenastej tezie o Feuerbachu: „Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić”. To mocne stanowisko zwiastowało kierunek, w którym miała podążyć Marksowska krytyka. Kurs na dojrzały „materializm historyczny” został obrany.

Młodohegliści usiłowali przeformułować w taki sposób myśl Hegla, aby zamiast o abstrakcyjnym ruchu pojęć mówiła o rzeczywistym ruchu świata

***

Mija jakiś czas. Jest rok 1848. Marks – rosły, dobrze odżywiony „brodacz z Trewiru” – obchodzi w maju swoje trzydzieste urodziny. Ma już za sobą sporo doświadczeń. W ciągu ostatnich lat z różnych względów – raz osobistych, innym razem politycznych – tuła się pomiędzy Kolonią, Berlinem, Paryżem i Brukselą. Jest znaną postacią: znienawidzonym albo, o wiele rzadziej, szanowanym intelektualistą, a przede wszystkim aktywnym uczestnikiem podziemnego życia politycznego. Prześladuje go tajna policja trzech krajów.

Tymczasem świat galopuje do przodu. Nawet najbardziej światłych nie przestają zadziwiać zmiany, jakie w każdej dziedzinie życia forsuje „rewolucja industrialna”. Nagłe odkrycia z zakresu techniki, chemii i komunikacji z miesiąca na miesiąc zmieniają dynamikę życia całych społeczeństw Europy: to, co za dziada było nie do pomyślenia, za wnuka stało się częścią codzienności. Świat miał coraz mniej tajemnic, a wiara w ludzkie możliwości – w możliwości ludzkiej pracy, która przełamywała opór „tępej natury” – wydawała się nieograniczona. Pojawienie się silników parowych, użyźnienie gleb oraz kolej żelazna przecinająca kontynent od Madrytu po Moskwę – wszystkie te burżuazyjne genialności rewolucjonizowały życie codzienne milionów zwykłych ludzi, którzy z uczuciem niewypowiedzianego szoku budzili się ze średniowiecza.

O tych masach mówiło się wtedy „pracująca biedota”. Krytyka Marksa – Marksowska krytyka kapitalistycznych społeczeństw przemysłowych – podszyta była wielkim podziwem dla formacji, która „w ciągu swego stuletniego zaledwie panowania klasowego stworzyła siły wytwórcze znacznie liczniejsze i potężniejsze niż wszystkie poprzednie pokolenia razem”. Mowa, rzecz oczywista, o burżuazji: „Ujarzmienie sił przyrody, rozpowszechnienie maszyn, zastosowanie chemii w przemyśle i rolnictwie, żegluga parowa, koleje żelazne, telegrafy elektryczne, przysposobienie pod uprawę całych części świata, uspławnienie rzek, całe rzesze ludności jakby wyczarowane spod ziemi – które z poprzednich stuleci przypuszczało, że takie siły wytwórcze drzemią w łonie pracy społecznej?”.

***

To właśnie „Manifest partii komunistycznej”[1] z 1848 roku jako pierwszy z pełną mocą opisał tę nowoczesność, której my – ja, ty, mama, babcia – jesteśmy bezpośrednimi spadkobiercami:

Ciągły przewrót w produkcji, bezustanne wstrząsanie wszystkimi stosunkami społecznymi, wieczna niepewność i wieczny ruch – wyróżniają epokę burżuazyjną spośród wszystkich innych. Wszystkie stężałe, zaśniedziałe stosunki, wraz z nieodłącznymi od nich z dawien dawna uświęconymi pojęciami i poglądami ulegają rozkładowi, wszystkie nowopowstałe starzeją się, zanim zdążą skostnieć. Wszystko co stanowe i znieruchomiałe znika, wszelkie świętości zostają sprofanowane i ludzie są nareszcie zmuszeni patrzeć trzeźwym okiem na swe stanowisko życiowe, na swoje wzajemne stosunki.

Krótka broszurka, napisana przez Marksa i Engelsa na polecenie Związku Komunistów, pierwotnie mająca za zadanie określić tożsamość oraz ideologiczne credo raczej mało znaczącej[2] podziemnej organizacji politycznej, ostatecznie stała się jednym z najbardziej wpływowych dokumentów politycznych w historii ludzkości. Manifest nie tylko wyjaśniał dynamikę nowej epoki oraz przewidział kierunek, w którym ona podąży. Dokument ten jako pierwszy rozpoznał nowy, polityczny i kulturowy paradygmat nowoczesności. Żaden z ówczesnych myślicieli nie sięgał refleksją tak daleko i śmiało naprzód, nikt też nie był w stanie dokonać podobnych rozpoznań. Dwa tomy klasycznej rozprawy „O demokracji w Ameryce” Alexisa de Tocqueville’a (pierwszy wydany w 1835, drugi w 1840 roku), chociaż niezwykle błyskotliwe, w tonie rozpoznań były naznaczone pewną konserwatywną ostrożnością, która na planie politycznej projekcji w gruncie rzeczy nie była w stanie rozpoznać żadnych nowych, społecznych aktorów, którzy już w nieodległej przyszłości mieli wstrząsnąć „obliczem ziemi”.

Mimo wszystko „Manifest”, chociaż wzywa do powszechnego zjednoczenia proletariatu i eskalacji konfliktu klasowego, nie ustanawia jednak żadnego spójnego, konkretnego programu politycznego dla żywej pracy; nie jest również dokumentem o politycznej „taktyce” albo instrukcją wyjaśniającą jak skoczyć do upragnionego „królestwa wolności”. Samo słowo „komunizm” pojawia się w nim zaledwie kilkanaście razy: albo na zasadzie negatywnej, w ramach krytyki dotychczasowych postaci socjalizmu utopijnego, albo jako mglista, niesprecyzowana formuła – widmo, które „krąży po Europie”. Jasne jest, że dzisiaj, już po dokonanej globalizacji, w momencie, w którym postfordystyczne sieci kognitywne wyparły zestandaryzowane taśmy montażowe, a eksploatacja planety zrodziła realne zagrożenie dla przyszłego życia na Ziemi – na poziomie politycznym trudno tę broszurkę obronić. Zresztą sami autorzy nieustannie podkreślali jej krótkotrwałą aktualność, uzależniając celność jej diagnoz od poziomu rozwoju przemysłu. Niemniej, wypracowane przez duet Marksa i Engelsa pojęcia wprowadziły zupełnie nową jakość w myśleniu o rzeczywistości społecznej. Namysł nad kategoriami, którymi Marks zajmie się na poważnie w późniejszym etapie swojej twórczości, a które w „Manifeście” zostały zaledwie wzmiankowane, wyznaczył rozwój całego ogromu teorii politycznych, socjologicznych, filozoficznych oraz ekonomicznych naszej współczesności. Nie sposób wyliczyć wszystkich szkół, które do dziś czerpią z ustanowionego na kartach „Manifestu” paradygmatu intelektualnego; wystarczy tylko wzmiankować, że bez tej krótkiej broszurki nie byłoby lwiej części dzisiejszych krytycznych teorii kultury.

Siła Manifestu – jego bezprecedensowa wizyjność – wydaje się nieodparta. Można go traktować – za Marshallem Bermanem – jako jedno ze szczytowych osiągnięć literackiego modernizmu; jako niezwykle błyskotliwe dzieło literackie o niemalże biblijnej mocy retorycznej i wyjątkowej strukturze narracyjnej, z charakterystycznymi, krótkimi, płomiennymi zdaniami rozpisanymi na uporządkowane paragrafy. Dominująca w nim, niezwykle sugestywna metaforyka – szczególnie przy okazji pochwały dokonań burżuazji – podporządkowana jest zapowiedzi wstrząsów i przyszłych walk klasowych, które proletariat będzie musiał podjąć w celu przemiany „całokształtu stosunków społecznych”. Rewolucyjna rola burżuazji, przekonywali Marks z Engelsem, wyczerpała się; na obecnym poziomie sił wytwórczych to proletariat, rozumiany jako zwarta klasa, powołany jest do przejęcia steru historii: „Burżuazyjne stosunki produkcji i wymiany, burżuazyjne stosunki własności, współczesne społeczeństwo burżuazyjne, które wyczarowało tak potężne środki produkcji i wymiany, podobne jest do czarnoksiężnika, który nie może już opanować wywołanych przez się potęg podziemnych”. Dialektyczna opozycja nekromanty i wyczarowanych przez niego chowańców – wszystkich uciśnionych przez morderczy system pracy najemnej – określa heglowski ruch zniesienia, jakim podszyta jest kondycja rodzącej się epoki. I teraz wiadoma sprawa: ten eschatologiczny ton stanowi zarówno o sile, jak i słabości „Manifestu”. W starciu z dzisiejszą lekturą może urzekać na poziomie stylistycznym, jednak konsternuje na poziomie taktyki politycznej. Nie ma co udawać, Marks wyobrażał sobie historię jako proces rządzący się żelaznymi prawami konieczności i to na tym teleologicznym przeświadczeniu budował wizję „przeskoku”, który miał niebawem nastąpić. W tym sensie już do końca miał pozostać pod wpływem myśli heglowskiej. Uważał, że wewnętrzne sprzeczności kapitalizmu same doprowadzą do jego końca. Błąd. Już od dawna wiemy, że cykliczne kryzysy nie stanowią żadnej sprzeczności systemu; są jego „naturalną” zasadą działania. Z dzisiejszej perspektywy – prawdziwie globalnej supremacji kapitalistycznych stosunków produkcji – dziejowa misja proletariatu okazała się polityczną mrzonką par excellence. To jednak żadna tragedia. To raczej wyzwanie, przed którym dzisiaj stoimy jako uciśnieni w systemie pracy najemnej. Wszyscy codziennie handlujemy z własnym płacodawczym mordorem. I chociaż współrzędne wyzysku zostały znacząco przemieszczone – nie chodzi już „tylko” o wartość dodatkową, ale nasze moce kognitywne, afektywne zdolności i, ogólnie, formy życia – podstawowe intuicje zostają te same.

»Manifest« można traktować jako błyskotliwe dzieło literackie o niemalże biblijnej mocy retorycznej i wyjątkowej strukturze narracyjnej, z charakterystycznymi, krótkimi, płomiennymi zdaniami rozpisanymi na uporządkowane paragrafy

Czyli tak: w sto siedemdziesiąt lat po pierwszym wydaniu „Manifestu komunistycznego” trudne do uchwycenia siły globalnego kapitału – albo „aterytorialnego Imperium” – wciąż przypominają posępnego czarnoksiężnika: nigdy nie będzie on jednak w stanie wyciszyć tych potęg podziemnych, które wyczarował.

Wszyscy szczęśliwi i nieszczęśliwi, wszystkie radosne i zrozpaczone! Dajcie sobie na warsztat „Manifest komunistyczny”: WALKA TRWA DAMN IT

 

*Cytat z Młodego Osy

[1] Od niemieckiego wydania z 1872 roku znany pod skróconym tytułem „Manifest komunistyczny”.

[2] Przynajmniej w makroperspektywie, a trzeba pamiętać, że długi wiek XIX miał niezwykły rozmach pod względem perspektywy właśnie.

Przechwytywanie manifestu
Cykl tekstów poświęconych „Manifestowi komunistycznemu”. Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty cyklu.

Ilustr. Grzegorz Samson

Krzysztof Sztafa
– ur. 1991, krytyk literacki, publicysta, prozaik. Doktorant w Instytucie Badań Literackich PAN w ramach projektu „Humanistyka cyfrowa”. Publikuje w prasie i internecie. Stały współpracownik „Małego Formatu”. Mieszka w Warszawie
redakcjaAndrzej Frączysty
korekta Lidia Nowak
POPRZEDNI

rozmowa  

Manifest i sprawczość

— Jakub Nowacki

NASTĘPNY

szkic  

Wyklęty ludu ziemi. Wokół „Szpiku egzystencji” Mariana Czuchnowskiego

— Jakub Skurtys