Ładowanie strony

Aldona Kopkiewicz

„Kim jest ona, gdy mnie nie ma. Eseje w poszukiwaniu siebie", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, s. 200.

W „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” Aldona Kopkiewicz, poetka i eseistka, wyrusza na poszukiwanie siebie. Brzmi groźnie? Trudno winić czytelniczkę, jeśli tak określony kierunek wzbudzi w niej niepokój. Grunt, na którym tego rodzaju poszukiwania z konieczności się odbywają, jest grząski, bo pytania o to, jak być sobą, stały się w ostatnich latach powszednim elementem socialmediowego krajobrazu. Odpowiedzi, które zazwyczaj padają, w większym stopniu motywuje chęć zysku niż załagodzenia napędzanego kapitalizmem kryzysu tożsamości. Kopkiewicz podejmuje jednak swoje rozważania, świadomie i z ostrożnością wchodząc na ten utowarowiony teren. A przy tym nie chowa się za wysublimowanym, akademickim dyskursem, którego hermetyczność mogłaby posłużyć za zasłonę dla naiwnych ogólników, niemożliwych chyba do uniknięcia przy temacie tak fundamentalnym, jak znajomość samej siebie. Wręcz przeciwnie, Kopkiewicz przyznaje, że nawet banał wymaga czasem wypowiedzenia. Nie unika wielkich słów, jak autentyczność czy prawda, i próbuje odzyskać je z marketingowej nowomowy dla własnego użytku, przywracając im sens odrzucony przez różne -izmy ostatnich 50 lat. Powoduje to moje uznanie, bo to otwarty gest bezradności, koniecznej dla każdych poszukiwań, a rzadko wyznawanej nie w (post)ironicznym stylu. Autorka decyduje się by być czasem banalną, śmieszną lub naiwną i to najmocniejsza strona jej książki. Problem w tym, że banał to broń obosieczna – może być wyrazem szczerości, ale może być też abstrakcyjnym ogólnikiem, który więcej zaciemnia, niż odkrywa.

Autorka decyduje się by być czasem banalną, śmieszną lub naiwną i to najmocniejsza strona jej książki. Problem w tym, że banał to broń obosieczna

Kopkiewicz zauważa, że w mówieniu o „swoich wewnętrznych prawdach” sięgamy często po „terapeutyczne bądź uduchowione gotowce”, stosujemy „konwencje, które w naszej kulturze mają wyrażać autentyczność” (s. 18). Poradnikowe frazesy i poppsychologiczne aforyzmy w takim stopniu wrosły w nasz codzienny język, że funkcjonują jako prefabrykaty, z których budujemy opowieści o sobie. Jak przekonuje pisarka, efektem nie jest większa samoświadomość, ale autoalienacja, automatyzm mówienia, w którym zamiast wyrażać „swoje wewnętrzne prawdy”, wypowiadamy prawdy dyktowane nam z zewnątrz. Jak jednak odróżnić utowarowioną autentyczność od tej właściwej, postulowanej przez Kopkiewicz? W „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” nie chodzi ostatecznie o poszczególne pojęcia – one pełnią przede wszystkim funkcję węzłów, których rozplątywanie wyznacza kierunek rozważań; chodzi o przekroczenie samego automatyzmu, zadanie sobie pewnych pytań tak „naprawdę”, na serio, bez uchodzenia w podawane z każdej strony formuły.

Autorka tłumaczy: „Bardziej niż pojęciowe niuanse zajmuje mnie rzeczywistość kapitalistycznej i indywidualistycznej, a jednocześnie terapeutycznej kultury, która jednoznacznie nakazuje, by być sobą naprawdę – i by robić to w świecie, w którym rządzą cynizm i pieniądze” (s. 32). Mimo znalezienia się w centrum uwagi, rzeczywistość ta zostaje zarysowana jednak mgliście, ogólnikowo. Wynika to po części z założeń autorki. Na „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” składają się eseje w większości publikowane wcześniej w czasopismach literackich, a przeredagowane gruntownie na potrzeby książki. Napisane są prosto, bez literackich popisów i rozbudowanych odwołań, skądinąd zgodnie z dokonanym przez pisarkę mimochodem dowartościowaniem „stawki egzystencjalnej” kosztem „reprodukcji mechanizmów języka” w literaturze (s. 53). Punktem wyjścia jest dla niej zawsze własne doświadczenie, opowiedziane jednak – jak formułuje to Kopkiewicz – „bez zbędnych szczegółów, z nadzieją na ruch pomiędzy ciałem i uniwersalnością” (s. 28). Konkret jej doświadczeń wpisuje się ostatecznie w ich powtarzalność, jeśli nie powszechną, to w każdym razie w obrębie reprezentowanej przez nią grupy społecznej. Celem nie jest tu analiza uwarunkowań współczesnego dyskursu „bycia sobą” ani jego krytyka, choć Kopkiewicz wielokrotnie wskazuje swoich wrogów: kapitalizm i patriarchat. Celem jest wypowiedzenie niepewności własnego „ja”, jego zmienności i niestabilności, bo według niej to w nich ostatecznie wyraża się autentyczność. Dlatego ważniejsze od szczegółowego rozbioru kapitalistycznego porządku społecznego, który jednocześnie żąda od nas bycia sobą i je uniemożliwia, jest uchwycenie doświadczenia tej sprzeczności i zadawanie pytań o możliwość wyłamania się z tak skonstruowanego dyskursu.

Trudność polega na tym, że pisząc tak bardzo „przy sobie” Kopkiewicz osiąga poziom abstrakcji, która nie jest może hermetyczna, ale na tyle oddalona od materii rzeczywistości, że często nazbyt ogólna. Problemem ze współczesnym dyskursem o „byciu sobą” jest nie tylko utowarowienie tożsamości i schematyzacja odpowiedzi na pytanie „kim jestem?”, ale również konwencjonalizacja i powierzchowność jego krytyki. Hasła „kultury terapeutycznej” i „społeczeństwa narcyzów” weszły na stałe do repertuaru zarówno lewo-, jak i prawostronnej krytyki kultury i zamiast służyć problematyzacji społecznej rzeczywistości, dokonują jej – by posłużyć się innym chętnie krytykowanym określeniem – diagnozy, niepodważalnej i ostatecznej. Kopkiewicz nie szafuje tymi określeniami, ale odwołuje się do nich wystarczająco często, by wywołać we mnie zniechęcenie. Tym większe, że w wykonywanej przez nią pracy uogólniania, konkretne, własne, cielesne „ja” przechodzi często w bliżej nieokreślone „my” – wyobrażony, a może nawet fantazmatyczny podmiot współczesnej kultury, będący bohaterem efektownych, choć nie zawsze przekonujących tez. „Ruch pomiędzy ciałem a uniwersalnością” wydaje się być, mimo deklaracji, odwrotem od cielesności.

Pisząc tak bardzo »przy sobie« Kopkiewicz osiąga poziom abstrakcji, która nie jest może hermetyczna, ale na tyle oddalona od materii rzeczywistości, że często nazbyt ogólna

Główny punkt zapalny dla rozważań w „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” to napięcie między jednostkową swobodą a życiem społecznym. Kopkiewicz podkreśla, że jednostka nie istnieje poza relacjami, podlega złożonym, często trudnym do zidentyfikowania uwarunkowaniom, które kształtują ją poza jej świadomością i wolą. W swoich poszukiwaniach poetka próbuje uchwycić moment indywidualnej sprawczości, w której „ja” wykracza choć na chwilę z determinującej je rzeczywistości. Zawsze jest to jednak zmaganie, bo zewnętrzny świat – czy to ekonomiczny, kulturowy czy społeczny, a nawet biologiczny – jest autokratyczny i zachłanny. Jakkolwiek autorka nieraz stwierdza, że bycie sobą nie jest możliwe bez bycia z innymi, a nawet, że wydarza się ono najpełniej w relacji, to jednocześnie nie opuszcza jej marzenie o samowystarczalności i całkowitym samostanowieniu: „(…) nie akceptuję w sobie tego – pisze – że nie jestem tak niezależna od innych, jak bym chciała: że poza oczywistą koniecznością przetrwania wśród ludzi ja także potrzebuję akceptacji, potrzebuję związków i uznania, a nawet, najbanalniej na świecie, chcę się podobać” (s. 21).

Jakkolwiek autorka nieraz stwierdza, że bycie sobą nie jest możliwe bez bycia z innymi, to jednocześnie nie opuszcza jej marzenie o samowystarczalności i całkowitym samostanowieniu

Można powiedzieć, że relacje społeczne przyjmują w eseju dwie postacie, negatywną i pozytywną. Ta pierwsza obejmuje wszystkie przypadki, w których jednostka kształtowana jest opresyjnie, przez konwencje, tradycję, reguły społecznej gry; druga natomiast dotyczy sytuacji odbywających się, jeśli nie na własnych, to przynajmniej wspólnie uzgodnionych zasadach. Relacja w jakimś sensie wyswobadza się wówczas z dynamiki grupy społecznej i rozgrywa pomiędzy dwoma autonomicznymi jednostkami. Trudno mi jednak oprzeć się wrażeniu, że granica oddzielająca jedną postać od drugiej jest tu arbitralna. Kopkiewicz wie przecież, że wpływ innych na kształtowanie „ja” jest nieunikniony i niejednoznaczny, odbywa się na wielu poziomach naraz, w świadomości i poza jej zasięgiem. Jeśli autorka akceptuje, że jest tym, kim jest dzięki bliskim relacjom, czemu tak trudno zgodzić się jej na to, że zależy również od tych dalszych, często niebezpośrednich, wyrażających się w spojrzeniach, sądach bądź konwencjonalnych regułach? Nie chodzi mi o to, by bezdyskusyjnie uznawać zastane normy społecznej gry. Zgadzam się, że przeważnie działają wykluczająco, a ich zależność od relacji władzy i nierówności sprawia, że często na jednostkowe bycie oddziałują niszcząco. Sama wielu konwencji nie rozumiem i się im sprzeciwiam, nie sądzę jednak, żeby jako takie były czymś koniecznie złym. Przestrzeń wspólna wymaga kompromisów i negocjowania wzajemnych – kolejne kontrowersyjne pojęcie z języka terapeutycznego – granic. Problem polega przede wszystkim na tym, komu i w jakim stopniu pozwalamy na określanie rządzących nami zasad – oraz kogo mamy na myśli, kiedy mówimy „my”. To zaś w „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” pozostaje raczej w sferze domysłów.

Skoro wspomniałam już o granicach – dużą część rozważań Kopkiewicz, szczególnie w esejach „Czy nie lepiej być niemiłą osobą?” i „Ta niedogodność, w której możemy być sobą”, krąży wokół problemu nieprawdziwości społecznego istnienia. W książce często powracają pojęcia fałszu i maski, w opozycji do prawdy i autentyczności. Poetka otwarcie przeciwko nim protestuje; pisze, „że autentyczność wyraża się w napięciu wobec rzeczywistości, a najlepiej w buncie przeciwko niej” (s. 177, moje podkreślenie). Dla autentyczności ważny jest więc konflikt między jednostką i światem, prawda wyraża się w opozycji. Kopkiewicz z niechęcią pisze o terapeutycznym stawianiu granic w trosce o własny komfort, ale umiejętność postawienia granic między „ja” a innymi, między „ja” i światem, wydaje się dla niej kluczowa, kiedy chodzi o autentyczne bycie sobą. To typowe – by nie powiedzieć stereotypowe – cechy czegoś, co można by nazwać „kontrkulturową tożsamością”: niechęć do fałszu i udawania, pragnienie szczerości kosztem miłej atmosfery, ale też przekonanie o konieczności sprzeciwu wobec świata, cokolwiek miałby on oznaczać. Jednostkowa autonomia jest fundamentalna dla postulowanego przez autorkę doświadczenia własnej „wewnętrznej prawdy”. Ale czy prawda ta faktycznie może istnieć w oderwaniu od tego, co „na zewnątrz”, w buncie przeciwko rzeczywistości, której jest przecież nieodłączną częścią?

To prawda, że bycie niemiłym jest bardziej akceptowalne u osób o większej władzy i wyższej pozycji; że widać to szczególnie w różnicy płci: że „[k]obieta, która nie inwestuje w uczucia i gesty mające przynieść komfort drugiej osobie, jest przerażająca i sama prosi się o wykluczenie” (s. 88). Troska, bycie miłą, dbałość o cudzy komfort, tak zwana praca emocjonalna czy po prostu praca reprodukcyjna w ogóle, stanowią wysiłek, z którego wielu nie zdaje sobie sprawy, bo nie musi, a którego ciężar bywa dla noszącej go jednostki zgubny. Czy oznacza to jednak, że powinnyśmy z niego rezygnować, deprecjonować jego przyczyny i dążyć do nieuważnej na otoczenie swobody dostępnej na wysokich stopniach drabiny społecznej? Kopkiewicz nie daje na to jednoznacznej odpowiedzi, ale jej wołanie o szczerość, o otwartość mówienia, co się myśli, wywołują moją wątpliwość, bo bycie miłą dla innych nie musi przecież oznaczać wymuszonych uśmiechów i emocjonalnego fałszu. Może iść także w parze ze zgodą na dyskomfort cudzej obecności, na własną i cudzą niedogodność.

U Kopkiewicz fałszywe „ja” to „ja” ulegające „normom i oczekiwaniom innych” (s. 48). W obliczu norm zamiera życiowa witalność, według autorki konieczna jeśli nie dla integralności samego „ja”, to do przeżywania własnego bycia. Siły życiowe zamierają – przekonuje – kiedy maska przeważa nad własnym ciałem, poddanym umartwiającej dyscyplinie norm, konwencji, zwyczajów, cudzych opinii; powoduje to wewnętrzne rozdarcie na „ja” prawdziwe i fałszywe, a w dalszej perspektywie – dysocjację, otępienie, poczucie izolacji, depresję, uśpienie sił życiowych. Kopkiewicz pisze, że późny kapitalizm podtrzymuje w nas to rozdarcie i podporządkowuje jednostkowe życie, a wraz z nim rzeczywiste więzi, produkowaniu wartości dodatkowej. Pełna zgoda. Ale czy bycie sobą lub bycie w zgodzie ze sobą możliwe jest w takim razie tylko w poczuciu bezpośredniości i intensywności? Czy ciało, które nie jest „ruchem, energią, afektem” (s. 21), jest pozbawione życia? Czy dysocjacja i wycofanie nie są równie uprawnionymi mechanizmami obronnymi, co konfrontacja i atak? Autorka nie odpowiada jednoznacznie: pisze, że wrażenie bycia sobą czasem pojawia się w samotności, w „ekstatycznym otoczeniu” – choć jednak najsilniej pojawia się w kontakcie z innym; podkreśla, że intensywność może prowadzić do przemocy, a „wyjście z tego stanu też jest błogosławieństwem” (s. 99). Ale wyczuwam w niej niechęć do stanu bierności, zawieszenia, bycia „słabą, rozproszoną, zagubioną w nadmiarze myśli” (s. 99) i wielości „ja”, i trudno mi na tę niechęć przystać, bo mam wrażenie, że ostatecznie powiela ona dość tradycyjne dowartościowanie aktywności ponad pasywność, ruchu ponad spoczynek, działania ponad trwanie.

Wątpliwości, które próbuję uchwycić, najbardziej dochodzą we mnie do głosu, kiedy poetka pisze o cielesności. Chociaż Kopkiewicz uznaje i podkreśla znaczenie ciała w byciu sobą, pozostaje ono dla niej czymś wobec „siebie” zewnętrznym. Ciało jest pewnym przedmiotem warunkującym istnienie, przynależnym zewnętrznej, „brutalnej” rzeczywistości, czymś, od czego można uciec, nawet jeśli tylko hipotetycznie. Jest przedmiotem badań, które dowodzić mają „neurobiologicznego determinizmu” (s. 57). Wzmianka o determinizmie mnie zawodzi, bo przecież potrafimy już patrzeć na ciało i jego materialność inaczej – nie oddzielać go od jaźni, dostrzegać jej związki z trzewiami, rozumieć plastyczność układu nerwowego. Kopkiewicz pisze, że ciało i myśli kształtują się nawzajem, to pierwsze pozostaje jednak przede wszystkim materią, „nicością” (s. 51) i „więzieniem, które ludzie zawsze jakoś próbują przekroczyć, niezależnie od warunków kulturowych i ekonomicznych” (s. 57). Być może, paradoksalnie, wynika to z nieumiejętności „znalezienia w sobie takiej samej zgody na cud ciała, jak i na jego obcość” (s. 56). Czy przystanie na wewnętrzną obcość, na bycie czymś więcej (i być może również mniej) niż „ja”, na brak kontroli, nie jest zarazem uznaniem własnej nietożsamości, nieciągłości i zmienności, słabości i rozproszenia, w których, jak wskazuje sama autorka, tkwi rzeczywiste „ja”? Czy faktycznie „ostateczne «ja» wie, co nim jest i nie jest”, czy może jednak wie też, że należy do niego także własna niewiedza, nieświadomość i nieoddzielność od tego, co obce i inne?

Wątpliwości, które próbuję uchwycić, najbardziej dochodzą we mnie do głosu, kiedy poetka pisze o cielesności

Moje uwagi mogą w dużej mierze wynikać z wrażenia niekonsekwencji i nieścisłości. Eseistka ma jednak prawo do obu tych rzeczy, co zresztą wydaje się pociągać Kopkiewicz. Samo pisanie jest dla niej procesem poszukiwania siebie, pozwala jej na wyrażanie własnej niepewności, na pracę „nad akceptacją poczucia, że nie wiemy, kim jesteśmy, a wobec tego nieustannie uczymy się odczuwać i tworzyć siebie” (s. 43). „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” czytam więc jako niedokończony pisarski proces, którego poetykę wyznaczają wątpliwość i wahanie. Odnajduję się w kluczących rozważaniach Kopkiewicz, a niektóre ze stawianych przez nią pytań sama sobie zadaję. Sympatyzuję z przekonaniem, że „ja” wydarza się w swojej zmienności i zależności od innych i od otoczenia. Bliski jest mi też postulat uznania dla własnej (i cudzej) osobliwości i poszukiwania właściwej jej formy wyrazu, na przekór konwencjom i regułom wyznaczającym, kto, co i komu może powiedzieć. Będąc jednak bliżej tekstu niż ogólnych wniosków, jakie z niego płyną, trudno jest mi stale podążać za autorką. Jej niechęć do pojęć czy ścisłości języka jest dla mnie zrozumiała, ale i niesatysfakcjonująca – nie dlatego, że chciałabym eseju bardziej akademickiego, ale dlatego, że w ogólnikach zanika wiele sensów i zawiłości, wobec których uważność wydaje mi się szczególnie istotna, zwłaszcza w czasach utowarowienia i schematyzacji dyskursu o byciu sobą. Jeśli, jak postuluje autorka w ostatnim eseju, „Wolałabym nie, czyli siostry Bartleby’ego”, celem jest znalezienie nowego języka, który byłby wrażliwy na jednostkowe osobliwości i umożliwiał poszukiwanie siebie bez popadania w korporacyjną, socialmediową czy poppsychologiczną frazeologię, to czy rzeczywiście warto wracać do starych opozycji prawdy i fałszu, autentyczności i sztuczności, rzeczywistości i fantazji? Mam wrażenie, że afirmując nietożsamość i relacyjność „ja”, autorka mimo wszystko nie jest do nich przekonana i ostatecznie nie przekracza dosyć tradycyjnej wizji podmiotu.

Rozumiem, że ograniczenie konkretnych odniesień i bardziej szczegółowych opowieści o własnym życiu składa się na obraną przez autorkę konwencję, która ma pozwolić na bycie bliżej siebie i swojej własnej prawdy. Kopkiewicz stwierdza jednak, że bycie sobą wydarza się zarówno w opowiadaniu o swoich doświadczeniach, jak i lekturze cudzego tekstu, ale ostatecznie nie daje temu do końca wyrazu. W esejach pojawiają się wprawdzie inni autorzy, ale są to głównie klasycy: Donald Winnicott, Guy Debord, Arthur Rimbaud, Herman Melville, Gilles Deleuze czy Witold Gombrowicz. Drażni mnie trochę ta nadreprezentacja męskich autorów, bo choć pojawiają się w tekście liczne feminatywy, Virginia Woolf i Vera Chitylowa, to przecież tak wiele twórczyń podejmowało się w tym i ubiegłym wieku podobnych rozważań, że sięgnięcie do nich mogłoby tylko wzbogacić książkę Kopkiewicz i wyznaczyć jej nieco odmienne kierunki. Skoro bowiem odnaleźć i przeżyć siebie można także w cudzej twórczości, to czy właśnie konfrontacja z innym tekstem nie powinna być integralnym elementem podobnych poszukiwań? Czy inny, cudzy tekst, podobnie jak materialny konkret rzeczywistości, której obecność u Kopkiewicz pozostawia co najmniej niedosyt, nie jest tym, co w pierwszej kolejności pozwala pisarce przekroczyć siebie i stworzyć się na nowo w nieoczekiwany sposób?

Aldona Kopkiewicz

„Kim jest ona, gdy mnie nie ma. Eseje w poszukiwaniu siebie", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, s. 200.

Zofia Jakubowicz-Prokop
kulturoznawczyni, pisarka. Obroniła doktorat pt. „Natura, płeć i różnica. Wczesne powieściopisarstwo Zofii Nałkowskiej (1906–1913) w świetle filozofii feministycznej” na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje się feminizmem, posthumanizmem i naturą w literaturze i filozofii.
redakcjaJakub Nowacki
korekta Karolina Kulpa