Ładowanie strony

Ayşegül Savaş

„Antropolodzy”, tłum. Agnieszka Walulik, Warszawa 2026.

Vincenzo Latronico

„Do perfekcji”, tłum. Katarzyna Skórska, Wołowiec 2025.

Czy w trzeciej dekadzie XXI wieku istnieje coś takiego jak powieść mieszczańska? Choć sam termin może brzmieć nieco archaicznie i kojarzyć się z tomiszczami w rodzaju „Lat nauki Wilhelma Meistra” czy „Buddenbrooków”, będę przekonywał, że powieści mieszczańskie nie tylko wciąż powstają, ale wręcz mają się bardzo dobrze. Są oczywiście inne niż w epoce świetności Bildungsroman albo „Komedii ludzkiej”, bo inny jest sam mieszczański podmiot i sprzeczności, które nim rządzą. O nieustającym popycie na takie opowieści świadczą strategie marketingowe wydawnictw, omówienia w lifestyle’owych magazynach i social mediowy hype – co jakiś czas słychać o nowej „powieści o klasie średniej”, „powieści milenialskiej” czy „powieści o pokoleniu trzydziestolatków”. Warto przyjrzeć się tym utworom z należną im powagą, traktując jako coś więcej niż instagramowy trend. W końcu „myśli klasy panującej są w każdej epoce myślami panującymi”.

 

„Kiedy Francja się nudzi…”

Ten, kto usłyszał szmer, jaki przeszedł po salonach warszawskiej klasy kreatywnej w ubiegłym roku, gdy nakładem Wydawnictwa Czarne ukazało się „Do perfekcji” Vincenza Latronica, może już wiedzieć, o czym mówię. Nominowana do Bookera powieść włoskiego pisarza, hołd złożony „Rzeczom” Georges’a Pereca, reklamowany był na okładce jako „gorzka proza o marzeniach i rozczarowaniach pokolenia współczesnych trzydziestolatków”. „Do perfekcji” śmigało po reelsach i storiskach, dało się słyszeć z różnych miejsc, że „to o nas”, że „my mamy tak samo”. Zdaje się więc, że w historii Anny i Toma, mieszkających w Berlinie freelancerów z branży kreatywnej, nasi mieszczanie ujrzeli własny los, choć trudno uznać „Do perfekcji” za pozytywny mit. To raczej opowieść o pewnej schyłkowości, spleenie, straconych złudzeniach i licznych rozczarowaniach pokolenia, któremu obiecano zbyt wiele. Wydaje się jednak, że polska publiczność utożsamiła się z bohaterami powieści, nie tylko poprzez przynależność do tego samego pokolenia, ale tej samej klasy społecznej (!), co przecież wcale nie jest takie częste w epoce tożsamościowych partykularyzmów. Agata Pyzik nazwała wręcz „Do perfekcji” „wielką powieścią milenialną” oraz „staranną wiwisekcją tego, jakiemu spłaszczeniu uległo życie pewnego pokolenia i pewnej klasy społecznej w wielkich miastach na początku XX wieku”.

«Do perfekcji» śmigało po reelsach i storiskach, dało się słyszeć z różnych miejsc, że «to o nas»

W polskiej recepcji powieści rzadko poświęcano więcej uwagi związkom między książką Latronica a jej literackim pierwowzorem. Wydane w 1965 roku „Rzeczy”, debiutancka powieść Pereca opowiadająca o młodym małżeństwie ankieterów zafascynowanych migotliwym światem towarów, stanowi pewien wyjątek wśród dzieł autora „Życia: instrukcji obsługi”. O ile w późniejszych okresach twórczości Perec zwrócił się ku językowym eksperymentom spod znaku OuLiPo, to „Rzeczy”, napisane w realistycznej konwencji, stanowią odbicie jego estetycznych poszukiwań z początku lat 60. Perec był wówczas członkiem grupy marksistowskich krytyków „La Ligne générale” nazwanej tak na cześć filmu Siergieja Eisensteina „Stare i nowe”. Publikował w lewicowej prasie teksty programowe, w których krytykował Nouveau Roman, upominając się o realizm i materialistyczną estetykę. Nazwanie „Rzeczy” powieścią socjalistyczną wcale nie byłoby wielką przesadą, skoro Perec pisał o potrzebie wypracowania dla niej nowej formuły w eseju „Ku literaturze realistycznej”, którego przekład parę lat temu opublikowaliśmy w „Małym Formacie”.

Przywołuję te wszystkie szczegóły nie tylko dlatego, że są one wciąż nieznane polskiemu czytelnikowi. Autor „Rzeczy” pozostaje więc u nas sympatycznym, zwariowanym gościem od językowych szarad i wygibasów, a zbiór esejów Pereca z czasów „La Ligne générale” wciąż jest nieprzetłumaczony, choć w Lokatorze ukazały się już chyba wszystkie inne jego książki[i]. Chodzi mi o przypomnienie, że perecowskie portretowanie mieszczaństwa miało swoje wyraźne i nieskrywane polityczne stawki, o czym świadczy nie tylko umieszczony na końcu powieści cytat z Karola Marksa.

„Rzeczy” nieprzypadkowo ukazały się z podtytułem „historia z lat sześćdziesiątych”. Powieść Pereca opowiada o pewnym historycznym punktum – o szczytowym momecie, a zarazem końcu francuskiego „chwalebnego trzydziestolecia” (Les Trente Glorieuses), okresu powojennej industrializacji, wzrostu ekonomicznego i procesów, które złożyły się na powstanie nowej klasy średniej. Już za chwilę nadejdzie rewolta maja 1968 roku, a po niej dekada lat 70. i początek porządku neoliberalnego, ale teraz trwa jeszcze okres względnego dobrobytu oraz znudzenia. We francuskiej publicystyce utrwalił się dla tego specyficznego stanu ducha termin ennui, oznaczający tyle co „uśpienie” albo „znudzenie”[ii].

Jeżeli uznamy „Rzeczy” za uwspółcześnienie formuły powieści mieszczańskiej, to trzeba powiedzieć o istotnej różnicy między książką Pereca a wcześniejszymi pozycjami z tego nurtu. Tym, co wyróżniało narracje o mieszczaństwie z XIX i początku XX wieku była pewna pozytywna idea postępu, ciągłości podmiotu i stabilności stosunków społecznych. Współczesne opowieści o klasie średniej naznaczone są już specyficzną ambiwalencją – jej bohaterów cechuje z jednej strony aspiracja i „dobra wola kulturowa”, z drugiej zaś poczucie niestabilności i – wypierany lub nie – lęk przed deklasacją. Ich zasadniczy dylemat można streścić następująco: skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle?

 

„Typ ludzi, jakich będziemy przypominać”

Świeżym przykładem tej tendencji jest wydana niedawno przez Wydawnictwo Filtry powieść „Antropolodzy” autorstwa tureckiej pisarki Ayşegül Savaş (przeł. Agnieszka Walulik). Jej bohaterami – podobnie jak w „Rzeczach” i „Do perfekcji” – jest bezdzietna para mieszkająca w dużym europejskim mieście (tak się przynajmniej wydaje, bo wszelkie szczegóły dotyczące miejsca i czasu są tutaj zaciemnione). Nazywają się Asja i Manu, obydwoje pochodzą z bliżej nieokreślonych krajów peryferyjnych, w których zostawili rodziny. Urządzając sobie życie w obcym środowisku kulturowym, „zostawili za sobą pochmurne powiaty, wstydliwie pamiętając domowe zwyczaje”. Wykonują zawody typowe dla owych veblenowskich próżniaków, na których lubi wyrzekać w swoich facebookowych filipikach Remigiusz Okraska – Asja jest zatem reżyserką filmów dokumentalnych, a Manu pracuje w NGO-sie.

Narracja „Antopologów” prowadzona jest w krótkich epizodach, w niespiesznym rytmie zbliżonym do arthouse’owego snuja, w którym sceny urywają się nagle, zostawiając widza z jakimś strzępem poetyckiego dialogu albo stygnącym obrazem. Manu i Asja spacerują po mieście, przysiadają w kafejkach, urządzają pikniki w parku, piją ze znajomymi piwo w kameralnych barach. Ich życie wydaje się szczęśliwe, beztroskie, a zarazem zawieszone w przeciągającym się „momencie przejściowym”. Myślą o przeprowadzce do większego lokum, więc oglądają potencjalne mieszkania, ale za każdym razem czegoś w nich brakuje. Problemem nie jest jednak cena ani brak zdolności kredytowej, tylko mglista intuicja, która podpowiada im, że „to jeszcze nie jest to”. Decyzja o zakupie byłaby wyborem sposobu, w jaki chcą spędzić resztę życia i symbolicznym zerwaniem z miejscem, z którego przybyli.

Savaş stara się pokazać, że mobliność ma dwie strony. Czyni z jednostek radosnych konsumentów kosmopolitycznego stylu życia, ale też umieszcza ich w ahistorycznej próżni. Sporo uwagi poświęca się tutaj wykorzenieniu Asji i Manu. Ich perspektywa nie jest w żadnym razie uchodźcza, ich egzystencja nie organizuje się wokół żadnej konieczności, melancholia wynika tu raczej z nieuchronnego wkroczenia w ten sezon życia, w którym rodzinny dom jest już coraz dalej, nie tylko w sensie odległości, ale więzów emocjonalnych.

To, co pozostaje zaciemnione, także jest istotne. Nie wiemy, w jakim kraju toczy się akcja powieści, skąd dokładnie pochodzą bohaterowie, czy nawet który jest rok. W „Antropologach” trudno odnaleźć jakąkolwiek totalność, jakikolwiek „plan ogólny”. Wszystko wydarza się w ramach tzw. codzienności, błogosławionej rutyny, naszych małych rytuałów. Nie słychać o wojnach, rozruchach, wielkiej polityce, choćby miały objawić się jako najodleglejsze echo, podsłuchana rozmowa. Horyzont wyznacza tutaj raczej kilka ulubionych knajp, parków i sklepików. Ojczyzną jest ulubiony stolik w barze, przy którym wieczorami można grać w karty. Savaş pokazuje zatem interesujące napięcie pomiędzy losem ekspatów pozbawionych stabilnego układu odniesień a pewną wygodą kosmopolitycznego, wielkomiejskiego życia, w którym wszystko wynagradza bliskość kin, teatrów i wegańskich jadłodajni.

W «Antropologach» trudno odnaleźć jakąkolwiek totalność, jakikolwiek «plan ogólny»

Niemal każdemu zdarzeniu z życia bohaterów „Antropologów” towarzyszy jakiś niedosyt. Niby jest miło, a jednak trochę rozczarowująco. Niby komfortowo, a jednak niestabilnie. Niby na stałe, a jednak chwilowo. Asja i Manu chcieliby „czegoś innego”, nie wiedzą jednak do końca, czym miałoby to być, a właściwie jest im całkiem przyjemnie w tym, co jest. Można powiedzieć, że ich życiem rządzi pewna „ideologia teraźniejszości”, fetysz codzienności wraz z jej nieodłączną metafizyką oraz przyjemność czerpana z życia „na uboczu”. Przekonanie, że świat nie istnieje poza nami i wąską grupką znajomych, z którymi oglądamy stare filmy z rzutnika. To wszystko sprawia, że rzeczywistość przedstawiona w „Antropologach” jest unieruchomiona. Karty zostały rozdane i nic już właściwie nie można zrobić, co dobrze obrazuje scena, w której Asja i Manu oglądają mieszkanie wystawione na sprzedaż przez parę w podobnym wieku:

Ten dom to nasze pierwsze dziecko, powiedział nam mężczyzna, a kobieta objęła rękami swój zaokrąglony brzuch. Chcieli się wyprowadzić z miasta – na farmę, którą zamierzali powoli remontować. Z jakiegoś powodu z góry wiedziałam, że to powiedzą – to o farmie, o remoncie, o wyjeździe z miasta. Mogłabym dosłownie wyliczyć za nich powody: żeby dziecko mogło się wychowywać na łonie natury, mieć miejsce do zabawy, być otoczone innymi dziećmi, które czuły się na świecie wygodnie, potrafiły nazywać różne drzewa, kwiaty i owoce. Do tego jeszcze tempo życia w mieście, anonimowość, stres; pragnienie innego stylu życia, z prawdziwymi sąsiadami i warzywami z własnego ogródka. Poczułam się stłamszona wyrazistością tej mojej wiedzy, która wydawała się nierzeczywista, a może właśnie aż nazbyt rzeczywista. Tak jakby każdy ostatecznie przeżywał takie samo życie, opisywał je takimi samymi słowami, Gdybym się wysiliła, pewnie byłabym w stanie przewidzieć naszą własną przyszłość, typ ludzi, jakich będziemy przypominać. Te wybory, spoglądanie przed siebie miały w sobie coś nieuniknionego; istniała jedynie ograniczona liczba opcji. Lecz akurat w tamtej chwili wolałam o tym nie myśleć (s. 75).

Tutaj zbliżamy się do głównego problemu współczesnych powieści mieszczańskich. By odpowiednio go uchwycić, trzeba wrócić do podstawowej kategorii marksistowskiej filozofii, jaką jest urzeczowienie. Jeżeli coś fundamentalnie łączy bohaterów „Rzeczy”, „Do perfekcji” i „Antropologów”, to właśnie urzeczowiony sposób odczuwania świata. W „Historii i świadomości klasowej” Lukács wiązał urzeczowienie nie tylko z podporządkowaniem wszystkich dziedzin życia logice towarowej, ale przede wszystkim z postrzeganiem świata jako pewnego unieruchomionego zbioru danych „faktów”, na które nie mamy wpływu, a jedynym narzędziem ich przeorganizowania jest sieć uprzednio danych „praw”. Nie chodzi tu zatem o to, że bohaterowie „Antropologów” czy „Do perfekcji” zaślepieni są przez konsumpcyjny styl życia. Istota urzeczowienia leży bowiem zupełnie gdzie indziej, nie tyle w fetyszyzmie towarowym, co w pewnym spetryfikowanym sposobie pojmowania rzeczywistości jako czegoś „już danego” i nienegocjowalnego, który objawia się w kontemplacyjnym stosunku do świata[iii].

Podobny imposyblizm staje się udziałem bohaterów „Do perfekcji” Latronica. Gdy Anna i Tom zaczynają dostrzegać wokół siebie skutki kryzysu migracyjnego, postanawiają zaangażować się, nosić koce i prowiant do miejsc, w których zbierają się uchodźcy. Prowadzi ich to jednak ostatecznie do gorzkiej refleksji na temat sensu politycznego zaangażowania. Zazdroszczą wcześniejszych pokoleniom, dawnym majowym studentom, dla których aktywizm był sprawą bardziej oczywistą, a wróg był jasny do zdefiniowania: „Anna i Tom zazdrościli swoim poprzednikom nie tylko walki o inny świat, ale nawet samej umiejętności, żeby go sobie wyobrazić”.

A więc „tematem powieści jest po prostu spleen”? Kolejna smutna narracja o schyłkowości i kapitalistycznym realizmie? W niektórych recenzjach „Antropologów” da się wyczuć znudzenie, a nawet pewną irytację formułą „powieści dla trzydziestolatków”. Zaciekawiony tym, co sądzi o powieści Savaş warszawska klasa kreatywna, puściłem sobie podcast jej głównego organu, czyli magazynu „Mint”. Redaktorzy raczej nie czują się „powaleni na kolana”, podkreślają za to uprzywilejowanie bohaterów powieści Savaş, ich oderwanie od zwykłych problemów – to, że Asja i Manu mogą sobie pozwolić na snucie się po mieście i stać ich na kupno mieszkania. Ta irytacja brakiem „zmysłu praktycznego” jest jakoś interesująca. Czy przesyt obrazów snujących się milenialsów wytworzy zapotrzebowanie na coś innego? A może zamiast spleenu i inercji chcemy teraz obejrzeć czyn, działanie, pracę? Powieść mieszczańska jest formą historyczną, a więc rozwojową. Zobaczymy, co wydarzy się w następnym odcinku.

 

[i] Warto nadmienić, że „Rzeczy” zostały przetłumaczone na język polski w rekordowym tempie. Debiutancka powieść nieznanego wówczas autora, która ukazała się po francusku w roku 1965, już w 1967 trafiła na półki polskich księgarni w przekładzie Anny Tatarkiewicz. Dziś moglibyśmy pomarzyć o takim tempie w przyswajaniu nowostek z literatury obcojęzycznej. Można to oczywiście tłumaczyć tym, że ukazanie pustki, melancholii i duchowego marazmu konsumpcyjnego stylu życia zachodnich społeczeństw kapitalistycznych było wówczas w zgodzie z partyjną linią. Ale z drugiej strony jest to po prostu jedno z wielu świadectw potęgi ruchu wydawniczego w Polsce Ludowej.

[ii] Spopularyzował go Pierre Viansson-Ponté, który 15 marca 1968 roku na łamach „Le Monde” opublikował artykuł pt. „Quand la France s’ennui…” [Kiedy Francja się nudzi…].

[iii] Dobrze opisuje to Krzysztof Świrek: „Mieszczaństwo myśli i czuje w sposób urzeczowiony, proletariat zaś doświadcza urzeczowienia dotkliwie jako swojej kondycji życiowej. Mówiąc najprościej – odpowiedzią mieszczaństwa na urzeczowienie jest spleen i fascynacja własną alienacją, dla proletariatu zaś zmiana całego systemu staje się dosłowną życiową koniecznością – pod warunkiem rozwinięcia świadomości własnego położenia”.

Ayşegül Savaş

„Antropolodzy”, tłum. Agnieszka Walulik, Warszawa 2026.

Vincenzo Latronico

„Do perfekcji”, tłum. Katarzyna Skórska, Wołowiec 2025.

Jakub Nowacki
redaktor „Małego Formatu”. Pisze doktorat o reprezentacjach klasy średniej w najnowszej polskiej prozie. Z wykształcenia scenarzysta filmowy.
redakcjaKrzysztof Sztafa