fbpx
Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Tak chciałabym móc usiąść z Tobą, jak dawniej, na zakurzonej kanapie u Anki. Jakimi dziećmi byliśmy wtedy, Stefciu, szczęśliwymi dziećmi. […] Och, kochanie, oglądałam „Strachy” któregoś dnia. Z tym sentymentalnym napisem: Spółdzielnia Autorów Filmowych. Pobeczałam się jak głupia. […] I wiesz, widziałam Ciebie. Pamiętasz, że byłeś kiedyś na zdjęciach i statystowałeś na widowni? Moje maleństwo! Taki kochany fajczany pysk pokazał się nagle. No, ale nie rozczulajmy się[1].

Czasy, za którymi tęskni Franciszka Themerson, to lata 30. XX wieku, kiedy w Warszawie razem z grupą przyjaciół i mężem Stefanem przeżywali i wypracowywali to, co później nazwano początkiem polskiego kina artystycznego. Poza pięcioma produkcjami stworzonymi do roku 1938 w Polsce („Apteka”, „Europa”, „Drobiazg melodyjny”, „Zwarcie”, „Przygoda człowieka poczciwego”) i dwiema kolejnymi, już podczas pobytu w Londynie („Calling Mr. Smith”, „The Eye & the Ear”), Themersonowie organizowali również pokazy filmów zagranicznych. Działaniom tym towarzyszyło wydawanie ich czasopisma „f.a.”, w całości poświęconego obrazom awangard europejskich. Numery wyszły co prawda tylko dwa, na temat francuskiego i angielskiego kina, jednak świadczą o ich dużym zaangażowaniu w animowanie dyskusji na temat sztuki. To ostatnie najpełniejszą realizację znalazło w idei Common Room – świetlicy, którą artyści stworzyli w piwnicy swojego londyńskiego wydawnictwa. Miała to być przestrzeń do swobodnego dialogu pomiędzy przedstawicielami sztuki i nauki, a więc ludźmi rozmawiającymi ze sobą nieczęsto. Podobnie w późniejszej twórczości Themersonowie realizowali się w konkretnej metodzie: wszechstronności czy wielotorowości. Nie wystarczyło im zorganizowanie samego wydarzenia, zaproszenie ludzi, puszczenie filmów i powrót do domu. Każde przedsięwzięcie było sumiennie zaplanowaną i przeżywaną formą przygody – od wstępnej koncepcji, wyboru tekstów do wydania, przez wyjazd do Londynu i Paryża, aby zdobyć materiały i kopie filmów, odbyć kilka rozmów i wrócić do Polski, po wyświetlenie obrazów. W międzyczasie wciąż komponowali układ czasopisma, na które skądinąd składały się eseje – zarówno nowe, jak i pieczołowicie dobrane tłumaczenia przedruków. Widać na tym przykładzie, jak realizowała się Themersonowska potrzeba złożoności źródeł. Jej wyrazem jest również poetyka wydania ich dokumentów osobistych, które nakładem Wydawnictwa słowo/obraz terytoria ukazały się pod tytułem „Niewysłane listy”. Poświęcę tej publikacji więcej uwagi.

Poetyka wydania dokumentów osobistych Themersonów pokazuje, jak realizowała się ich potrzeba złożoności źródeł

Rzadko się zdarza, żeby korespondencja wychodziła najpierw w przekładzie, a dopiero po kilku latach w oryginale. „Niewysłane listy” są właściwie reprodukcją angielskiego wydania, które ukazało się w 2013 roku nakładem wydawnictwa Gaberbocchus Press & De Harmonie. Autorem projektu graficznego zarówno „Unposted Letters”, jak i polskiego odpowiednika oryginalnego wydania jest Pedro Cid Proença, który w sposób kapitalny już obwolutą sygnalizuje nam łączność książki z innym porządkiem symbolicznym – archiwum Themersonów. Niebiesko-szary kolor okładki odsyła właśnie do teczek, które w ogromnej liczbie wypełniały dom opiekunki spuścizny po twórcach Jasi Reichard. Ta ostatnia, nie bez pomocy przyjaciół, przez ponad dwie dekady porządkowała m.in. listy, dzienniki, notatki, rysunki, fotogramy, książki, dokumentację medyczną, zdjęcia, obrazy, pocztówki, telegramy, rzeźby, bilety oraz mapy, które złożyły się na sprzedany Bibliotece Narodowej zbiór, od 2015 roku obecny w Warszawie. Poza tym jeszcze dwa razy puszcza oko do odbiorcy Cid Proença. Układ tytułu i autorów jest nawiązaniem do wieloletniej papeterii listowej małżeństwa, a dominującym nośnikiem przekazu estetycznego pozostaje wyżłobienie duktu pisma Franciszki. Wszystko to, wyłącznie na poziomie zewnętrznego zetknięcia się z książką, wpisuje nasze doświadczenie we wtórny (względem rękopisów) porządek odbioru.

Podobne strategie obserwujemy w samym wnętrzu książki, w którym tekst przestaje być dominujący, a obecność rysunków i reprodukcji dokumentów zaczyna warunkować sensowność lektury. Na całość wydania składają się różne gatunki autobiograficzne (listy – wysłane, niewysłane – dzienniki, telegramy, zdjęcia, opowiadania, wiersze, spisy). Niewolna od oryginalności jest tu również figura edytora, który przez blisko czterysta stron prowadzi nas tak, jak prowadzi swoich czytelników narrator książki dla dzieci. . Szczególnie przejawia się to w przypisach, które są nie tyle okazją do poinformowania nas o datach urodzin czy śmierci poszczególnych postaci, jak zwykło się je klasycznie wykorzystywać, ile odautorskim komentarzem na temat doświadczeń małżeństwa. Co więcej, wbrew przyjętym standardom edytorstwa naukowego autorzy wydania nie zdecydowali się na umieszczenie odniesień według układu typograficznego zakładającego podporządkowanie, sygnalizowane zmniejszeniem stopnia pisma oraz umieszczeniem ich w dole strony. W „Niewysłanych listach” przypis przeplata się z tekstem i reprodukcjami dokumentów, jest równowartościowym źródłem opowiadania o życiu Themersonów. W tym sensie nie mamy tu do czynienia z wydaniem wykorzystującym wyłącznie metodę transliteracji (czy jeszcze gorzej – transkrypcji), lecz z naświetlaniem danego odcinka życia Themersonów przy użyciu wielu form figuratywności. By oddać jak najwięcej szczegółów, które składają się na idiomatyczność tych dokumentów, pozostawiono również skreślenia, telegramy natomiast pozostawiono nieprzetłumaczone z francuskiego, by „lepiej oddać klimat czasu historycznego i doświadczenie piśmienne twórców”[2]. Subtelniej więc w edytorstwo (!) podążają twórcy polskiego i angielskiego wydania – Jasia Reichard, Nick Wadley, Joanna Błachnio i Małgorzata Sady.

Ta tekstualno-wizualna rekonstrukcja doświadczeń wojennych Themersonów wymaga finezyjnych metod, bo jest działaniem na tkance niezwykle delikatnej. Dwuletnia separacja w latach 1940–1942, która jest powodem intensywnych i wielotorowych działań intymistycznych Themersonów, to przede wszystkim czas ich dojmującej samotności. Franciszka przebywa w Wielkiej Brytanii, Stefan we Francji, oboje natomiast oddaleni są od rodziny, która pozostała w Polsce, opuszczonej przez artystów na rok przed drugą wojną światową. W przymusowym odosobnieniu nieustannie starają się zbliżać do siebie, czy to poprzez żarliwie podejmowane próby kontaktu i organizowania przejazdu Stefana do Londynu, czy wzajemną troskę o samopoczucie drugiej osoby. Troska ta zadecyduje o tym, że część spośród zamieszczonych w tomie stu pięćdziesięciu listów dokumentów nie zostanie wysłana. „Kochanie moje, znów list, którego nie wyślę. Jest ciężko i źle. Duszno nie do zniesienia. Do pasa już siedzimy w błocie i to nawet na artretyzm nie pomaga” – pisze Franciszka[3]. Taką terapeutyczną funkcję pełnią rysunki autobiograficzne, których wybór również został włączony do wydania. Wykonane piórkiem i czarnym tuszem prace zapowiadają styl, który w kolejnych latach stanie się podstawowym sposobem wyrazu malarki – łączącym zwyczajność linii z humorem i błyskotliwością obserwacji ludzkich zachowań.

Tekstualno-wizualna rekonstrukcja doświadczeń wojennych Themersonów wymaga finezyjnych metod, bo jest działaniem na tkance niezwykle delikatnej

Podobnie jest w przypadku Stefana, któremu prowadzenie dziennika zdaje się pomagać w wyrażaniu, a więc przeżywaniu, izolacji i obaw. Zarówno w tych notatkach, jak i w listach wysłanych do żony pisarz nierzadko dzieli się również swoim rozczarowaniem kondycją moralną ludzi, z którymi przebywa w ośrodku dla uchodźców we francuskim Voiron. Dla obojga praca „dla siebie” jest w tym czasie jedynym sposobem na zachowanie spokoju i równowagi: „Ludzie, którzy nie mają własnej moralności, identyfikują się z opinią otoczenia. A opinia otoczenia to wynik potrzeb i historii, to statystyka”[4] – notuje w dzienniku pisarz. Malarka z kolei w wysłanym liście skarży się na środowisko polonijne Londynu: „Ciekaw jesteś, co u przyjaciół? Stefania [Zahorska] kończy permanentnie tę samą wciąż powieść, której początki czytałeś. Jest coraz gorsza. Adam kupuje krawaty i marynarki. Właściwie już mało ich widuję. Nie mam cierpliwości”[5]. Nie mogąc rozmawiać, czyli rozwijać się poprzez systematyczne, każdego dnia rozpoczynane na nowo poznawanie siebie w kontakcie z drugą osobą, piszą do siebie listy. A ponieważ żadnemu to nie wystarcza, zapisy te pełne są zniecierpliwienia i poczucia mordęgi, których źródłem jest myśl, że nie można posiedzieć sobie razem na zakurzonej kanapie u Anki, jak w latach 30., kiedy oboje pracowali w Warszawie nad filmami i książkami dla dzieci.

Na koniec jeszcze o pożytkach płynących z kilku nowinek dotyczących twórczości Themersonów. Latem ubiegłego roku gruchnęła informacja, że została odnaleziona „Europa”! O rewelacyjnym znalezisku najważniejszego, jak się przyjmuje bez znajomości (bo skąd?) dzieła, filmu w dorobku małżeństwa można mówić za sprawą Instytutu Pileckiego. Premierowe pokazy w wielu miastach Europy (m.in. w Londynie, Paryżu, Berlinie) zaplanowane są na kwiecień. W Polsce będzie można obejrzeć film chociażby w warszawskiej Zachęcie 23 kwietnia. To nie wszystko. Między lipcem a październikiem ubiegłego roku mogliśmy oglądać wystawę rysunków i obrazów autorstwa Franciszki („Linie życia” w CSW Łaźnia w Gdańsku, kuratorem był Paweł Polit). Jest ona już co prawda zamknięta, ale został po niej katalog, a także niedawno opublikowany przez gdańską galerię znakomity wybór tekstów poświęconych twórczości artystki („Franciszka Themerson”) autorstwa brytyjskiego krytyka Nicka Wadleya[6].

Jakie pożytki płyną z tych nowinek? Co wprowadził w nasze postrzeganie ich twórczości ostatni ruch wokół Themersonów? Ważne wydaje się przede wszystkim jedno – impuls do rozstania. Tak, rozstania, ale takiego na wesoło, bo z krzywdzącym obrazem tej pary awangardystów jako twórców rzeczy niepoważnych na papierze i płótnie. Nie, nie przekonuję do tego, żeby wbrew im samym zacząć traktować rzeczy z powagą. Sądzę jednak, że gdzieś pomiędzy żartem a majestatycznością jest jeszcze dojrzałość, która żywi się lekkością. W tych rejonach ich upatruję, bo właśnie tutaj widzę najwięcej wolności.

 

[1] F. Themerson, S. Themerson, „Niewysłane listy”, Gdańsk 2019, s. 347.

[2] Prywatna rozmowa z tłumaczką Joanną Błachnio.

[3] Tamże, s. 104.

[4] Tamże, s. 163.

[5] Tamże, s. 212.

[6] N. Wadley, „Franciszka Themerson”, oprac. Jasia Reichardt, Gdańsk 2019.

Franciszka i Stefan Themersonowie

„Niewysłane listy. Listy, dzienniki, rysunki, dokumenty. 1940–1942", Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2019, s. 408.

Honorata Sroka
doktorantka dyscypliny literaturoznawczej Szkoły Doktorskiej Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Warszawskiego, współpracowniczka Zespołu „Archiwum Kobiet” Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się piśmiennymi i wizualnymi praktykami autobiograficznymi Franciszki i Stefana Themerson, w szczególności listami oraz literaturą eksperymentalną. Publikowała m.in. w „Forum Poetyki”, „Czasie Kultury”, „Małym Formacie” oraz „Kulturze Liberalnej”.
redakcjaMałgorzata Tarnowska
korekta Natalia Popławska

Franciszka i Stefan Themersonowie

„Niewysłane listy. Listy, dzienniki, rysunki, dokumenty. 1940–1942", Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2019, s. 408.

POPRZEDNI

rozmowa  

Nie dajmy się sparafrazować

— Jakub Nowacki

NASTĘPNY

recenzja  

O'haryzm

— Zbigniew Jazienicki