Ładowanie strony

Tomasz Lada

„Wszystko jak leci. Polski pop 1990-2000”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026

Norbi

„Wygrałem życie, ale najpierw przegrałem siebie”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2026

Moda na lata osiemdziesiąte trwa dłużej niż same lata osiemdziesiąte. Taka konstatacja byłaby całkowicie trafna i aktualna, pod warunkiem, że dotyczyłaby aktualnej kondycji kultury masowej w kontekście globalnym. Trudno bowiem nie zgodzić się z rzeczoną tezą, jeśli wszyscy oddychamy teraźniejszością zdefiniowaną przez grę wideo „GTA: Vice City” (2002), netfliksowy hit serialowy „Stranger Things” (2016), filmografie Quentina Tarantino i Wesa Andersona oraz albumy The Weeknd.

Natomiast, jeśli przyłożymy lupę do polskiego mikrokosmosu popkulturowego, dojdziemy już do nieco innego wniosku. Otóż polskie warunki społeczno-polityczne sprawiają, że fenomen, który od dobrych parunastu lat wprawia cały Zachód w ruch, w rodzimej rzeczywistości po prostu nie ma racji bytu.

Codzienność XXI wieku, a więc (wciąż i na wieki wieków) codzienność posttransformacyjna, blokuje możliwość powtórki z zagranicznej rozrywki. Współczesna RP na ogólnokrajowy fetysz lat osiemdziesiątych nie może sobie pozwolić, gdyż, parafrazując słowa redaktorów filozoficzno-politycznego pisma „Praktyka Teoretyczna”, jej jedyną ocalałą z tamtych czasów, a przez to najmocniejszą ideologiczną narracją jest radykalny antykomunizm.

Żyjemy w kraju opierającym dyskurs socjopolityczny na demonizowaniu (co istotne — nie k r y t y c e) historii PRLu. Na przywoływaniu trzech szkarłatnych liter naznaczających „hańbą” jakiekolwiek idee, które choćby łagodzą neoliberalny tok rozumowania, czy promują nawet najbardziej nieśmiałe próby priorytetyzacji tego, co publiczne i państwowe, względem tego, co prywatne i (wolno)rynkowe.

Redaktorzy „Praktyki Teoretycznej” to w dużej mierze zadeklarowani marksiści, lecz wcale nie trzeba czytać „Kapitału”, by nawet dziś, czyli czterdzieści lat po obwieszczeniu „końca historii”, obserwować kolejne wyraźne przykłady symbolicznego makkartyzmu w Polsce.

To problem na tyle powszechny, że dotykający nawet osoby publiczne ze środowisk okołolewicowych, a więc teoretycznie ludzi, którzy na tego typu niedialektyczne i niematerialistyczne scenariusze powinni być raczej odporni.

Można tu podać przykład fotografii Adriana Zandberga odzianego w niesławną już koszulkę z wizerunkiem Marksa. Podczas rozmowy z liderem partii „Razem” w 2015 roku, Monika Olejnik nie kryła swojego oburzenia, traktując samo istnienie rzeczonego zdjęcia jak zbrodnię przeciwko ludzkości. Analogicznie sprawa wygląda w przypadku Marcina Giełzaka, współautora podcastu „Dwie Lewe Ręce” i samozwańczego reprezentanta „lewicy patriotycznej”. Podczas jednej z audycji dał on wyraźnie do zrozumienia swojemu partnerowi, że w akceleracjonistycznym szkicu Aarona Bastaniego „W Pełni Zautomatyzowany Luksusowy Komunizm. Manifest” najbardziej mierzi go sam tytuł.

Wspomniane sentymenty w znacznie bardziej intensywnej formie demonstruje z kolei komentariat nielewicowy. Internetowe przestrzenie zasiedlane przez neoliberałów i liberałów „klasycznych”, wręcz alergicznie reagują na informacje o jakiekolwiek rządowych gestach prosocjalnych. Przerażeni choćby samą ideą „państwa opiekuńczego”, obrońcy wolnej woli i wolnego rynku masowo dodają komentarze o widmie komunizmu nawiedzającym XXI wiek.

Pokłosiem tego problemu jest swoiste zaburzenie popkulturowej równowagi. Rodzimy dyskurs retrospekcyjny nie bawi się historyczne niuansowanie, które przecież wymaga intelektualnego wysiłku. Najczęściej odrzuca społeczne, edukacyjne, a także kulturowe zdobycze PRL-u i tym samym mitologizuje osiągnięcia okresu transformacji.

Rodzimy dyskurs retrospekcyjny nie bawi się historyczne niuansowanie

Oczywiście jest to mitologizowanie „miękkie”, tzn. ideologiczny triumf afirmacji defetyzmu pod niezbyt buńczucznym hasłem „tak musiało być i nie dało się inaczej”.

Co ciekawe, kulturowy fetyszyzm lat dziewięćdziesiątych wcale nie utrzymuje u nas jakiejś spektakularnie hegemonicznej pozycji. Sęk raczej w tym, że na tle prawie zerowej obecności retromanii lat osiemdziesiątych, błyszczy nawet te kilka mniej lub bardziej nośnych projektów z dekady kolejnej. Można tu wymienić takie produkcje jak: film Macieja Bochniaka „Disco Polo”, serial „Rojst 97”, audycja internetowa „Podcastex”, fanpage Jacka Paśnika „Dzieci Neo”, literacka i muzyczna twórczość Doroty Masłowskiej czy rozmaite przedsięwzięcia, w które angażuje się Olga Drenda, autorka głośnej „Duchologii polskiej”. Wspomniane i podobne im popkulturowe propozycje łączy wyjątkowo łagodne podejście do lat dziewięćdziesiątych. To postawa ukazująca jak wspomniana wcześniej „miękka” mitologia funkcjonuje w praktyce.

Co oznacza to łagodne podejście? Żaden z wymienionych mitotwórców nie zapędza się w stronę surowej krytyki posttransformacyjnych realiów, ale też nie pozwala sobie na zbyt euforyczną apoteozę socjopolitycznego i kulturowego krajobrazu tamtych lat. Wybierają najbardziej bezpieczną, trzecią drogę — rozumienie tej formacyjnej dla III RP dekady w kategoriach czysto estetycznych.

Popkultura posttransformacyjna

Być może jednak skonsolidowany obraz polskiej retromanii w XXI wieku wcale nie musi trwać wiecznie. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy rodzimy rynek książki uraczył nas bowiem aż dwiema pozycjami, które mocno nie przystają do naszkicowanych przez minione dekady transformacyjnych narracji.

Oba tytuły, czyli „Wszystko jak leci. Polski pop 1990-2000” Tomasza Lady oraz „Wygrałem życie, ale najpierw przegrałem siebie” Sylwii Borowskiej i Norbiego są lekturami na wskroś nietypowymi. Tylko pozornie obie eksploatują to, o czym już wspominałem, a więc retrofetyszyzm lat dziewięćdziesiątych. U Lady mamy do czynienia z kolekcją kombatanckich anegdot, jakie dziennikarz wyciągnął z zakamarków serca i duszy najważniejszych luminarzy post-PRLowskiego popu — muzyków, krytyków, prezesów płytowych wytwórni. Z kolei główny bohater wywiadu-rzeki Borowskiej, czyli spowiadający się ze swoich grzechów Norbi, jest kimś więcej niż artystą z epoki. Jest żywym ucieleśnieniem narodowego sentymentu. Te książki należy czytać jedna po drugiej. Oba tytuły poruszają bliźniaczą tematykę i zaskakująco dobrze się nawzajem uzupełniają — podczas gdy Lada odmalowuje obraz show-biznesu tamtych lat, rozmowa Borowskiej z Norbim skupia się dramacie pojedynczej jednostki uwikłanej w mechanizmy rządzące tym przemysłem.

Jednakże zarówno konwersacja z gwiazdami rodzimego popu, jak i wywiad z megagwiazdą dekady transformacji różnią się od przytoczonych wcześniej tytułów sposobem, w jaki traktują „najtisy”.

Tomasz Lada i Sylwia Borowska odrywają wzrok od przeestetyzowanego obrazu lat dziewięćdziesiątych, odwracają się na pięcie i rezygnują z interpretowania epoki jako pewnej atrakcyjnej konwencji stylistycznej. Zamiast koncentrować się na kolekcjonowaniu kolorowych snów – tak jak robią to choćby Jacek Paśnik i Olga Drenda w swojej audycji dla polskiego radia czy Bartosz Przybyszewski i Mateusz Witkowski z „Podcastexu” – oboje kontemplują raczej społeczne oraz kulturowe mechanizmy, odpowiedzialne za ich warunkowanie. Tym samym kwestionują koszmarną bazę owych fantazji.

Jedną z największych zalet tych książek jest to, że prawie w ogóle nie mówi się w nich o disco polo. To, co na papierze może brzmieć paradoksalnie, tzn. potraktowanie jako zalety faktu pominięcia jednego z najistotniejszych kamieni węgielnych rodzimej popkultury lat dziewięćdziesiątych, ostatecznie oddziałuje na korzyść obu tytułów. U Lady wyparcie discopolowości przez architektów ówczesnej popkultury obnaża przed czytelnikiem prawdziwe oblicze tej dekady. Jego kolejni rozmówcy albo nie wspominają o „muzyce chodnikowej” w ogóle, albo protekcjonalnie każą jej odgrywać rolę egzotycznego przypisu do ich weterańskich monologów. Poświęcają oni za to sporo miejsca na snucie sentymentalnych narracji o polskim popie jako idealnym produkcie importowo-eksportowym. Produkcie, którego znaki szczególne – czyli „zachodni” profesjonalizm i równie „zachodnia” nośność – miały zmaterializować się dzięki temu, że Polacy w pewnym momencie ucięli głowę Leninowi i na jego grobie wybudowali pierwszą restaurację McDonald’s.

Towarzyszący negacji znaczenia disco polo korowód „zachodnich” archetypów (polskie soulowe diwy, polski boysband, polski britpop) dodaje wypowiedziom bohaterów „Wszystko jak leci” sznytu co najmniej lekceważącego.

Widmo milionów sprzedanych discopolowych kaset oraz płyt wisi nad książkowymi przemowami dyrektorów czołowych wytwórni czy krytyków muzycznych. Kolejne zabierające głos osoby próbują egzorcyzmować upiora dyskursem światłej światowości. Ostatecznie jednak udaje im się jedynie zdemaskować pustkę, jaka ziała z popkulturowego importu-eksportu lat dziewięćdziesiątych.

Z perspektywy czasu to właśnie wstydliwie schowane do szafy disco polo okazało się oryginalnym, ponadczasowym i – co najważniejsze – rzeczywiście poruszającym tłumy projektem post-PRLowskim. Z kolei rozmaite popowe pretensje globalistyczne zazwyczaj prowadziły do spektakularnych tragedii — zmarnowanych kooperacji z zagranicznymi producentami, anglojęzycznych przebojów, które nikogo nie obchodzą czy zespołów z castingów o jednodniowym terminie przydatności do spożycia.

Wstydliwy temat pojawia się także jako ukryty aktor trzeciego planu w „Wygrałem życie…”. Norbi, którego z kulturą disco polo znacznie więcej łączy niż dzieli, podobnie jak protagoniści Lady robi wszystko, co może, by bezpośrednio nie odnosić się do dziedzictwa takich grup jak Boys czy Top One. Równocześnie przyrzeka, że absolutnie nie wstydzi się „dożynkowości” swojej sztuki. W którymś momencie przyznaje: „Kocham to moje granie na prowincji, kocham te wiochy, te małe miasteczka.” Odrzuca jednak możliwość identyfikacji z gatunkiem kontrrewolucyjnym (ludowym, oddolnym) wobec popkulturowej rewolucji neoliberalnej. Znacznie chętniej przyznaje się do wpływów amerykańskich. Powiada:„muzyka pop i dance to moje rewiry”, „interesował mnie taki miększy rap i chciałem być jak Will Smith.”

Pominięcie jednego z najistotniejszych rodzimych ruchów popkulturowych – gest definiujący obie omawiane pozycje – stanowi niezwykle obrazowy komentarz na temat prawdziwego oblicza raczkującej III Rzeczpospolitej. Jest ono, jak się okazuje, tuszowane i retuszowane. Gest ten ukazuje nową codzienność, zachłyśniętą obietnicą kapitalistycznej wolności jednostki. Codzienność nie tyle polemizującą z kulturą klasy ludowej (to wymagałoby uznania jej istotności), ile przekonującą, że takowa w istocie nie istnieje.

To, co mówią, bohaterowie Tomasza Lady oraz Norbi, kiedy milczą o disco-polo, jawi się jako rekonstrukcja mitu założycielskiego polskiej twarzy kapitalizmu. A streszcza się on w haśle: „wszyscy jesteśmy klasą średnią.”

Równie istotne jest oczywiście też to, o czym postaci z kart obu książek mówią. Przywołują anegdoty o wielkich pieniądzach, wielkim biznesie i usytuowanej pomiędzy nimi peryferyjności rodzimej kultury.

Na kartach „Wszystko jak leci” Grzegorz Brzozowicz, a więc prawdopodobnie najważniejszy krytyk muzyczny tamtej dekady, stawia tezę, która trafnie spaja te wszystkie trzy wątki.

W jednej z wypowiedzi pomysłodawca m.in. projektu Yugoton dochodzi do wniosku, iż nowa dekada pozbawiła polskich artystów tożsamości. Powiada on: „trzy czwarte zespołów straciło wroga (…), zbudowały swoją tożsamość i popularność na atakowaniu systemu, a teraz nikt ich nie ciemiężył”. Według dziennikarza najlepszymi przykładami ilustrującymi jego diagnozę są dwie nieudane płyty Kultu: „Kaseta” (1989) i „45-89” (1990) oraz próba reaktywacji Brygady Kryzys, która zakończyła się fiaskiem.

Do tej pory rodzimi muzycy zajmowali się produkcją fantazji o alternatywnej codzienności. Gdy to marzenie wreszcie się ziściło – ku zaskoczeniu ich samych – z buntem określającym ich estradową egzystencję zostali na lodzie.

Nowym priorytetem stała się akumulacja kapitału i budowanie fortun, a twórcy napędzani przez lata romantycznym idealizmem byli w tej kwestii zupełnie niedoświadczeni. Ci, którzy dostosowali się do nowych wymagań rynkowych, nagrali kilka mało przekonujących płyt i zamknęli interes. Ci natomiast, którzy nie potrafili przebranżowić się z poetów na księgowych zostali wysłani na cmentarzysko historii polskiej piosenki. Ich miejsce zajął nowy, popkulturowy podmiot. To właśnie o nim opowiada zarówno „Wszystko jak leci”, jak i „Wygrałem życie, ale…”.

Pierwszy z tytułów szkicuje w kombatanckich opowieściach ów podmiot jako personifikację dopiero co kształtującej się logiki towarowej lat dziewięćdziesiątych. To ktoś w rodzaju uniwersalnego akwizytora, umiejącego handlować swoim jestestwem, niezależnie od czasu, miejsca i mniej lub bardziej sprzyjających transakcjom warunków. Marek Kościkiewicz o wokaliście zespołu Golden Life mówi: „Wolski (…) jest przystojny – a u wokalistów to jednak ważne”. To zatem ktoś, kto przedstawia się najpierw jako biznesmen, a dopiero później jako twórca. Oddajmy głos Maciejowi Chmielowi: „(…) Róże Europy podpisały kontrakt płytowy na miliard złotych [dzisiejsze sto tysięcy] (…)”, (…) zespół co najwyżej ze środka stawki może wistować o taką kwotę i na dodatek ją dostać”. Ktoś, kto dobrze rozumie, że w obliczu unicestwienia wszelkich wielkich narracji jedynym sposobem na przetrwanie jest podążanie ścieżką komercyjnego nihilizmu, czyli utowarowienie swojej niewiary w cokolwiek i kogokolwiek. Dobrze podsumowuje to Piotr Majewski, komentujący kultową audycję radiową Trójki pt. „Brum”: „Zaczęły pojawiać się pogłoski, że żeby być zagranym w «Brumie», trzeba zapłacić.” Wcale nie mniej dobitnie mówi o tym Rafał Księżyk, kiedy podsumowuje działania Kuby Wojewódzkiego w audycji w tejże audycji: „Mówiło się, że brał łapówki za puszczanie muzyki”.

Z kolei życiorys Norbiego, z którego spowiada się on Sylwii Borowskiej, można nazwać nadzwyczaj wyrazistą konsekwencją długoterminowej afirmacji tegoż komercyjnego nihilizmu. Autor hitu „Kobiety są gorące” z przejęciem opowiada o ekscesach, które ostatecznie mocno nadszarpnęły jego kondycję psychiczną i fizyczną, a także relacje z najbliższymi. Najwięcej mówi o uzależnieniu od hazardu: “W pewnym momencie zrobiło się z tego błędne koło – szedłem się odstresować w kasynie, zarazem stresując się tym, że muszę na to zarobić.” Wspomina też o nieracjonalnych zakupach:„poleciałem po raz pierwszy na koncerty do Stanów i tam już kompletnie oszalałem w outletach. Nakupowałem jakiś markowych ubrań z metkami Tommy Hilfiger czy Kangol i tonę szerokich dżinsów, bojówek.” Spowiada się też ze swojego „luksusowego” alkoholizmu: ”Alkohol w kasynie jest tylko teoretycznie za darmo, bo przecież cena wliczona jest w ryzyko – w to, co zostawisz w kasie, wymieniając pieniądze na żetony, a potem przegrasz. Dlatego najdroższego Jacka Danielsa wypiję kilka lat później, bo za butelkę zapłacę sto pięćdziesiąt tysięcy.” Słowem, z rozmowy przeprowadzonej w „Wygrałem życie, ale najpierw przegrałem siebie” wyłania się mikroopowieść jednego człowieka stanowiąca metaforę makroopowieści o całej dekadzie.

Seria anegdot o nieustannym głodzie pieniędzy (nieudolnie zaspokajanym regularnymi wizytami w kasynach) i używek (niepozwalającym się ugasić litrami drogich alkoholi) odmalowuje portret epoki wiecznego nienasycenia. Nastającej ery nieskończonych towarów, których dostępność miała (finalnie nieskutecznie) wypełnić lukę po śmierci wielkich ideologii.

Uprzywilejowany, gwiazdorski status bohaterów Tomasza Lady oraz Norbiego pokazuje nam nihilizm lat dziewięćdziesiątych w swojej ekstremalnej, przerysowanej formie. Postaci z tych książek zarabiali i trwonili najwięcej— najbardziej skorzystali na wolnorynkowym reżimie i jednocześnie najdotkliwiej się na nim sparzyli. Możliwość rozkoszowania się hiperkonsumpcją sprawiła, że Norbi „przegrał samego siebie”, a osobistości ze stronic „Wszystko jak leci” skłoniły się ku realizmowi kapitalistycznemu, tj. radykalnej priorytetyzacji rynkowości uprawianej przez siebie sztuk.

Momentem zwrotnym w publikacji Lady jest wiekopomna chwila przejęcia polskich wytwórni przez zagraniczne korporacje. Znamienna zdaje się wypowiedź Marka Kościkiewicza, współzałożyciela zespołu De Mono i założyciela firmy fonograficznej Zic Zac Music Company. Stwierdza on, że przymus sprzedaży własnego przedsiębiorstwa koncernowi BMG spowodował u niego (niczym u opisywanych przez Brzozowicza PRLowskich artystów) kryzys tożsamości. Przeobrażenie polskiego kapitalizmu z libertariańskiego Dzikiego Zachodu w epicentrum korporacjonizmu przyniosło przede wszystkim bezduszną profesjonalizację. Nowe porządki pozbawiły Kościkiewicza jego artystycznego Ja. Nie mógł już identyfikować się jednocześnie jako prezes i działający kreatywnie wizjoner. Od tej pory musiał się stać pełnokrwistym Białym Kołnierzykiem.

Spisane przez Tomasza Ladę kulisy tej korporacyjnej kolonizacji obrazują kompletnie niesymetryczną, niepartnerską relację pomiędzy naszym rynkiem i zagranicznym kapitałem.

Realny kapitalizm

Lektura „Wszystko jak leci” pozwala stwierdzić, że argumenty, jakimi neoliberalny dyskurs posługuje się w celu krytyki „realnego socjalizmu”, mogą równie dobrze funkcjonować jako autorefleksyjna diagnoza na temat „realnego kapitalizmu”. Mowa tu przecież o niespełnionych obietnicach Wielkiego Kapitału wobec podległych mu „rozwijających się rynków”.

Na przykładzie korporacyjnej ekspansji, relacjonowanej przez rozmówców Lady, gołym okiem widać słuszność wysnuwania takiej analogii. Kapitalistyczna modliszka najpierw uwiodła rodzimy show-biznes projekcją masowej produkcji, organizowanej wedle utopijnego modelu kreatywnej swobody i pełnej, indywidualistycznej autonomii, a następnie przystąpiła do konsumpcji uprzednio schwytanej w tę kuszącą iluzję ofiary.

Ofiarą peryferyjności naszego kapitalizmu jest też oczywiście Norbi. Artysta, który „przegrał siebie”, by „wygrać życie”, wspomina lata dziewięćdziesiąte jako niekończącą się serię scen rodem z amerykańskiego filmu. Galę „Fryderyków” nazywa przeżyciem wręcz Hollywoodzkim, a prawie codzienne wypady do okolicznych kasyn uznaje za polską namiastkę życia w stylu Las Vegas.

Hiperrealne (czyli, za Baudrillardem, tak fikcyjne, że prawdziwsze niż najprawdziwsza prawda) doświadczenia Norbiego są echem nadziei reprezentantów rodzimego show-biznesu z „Wszystko jak leci”. Norbert Dudziuk, tak jak cała rzesza kulturotwórców tamtych lat, zauroczony scenariuszem wielkiej posttransformacyjnej szansy, daje się wciągnąć w stosunki wręcz feudalne. Jego długi u szemranych hazardowych pożyczkodawców są też długami polskich wytwórni u zachodnich fonograficznych możnowładców. Jego samodzielnie zarobione pieniądze „zjadane” przez kasyna i „Hollywoodzki” styl życia są też pieniędzmi zarabianymi w warunkach naszejpopkultury dla obcych medialnych imperiów.

Kto wie, możliwe, że poruszone przez obie książki wątki mają szansę doprowadzić do choćby delikatnego pęknięcia w polskim popkulturowym dyskursie lat dziewięćdziesiątych.

Zazwyczaj traktowana czysto campowo discopolowość dekady być może wreszcie przeobrazi się w realnie przerażające widmo wypieranego antykomunizmu i antykolektywizmu.

Z kolei dotychczas retrofetyszystycznie celebrowana estetyka tamtej dekady być może w końcu zostanie powszechnie zdiagnozowana jako ewokacja wyśnionego kapitalizmu jutrzejszej III RP, który nigdy tak naprawdę się nie zmaterializował.

„Wszystko jak leci” oraz „Wygrałem życie, ale najpierw przegrałem siebie” potencjalnie c o ś rozpoczęły. Następne lata określą, czym to c o ś tak naprawdę jest.

Tomasz Lada

„Wszystko jak leci. Polski pop 1990-2000”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026

Norbi

„Wygrałem życie, ale najpierw przegrałem siebie”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2026

Łukasz Krajnik
Wykładowca, dziennikarz, konsument popkultury. Nauczyciel akademicki Uniwersytetu Gdańskiego. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling.
redakcjaKrzysztof Sztafa