fbpx
Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format
Ilustracja Agaty Lutostańskiej do recenzji książki "Wysoka łączliwość" Pawła Kaczmarskiego

Paweł Kaczmarski

„Wysoka łączliwość. Szkice o poezji współczesnej", Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza, Wrocław 2018, s. 262.

 

Wszystko nam się trochę popieprzyło.

Paweł Kaczmarski

Inspirując się pewnymi elementami stylu pisarskiego Pawła Kaczmarskiego, nie mogę nie zacząć recenzji jego debiutanckiej książki krytycznoliterackiej inaczej niż od mocnego stwierdzenia. „Wysoka łączliwość. Szkice o poezji współczesnej” to rzecz rewelacyjna, lektura obowiązkowa dla każdej osoby zainteresowanej zarówno nowymi zjawiskami w poezji współczesnej, jak i stanem rozmowy na jej temat. A ponadto książka, dzięki której pewne przemiany w myśleniu o kulturze, jakie daje się zaobserwować w Polsce w ostatnich latach, są bardziej zrozumiałe i widoczne.

Ale po kolei.

Nie mam wątpliwości, że debiut Kaczmarskiego powinno się czytać w podobny sposób, jak inne książki krytycznoliterackie zajmujące centralne miejsce w obrazie literatury współczesnej. Wybór opublikowanych w latach 2010–2018 recenzji, szkiców oraz felietonów Kaczmarskiego to do pewnego stopnia dokument nieodległego okresu gorących sporów, jakie rozgorzały wokół pojęć poezji i krytyki zaangażowanej[1]. Rzecz jasna, byłby to dokument sporządzony przez osobę, nomen omen, zaangażowaną tak jako polemista, jak i jako krytyk towarzyszący w argumentowanie za związaną z tymi pojęciami koncepcją poezji, krytyki i rzeczywistości polityczno-kulturowej. Krążące po krajowym polu literackim od 1989 roku widmo polityczności[2], powołane do życia wraz z wyrzuceniem poza obszar zainteresowania mainstreamu obszarów rzeczywistości, które nie pasowały do narracji modernizacyjnej, najciekawszą, najbardziej dyskutowaną i najwyrazistszą formę przybrało właśnie w działalności krytycznoliterackiej Kaczmarskiego, Marty Koronkiewicz, Moniki Glosowitz, Mai Staśko, Dawida Kujawy oraz Jakuba Skurtysa. Deklaracje młodego cyberkolektywu „Wjazd/Zjazd”, takie jak ta, że „(…) dzisiaj się nie da pisać w sposób niepolityczny”, jasno pokazują, że wypracowany między innymi przez Kaczmarskiego styl myślowy, w którym polityczność to chleb powszedni refleksji, ma się dobrze. „Wysoka łączliwość” jest więc książką istotną chociażby jako głos ze środka ważnej dla poezji współczesnej konstelacji krytyczek i krytyków, poetek i poetów.

Debiut Kaczmarskiego powinno się czytać w podobny sposób, jak inne książki krytycznoliterackie zajmujące centralne miejsce w obrazie literatury współczesnej

Oczywiście nie sposób sprowadzić książki Kaczmarskiego do „reprezentowania” jakiejś grupy. „Wysoką łączliwość” trzeba bowiem rozpatrywać również jako dopełnienie działań wydawniczo-organizacyjnych podejmowanych przez krytyka w ostatnich latach (samodzielnie, wspólnie z Koronkiewicz[3] lub konstelacją katowicko-wrocławsko-poznańską). Ważne posłowie do „Wybiegania z raju” Tomka Pułki, wybory wierszy Jerzego Jarniewicza i Szczepana Kopyta, antologia krytyczno-poetycka „Zebrało się śliny”, współredagowanie „Przerzutni”, „Widm”, „8. Arkusza »Odry«” oraz trzech poetyckich jednodniówek, a także (współ)organizowanie lub (współ)prowadzenie niezliczonej liczby spotkań… Jak by powiedział Rafał Wawrzyńczyk, Kaczmarski to urodzony „organizator pola”, a „Wysoka łączliwość” dodatkowo potwierdza i utwierdza jego pozycję w polskim życiu literackim. W książce znajdziemy więc m.in. teksty poświęcone poetkom i poetom (Kirze Pietrek, Ilonie Witkowskiej, Konradowi Górze, Kopytowi, Pułce, Tomaszowi Bąkowi), z którymi Kaczmarski jako ich aktywny komentator jest kojarzony, oraz cztery eseje przedstawiające stanowisko autora w sprawach kluczowych dla jego krytycznoliterackiego przedsięwzięcia. Wszystko to składa się na wyrazisty obraz pisarstwa Kaczmarskiego, uwydatnia jego charakterystyczne elementy, ulubione tematy, autorów itd.

„Wysoka łączliwość” jest jednak także książką, dzięki której osoba kompletnie niezorientowana w tym, czym ostatnimi laty żyła część pola literackiego, może wejść w sam środek rozmowy z wiedzą na temat nazwisk, kontekstów czy konkretnych perspektyw lekturowych. Nieakademicki charakter zbioru, podkreślany przez Kaczmarskiego we wstępie, nie kończy się bowiem na pustych deklaracjach. Jednocześnie żadną miarą nie da się zaszufladkować „Wysokiej łączliwości” jako książki „popularyzatorskiej”, która to kategoria w polskich warunkach niestety najczęściej odnosi się do powierzchownej, reprodukującej język marketingu influencerskiej pisaniny. Przechwytując sformułowanie, którym Kaczmarski posługuje się w szkicu o wierszach Klary Nowakowskiej, można by powiedzieć, że jego teksty są „mocne swoją precyzją i dyscypliną”. Nie łaszą się do fantazmatu zwykłej czytelniczki, ale też nie utożsamiają czytelniczki z koleżanką z seminarium doktoranckiego.

Jeśli miałbym wskazać najważniejszy powód, dla którego „Wysoka łączliwość” jest książką godną uwagi, to byłby to właśnie jej styl. Nie mam tutaj jednak na myśli ani banalnych, wsobnych zachwytów nad „kunsztem pisarskim”, ani tematu literackości tekstu krytycznego. Chodzi o to, że za sprawą odpowiedniego wyboru i kompozycji swoich tekstów oraz ich stylistyki Kaczmarski pokazuje, że kwestia stylu pisarskiego jest bezpośrednio powiązana z polityczną stawką jego projektu krytycznego oraz wspólnotowo-pokoleniową opowieścią, jaką da się wyczytać z książki.

 

Przeciw dialektowi teorii

Kaczmarski wskazuje na wpisaną w swoją książkę narrację „rozwojową” we wstępie, pisząc, że „Wysoka łączliwość”

(…) jest zapisem pewnego metodologicznego (teoretycznego, filozoficznego) przesunięcia – stopniowej, ale zasadniczej zmiany w stosunku do kategorii znaczenia i interpretacji. Teksty wcześniejsze opierają się implicytnie na szeregu założeń wywiedzionych z szeroko rozumianej teorii francuskiej czy poststrukturalizmu: znaczenie jest współtworzone przez czytelnika; interpretacja to działanie twórcze; tekst nie ma jednego, określonego zawczasu znaczenia. W związku z tym dobry krytycznoliteracki tekst to nie tylko (…) taki, który zawiera trafne odczytanie omawianych utworów, ale taki, który w jak najciekawszy, najbardziej zaskakujący czy najbardziej nowatorski sposób „zderza” te utwory z interesującą teorią, innymi tekstami czy (…) skojarzeniami.

Autor zapewne dostrzega poststrukturalistyczne szwy swoich wczesnych tekstów, pamięta, co go intelektualnie kręciło osiem, dziewięć lat temu, kiedy pisał o Pułce, Julii Szychowiak czy Mariuszu Grzebalskim. Dla mnie fascynacja nadwiślańską (czy może nadodrzańską) wersją tego, co za amerykańskimi podręcznikami nazywa się French Theory, jest jednak kompletnie niewidoczna nawet we wczesnych tekstach Kaczmarskiego. Weźmy poświęcony Pułce szkic „Wzdłuż linii załamań” z 2011 roku. Oto dwudziestoletni Kaczmarski, (zapewne) ambitny student (zapewne) chłonący Derridę, Foucaulta czy Lacana, pisze szkic o poezji, z którą przy odrobinie retorycznego samozaparcia można zrobić wszystko. Można przy okazji popękanych obrazów serwowanych przez autora „Zespołu szkół” rozwijać charakterystyczną dla polskiego poststrukturalizmu metaforykę roślinną (kłącza, plenienie, rozrost…), wodną (przepływ, dryf, wir, strumień…) lub nihilistyczną (Nicość, Kres, Koniec, Śmierć…). Można żonglować cytatami z nowości wydawniczych „Krytyki Politycznej” lub dowolnego eseju Michała Pawła Markowskiego.

Dlaczego „można wszystko”? Wina nie leży w Pułce, lecz w kształcie pola krajowej humanistyki, z którego wyrasta współczesna krytyka literacka. Otóż jednymi z narzędzi, dzięki którym na dużej części kierunków humanistycznych w naszym kraju wytwarza się podmiotowość nowoczesnego intelektualisty[4], jest właśnie nauka teoretycznego dialektu oraz wykształcenie przekonania, rzadko wypowiadanego wprost, że zasadność użycia danego kontekstu teoretycznego czy filozoficznego to kwestia retorycznej sprawności piszącego. Kiedyś na konferencji naukowej w Łodzi w czasie dyskusji po referatach pewna doktorantka stwierdziła, ku zaskoczeniu wszystkich zebranych, że wcale nie uważa różnych języków teoretycznoliterackich za przydatne narzędzia, dzięki którym można czytać literaturę na różne ciekawe sposoby – a takie przekonanie promuje u nas między innymi podręcznik „Teoria literatury XX wieku” Markowskiego i Anny Burzyńskiej. Nauka „teorii”, czyli zarówno sformatowanego kanonu kilkudziesięciu niezmiennych nazwisk, jak i bieżących nowinek importowanych z centrów kulturowego kapitału, była według niej elementem koniecznej, ale nie bezbolesnej socjalizacji do uniwersyteckiego habitusu, zachowywania się tak, jak przyjęło „się” zachowywać. Nie muszę chyba dodawać, że jej wypowiedź uznano za dziwną, niemądrą. Nazwanie niepisanych reguł pola zawsze wiąże się bowiem ze sprzeciwem podmiotów, które w nim funkcjonują.

Nie bez powodu w „Wysokiej łączliwości” ani razu nie pojawia się nazwisko Derridy, nieszczęsny emblemat dekonstrukcjonistycznej maniery, która swego czasu święciła triumfy w polskim literaturoznawstwie (zwłaszcza w krytyce literackiej). Kaczmarski tak w swoich wczesnych, jak i późnych tekstach krytycznych nie przemawia dialektem teorii, który oprócz pełnienia funkcji dyscyplinujących w obszarze krytyki literackiej wspiera także marginalizację poezji współczesnej oraz dyskursu na jej temat jako „hermetycznych” praktyk oddzielonych od życia codziennego. Jeśli uznaje za konieczne przywołanie określonego kontekstu filozoficznego (jak np. w recenzji „Statystyk” Kiry Pietrek, w której przydają mu się sytuacjoniści), to go wprowadza, tzn. opatruje krótkim wyjaśnieniem, nie wrzuca zaś nazwisk bez słowa komentarza.

Na tle określonych, silnych u nas standardów pisania krytycznego debiutujący Kaczmarski musiał brzmieć obco. Na przekór dominancie tematycznej krytyki inspirowanej przez postmodernizm krytyk szuka u Pułki „logiki narracji”, „podstawowej, autorskiej strategii” łączącej tryb wizyjny i aforystyczny, próbuje „podjąć rozmowę z poetą”. Zamiast drążyć w metaforach języka oddzielonego od rzeczywistości i podpierać się cytatami z nazwisk o dużym kapitale symbolicznym, Kaczmarski znajduje u Pułki figury „silnej, wyrazistej podmiotowości”. Ze sposobu, w jaki krytyk obchodzi się z wierszami autora „Zespołu szkół”, widać, że zdaje sobie sprawę, w jakich kontekstach filozoficzno-teoretycznych najłatwiej mógłby spacyfikować tę poezję. I świadomie, choć nienachalnie odrzuca je na rzecz rozczytywania „najprostszych alegorii”, nie będąc przy tym anachroniczny, zachowawczy. Interpretacyjną (do)wolność Kaczmarski zastępuje więc interpretacyjną odpowiedzialnością czy też świadomością tego, że jednym z zadań krytyka literackiego jest łączenie czytelniczki z utworem literackim, komentowanie go tak, aby był otwarty także na bardzo podstawowe doświadczenie lektury, na pytania: „O co tutaj chodzi?”, „Dlaczego to jest tak napisane?”.

Precyzyjny, wolny od zbędnych izmów styl i poszukiwanie formuł, zasad, konceptów pozwalających uchwycić zasadniczy dla danego pisarstwa splot problemów – to wspólne elementy wszystkich recenzji i szkiców interpretacyjnych, które znalazły się w „Wysokiej łączliwości”. Co ciekawe, także w samych całościowych regułach i formułach, które odnajduje Kaczmarski, często da się zauważyć pewną regularność. Egzaltacja głosu (Kopyt), figura wyliczenia dająca głos wykluczonym podmiotom, słowom i rzeczom (Góra), mówienie jednym językiem o całej rzeczywistości (Domagała-Jakuć)… Powtarzam: to nie przypadek, że Kaczmarski nigdy w swojej książce nie przywołuje Derridy. Interesują go bowiem głos, dykcja, ton, konkretny podmiot mówiący „w imieniu”, czyli to wszystko, co sytuuje się bliżej codziennego doświadczenia języka i rzeczywistości, nie zaś pismo, kategoria écriture czy do cna wyalienowany podmiot wydany na pastwę semiozy.

To ważne przesunięcie.

Kaczmarskiego interesują głos, dykcja, ton, konkretny podmiot mówiący »w imieniu«, czyli wszystko, co sytuuje się bliżej codziennego doświadczenia języka i rzeczywistości

 

„Oddzielenie to alfa i omega spektaklu”

W jednym ze szkiców znajdujących się w „Wysokiej łączliwości” znaleźć można coś, co wydaje się opisem metody Kaczmarskiego:

Często właśnie przy dużym zmęczeniu, zamykających się powiekach bądź ciążącej od dłuższej chwili senności udaje się dostrzec w tekście jakąś wyraźną linię, ukryty mechanizm, właściwe znaczenie tekstu. Jakby odkrywało się coś pod wierszem – jego rdzeń, podstawę, przyczynę (może sytuację, z której ten wiersz się zrodził?). (…) zmęczony język czytelnika, jego literacki słuch, dokonuje radykalnej selekcji bodźców, wrażeń i spostrzeżeń. Kieruje naszą uwagę na kluczowe miejsca wiersza zamiast „konstelacji sensów” i „sieci tropów” (…) Dzięki temu dystans między kolejnymi obrazami, frazami i sensami gwałtownie się skraca (…).

Wątpię, żeby Kaczmarski przysypiał za każdym razem, gdy w trakcie lektury odkrywał jakąś „zasadę”, chociaż biorąc pod uwagę niedoczas, w jakim sam piszę, jest to możliwe. Istotne jest jednak powiązanie przez Kaczmarskiego określonego trybu interpretacji, krytycznej uważności, z prozaiczną, codzienną sytuacją. Szukanie „rdzenia, podstawy, przyczyny” danej twórczości poetyckiej oraz skupienie na tym, kto się wypowiada (nie zaś „zapisuje” czy „rozpisuje”) w wierszu, w pewnym momencie stało się bowiem dla Kaczmarskiego punktem wyjścia do opisywania ciągłości między poezją, zwłaszcza formalnym ukształtowaniem wiersza, a życiem.

Trzeba o tym pamiętać, bo Kaczmarski w „Wysokiej łączliwości” powtarza to wielokrotnie, a z niezrozumienia tego brała się większość sporów wokół pojęcia krytyki zaangażowanej. Otóż autora nie interesuje relacja między poezją a politycznością rozumianą jako oddzielna dziedzina ludzkiej egzystencji, gdyż stawką jest dla niego „zniesienie samego podziału”. Nie interesuje go także opisywanie jakiegoś osobnego nurtu „twórczości zaangażowanej” (wprost krytykuje taką perspektywę krytycznoliteracką w recenzji z „Siły niższej” Góry). Jak deklaruje we wstępie do książki, w modelu „krytyki wysokiej łączliwości”

nacisk kładzie się nie na poszczególne dziedziny literatury, kultury i życia wzięte z osobna, ale na ich nierozerwalne relacje, na życie jako całość; zamiast szufladkować, dzielić i pozwalać na zepchnięcie poezji do niszy zarezerwowanej „dla pasjonatów”, mówi się uparcie o tym, w jaki sposób wiersz nawiedza naszą codzienność.

W takich fragmentach Kaczmarski zdaje się przechwytywać język nowofalowej krytyki literackiej. Dla porównania: Stanisław Rosiek w eseju „Bezimienność i naiwne czytanie” z 1978 roku[5], krytykując strukturalizm w wydaniu krytycznoliterackim, pisał, że wytyczanie granic „niepodległego terytorium” literatury ujawnia ideologię

obawy przed wejściem w pozaliterackie rejony życia społecznego lub troski, by literatura za sprawą i z pomocą krytyki nigdy się tam nie dostała. Powinna bowiem pozostać w specjalnie dla niej wydzielonym sektorze społecznym.

Jasne jest, że wystąpienia nowofalowców odnosiły się przede wszystkim do sytuacji komunikacyjnej czasów PRL-u. „Pozaliterackie rejony życia społecznego”, którymi zdaniem Rośka powinny się zająć i literatura, i krytyka, to nieskłamana przez partyjny aparat medialny późnogierkowska rzeczywistość. Oczywiście, ani Rosiek, ani Zagajewski, ani Kornhauser raczej nie inspirowali się w swoich esejach „Społeczeństwem spektaklu” Guy Deborda czy heterodoksyjnymi nurtami marksizmu, stanowiącymi bardzo ważny punkt odniesienia dla projektu krytycznego Kaczmarskiego. Wspólny dla autora „Wysokiej łączliwości” i nowofalowców jest jednak sprzeciw wobec sytuacji kulturowo-społecznej, w której dowartościowuje się lub uznaje za naturalną segmentację życia, specjalizację różnych sfer działalności człowieka, w tym – wydzielenie szeroko pojętej sfery polityczności jako czegoś, co w twórczości artystycznej gości na prawach, cóż, gościa właśnie, raczej niechcianego.

Dla Kaczmarskiego motorem postępującej alienacji życia nie jest, rzecz jasna, partyjny autorytaryzm PRL-u, lecz kapitalizm w wydaniu neoliberalnym, którego mechanizmy mogą rządzić naszą wyobraźnią („There is no alternative”), relacjami międzyludzkimi („Z kim opłaca mi się utrzymywać kontakt?”) czy wreszcie sposobem, w jaki piszemy i myślimy o literaturze. Styl pisania Kaczmarskiego, wcześniej interpretowany przeze mnie jako wolta przeciwko środowiskowemu dialektowi teorii, wyrasta zatem z krytyki globalnego systemu ekonomicznego, którego jednym z pośrednich efektów jest właśnie amerykańska recepcja poststrukturalizmu, dowartościowująca relatywizm poznawczy i mnogość języków teoretycznych dostępnych na „rynku idei”, a ponadto rozmywająca konkretne kwestie polityczne w pojęciu dyskursu.

Mogę tylko zgadywać, ile pracy włożył Kaczmarski w to, żeby na poziomie językowo-konceptualnym z jednej strony nie reprodukować podzielonego, neoliberalnego obrazu kultury (tam jest Polityczność, a tu Literackość), z drugiej zaś sensownie włączać swój marksistowski światopogląd w praktykę interpretacyjną (podział na „teorię” i „praktykę” to przecież jeszcze jedno dobrze znane oddzielenie, którym żywi się kapitalistyczny Spektakl). Postulaty „krytyki wysokiej łączliwości” realizują się jednak u Kaczmarskiego w sposób lekki i naturalny, nie na poziomie upartych, męczących deklaracji, lecz określonego lekturowego nastrojenia, którego efektem są zajmujące, trafne obserwacje. Najłatwiej dostrzec ich walor, gdy skonfrontujemy je z koleinami myśli, którymi mógłby podążyć krytyk. Przykładowo: zamiast czytać „Pamiętne statusy” Łukasza Podgórniego w szerokim, acz zamkniętym kręgu internetowych kontekstów, Kaczmarski przekonuje, że

(…) naginanie pewnych socjologiczno-formalnych granic między tradycyjną poezją a rdzennie internetowymi formami literackimi – niezależnie od tego, czy samo z siebie okazuje się formalnie nowatorskie – pozwala odkryć wspólne tym obiegom lingwistyczne impulsy; czy raczej znaleźć miejsca, w których współcześnie przejawiają się pewne uniwersalne językowe intuicje.

Zamiast wyodrębniać z tomu „Lucyfer zwycięża” Witkowskiej „tematy”, „wątki” polityczne, Kaczmarski wkłada interpretacyjny wysiłek w to, aby pokazać, że poetka dzięki kondensacji przekazu przedstawia perspektywę zwierzęcą, postawę proimigrancką czy feministyczną „jako sprawy życia samego, życia »w ogóle«”. Zamiast traktować poezję Kopyta jako głos politycznego aktywisty, który ma w nosie tak drobnomieszczańskie pojęcia jak „forma” czy „tradycja”, krytyk pokazuje twórczość autora „yassu” w mozaikowym kontekście amerykańskiego modernizmu (Walt Whitman) oraz jazz poetrySaulem Williamsem na czele (nie wiadomo czemu pomija jednak ważną dla Kopyta poezję Tomaža Šalamuna). Zamiast uznawać szumy, glitche Pułki za symptomy zamykania się poety w obszarze znaków lub narzędzia szczeniacko rozumianej rewolucji (bełkoczmy, aby zniszczyć system!), Kaczmarski stwierdza, że autorowi „Rewersu” jest blisko do klasycystycznej, holistycznej koncepcji poezji („wiersz ma objąć całość doświadczenia”). Wreszcie, zamiast uznawać ironię za wyjściowy tryb wypowiadania w poezji współczesnej, szuka u Bielickiego, Kopyta, Witkowskiej, Góry innych tonów języka.

Tam, gdzie może, Kaczmarski łączy, splata, zszywa i zawiązuje – byleby tylko ograniczyć postępujące rozdystansowywanie, parcelowanie życia codziennego przez kapitał.

 

Pragnienie ciągłości

Czy w świetle wszystkiego, co napisałem dotychczas, uznaję „Wysoką łączliwość” Kaczmarskiego za książkę pozbawioną wad? Z pewnością Kaczmarskiemu zdarzają się oceny, z którymi się nie zgadzam. „Hotel Jahwe” Domagały-Jakucia nie jest według mnie tak wspaniałą książką, jak przedstawia ją krytyk, a przy całym uwielbieniu dla ostatniego tomiku Bąka miałbym wątpliwości, czy można o nim powiedzieć: „książka równie dobra, co najlepsze książki poetyckie napisane w języku polskim” (bo jakie kryteria mielibyśmy przyjąć, Pawle?). Chciałbym też w innej, wyobrażonej wersji „Wysokiej łączliwości” przeczytać, co Kaczmarski ma do powiedzenia chociażby na temat poezji Barbary Klickiej, Natalii Malek, Justyny Bargielskiej, Piotra Janickiego, Roberta Rybickiego, Grzegorza Wróblewskiego, dowiedzieć się, jak w zaproponowanym przez niego modelu lektury zagrałyby te nazwiska.

Paradoks polega jednak na tym, że po lekturze całości książki spór z Kaczmarskim wydaje się produktywnym poznawczo zajęciem, nie zaś egoistyczną zabawą w przeciąganie liny. Dzieje się tak za sprawą prezentowanego przez krytyka od kilku lat radykalnego poglądu na interpretację, brzmiącego jak prowokacja wymierzona w sporą część nowoczesnego i ponowoczesnego literaturoznawstwa. Podążając za Walterem Bennem Michaelsem, Kaczmarski obstaje bowiem za „twardym intencjonalizmem”, w świetle którego znaczenie tekstu literackiego jest tożsame z intencją autora, nie zaś – jak przyjęło się uważać nawet w zachowawczych nurtach teorii literatury – produktem lektury dokonywanej przez interpretatora, autonomicznym względem twórcy efektem interpretacji.

Na pierwszy rzut oka wygląda to na próbę przejęcia władzy nad interpretacją. Nie chcę teraz szczegółowo rekonstruować tego, jakie zalety dostrzega Kaczmarski w intencjonalizmie – on sam zdaje się na razie sprawdzać jego możliwości – warto jednak wspomnieć o kilku powodach, dla których ten pogląd nie daje się łatwo zbyć. Przede wszystkim: mocny intencjonalizm świetnie współgra z całym projektem krytycznym Kaczmarskiego. Przedsięwzięcie krytyka byłoby ufundowane na bardzo chwiejnych podstawach, jeśli miałby on pozostawić interpretację w nienaruszonym stanie. Najżarliwsze deklaracje Kaczmarskiego wciąż dałoby się spacyfikować wymijającymi stwierdzeniami typu: „Mówiąc, że poezja jest domyślnie polityczna, po prostu przedstawiasz swoją interpretację tego, czym jest poezja, i czym jest polityczność. I to jest OK, o ile uznasz moje prawo do mojej interpretacji: prawdziwa poezja to domena najwyższej sublimacji Ducha, do której żadna paskudna polityka nigdy wejść nie może”. Jeśli krytyczno-politycznym celem Kaczmarskiego jest nierozdzielanie różnych sfer życia, podkreślanie ich wzajemnej łączliwości (np. tego, że pisząc o poezji, piszę o świecie, w którym żyję), to musi on obstawać przy takiej teorii interpretacji, która przedstawia go nie jako twórcę znaczeń tekstu literackiego, lecz kogoś, kto walczy o prawdę. Powiedzmy to chociaż raz nieironicznie.

Kontrowersyjne? Pachnące niebezpiecznym radykalizmem? Wsteczne? Namawiam do pomyślenia, kiedy ostatni raz przy okazji lektury współczesnego tekstu krytycznoliterackiego myśleliśmy o teorii znaczenia, interpretacji, relacji łączącej tekst literacki z osobą autora i o tym, z jakim światopoglądem się one łączą. Kaczmarski zmusza nas do pomyślenia o często nieprzemyślanych podstawach naszego kontaktu z literaturą – i to jest bardzo, bardzo cenne.

Kaczmarski zmusza nas do pomyślenia o często nieprzemyślanych podstawach naszego kontaktu z literaturą

Co więcej, z uwagi na to, że krytykowi zależało na tym, abyśmy czytali „Wysoką łączliwość” ze świadomością tak radykalnego poglądu na interpretację (znaczenie jest jedno i jest tożsame z intencją autora), nasza niezgoda na to, co Kaczmarski pisze o danej książce, danym autorze czy danej autorce, nie skazuje nas w punkcie wyjścia na dociekanie, w jakiej metodologicznej bańce znajduje się on, a w jakiej znajdujemy się my. Rozmowa dotyczy bowiem tego samego, wspólnego nam wszystkim znaczenia, możemy się więc o nie spierać na tym samym poziomie.

Trzeci powód, dla którego proponowany przez Kaczmarskiego intencjonalizm wydaje mi się interesujący i przydatny, ma charakter pokoleniowo-klasowy. Aby go wytłumaczyć, muszę jednak uciec w lekką dygresję.

W opublikowanej w 2016 roku na łamach „Dwutygodnika” rozmowie, którą Maciej Jakubowiak przeprowadził z Agatą Bielik-Robson i Grzegorzem Jankowiczem, pojawia się wypowiedź nawiedzająca mnie (i z tego, co wiem, nie tylko mnie) po dziś dzień w momentach krytycznoliterackiej autorefleksji. Otóż na pytanie Jakubowiaka: „Do czego jest wam potrzebne pisanie o literaturze?”, Bielik-Robson odpowiedziała:

(…) Nie ma dla mnie większej wolności niż swobodne pisanie o literaturze. To samo apogeum działalności intelektualnej. Po to się nauczyłam myśleć, żeby uprawiać taką swobodną spekulację. Już komentowanie dzieł filozoficznych wiąże się z różnego rodzaju obostrzeniami, które nie występują na polu literatury. Pisanie o literaturze to najwyższy stopień swobody, jaki może osiągnąć podmiot myślący w dzisiejszym świecie.

Jako biedny filolog nieczujący się na siłach, aby komentować dzieła filozoficzne, i uczący się po godzinach programowania, żeby zapewnić, nie tylko sobie, jako tako stabilne życie po doktoracie, trochę zazdroszczę Bielik-Robson pewności, że pisanie o literaturze nie wiąże się z żadnymi obostrzeniami. Że o literaturze według autorki – odcinającej się co prawda od roli krytyczki literackiej – można pisać to, co się komu podoba, wyrażając tym samym w retorycznie powabny sposób swoje prawo do wolności. Po chwili jednak nawet ta odrobina zazdrości znika, a model pisania o literaturze propagowany przez Bielik-Robson, model, który na najogólniejszym poziomie wydaje mi się (z pewnymi różnicami, ważnymi wyjątkami itd.) wspólny dla dużej części intelektualistek oraz intelektualistów z roczników 60. i 70. – roczników 80. już tak pewien nie jestem – staje się dla mnie nieznośny. Dlaczego?

Na apologię wolności ­interpretacyjnej – nawet jeśli regulowanej wspólnotowo – może sobie pozwolić profesorka wykładająca w Nottingham, autorka książek filozoficznych respektujących do pewnego stopnia „różnego rodzaju obostrzenia”, przewodnicząca kapituły Nagrody Literackiej Gdynia. Bielik-Robson wypracowała sobie pozycję w środowisku humanistyczno-literackim, dzięki której może spokojnie twierdzić na łamach ważnego, poczytnego czasopisma, że „pisanie o literaturze to swobodna spekulacja”. Niestety podobny sąd wypowiedziany przez hipotetyczną doktorantkę z pęczkiem artykułów naukowych w garści nie byłby dla nikogo interesujący. Przede wszystkim zaś automatycznie wykluczyłby ją z jakiegokolwiek sporu o znaczenie. Bo o co się spierać i z kim, skoro w teorii wszyscy i wszystkie możemy pisać tak samo „swobodnie”, produkując takie znaczenia, jakie odpowiadają naszemu sercu? Jonathan Culler przy okazji dyskusji o interpretacji tak krytykował Richarda Rorty’ego i Stanleya Fisha (sądzę, że ta krytyka przypadłaby do gustu Kaczmarskiemu):

(…) nic łatwiejszego jak powiedzieć studentom literatury, żeby nie zaprzątali sobie umysłu próbami zrozumienia tego, jak funkcjonuje literatura, a jedynie czytali dla przyjemności lub w nadziei trafienia na książkę, która zmieni ich życie. Wszakże taka wizja badań literackich, negująca istnienie publicznej struktury dyskursu, w której ramach młodzi lub nieliczący się teoretycy mogliby podważyć poglądy osób zajmujących w sferze badań literackich pozycje autorytetu – otóż wizja taka sprawia, że pozycje te są nienaruszalne, i w efekcie umacniają pewną strukturę, zaprzeczając możliwości istnienia jakiejkolwiek struktury.

Innymi słowy, kiedy Bielik-Robson w cytowanej rozmowie przyznaje, że traktuje literaturę instrumentalnie, pisanie o literaturze zaś to dla niej (ważny, piękny, ale) odpoczynek od komentowania filozofów, reprodukuje liberalny model debaty o kulturze z pozycji kogoś, kto zajmuje w niej mocną pozycję, nie biorąc pod uwagę zasadniczych nierówności w dostępie do „wolności interpretacyjnej”. To fakt, nie przytyk. Proponowany przez nią tryb lektury, współgrający przecież z opisywanym wcześniej poststrukturalnym leseferyzmem, wyrasta z konkretnej wizji świata.

We wspomnianym wywiadzie Bielik-Robson wyjaśniała, że traktuje literaturę instrumentalnie, gdyż literatura jest jej „do życia potrzebna”. Pozornie więc filozofka byłaby niespodziewaną sojuszniczką projektu Kaczmarskiego – w końcu jemu też chodzi o „życie”. Nic bardziej mylnego. Jak przekonuje bowiem Koronkiewicz w niedawno wydanej książce poświęconej poezji Andrzeja Sosnowskiego, wydobywając z arcyciekawego sporu między Bielik-Robson a Sosnowskim jego polityczną podstawę,

witalizm rozumiany jako przeciwieństwo tanatyzmu utwierdza (…) liberalny program Bielik-Robson, od kilku lat zaciekle broniącej status quo klasy średniej i nowoczesnego burżuazyjnego państwa, jako politycznych zdobyczy, dla których jedyną alternatywą jest osunięcie się w autorytarną przemoc. Jeżeli bowiem alternatywą dla życia jest tylko śmierć, bronić trzeba życia w jego aktualnie istniejącej formie (…)

Bielik-Robson wpisuje swoje koncepcje filozoficzne w teksty literackie, aby wyrażając swoją podmiotową wolność, zachować się przy życiu rozumianym jako to, co jest, i żądać – jak pisze Koronkiewicz – „więcej tego, co już mamy”. Kaczmarski zaś jako autonomistyczny marksista uznaje życie przemielone przez neoliberalny kapitalizm za „rozczłonkowane, rozdarte i wybrakowane”. Cały swój wysiłek wkłada w to, żeby nawet w takiej niszy, jak pisanie o poezji współczesnej, myśleć o życiu niewyalienowanym, o czymś innym niż to, co już jest.

Irytację i zmęczenie modelem uczestniczenia w kulturze, którego reprezentantką jest Bielik-Robson, a który łączy się z określoną wizją debaty publicznej, życia politycznego itd., odczuwam nie tylko ja i nie tylko Kaczmarski. Nie tylko my szukamy perspektyw całościowych, syntetyzujących, uwzględniających połączenia między różnymi składowymi rzeczywistości. Koronkiewicz we wspomnianej książce szuka u autora „Taxi” ciągłości niewyalienowanego życia, śladów myśli utopijnej. Kujawa w swoim doktoracie pisze o ciągłości dykcji poetyckich, które zacierają podziały na „poezję hermetyczną” i „poezję codzienności”, używając przy tym do opisu krajowej krytyki literackiej po 1989 roku więcej niż raz słowa „neoliberalizm”. Olga Byrska w jednym eseju łączy recenzję „Powrotu do Reims” Didiera Eribona z autobiograficzną, osadzoną w kontekście społeczno-ekonomicznym opowieścią o „zdradzie klasy” i refleksją nad współczesną Francją. We wspólnie napisanym wystąpieniu na gali Silesiusa poeci Maciej Bobula, Jan Rojewski oraz Michał Domagalski mówili o tym, że system, w którym zwycięzca nagrody literackiej bierze wszystko, „a przegrany odchodzi z niczym”, jest niesprawiedliwy, więc decydują się podzielić przyznaną Bobuli nagrodę na trzy części. Kaczmarski w ostatnim akapicie szkicu kończącego jego książkę pisze:

Mówienie o polityczności wierszowej formy jest dziś głosem w obronie dwóch nietożsamych, ale jednakowo niepopularnych wśród krytyków kategorii: totalności (życia i codzienności) i uniwersalizmu (wartości, idei, ale też językowych oddziaływań). Dla niektórych to kategorie staromodne i zdyskredytowane; dla innych – niewystarczająco nowe. Dla nas – potrzebne.

„Wysoka łączliwość” to świetna książka o polskiej poezji współczesnej właśnie dlatego, że w jej zakończeniu okazuje się, iż głównym tematem wcale nie była literatura, lecz rzeczywistość tu i teraz.

 

[1] Pojęć, czyli całych konstruktów myślowych, ale niestety często i same terminy, a właściwie obecne w nich przymiotniki, były generatorami (zupełnie niepotrzebnych) dysput.

[2] Po wyczerpujący opis i analizę tematu polityczności w krytyce literackiej od początku lat 90. do 2009 roku (czyli publikacji „Zwrotu politycznego” Igora Stokfiszewskiego) odsyłam do artykułu Doroty Kozickiej „Krytyki literackiej kłopoty z politycznością (w ostatnim 20-leciu)”, tym samym zwalniając sam siebie z obowiązku rekonstruowania dyskusji.

[3] Na marginesie warto dodać, że Kaczmarski i Koronkiewicz, para w życiu prywatno-zawodowym, napisali wspólnie dwa fascynujące teksty-rozmowy: posłowie do Sankcji, czyli wyboru wierszy Jarniewicza, oraz „Wiersze do współczytania, wiersze do przegadania”.

[4] Raczej „intelektualisty” niż „intelektualistki”. Z mojego doświadczenia oraz doświadczeń moich przyjaciółek i koleżanek wynika, że polska humanistyka jest świetna w produkowaniu bucowatych, ironicznych, brawurowych retorycznie seksistowskich chłopców.

[5] Przedrukowanym w „Bez autorytetu”, książce krytycznoliterackiej napisanej wspólnie ze Stefanem Chwinem.

Paweł Kaczmarski

„Wysoka łączliwość. Szkice o poezji współczesnej", Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza, Wrocław 2018, s. 262.

Łukasz Żurek
ur. 1991, doktorant w Instytucie Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracował z portalem niewinni-czarodzieje.pl oraz czasopismem naukowym „Tekstualia". Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Kulturze Liberalnej”, „Kontencie”, „Przeglądzie Filozoficzno-Literackim” oraz w „Zagadnieniach Rodzajów Literackich".
redakcjaMałgorzata Tarnowska
korekta Karolina Wilamowska
POPRZEDNI

recenzja  

Po nich, po siebie

— Jakub Skurtys

NASTĘPNY

recenzja  

Wszyscy, czyli zgubieni

— Krzysztof Sztafa