fbpx
Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Żyjemy w dobie powszechnego zainteresowania się dolą chłopów. Wszyscy gadają o jego potrzebach i dążeniach. Gdy gdzieś tam, w głuszy wiejskiej, wybuchnie konflikt, dojdzie do krwi przelewu, padną trupy w Krzeszowicach lub Żukowie, wszyscy się na krew tę powołują, wynoszą ją na targowisko polityczne, czynią z niej argument w krzyżowym ogniu pytań, zarzutów i oskarżeń. Ale czy tym, którzy najgłośniej krzyczą, chodzi naprawdę o byt i świadomość chłopa? Czy w sporach swoich i targach politycznych nie obcują oni raczej z pewnym o chłopie sztucznym wyobrażeniem, które wytworzono z dawien-dawna na użytek warstw uprzywilejowanych a od wieków na pracy chłopa żerujących, jako na podścielisku, z którego wyrasta cały niemal gmach dotychczasowej cywilizacji?

Ale czy tym, którzy najgłośniej krzyczą, chodzi naprawdę o byt i świadomość chłopa?

Gdy mowa jest o chłopie, to tyrania tradycji narzuca nam od razu dwie cechy, które rzekomo stanowić mają rdzeń jego natury: religijność, posuniętą aż do ascezy i przywiązanie do roli, przechodzące w fetyszyzm. Obie te cechy uchodzą za nieodłączną potrzebę chłopa, wyrastającą z samego dna jego świadomości. Spróbujecie im zaprzeczyć, a każdy nazwie was fantastą albo ślepcem. Najskrajniejszy lewicowiec, najradykalniejszy inteligent-bezbożnik będzie uparcie dowodził, że chłop nigdy się wiary fanatyczniej nie wyrzeknie. I w dowodzeniach swych niekoniecznie odwoływać się będzie do malowniczych wrażeń, wyniesionych z oglądania procesji Bożego Ciała w Łowiczu. Wystarczą mu plakaty, wiszące na murach jakiejś stacji kolejowej a reklamujące Polskę z jej rozmodlonym ludem o twarzach tak poczciwych, że aż beznadziejnie głupich. Pochopność do wiary w uległość chłopów dla Kościoła jest tak nieprzeparta, że gdyby ktoś, wpadłszy na pobożny pomysł, wymalował na plakacie „kmiotków”, leżących pokotem u nóg wiejskiego proboszcza, to i ten niedorzeczny plakat uznanoby za odbicie prawdy i zgodzonoby się, że tak właśnie, pokotem baranim, leżą u stóp kleru chłopi całej Polski.

To uparte przeświadczenie o baraniej ludu wiejskiego pokorze wobec kleru i jego nauki możnaby zrozumieć, gdyby dziś jeszcze odpowiadało ono potrzebie Polski, potrzebie nowoczesnej warstwy inteligenckiej. Ale przecież wiemy, że tak nie jest. Inteligencja postępowa nie ma żadnego interesu w tym, aby chłopów oddawać w arendę kleru, a chłopi też, jeśli chodzi o ruch samorzutny, pod tę opiekę nie śpieszą.

Przytoczmy parę przykładów.

Już w ósmym lat dziesiątku ubiegłego stulecia, a więc rychło po zniesieniu pańszczyzny, gdy tylko wieś przestała lękać się batoga, strzegącego „praw bożych” narówni z prawami pańskiego dworu, znaleźli się chłopi, którzy zerwali z klerem. Napróżno jednak śladów tego „umysłowego powstania” szukalibyśmy w prasie lub literaturze. Kroniki chłopskie, jak wiadomo, pisane są tylko w pamięci współcześników i wraz z nimi schodzą do grobu. To też zaledwie cztery lub pięć osób, pozostałych dotąd przy życiu, we wsi Kaleń, gm. Lubania, pow. Rawa-Mazowiecka, opowiedzieć mogą o Pawle Dyjasińksim, Michale Domarackim i braciach Nagibałach, z których jeden, Jan, w obliczu śmierci, wzniósł się do stoicyzmu myśli świeckiej, godnego Seneki lub Spinozy.

W owych czasach, okutych w Polsce jeszcze kajdanami pół-feudalizmu, nie ladajakiej trzeba było odwagi, aby jawnie zerwać z klerem. Na bunt otwarty stać było tylko najmężniejszych. Wielu chłopów o nieprzeciętnym umyśle lecz o zwykłej mierze charakteru kryło się prawdopodobnie ze swymi przekonaniami, udając pobożność i naśladując uległość. Wypadki takie jakże często i dziś jeszcze można spotkać po wsiach.

Tak wygląda rzeczywistość. Ale kto ją opisuje? Kto ją bada? Inteligencja polska? Literatura polska? Publicystyka polska?

Inteligencja nasza – jeśli chodzi o sztandarowe poczty – sama będąc wyzwolona z dogmatyzmu religijnego, boi się „chłopa-niedowiarka”, jak niebezpieczeństwa społecznego. Wedle banalnego zdania, które na każdym daje się słyszeć kroku, chłop bez religii jest człowiekiem bez wędzidła moralnego, a więc niemal materiałem na bandytę. Takich inteligentów bezwyznaniowych, którzy jednak chętnie na szyi chłopa zaciskają obrożę klerykalizmu, chcielibyśmy ostrzec przed wyjazdem do puszczy Mariańskiej; w parafii Jeruzal, położonej w sąsiedztwie tej Puszczy było do niedawna około 100 dzieci nieochrzczonych z woli rozdziców-chłopów, którzy domagali się świeckich ksiąg stanu cywilnego. Aby przełamać opór wsi, trzeba było podstępu administracji, która zagroziła chłopom, że brak metryki chrztu pociągnie za sobą dużą grzywnę pieniężną. Wielu się ulękło, ale byli też tacy, którzy nawet pod groźbą kary nie ustąpili.

Inteligencja nasza – jeśli chodzi o sztandarowe poczty – sama będąc wyzwolona z dogmatyzmu religijnego, boi się „chłopa-niedowiarka”

Oto są przykłady, które dadzą się sprawdzić bez trudu: aby się przekonać o ich wymowie wystarcza poświęcić kilka godzin czasu i kilka złotych na autobus. Co do mnie, to osobiście stwierdziłem istnienie chłopów, którzy wewnętrznie zerwali z klerem, w 1500 wsiach, co najmniej. Niebrak ich w takich nawet miejscowościach, które powierzchownie słyną jako gniazdo klerykalizmu i religijniactwa. Niebrak wolnomyślicielstwa wśród chłopów w okolicach takich jak Busko, Ojców, Solec, Druskieniki. Nie wąptpię, że fala wolnej myśli oblewa uroczysty grobowiec Kasprowicza, piewcy „Księgi Ubogich”. Utwierdza mnie w przekonaniu tym Władysław Orkan, który nie wierzył w pobożność górali („Listy ze wsi”, tom II, str. 91 i nast.).

Pozwólmy sobie na odrobinę humoru i uspokójmy zatrwożonych a poczciwych kuracjuszów, gotowych w roku przyszłym wyrzec się wyjazdu do uzdrowisk, zagrożonych „niedowiarstwem” chłopów. Niechaj pozbędą się trwogi i jadą śmiele tam, dokąd jeździli przez lat tyle; niech jadą tym śmielej, że „zaraza bezbożnictwa” trwa w miejscowościach tych od lat co najmniej dziesięciu, a mimo to nie słyszeliśmy, aby wyładowywała się w jakichś niezwykłych okropnościach.

Jeśli wierzyć tym moim spostrzeżeniom co do narastania antyklerykalizmu wśród chłopów, a twierdzę dodatkowo, że w Polsce obecnej rzadko już spotka się wieś, nad którąby ksiądz proboszcz sprawował rządy niepodzielne, nasuwa się pytanie: czemu tę rzeczywistość ukrywa się pod korcem? Czemu się tej prawdzie chłopskiej przeczy w żywe oczy? Czyżby ze strachu przed nią? Szukając na to pytanie odpowiedzi, stwierdzić można, że w pewnych kołach inteligencji strach ów istotnie jest czynnikiem decydującym.

Wszelako strach, zwłaszcza strach, każący oczy zamykać na rzeczywistość, nigdy nie bywa cennym pierwiastkiem decyzji. A przede wszystkim nie może on stać się siłą, któraby rozwój rzeczy powstrzymała. Na przekór małodusznym i strachliwym diagnozom, wolnomyślicielstwo w masach chłopskich rośnie. Rośnie z roku na rok samodzielna myśl chłopska, na samodzielnym oparta doświadczeniu. Kler katolicki, mając swój własny, niezawodny wywiad, nie gorszy od policyjnego, wie co o tym ruchu chłopskim sądzić. Wie, że ruchu tego nie pokona. Ale pragnie go zasłonić, zakryć, zamaskować. I z tej gwałtownej potrzeby zasłon, maskujących istotną rzeczywistość, rodzą się te ustawiczne ostencje i manifestacje, zjazdy i kongresy katolickie.

Na przekór małodusznym i strachliwym diagnozom, wolnomyślicielstwo w masach chłopskich rośnie

Ale wystarczy podjechać koleją pod słynny Niepokalanow, zajść do wsi Strumiany Górne i Dolne, do Wiejcy lub innej wsi okolicznej, a potęga mitu kościelnego wśród chłopów przedstawi się nam zgoła inaczej. Jeszcze przed sześcioma laty proboszczowie pobliskich parafij powiatów sochaczewskiego i błońskiego cała odpowiedzialność za emancypacyjny ruch umysłowy chłopów składali na Wojciecha Konarskiego, 70-letniego gospodarza ze Strumian. Istotnie, Wojciech Konarski, jeden z pierwszych szermierzy „Zarania”, zasłużony działacz niepodległościowy, był wybitnym i nieprzejednanym wolnomyślicielem. Przeczuwając nadchodzący kres swego życia, zwrócił się do piszącego słowa niniejsze, prosząc o radę, na jaki cel przekazać resztę ziemi, 17 mórg, gdyż dzieciom swym, jak mówił, nie chciał dać więcej ponad to, co im już wcześniej zapisał, aby się nie poczuły zbyt zamożne i „nie poniechały walki z panami i księżami”. Konarski, jak się dowiedziałem, zgodnie z przeczuciem, które go nawiedziło, zmarł nazajutrz po złożonej mi wizycie wskutek anewryzmu serca. Ale ze śmiercią tego chłopa myśl wyzwolona w okolicy jego nie wygasła. Owszem krzewi się i rozrasta coraz szerzej.

Oto fakty, które dowodzą, że przywiązanie do kleru nie jest wśród chłopów elementem wyssanym z łona ziemi.

Tak samo pusta, czcza i fałszywa jest rozpowszechniona opinia o żywiołowym przywiązaniu chłopa do roli. W rzeczywistości ani rola przywiązała go do siebie, ani on przywiązał się do roli. Wbrew pospolitemu mniemaniu, chłop nie jest bynajmniej kretem, od natury przeznaczonym do grzebania się w ziemi. Jeśli grzebie się w niej przez całe życie, to nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi.

Balzac, który patrzał na chłopów oczami krytycznego i bystrego obserwatora, nie dostrzegł u chłopów żadnego defetyzmu w stosunku do ziemi. Chłopi Balzaca walczą przeciw dworom, pospołu z mieszczanami walczą o nowy ustrój demokratyczny. Wszelako wprędce po zdobyciu ziemi, gdy nędzne chaty bezradnie rozsiadły się po polach, gospodarze ich, na pytanie dziennikarza, czemu są niezadowoleni, skoro przecież „pozyskali wolność”, odpowiadają: „Nie możemy ruszyć się ze wsi, nie mamy za co ruszyć się z miejsca, bo już dawno żaden z nas nie miał dwufranówki w kieszeni (Balzac: „Chłopi” – cytuję z pamięci).

Chłopi Balzaca walczą przeciw dworom, pospołu z mieszczanami walczą o nowy ustrój demokratyczny

Nie będę tu podnosił innych skarg chłopa balzakowskiego, skarg, któreby nam ujawniły istotę jego poglądu na świat, na ów świat nowy, świat rzekomo wolny dla chłopa, na rolę społeczną, jaką w tym nowym świecie wyznaczono chłopu. Ale właśnie w związku z typem chłopa, tak wiernie i śmiało uchwyconym przez genialnego pisarza Francji, należy podkreślić z naciskiem, że ten typ balzakowski był bardzo niewygodny dla burżuazji wszystkich krajów europejskich; niewygodny był ten okaz chłopa – malkontenta, ściganego biedą i dręczonego niedolą; dlatego tez wszędzie został poniechany i zapomniany. Wynaleziono innego chłopa, który był dogodniejszy dla sfer ziemiańsko-kapitalistycznych. Wynaleziono chłopa szczęśliwego. Że jednak trudnoby było uwierzyć w szczęście nędzy kurno-chałupnianej, więc, aby to szczęście uprawdopodobnić, wyzłocono nędzę chłopską nimbem mistycznym, dano jej podkładkę „przywiązania do wiary ojców” i „przywiązania do ziemi”. Spętano chłopa mitologią.

Nowy ustrój burżuazyjny, zerwawszy stare pęta feudalizmu szlacheckiego, niósł wolność, zapowiadał dobrobyt i szczęście wszystkim. Cóż, kiedy dla chłopa dobrobytu nie starczyło! Wypadło mu tedy zaofiarować choćby „szczęście”, szczęście bez dobrobytu; szczęście, poprzestające na niedostatku, szczęście rozmiłowane w swej doli „ascetycznej”. Nie starczyło dobrobytu dla chłopa, więc stworzono majak dobrobytu, majak szczęścia, i majakiem tym postanowiono nie tylko ukoić wieś, ale i zakleić oczy tego odłamu inteligencji, który w sumieniu swym na nędzę i wydziedziczenie mas się nie godził. Postanowiono olbrzymią rzeszę chłopską po prostu zepchnąć sprzed oczu sumienia społecznego.

Sfery panujący i uprzywilejowane – ziemiaństwo, przemysł, banki i wyższa biurokracja państwowa – aby zapewnić sobie prosperowanie na bezradności i zastoju chłopa, poszły na kolosalny, imponujący fortel: zasklepiły wieś chłopską w złudnym nimbie szczęścia, jak muchę w bursztynie. I trudno nie przyznać, że fortel się udał.

Pozwolę sobie na mały przykład ze swoich własnych wspomnień osobistych.

Mając lat dziesięć, jako syn ubogiego chłopa, po raz pierwszy wyszedłem na zarobek do dworu. Wynajęto nas do suszenia torfu na łące. Do pracy stanęło około czterdziestu chłopców i dziewcząt: wszyscy – dzieci piętnasto lub dwudziestomorgowych gospodarzy. Dwór płacił nam podówczas 6 groszy od przestawienia tysiąca osełek torfu. Wśród zatrudnionych przy tej ciężkiej a rujnującej zdrowie pracy nie było, oczywiście, ani jednego głupca, któryby dzienny zarobek, nie przekraczający nigdy 15 kopiejek, uważał za szczęście i w szczęściu tym odnajdywał zadośćuczynienie za katorżniczą mordęgę. Wszyscy solidarnie klęli „dziedzica” za nieludzki wyzysk, a karbowego – to namacalne ucieleśnienie „przywiązania chłopa do pracy na roli” – klęli podwójnie za to, że nas pilnował. Toteż, gdy tylko się dało, topiliśmy w dołach z wodą wszystkie pokruszone osełki, które trudniej było złożyć, albo pakowaliśmy je do środka stożków, gdzie oczywiście porastały darniną i ginęły. Podobnież, przy kopaniu kartofli, połowę plonu zostawialiśmy w ziemi, bo przecież zarobek obliczano od morgi, którą nadomiar rządca, aby przysłużyć się „dziedzicowi”, zawsze o kilka prętów przedłużał. Jakaż więc mogła tu być „zgoda” między chłopem a dworem? I jakie „szczęście” dla chłopa w tej zgodzie?

A przecież, odkąd Zygmunt Krasiński wyrzekł swoje słynne „z szlachtą polską polski lud”, zawołanie to szło przez pokolenia nie tylko jako postulat obszarnika, ale prawie jako ideał narodu. Lecz po cóż sięgać po złote słowa do ordynata Opinogóry? Fryderyk Engels, a po nim Karol Kautsky w swej „Kwestji Rolnej” głosił, że chłopi po otrzymaniu ziemi pogodzili się ze swoimi wrogami. Gromada chłopców i dziewcząt, przekładających przed 30-laty torf na łące dziedzica polskiego, oczywiście, nie czytała psalmów Krasińskiego i nie wiedziała nawet o istnieniu Kautskiego. Nie słyszeli też o nich nic i rodzice tej wyzyskiwanej dziatwy wiejskiej. Mur, odgradzający wieś chłopską od reszty świata, był już wzniesiony i obwarowany.

 

(„Epoka”, nr 10/75 1929)

 

Tekst ukazał się dzięki wsparciu Funduszu Współpracy i Solidarności „Aktywni Naprzód” Fundacji Naprzód i transform!europe. transform!europe – Europejska Fundacja Polityczna – korzysta z dotacji Parlamentu Europejskiego. Parlament Europejski nie ponosi odpowiedzialności za kształt i treść publikacji.

Lewicowa krytyka literacka i społeczna

Cykl, w którym prezentujemy ciekawe i nieoczywiste przykłady lewicowej krytyki literackiej i społecznej z przeszłości

Władysław Kowalski
(1894-1958): pisarz-samouk, publicysta, wieloletni działacz partii ludowych, polityk. Współzałożyciel grupy literackiej „Przedmieście". Syn fornala z rawsko-mazowieckiej wsi, nigdy nie ukończył szkoły podstawowej. Autor powieści „Chłopi z Marchat” (1930), „W Grzmiącej” (1936), „Rodzina Mianowskich" (1938). W swojej publicystyce zajmował się demistyfikacją powszechnie przyjętego przekonania o biologicznym powiązaniu chłopa z ziemią, zwracał uwagę na postępujący ateizm na obszarach wiejskich, wskazywał na ekonomiczne podstawy położenia chłopów oraz krytykował społeczne wyobrażenia na ich temat. Pełnił funkcję Ministra Kultury i Sztuki oraz Marszałka Sejmu w pierwszym powojennym parlamencie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w latach 1947-1952.
redakcjaKrzysztof Sztafa

Lewicowa krytyka literacka i społeczna

Cykl, w którym prezentujemy ciekawe i nieoczywiste przykłady lewicowej krytyki literackiej i społecznej z przeszłości

POPRZEDNI

recenzja  

Wsłuchując się w ziemię

— Katarzyna Koza

NASTĘPNY

szkic  

Nacjonalizm, kolonializm i literatura

— Seamus Deane