Ładowanie strony

Agata Sikora

„Jak wyjść z siebie. O złudzeniu niezależności i sile społecznych więzi”, Znak, Kraków 2026, s. 464.

1. Ostatnio mignął mi na insta mem porównujący bycie mamą w 1990 i 2026 roku. W opisie do mema pewna influencerka przedstawiła listę zalet bycia rodzicielką przed trzydziestu pięciu laty: mniejsza kosztowność wyprawki dla dziecka, ułatwione korzystanie z pomocy babć (bo rodziny mieszkały bliżej siebie) czy możliwość zdania się na sąsiadów, z którymi relacje były bardziej zażyłe. Wykaz przewag przeszłości stanowił zarazem formę oskarżenia czasów współczesnych. Z porównania jasno bowiem wynikało, że dzisiaj młoda matka jest często zdana na siebie, zmęczona obowiązkami opiekuńczymi i ekonomicznie przeciążona wydatkami na dziecko.

To, co wydarzyło się w komentarzach, nietrudno sobie wyobrazić. Emocjonalne inwektywy, oskarżenia o „roszczeniowość”. Nadto generacyjny spór, który wyrażał się w zarzuceniu milenialskiej twórczyni mema, że w 1990 roku przebywała w wiadomym miejscu, w związku z tym wiadomo co mogła wtedy widzieć.

Po przeskrolowaniu dalej pomyślałem, że wprawdzie problem został ujęty w najgorszy możliwy sposób (polaryzujące kontrastowanie idealizowanej przeszłości ze współczesnością), lecz mimo to zasługuje na uwagę i poważne potraktowanie. Jako milenialski ojciec małego dziecka rozumiem frustrację związaną z niedocenianiem (głównie przez starsze generacje) wysiłków współczesnych rodziców, wynikających z podejmowania nowych wyzwań i zmagania się z nieznanymi wcześniej obciążeniami. Zarazem przecież wiem, że to nie jest tak, że nasi rodzice mieli łatwiej niż my. Stawianie sprawy w podobny sposób prowadzi do mnożenia nieporozumień i konfliktów pokoleniowych. Trzeba by to ująć inaczej, sięgnąć po inny język. Tylko jaki?

Otóż w takich właśnie sytuacjach można by się posłużyć nową książką Agaty Sikory „Jak wyjść z siebie. O złudzeniu niezależności i sile społecznych więzi” (2026). Celowo piszę „posłużyć”, ponieważ jest to książka grająca z konwencją poradnika. Trudno się upierać, że Sikora napisała typowy self-help, jakich wiele na rynku, choć w gruncie rzeczy obiecuje ona czytelnikowi to, co obiecują autorzy tego rodzaju poradników. Autorka przekonuje, że pozwoli wykorzenić z naszych głów kilka „oczywistych oczywistości”, czyli fałszywych wyobrażeń na temat tego, jak postrzegamy samych siebie, naszą pracę, nasze poczucia niezależności, relacje rodzinne i inne sprawy wagi egzystencjalnej. Zarazem Sikora chce dostarczyć język, za pomocą którego będziemy mogli opisać świat na nowo. Język ten ma być alternatywą przede wszystkim dla popularnej w polskim dyskursie kontaminacji ideologii neoliberalnej i darwinizmu społecznego, którą to kontaminację najchętniej streściłbym w parafrazie jednej ze starych wypowiedzi Michała Żebrowskiego (wziętego aktora i właściciela dochodowego teatru mieszczańskiego w Warszawie), iż ci, którzy w latach 90. mieli ręce i nogi i chcieli się dorobić, to się dorobili. Imputowany przez tego rodzaju sposób myślenia przymus „autooptymalizacji” (termin Sikory), ciągłego mierzenia własnej efektywności, opiera się na fałszywym założeniu, jakoby „cały świat był testem naszej indywidualności”.

Trudno się upierać, że Sikora napisała typowy self-help, jakich wiele na rynku, choć w gruncie rzeczy obiecuje ona czytelnikowi to, co obiecują autorzy tego rodzaju poradników

Co więcej, w rodzimym dyskursie owo myślenie pozostaje – jak przekonuje Sikora – w harmonijnej koegzystencji z językiem „wyobraźni religijnej” oraz „rodzinnej patriarchalnej dramy superego, ego i id”. Autorka nie dookreśla, co należy przez to rozumieć. Spróbuję rozwinąć tę myśl po swojemu. Z jednej strony, wszechobecna petruizacja podsuwa nam mniemanie, że jesteśmy swoim własnym „zasobem”, który musimy inwestować „na giełdzie życia” i liczyć tylko na siebie. Z drugiej strony, głęboko wpojona mitologia religijno-romantyczna uczy nas godzić się ze stratą, cierpieniem w samotności i pociesza, że codzienne wysiłki mają jakiś sens (przykładem figura Matki Polki). Wreszcie, z trzeciej strony, kultura terapeutyczna, która zagościła u nas na dobre, każe nam pracować z własnymi emocjami (samemu lub z pomocą terapeuty), by ułożyć życie po swojemu, ogarnąć się i, koniec końców, zwiększyć PKB. Wspólnym mianownikiem tych trzech dyskursów, które trzymają nas w szachu i nie pozwalają żyć szczęśliwe: neolibu, mitologii religijno-romantycznej i autoterapii – jest więc izolowanie jednostki od społeczeństwa. Sami pracujemy, sami sobie radzimy, sami znosimy wynikłe z tego katusze, a na koniec sami płacimy za godzinę rozmowy tygodniowo. Pozornie naśladując coachingowe wywody („zmień swój język, a zmienisz swoje życie”), Sikora próbuje w swej książce de facto zasabotować tę indywidualistyczną kulturę, której coaching jest emblematem, z użyciem charakterystycznej dla niej konwencji, czyli właśnie self-helpowego poradnika.

Dla osób zaznajomionych z dotychczasowym dorobkiem autorki może to stanowić pewne zaskoczenie. Poradnik życia w kapitalizmie? Autoteoretyczny esej o rodzicielstwie? Pouczająca historia o układaniu sobie życia na nowo? Wszystkim tym jest po trochu książka „Jak wyjść z siebie”. Jak by to się miało, z jednej strony, do naukowej monografii pojęcia „szczerości” u Rousseau i filomatów (debiutancka książka Sikory), z drugiej zaś – do jej esejów krytycznoliterackich, takich jak głośny tekst „Ja w pudełku” o polskiej literaturze autofikcjonalnej? Czy mamy do czynienia z sytuacją, w której uznana eseistka odstawiła na bok intelektualne zainteresowania i napisała książkę skierowaną do masowego czytelnika?

Od razu odpowiem, że raczej nie, a najnowsza publikacja nie stoi w sprzeczności z pisarstwem Sikory. Stanowi zaś naturalną konsekwencję jej dotychczasowego sposobu myślenia i pisania – nie przypadkiem zresztą sama autorka określa nową książkę jako nieoczywistą kontynuację swej „Wolności, równości, przemocy”, czyli esejów o filozoficznych źródłach liberalno-lewicowej wrażliwości dzisiejszej klasy średniej. Używając metafory samej Sikory (odnoszącej się do narodzin jej pierwszego dziecka), „Jak wyjść z siebie” to zatem coś w rodzaju „otwarcia nowego frontu”, skierowania wypracowanej perspektywy badawczej tym razem na rejon własnego życia. Ściślej zaś: na obszar codzienności milenialskiego rodzica w czasach słabnących więzi społecznych.

2.

Książka składa się z czterech części, które układają się w pewną ewolucyjną opowieść: blaski i cienie życia w kapitalizmie (część I), funkcjonowanie w partnerskim związku (część II), wychowywanie dziecka i tworzenie relacji z nim (część III), budowanie świata opartego na więziach społecznych (część IV). Zaznaczam, że te robocze nazwy pochodzą ode mnie – Sikora używa trochę innych określeń i nie wykluczam, że ona sama widziałaby ów podział nieco odmiennie. „Jak wyjść z siebie” to poradnik zachęcający do czytania po swojemu, a ponadto szeroko zakrojona rozprawa z rzeczywistością, której nie sposób streścić w kilku chwytliwych zdaniach. Niech więc to, co tutaj piszę, będzie potraktowane jako świadectwo mojego odbioru, na pewno nie jedynego możliwego.

«Jak wyjść z siebie» to poradnik zachęcający do czytania po swojemu, a ponadto szeroko zakrojona rozprawa z rzeczywistością, której nie sposób streścić w kilku chwytliwych zdaniach

Odnosząc się do części pierwszej, od razu przyznam, że podczas lektury nasunęła mi się pewna wątpliwość. Zastanawiało mnie mianowicie, z myślą o jakiej grupie docelowej Sikora pisała tę część. Źródłem wątpliwości było to, że – jako osoba zaznajomiona z pisarstwem Sikory i, z racji wykonywanego zawodu, nawykła do dekodowania dyskursów, do jakich odwołuje się autorka – nie miałem poczucia, abym zderzał się z nową prawdą i piorunującymi rozpoznaniami. To, o czym pisze autorka na pierwszych stu stronach, raczej już wiedziałem z własnych lektur i przemyśleń. Nie trzeba mnie na przykład przekonywać co do fałszywości mniemania, zgodnie z którym:

wystarczy się samodoskonalić, lepiej zarządzać sobą, pracować efektywniej, odpoczywać mądrzej, lepiej kochać, sprawniej oddychać, robić psa z głową w dół (i do góry!), by wreszcie odzyskać to, co wciąż jawi się nam jako wizja „normalności” – spokój, poczucie stabilności, wiarę w lepsze jutro (s. 77).

Podobnie, jako zwolennik publicznej ochrony zdrowia (ale czy wśród czytelników „Małego Formatu” ktoś nie jest?), nie podzielam wiary „klasy średniej” w potęgę Medicoveru. Wiara ta, jak wiadomo, jest umacniana serią miłych i względnie szybkich wizyt ze skręconą kostką u ortopedy, pryska jednak, gdy komuś zdarzy się mieć trudny poród lub zachorować na raka (i wtedy musi wracać na łono NFZ).

Między innymi o takich sprawach traktuje pierwsza część książki Sikory. Dla czytelników z jej bańki nie będą to, jak sądzę, odkrycia Ameryki, natomiast zwolennicy X-owej aforystyki późnego Balcerowicza i tak nie dadzą się przekonać do prezentowanego tu stanowiska. Oczywiście, Sikora pisze o rzeczach, które ma dobrze przemyślane i poparte licznymi, najczęściej zagranicznymi lekturami. Dzieli się błyskotliwymi i znakomicie ujętymi refleksjami, jak choćby spostrzeżeniem, że współczesne wyobrażenia o tym, jak w praktyce powinna wyglądać Foucaultowska „troska o siebie”, dziwnym trafem nie uwzględniają „leniwego barłożenia” z rodziną w weekend, pogaduszek z koleżanką podczas przedłużającej się przerwy w pracy tudzież zjadania pizzy na posiadówce ze znajomymi.  „Czyżby – retorycznie pyta autorka – miało to coś wspólnego z faktem, że wszystkie te praktyki jawią się jako ciut za bardzo rozlazłe, nie dość zdyscyplinowane, za słabo zorientowane na cel, bezczelnie niewpisujące się ani w konsumpcję na pokaz, ani w logikę dyscypliny, »efektywności« i samorozwoju?”.

Bardzo sugestywna – choć wyrażająca dobrze znaną ideę – jest rozbudowana metafora spinająca część pierwszą książki. Sikora każe nam sobie wyobrazić zimowe miasteczko Klevensborg. Każdego ranka polewaczki wylewają tam wodę na ulice, przez co wszystko jest skute lodem. Mieszkańcy starają się jakoś funkcjonować, nie jest to jednak proste, ponieważ każdego dnia, gdy wychodzą z domu, ryzykują upadkiem. Dzieci podziwiają łyżwiarzy, którzy doskonale poruszają się na lodzie, zaś wśród dorosłych największą estymą cieszą się ortopedzi (z wiadomych powodów). I tylko nieliczne osoby, negatywnie weryfikowane przez rynek, protestują: „przestańcie wylewać tę wodę!”. Autorka interpretuje swoją metaforę w następujących słowach:

drodzy mieszkańcy Klevensborga, jeśli nie suniecie z wdziękiem po ulicach, wykonując potrójne axle, to nie dlatego, że nie „wzięliście się za siebie” i powinniście więcej ćwiczyć. Mniej lub bardziej ukryty resentyment wobec tych, którzy wydają się lepsi, skuteczniejsi, obdarzeni większą gracją, odwraca tylko uwagę od tego, co widać gołym okiem: niemal wszyscy desperacko próbujemy utrzymać równowagę na lodzie. A odczuwany przy tym permanentny stres jest adekwatną reakcją na sytuację, w której każdy spacer, wyjście do szkoły i pracy może zakończyć się zwichnięciem, złamaniem, wstrząśnieniem mózgu, śmiercią. I jeśli tak rzadko wyciągamy do siebie rękę, to nie dlatego, że taka jest „natura ludzka”, że jesteśmy egoistyczni, materialistyczni i jacykolwiek inni – ale dlatego, że żyjemy w takich warunkach, takiej architekturze społecznej, w których trudno to zrobić, ponieważ nawet najsprawniejsi mają poczucie, że w każdej chwili mogą stracić równowagę (s. 91).

Spostrzeżenie, że kultura indywidualizmu utrudnia ludziom jednoczenie się w obronie własnych interesów, zostało zaczerpnięte z takich klasycznych książek socjologicznych, jak „Upadek człowieka publicznego” Richarda Sennetta (Sikora niejednokrotnie odwołuje się do niej także w innych swoich tekstach). Zarazem autorka uwspółcześnia to rozpoznanie i, chyba inaczej niż Sennett, zdejmuje ciężar odpowiedzialności z ludzi – impotentnych buntowników. Nie traktuje ich bowiem jako narcyzów, skoncentrowanych na swoich emocjach i problemach, lecz jako ofiary neoliberalnego systemu, które są skupione tyleż na sobie, ile na lodzie pod własnymi stopami.

Mimo plastyczności opisu, nie jest to wszakże tak nowatorska i chwytliwa idea, jaką znajdziemy w esejach w rodzaju: „Mężczyźni objaśniają mi świat” Rebeki Solnit albo „Któregoś dnia okaże się, że wszyscy byli przeciwko” Omara El Akkada (podobne książki często są redukowane w dyskursie medialnym do ich najważniejszego – i mocnego jak uderzenie pięści – przekazu, co sprawia, że bodaj nieźle się sprzedają i że dyskutują o nich także ci, którzy ich nie przeczytali). W publikacji Sikory – także w jej kolejnych częściach, do których za chwilę przejdę – na próżno szukać takich rewolucyjnych rozpoznań (jeszcze inna sprawa, że waga poruszanej w niej tematyki jest mniejsza niż w tamtych przypadkach). Ale nie stanowi to wady. Świadczy to po prostu o przynależności gatunkowej „Jak wyjść z siebie”. Sikora – mimo przypisów i całego zaplecza intelektualnego – napisała bowiem książkę bardzo osobistą. Idea jest w takich tekstach weryfikowana przez prywatne doświadczenie autorki; myśl zyskuje wartość wyłącznie dlatego, że przeszła test autopsji. Tego rodzaju książki trudno się streszcza (tak jak trudno streścić czyjąś biografię). Oferują one natomiast lekturę, w której każdy będzie szukał czegoś dla siebie. I coś innego zapewne znajdzie.

Sikora – mimo przypisów i całego zaplecza intelektualnego – napisała bowiem książkę bardzo osobistą. Tego rodzaju książki trudno się streszcza (tak jak trudno streścić czyjąś biografię)

Napisałem, że część druga traktuje o związkach, choć jej tytuł: „Niewidzialna praca, czyli o «kobiecej naturze», empowermencie i paradoksach wolności” wskazuje na to, iż jest to przede wszystkim wywód o zjawiskach nurtujących współczesną krytykę feministyczną. Sikora sięga tu do własnych doświadczeń partnerki i matki, aby ustosunkować się do tytułowych zjawisk i zaoferować czytelniczkom osobistą wykładnię feminizmu. W związku z tym można by zestawić tę partię jej książki na przykład z niedawno opublikowanymi esejami o macierzyństwie Pauliny Małochleb „Mięśnie mam od miłości”. Od razu jednak powiem, że dostrzegam istotną różnicę – gatunkową, nie jakościową – między tekstami Małochleb i Sikory. Ta pierwsza wydaje się bowiem przede wszystkim zainteresowana intymistycznym opisem własnego doświadczenia jako kobiety, partnerki i matki. Przykładowo, Małochleb dzieli się anegdotą, jak to wpadnięcie jej dzieci do pokoju zakłóciło jej pracę nad pisaniem jakiegoś tekstu:

Koniec myśli, rozsypała się, zanim się skrystalizowała. Macierzyństwo jak zwykle wygrywa z procesem analitycznym. Ale ten układ, tę klęskę intelektualistki biorę jako własną, buduję z niej swoją tarczę, narzędzie poznawcze, to jest cena, którą płacę lekką ręką. Nie zależy mi na wejściu w pozycję intelektualną w samotności, kosztem osób, które sama zobowiązałam się objąć opieką. Nie chcę grać w gry poznawcze jak mężczyźni – w zamknięciu, samotności przy biurku, spychając na innych swoje zadania życiowe i wychowawcze. (…) Nie interesują mnie ani wnioski pozyskane w ten sposób, ani piękno zdania cyzelowanego kosztem cudzej pracy i utraty więzi. Jeśli tylko taka literatura jest możliwa, nie chcę jej [1].

Przepraszam za ten długi cytat niepochodzący z książki, którą recenzuję. Jest mi jednak potrzebny, by w kontraście do niego pokazać, czym wyróżnia się pisanie Sikory. Osobiście również dostrzegam problem poruszony przez Małochleb. Znam te „gry poznawcze mężczyzn”, do ich podejmowania zostałem kiedyś wychowany. Za nimi – często pozbawiony możliwości pracy w samotności – trochę dzisiaj tęsknię, a jednocześnie ganię samego siebie za ten sentyment, bo przecież zdaję sobie sprawę z jego patriarchalnego uwikłania. I kiedy myślę o mężczyznach, którzy nadal funkcjonują w ten sposób, ogarnia mnie mieszanka politowania i pogardy. Autorka „Mięśnie mam od miłości” nie bez racji dostrzega w takiej patriarchalnej postawie przejaw fetyszyzacji pisania, które bywa utożsamiane z cyzelanctwem w warunkach splendid isolation. Problem w tym, że sposób, w jaki Małochleb o tym pisze („tę klęskę intelektualistki biorę jako własną, buduję z niej swoją tarczę, narzędzie poznawcze”) w zasadzie także jest przejawem fetyszyzacji, tylko innego rodzaju. Hydraulik, który notorycznie zapomina o wmontowaniu uszczelek, ponieważ rozpraszają go telefony od dzieci, oczywiście może pogodzić się z faktem, że na czas bycia obecnym ojcem gorzej wykonuje swoje obowiązki, ale nie powie przecież, że ze swoich niepowodzeń zawodowych „buduje tarczę i narzędzie poznawcze”. Według mnie alternatywą dla fetyszyzacji byłoby zatem stwierdzenie, że pisanie jest pracą, a praca – to tylko praca. To, że zadania wychowawcze i zawodowe nachodzą na siebie, jest codziennością każdego rodzica. Osoby zarabiające pisaniem muszą sobie radzić z tym problemem nie inaczej niż przedstawiciele innych profesji. Na przykład tak jak Sikora, która swoją pierwszą książkę zaczęła pisać, gdy „młode poszło na trzy dni do przedszkola i w jeden dzień weekendu tata je gdzieś zabierał, żebym mogła klepać swoje literki”. Przy okazji chcę zwrócić uwagę na odmienność języka obu pisarek. Wysokie diapazony u Małochleb kontrastują z „klepaniem literek” u Sikory. Niewątpliwie łączy się to z inną pozycją narracyjną autorek. Małochleb pisze intymistycznie, blisko obcując z własnymi doświadczeniami, z kolei Sikora pisze raczej autoetnograficznie, wyraźnie dystansując się od własnych przeżyć i traktując je jako przykłady ogólniejszych zjawisk, które stanowią właściwy temat jej książki.

W związku z owym intymistycznym wymiarem książki Małochleb, czytając jej „Mięśnie mam od miłości”, zostaję obsadzony – jako mężczyzna, ojciec i osoba częściowo trudniąca się pisaniem – w roli gościa, którego dopuszczono do podczytywania stenogramu cudzych przemyśleń. W przypadku książki Sikory jest inaczej (z czego jednak nie chcę robić zarzutu Paulinie Małochleb). Weźmy za przykład błyskotliwy fragment o Puciu, czyli bohaterze jednej z najbardziej popularnych w Polsce serii książeczek dla dzieci. Przygody małego chłopca, który mieszka razem z mamą, tatą, starszą siostrą, psem i kotem, a także często widuje się z babciami, dziadkami, ciociami i wujkami, znają chyba wszyscy młodzi rodzice w Polsce. W jednej z ulubionych książek mojego syna Pucio jedzie z rodzicami zimą w góry. Jeździ na sankach, mama sunie na łyżwach, natomiast tata ściga się na nartach z wujkiem. W kluczowej scenie książki, wzbudzającej największe emocje, tata nie reaguje na prośby mamy, by zwolnił, w wyniku czego upada i łamie sobie nogę. W interpretacji Sikory mama Pucia:

nie ma żadnych pretensji o to, że cała rodzina musi wcześniej wrócić do domu, a ona ma więcej roboty i nie pojeździ sobie więcej na łyżwach. (…) troskliwym tatom daje się prawo do odrobiny egoizmu, osobistej ambicji, przewrotności, zadufania – czyli cech i zachowań ludzkich. [Matki] Nigdy nie zrujnują ferii dlatego, że ciocia im weszła na ambicję, a poza tym tak tęsknią do tego pędu powietrza, uczucia wolności, że – mimo słabego fizycznego przygotowania, długiej przerwy – rzucają się w dół, śmigiem, niepomne na krzyki troskliwych partnerów, którzy potem – gdy są już w gipsie – czule przynoszą im herbatkę, pakują rodzinę do samochodu i wracają do domu, w którym przecież tak dobrze się czują (s. 175).

Ta feministyczna korekta nie tylko celnie wskazuje relikt patriarchatu w zasadniczo dość postępowej serii o Puciu, lecz także zdaje się odpowiadać na bolączki współczesnych ojców – również ulokowane w postaci ojca tytułowego bohatera. Na jednej z facebookowych grup dla ojców, do której należę, pewien sfrustrowany mężczyzna zapytał, czy ktoś zna alternatywę dla modelu ojcostwa reprezentowanego przez tatę Pucia. Ten bowiem został przedstawiony jako wieczny fajtłapa (istotnie tak jest – na przykład w książce o świętach Bożego Narodzenia tata Pucia tłucze wszystkie bombki i ciocia z dziećmi na szybko ogarnia alternatywne ozdoby). Tata fajtłapa to skądinąd znana figura z książek dla dzieci – żeby choć przywołać ojca świnki Pepy. Prawdziwy problem, jak sugeruje Sikora, nie tkwi jednak w tym, że ojcu coś się nie udaje (a mamie zawsze), lecz w silnym kontraście między rodzicami, realizującymi odmienne modele społecznego funkcjonowania.

W rezultacie prawo do niezadowolenia z lektury popularnej serii mogą mieć zarówno czytające mamy, jak i czytający ojcowie (czego dowodem jest frustracja kolegi z forum ojcowskiego). Nic dziwnego, że tak jest, skoro kultura patriarchalna – Sikora przypomina tę oczywistość – oddziałuje negatywnie i na kobiety, i na mężczyzn. Trzeba zarazem oddać sprawiedliwość Marcie Galewskiej-Kustrze, twórczyni serii, że stworzony przez nią tata Pucia w wielu innych przypadkach wykazuje się cechami – tu posłużę się celnym rozróżnieniem Sikory – „kojarzonymi nie z płcią, a dojrzałością: poczuciem odpowiedzialności, umiejętnością elastycznego wchodzenia w różne role, zdolnościami komunikacyjnymi, umiejętnością rozpoznawania sytuacji społecznej i stanów psychicznych innych”. A gdy wykazuje się tymi cechami, wówczas nadaje się na wspólnika do „dzielenia zarywanych nocy i zarządzania chaosem” (jak za Sikorą można streścić doświadczenia rodziców małych dzieci).

No i trzeba też mieć na uwadze, że mężczyźni nie rodzą się z tymi cechami i umiejętnościami. Nie nabywają ich również w wyniku choćby najbardziej empatycznej edukacji. Nie zapewniają im tego najlepsze lektury, matczyne rady ani kosztowne szkolenia. W pełni zgadzam się z Sikorą, że jedynym sposobem na to, aby rodzice faktycznie mogli odciążać się wzajemnie w obowiązkach wychowawczych, jest wzięcie przez ojca części urlopu rodzicielskiego. Wiem z własnego doświadczenia, że gdyby nie pół roku z moim synkiem, nie nauczyłbym się tzw. obsługi dziecka, ze wszystkimi związanymi z tym pieluchowo-czapeczkowo-zupkowymi kompetencjami, ale też, co nie mniej istotne, nie wytworzyłbym specyficznej relacji z synem, która sprawia, że kiedy jesteśmy sami ze sobą, czujemy się naturalnie i swobodnie, a ja nie trzęsę się jak galareta myśląc, co by tu zapodać chłopakowi i kiedy ta mama wreszcie stanie we drzwiach. Taki urlop buduje pewność siebie; daje poczucie, że można sobie poradzić w każdej sytuacji. Bez tego trudno o partnerską relację ze współrodzicem.
Rozpisałem się o pierwszej połowie książki Sikory, a przecież to potem robi się najciekawiej. Obstawiam, że dla ludzi urodzonych w okolicach lat 80., obecnie partnerów i rodziców, lektura części trzeciej „Jak wyjść z siebie” (tej poświęconej wychowaniu dzieci i tworzeniu rodziny) wywoła silne wstrząsy. Dlaczego wspominam właśnie o tej grupie odbiorców? Ano dlatego, że Sikorze udało się mimochodem uchwycić istotę generacyjnych doświadczeń wczesnych milenialsów. Znów odwołam się do własnych przeżyć, jako że moja biografia czyni mnie targetem tej książki. Po pierwsze jest tak dlatego, że choć zaznałem dość luźnego dzieciństwa, w którym rodzice zostawiali mi dużo swobody i niezależności, a jednocześnie, zgodnie z ówczesnymi standardami, przysposabiali do zaciskania zębów, radzenia sobie i samodzielnego wymyślania sobie aktywności („inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi”) – mimo tego wszystkiego sam wychowuję dziecko w odmienny sposób, stawiając na bliskość emocjonalną, umiejętność rozpoznawania własnych uczuć i szanowanie własnych granic. Sikora dostrzega ten schemat: choć nie wspominamy własnego dzieciństwa źle, a nawet odczuwamy do niego sentyment, nie mieści nam się w głowach, by wychowywać własne dzieci tak, jak wychowywali nas nasi rodzice.

Obstawiam, że dla ludzi urodzonych w okolicach lat 80., obecnie partnerów i rodziców, lektura części poświęconej wychowaniu dzieci i tworzeniu rodziny wywoła silne wstrząsy

Drugi aspekt, który trafnie wychwytuje Sikora, to dorastanie w czasach triumfalnego „końca historii”. Pamiętam, że mój licealny podręcznik do historii literalnie kończył się omówieniem tez Fukuyamy. Taki był klimat; kiedy w tamtych czasach jeździłem ze swoim tatą autem po Warszawie, tata (niebędący ani ofiarą, ani też specjalnym beneficjentem transformacji) z podziwem zerkał na budowane w śródmieściu szklane wieżowce. Wspominając szarzyznę i bylejakość minionej epoki, uczył mnie zachwycać się tym, że powoli robi się u nas „jak w Ameryce”. Demokracja liberalna była wtedy określeniem miłym i gładkim jak sierść jamnika. Nie czuło się ekscytacji, lecz coś w rodzaju spokojnej, niedzielnej nudy. Wiedziało się, że będzie już tylko trochę lepiej niż jest. No, a potem okazało się, że to wszystko stanowiło fałszywą obietnicę, splot mrzonek i kłamstw. Ideowy fundament, na którym uformowała się jakaś część naszego pokolenia, okazał się sparciały, groził zawaleniem konstrukcji. Nie było innego wyjścia, trzeba się było przeprowadzić. Innymi słowy, zaczęła się długa i mozolna praca nad dekonstruowaniem liberalnej mitologii – tyleż w świecie, co w nas samych.
Może to przede wszystkim o tym jest książka Sikory. Proces wewnętrznej przemiany, do której zachęca autorka „Jak wyjść z siebie”, wymaga złamania głęboko wdrukowanych schematów. Trzeba działać wbrew intuicjom, na przekór samym sobie. W przypadku pokolenia milanialsów, wychowanych w duchu „końca historii”, takim działaniem jest zaś wszelkiego rodzaju aktywizm. Mam tu na myśli ten rodzaj praktyk, które nie służą pomnażaniu własnego kapitału (nie tylko ekonomicznego), lecz budowaniu wspólnoty i umacnianiu więzi społecznych.

Proces wewnętrznej przemiany, do której zachęca autorka «Jak wyjść z siebie», wymaga złamania głęboko wdrukowanych schematów

Zwłaszcza w tym kontekście warto przywołać – ciekawe przez swą przekorność – uwagi Sikory o „herosach wychodzących z domu”. Autorka „Jak wyjść z siebie” przypomina awanturę, która przetoczyła się kilkanaście lat temu w związku z biografiami Danuty Wałęsy i Ryszarda Kapuścińskiego. Lech Wałęsa i Kapuściński byli mężczyznami, którzy osiągnęli sukces i sławę kosztem życia rodzinnego. Byli obsługiwani przez swoje żony, które przejmowały za nich większość obowiązków opiekuńczych i domowych, tak by oni mogli robić rewolucję i jeździć po świecie. Dodajmy, że podobną dyskusję wywołała w tamtym czasie wypowiedź Jacka Żakowskiego, który wziął w obronę alimenciarza Mateusza Kijowskiego, lidera Komitetu Obrony Demokracji, wyjaśniając, iż Kijowski jest współczesnym rewolucjonistą i w związku z tym należy mu wybaczyć, że zostawia dzieci z żoną, samemu idąc na wojnę. Po tych słowach Żakowskiego podniosła się wrzawa, świadcząca o dokonanej zmianie społecznej. Wszyscy dość zgodnie potępili postawy patriarchalnych rewolucjonistów i karierowiczów. Zapanował konsensus co do tego, że uchylanie się od zadań związanych ze sferą oikos nie może być wciąż usprawiedliwiane. I bardzo dobrze, że tak się stało. Sikora przytomnie jednak zwraca uwagę, że:

opór wobec patriarchalnego pitolenia o herosach większych niż życie nie znosi pytania: czy rzeczywiście zobowiązanie do bycia bliskim, uczestniczącym rodzicem zawsze jest ważniejsze (również z punktu widzenia dziecka) niż działalność na rzecz spraw publicznych? Czy naprawdę ryzyko, które niesie aktywizm dla życia rodzinnego (a niemal pewne są tu brak czasu, emocjonalne i intelektualne wycieńczenie, ogromne pokłady stresu i lęku, a możliwa także bieda, prześladowania, w tym prześladowania dziecka, więzienie, bicie, tortury, śmierć), powinno automatycznie skłaniać nas do zaniechania? Czy to, że wiele przypadków zaangażowania społecznego wynika z pobudek narcystycznych, podważa sens takiego zaangażowania w ogóle? (…) Pokazując własnym przykładem, że tylko prywatność się liczy, wychowujemy dzieci do życia idiotycznego. Tym samym z góry skazujemy je na okrutny optymizm wiary, że wystarczy schować głowę w piasek prywatności, a wszystko będzie dobrze (s. 253).

A przecież nie będzie. Jeśli nie pójdziemy na protest, nie zapiszemy się do związku zawodowego i nie stawimy się na zebranie członków spółdzielni mieszkaniowej, być może nikt nie zadba o nasze interesy.

Ten problem ma jeszcze inne oblicze, na które wskazuje Sikora. Zamykając się z dziećmi w obrębie „własnego ogródka”, z konieczności przejmujemy na siebie wszystkie obowiązki wychowawcze, które teoretycznie można by w pewnej części scedować na społeczeństwo. A nie dzielimy się tą odpowiedzialnością, ponieważ straciliśmy poczucie, że mamy jeszcze na kogo i na co liczyć. Niewątpliwy kryzys instytucji publicznych, prywatyzacja (a więc i elitaryzacja) usług, nadto postępujący rozpad relacji społecznych (przyspieszony przez pandemię) sprawiają, że – kolejna metafora Sikory – czujemy się dziś jak linoskoczkowie, którzy niby wiedzą, że rozłożono pod nimi jakąś siatkę asekuracyjną, nie mają jednak pewności, czy ta siatka wytrzymałaby ich upadek. W rezultacie odczuwamy narastający lęk. Na doświadczenie współczesnego rodzicielstwa przekłada się to tak, że zaharowujemy się, aby zapewnić dziecku wszystko to, czego naszym zdaniem nie zapewni mu społeczeństwo. W codziennej praktyce jesteśmy więc zmuszeni inwestować „ogromne ilości czasu, energii i pieniędzy”, jak również stawiać uczucia własnego dziecka „wyżej niż własne prawo do godności, ekspresji uczuć, a także pracy zawodowej”.

Dosadniej mówiąc, Agata Sikora chce nam powiedzieć, że w kierat rodzicielstwa ponad wszystkim, w pułapkę ciągłego poświęcania się dla własnego dziecka, w wewnętrzny przymus kontrolowania go i zarazem zwiększania presji na siebie jako rodzica (bo przecież nigdy nie będziemy dość empatyczni, cierpliwi, obecni i uzbrojeni w najnowszą wiedzę) – że w to wszystko wpędza nas nie jakiś odwieczny los każdego rodzica, lecz neoliberalna zaraza, która od kilku dekad toczy nasze społeczeństwo, psując usługi publiczne, osłabiając moce opiekuńcze państwa i przede wszystkim przeistaczając ludzi w niezdolne do współpracy, izolujące się od siebie nawzajem monady, które składają się z małych, zdanych tylko na siebie rodzin nuklearnych:

Im większa fetyszyzacja rodziny nuklearnej jako przestrzeni troski i bezpieczeństwa, tym większe wycofywanie się z innych więzi, które mogą te potrzeby zaspokajać – relacji krewniaczych, kręgów przyjacielskich, towarzyskich, sąsiedzkich, koleżeńskich. Im mniej tych wszystkich babć, ciotek, kuzynek, przyjaciół, przybranych queerowych matek, tatów, osób rodzicielskich, mentorek, przewodników, przyszywanych wujków, współlokatorów, dawnych nauczycielek, niedoszłych i byłych kochanków, sąsiadów, koleżanek z pracy, kolegów z wojska, matek z dzielni, chłopaków z roboty, ludzi od takiego czy innego aktywizmu, hobby, sportu… tym większa presja spada na te parę osób, które mają wypełniać sztywno przypisane role: tata, mama, starsza siostra, młodszy brat. Tam, gdzie obumierają sieci społecznie, gdzie nie da się nawet pomyśleć o separacji światów rodziców i dzieci, i jedni, i drudzy są zmuszeni w sobie nawzajem pokładać największe nadzieje i pragnienia, lokować największy zawód i żal (s. 285).

Poświęcanie się dla dzieci, uzależnianie ich od siebie (a siebie od nich) – kontynuuje Sikora – ma swoją cenę. Niejednokrotnie płaci się za to niespełnieniem życiowym i zawodowym, nierealizowaniem pasji, osłabianiem zainteresowań, rezygnacją z działalności społecznej i publicznej. Później, kiedy dzieci dorosną, nie jest wykluczone, że tacy rodzice będą od nich oczekiwać przyjacielskiej, bliskiej, czasem wręcz zazdrosnej o innych relacji. Niespełnieni życiowo ojcowie i niespełnione matki będą mieli powody do takich oczekiwań, ale czy będą mieli do nich prawo?
Pewnie wiele i wielu z nas dostrzega mechanizm, o którym pisze Sikora. Ba! Może sami łapiemy się na tym, że coraz częściej wybieramy zamknięcie się we własnym mieszkaniu, nieprzyjmowanie gości, niepójście na protest, niepodpisanie listu otwartego, niewchodzenie w relację z sąsiadem z naprzeciwka. Najłatwiej byłoby stwierdzić, że przyczyny takiej postawy mają wymiar psychologiczny (introwertyzm, małe umiejętności towarzyskie), ale Sikora zachęca nas do tego, by zastanowić się nad ich podłożem społeczno-kulturowym, związanym właśnie z ekspansją ideologii neoliberalnej. Wedle sugestii autorki, ulegając tej ideologii, w rezultacie zamykamy siebie i swoje rodziny w małych klatkach. A przecież jeszcze nie tak dawno temu – jako dzieci i nastolatkowie oglądający „Pełną chatę” albo „Przyjaciół” wyobrażaliśmy sobie, jak to w dorosłości będziemy prowadzić dom otwarty.

Receptę na współczesne bolączki przynosi część czwarta książki, stanowiąca już nie diagnozę, lecz projekt alternatywnego modelu funkcjonowania w społeczeństwie, nastawionego właśnie na zacieśnienie więzi pozarodzinnych. Sikora ma specjalny mandat do stworzenia takiego projektu, ponieważ od dobrych kilku lat mieszka z partnerem i dziećmi na emigracji w UK. Gdy przeprowadziła się do Londynu, nie miała tam żadnej rodziny ani znajomych. Żyła wówczas w modelowej rodzinie nuklearnej – zdanej wyłącznie na siebie. To właśnie wtedy nauczyła się tkać społeczną sieć złożoną z sąsiadów i rodziców innych dzieci z przedszkola. Uświadomiła sobie, jak fundamentalne znaczenie mają dla niej praca emocjonalna i aktywność społeczna, które z punktu widzenia kapitalistycznej produktywności stanowią przejawy godnej potępienia prokrastynacji: small-talk z sąsiadem, zaangażowanie dziecka znajomej do wspólnej zabawy, zwiększona obecność na Messengerze. Wszystkie te czynności odciągają od pracy zarobkowej – nastawionej na pomnażanie kapitału, który z kolei daje poczucie stabilizacji – lecz zarazem budują wokół nas sieć więzi społecznych, które także zapewniają swoiste poczucie stabilizacji, nie mniej ważne od tamtego. „Te drobne gesty są jak puszczanie na wiatr samosiejek: większość z nich obumrze, a te, które się przyjmą, zakorzenią, puszczą pędy, wydadzą owoce, nigdy nie staną się dowodem na niczyj kunszt ogrodniczy” – przekonuje Sikora.

Nawiasem mówiąc, owa metafora ujawnia etyczną wątpliwość związaną z tym projektem. Puszczanie na wiatr samosiejek zakłada bowiem określoną intencję zasiewającego: poplotkuję ze starszą sąsiadką, to może będę mógł u niej czasem zostawić klucze; wezmę dziecko znajomej na rower z moją rodziną, to może za tydzień ona weźmie ze sobą mojego syna. Samoświadome budowanie sieci społecznych, do którego zachęca Sikora, pozbawia nasze społeczne zachowania poczucia bezinteresowności, przez co może zostać uznane za przejaw myślenia transakcyjnego, skupionego na pomnażaniu kapitału nieekonomicznego. Sikora zdaje sobie z tego sprawę i w odpowiedzi na podobne wątpliwości punktuje, że „nie ma żadnych »bezinteresownych« społeczeństw”, a „szeroko pojęte kalkulowanie, kto co komu »jest winien«, w żadnej mierze nie jest wynalazkiem kapitalistycznym” (s. 400). Ostatecznie przecież każda wspólnota opiera się na tym, że ktoś robi coś na rzecz innych. Takie działania mogą się wiązać z lękiem przed karą (jeśli na przykład nie spłacimy raty kredytu na czas), ale nie muszą. Pomagając staruszce z zakupami, czujemy głównie przyjemność i wcale nie liczymy na wzajemność.

To jednak wygodny przykład. Sprawy komplikują się, gdy w grę wchodzi chociażby opieka nad dziećmi, wymagająca ogromnych nakładów pracy emocjonalnej i organizacyjnej. Czy mogę mieć pretensje do sąsiadki – zapytuje Sikora – której dziecko regularnie i nieodpłatnie przyprowadzam do domu, że nie wzięła mojego dziecka do parku rozrywki, chociaż miała wolne miejsce w samochodzie i zabrała inne dziecko z naszej szkoły? W takich przypadkach trudno o dobrą odpowiedź (autorka jej nie dostarcza). Niewątpliwie, im więcej pracy włożę w działanie na rzecz innych, tym większe prawdopodobieństwo, że otrzymam coś w zamian. Cały problem polega jednak na tym, że nie ma na to gwarancji. Jeśli więc mimo wszystko będę obstawał przy idei społecznej kooperacji, i jeśli będę starał się traktować powinności wobec innych „jako coś przyjemnego i więziotwórczego”, to pod warunkiem, że przyjmę podstawowy, antyneoliberalny aksjomat, na którym opiera się cały wywód Sikory. Aksjomat ten brzmi następująco: wartością są relacje, a nie absolutna niezależność.

Jeszcze inna sprawa, że dla sztandarowego milenialsa wprowadzenie w życie tej dewizy bywa czasem po prostu trudne. Trzeba iść pod prąd współczesnym trendom. Dzisiaj bowiem:

Obumierają (…) kontakty z ludźmi znajomymi, ale nie bliskimi, spotykanymi na żywo – sąsiadami, kolegami, rodzicami dzieci ze szkoły. A to właśnie w ramach tych kontaktów, według Marca J. Dunkelmana, ludzie uczą się tolerancji dla różnicy, dyplomacji, kompromisu i pracy na rzecz wspólnego dobra ponad podziałami (s. 348).

Nie mam doświadczenia emigracji, ale dobrze wiem, o czym tu mowa. Łączy mnie z Sikorą to, że tak jak ona doczekałem się dziecka krótko po przeprowadzce do nowej okolicy. Dla mojego syna już zawsze będzie to miejsce pierwsze, podczas gdy dla mnie i dla mojej żony to na razie kolejny adres w biografii. Pozbawieni talentu i odpowiedniego temperamentu, mimo wszystko staramy się wrastać w nowe otoczenie. Nie chcemy być wyłącznie lokatorami ani anonimowymi przechodniami. Zawiązujemy pierwsze znajomości, najczęściej te przelotne, podejmujemy pierwsze zobowiązania. Z wolna tworzy się zalążek małego świata. Ale już od ponad roku nie jesteśmy w stanie zaproponować spotkania rodzicom małego Janka, z którym zakolegował się nasz syn. Michał i Martyna są w naszym wieku, mieszkają w bloku obok, mamy nawet wspólnych znajomych. Chyba byśmy się polubili. Ale zawsze były jakieś powody: lękowy pies, bałagan w domu, niechęć do przebodźcowania dziecka. No i czemu to oni nie zaproszą nas do siebie?

5.

Na spotkaniu promocyjnym książki, które odbyło się 18 czerwca 2026 roku w Faktycznym Domu Kultury, Sikora wyjawiła, że bardzo boi się, że jej projekt odnowienia więzi społecznych zostanie zredukowany do banalnej rady, abyśmy wszyscy byli dla siebie milsi. Argumentując, że to nie takie proste, autorka „Jak wyjść z siebie” podkreślała wagę sprawczości małych gestów wchodzących w zasób – deprecjonowanych w kapitalizmie – prac opiekuńczych i emocjonalnych. Wykonując takie prace i wykorzystując potrzebne w nich umiejętności, wprawdzie nie zarabiamy, lecz niewątpliwie zyskujemy.

Moim zdaniem Sikora nie ma powodów do zmartwień, ponieważ jej książka raczej nie zafunkcjonuje w tym najbardziej popularnym obiegu, w którym od poradników wręcz wymaga się chwytliwego, lakonicznego przesłania. Mimo wyraźnych starań autorki, aby nie komplikować wywodu, nie przeciążać go bibliografią i wyrafinowanymi odniesieniami kulturowymi, „Jak wyjść z siebie” jest książką sprofilowaną pod dość konkretną grupę odbiorców – raczej milenialsów, raczej lewicowców, raczej rodziców. Przede wszystkim jednak jest to książka, na której silne piętno odcisnęło wykształcenie autorki – absolwentki Instytutu Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim (z obronionym tam doktoratem). Osoby, które znają to środowisko akademickie – jego kadrę, panującą tam atmosferę – w lot dostrzegą w książce Sikory charakterystyczne inspiracje lekturowe, predylekcje ku wyciąganiu pewnego typu wniosków, najogólniej mówiąc – sposób czytania, myślenia i funkcjonowania w świecie, którego nie umiałbym określić inaczej niż ikapowskim.

To nie krytyka, żeby była jasność. Sam myślę w podobny sposób, chociaż akurat nie jestem po IKP-ie. Czytam „Jak wyjść z siebie” i od razu na przykład spostrzegam, że projekt tkania więzi społecznych wbrew dominującemu porządkowi neoliberalnemu, narzuconemu nam niejako z góry, przypomina to, co o oddolnych, spontanicznych „taktykach” pisał Michel de Certeau – francuski historyk, którego słynna książka „Wynaleźć codzienność” od lat jest jednym z ikapowskich szlagierów. Szukam jego nazwiska w książce Sikory i znajduję je… tylko w bibliografii do wprowadzenia. W samym wprowadzeniu już go nie ma. Zapewne został usunięty podczas którejś redakcji przez autorkę, lecz nieopatrznie został w bibliografii. To tylko drobiazg i oczywiście nic nagannego, ale trudno mi w tym nie widzieć symptomu zjawiska ogólniejszego, czyli właśnie rozumowania w kategoriach typowych dla warszawskiego kulturoznawstwa.

Czytam „«Jak wyjść z siebie” i od razu spostrzegam, że projekt tkania więzi społecznych wbrew dominującemu porządkowi neoliberalnemu przypomina to, co o oddolnych, spontanicznych «taktykach» pisał Michel de Certeau

Inny, może lepszy dowód, to korelacja między postulowanym przez Sikorę światem zacieśnionych więzi społecznych a wizją polskiego społeczeństwa zapisaną w twórczości Mirona Białoszewskiego. Autor „Obrotów rzeczy”, jak wiadomo, ma w ikapowskim środowisku liczną rzeszę admiratorów i wybitnych znawców. W jego poezji i prozie można by znaleźć historyczny punkt odniesienia dla tez Sikory. Weźmy dla przykładu obraz polskiego społeczeństwa z „Pamiętnika z powstania warszawskiego”: egzystującego „na kupie”, skazanego na siebie, ale i wspaniale współpracującego ze sobą. Było to wszak społeczeństwo, w którym więzi rodzinne zostały brutalnie zerwane i zastąpione relacjami z tymi, którym akurat przyszło ukrywać się w tej samej przestrzeni (Białoszewski znaczną część powstania spędził z przyjacielem, członkami jego rodziny i przypadkowymi ludźmi z tej samej piwnicy).

Kolejnym wcieleniem owego „cywilnego” współbycia (jak określiła je Maria Janion) było zaś – opisywane przez poetę zwłaszcza w późnych wierszach – peerelowskie życie osiedlowe. Myślę tu o zabawnych utworach w rodzaju „Ja baba z bloku/ Mam blok na oku./ Wystarczy ruch rzęs:/ I blok rozchrzaniony jest!”. Każdy milenials pamięta z dzieciństwa taką „babę”, która przez pół dnia przesiadywała w oknie na parterze, dzięki czemu miała wszystko pod kontrolą i wszystko o wszystkich wiedziała. Fenomen owej „baby” zasługuje na głębszą refleksję. Jak przekonuje Weronika Parfianowicz (pracująca w IKP-ie):

Dawniej osiedla projektowano tak, że dzieci były obserwowane nie tylko przez rodziców, którzy mogli wyjrzeć przez okno, lecz także przez społeczność starszych pań, siedzących na ławce i plotkujących. Te panie stanowiły rodzaj instytucji bezpieczeństwa. To trochę to, o czym pisze Jane Jacobs: wzrok nie musi być czymś kontrolująco-karcącym, może być również opiekuńczy. Jeśli patrzy na nas w ten sposób sąsiadka, to czujemy się bezpiecznie, bo jesteśmy we wspólnej przestrzeni.

Czy nie za takim światem społecznych relacji coraz częściej nam dzisiaj tęskno? Dawniej „baba w bloku” zapewniała nam – dzieciom – oddech od kontroli rodzicielskiej, naszym rodzicom zaś dawała komfort bycia tylko dla siebie, bez konieczności stałej opieki nad latoroślami. Współczesna ideologia neoliberalna nie przewiduje miejsca dla podobnych praktyk opiekuńczych. Znikają „baby” z okien, a w nowoczesnych apartamentowcach oszklone szyby są zwykle starannie zasłonięte ciemnymi zasłonami, tak by łatwiej było odizolować się w gronie małej rodziny. Co – pyta Sikora – jeśli spróbowalibyśmy pomyśleć nasz świat inaczej? Co, gdybyśmy odbudowali niegdysiejsze siatki więzi społecznych, które tak mocno nam się dziś porwały?

Dlaczego nie można by – ot tak, bez hamulców – prosić o pomoc obcych i nie mniej rozwiąźle, choć elastycznie, świadczyć ją – wtedy, gdy ma się taką możliwość, gdy ma się na to zasoby, wtedy, gdy ktoś jej potrzebuje? Dlaczego nie widzieć siebie nawzajem jako potencjalnych splotów w społecznej sieci, w której możemy się nawzajem asekurować niezależnie od stopnia tego, co dziś nazywane jest „bliskością” (s. 415)?

To nie pytania retoryczne, lecz zaproszenie do eksperymentu wyobraźni. Jeśli chcemy cokolwiek zmienić, mamy już od czego zaczynać.

[1] Paulina Małochleb, „Mięśnie mam od miłości”, Kraków 2006, s. 131.

Agata Sikora

„Jak wyjść z siebie. O złudzeniu niezależności i sile społecznych więzi”, Znak, Kraków 2026, s. 464.

Artur Hellich
(ur. 1989) wykładowca na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, badacz literatury autobiograficznej oraz historii polskiej humanistyki, autor książki „Gry z autobiografią” (2018) oraz licznych tekstów o współczesnej polskiej literaturze, filmach i zjawiskach internetowych. Publikuje w „Mincie”, „Kulturze Liberalnej”, „Dwutygodniku” i innych portalach kulturalnych.
redakcjaKarolina Kulpa
korekta Jakub Nowacki