Ładowanie strony
Ilustracja Natalii Przybysz do wywiadu z Pawłem Tomczokiem o "Lalce" Bolesława Prusa

Jakub Nowacki: „Lalka” Bolesława Prusa rządzi niepodzielnie we wszystkich plebiscytach na najlepszą polską powieść wszechczasów. Co Pana zdaniem świadczy o tym fenomenie? Jestem świeżo po ponownej lekturze i zgadzam się: to wciąż wciągająca, pieczołowicie skonstruowana, polifoniczna narracja, nawet jeśli niektóre wątki wydają się aż zanadto rozbudowane, a kombatanckie gawędy Rzeckiego z „Pamiętnika starego subiekta” trochę się dłużą, jakby brakowało im kondensacji.

Paweł Tomczok: Dobrze, że mówi Pan o kondensacji. Tego pojęcia używa Zygmunt Freud w „Analizie marzeń sennych” i myślę, że dobre narracje to właśnie te, które można w ten sposób określić. „Lalka” w najważniejszych fragmentach, w tych najlepszych momentach – gdy na przykład Wokulski przechadza się po Powiślu – jest właśnie powieścią o niesamowicie skondensowanej narracji, uzupełnionej o strumień świadomości, przepełnionej całym mnóstwem metafor. Są one zakotwiczone w ówczesnym systemie wiedzy, więc przywołują masę różnych kontekstów. Czytając nawet drobny fragment „Lalki”, możemy o nim myśleć, możemy o nim rozmawiać godzinami, bo tam jest po prostu ogrom znaczeń. Czy to będzie dyskurs ekonomiczny, czy biologiczny, czy społeczny, a przede wszystkim powiązania między nimi, to już obojętne. Ważne jest zagęszczenie wszystkich treści, co pozwala zobaczyć, jak teorie darwinistyczne przekładają się na wizje społeczeństwa, jak widok nędzarzy rodzi fantazje eugeniczne, a emocje bohatera wpływają na jego ekonomiczne pomysły.

Kondensacja znaczeń sprawia, że tej powieści nie można przyswajać niczym czytadła. „Lalka” to nie tylko fabuła, choć historia opowiedziana w tej powieści jest oczywiście świetna. Rzecz jasna, na pierwszy plan wysuwa się fabuła miłosna, wręcz romansowa, ale połączona z podziałami społecznymi, polityką, a przede wszystkim z ekonomią, pełna rozmaitych niejasności i niedopowiedzeń, których tylko część wytłumaczyć można ówczesną cenzurą. To właśnie kondensacja znaczeń sprawia, że wybierając niemal dowolny fragment „Lalki”, odnajdujemy ślady dyskursów ważnych nie tylko u schyłku XIX wieku, ale i dzisiaj. Chyba dlatego „Lalka” do tej pory budzi zainteresowanie badaczy, a także nieakademickich czytelników – czy wreszcie twórców innych mediów, gotowychprzełożyć ją kolejny raz na język kina. Można znaleźć w niej zagęszczenia znaczeń porównywalne z opowiadaniami Franza Kafki czy Brunona Schulza, choć na dłuższym tekstowym dystansie, w ramach wielkiej powieści.

Kondensacja znaczeń sprawia, że wybierając niemal dowolny fragment »Lalki«, odnajdujemy ślady dyskursów ważnych nie tylko u schyłku XIX wieku, ale i dzisiaj

Ciekawe, że przywołuje pan Kafkę i Schulza w kontekście językowej nadorganizacji „Lalki”. W eseju „Zakochany biznesmen” Fredric Jameson powoływał się na Henry’ego Jamesa, by opisać specyfikę narracji prowadzonej przez Prusa – a więc mówimy już o estetyce literatury dwudziestowiecznej, modernistycznej. Czy możemy powiedzieć, że „Lalka” przekroczyła swoją epokę?

I tak, i nie. Na pewno nie jest ona już powieścią realistyczną. Brakuje w niej narratora auktorialnego, a świat nie zostaje zaprezentowany wyłącznie przez narratora i zgodnych z nim bohaterów, lecz przez wielość głosów postaci z różnych społecznych światów. Świat przedstawiony na pewno nie jest jednoznaczny (choć właściwie w literaturze realistycznej nigdy nie był on do końca jednoznaczny, ale powiedzmy, że takie było oczekiwanie czytelnika). Nie powiedziałbym jednak, że to powieść, która przekraczała swoją epokę. Jej czas to koniec XIX wieku, moment ogromnych przemian społecznych, kulturowych i oczywiście ekonomicznych. Dzieło Prusa po prostu bardzo dobrze te przemiany oddaje. Nie tylko na poziomie opowiedzianej historii, ale też jej epistemologii. Skupia w sobie najważniejsze problemy końca XIX wieku, a jednocześnie pokazuje, że na te pytania nie ma prostych odpowiedzi, że trzeba zmierzyć się z nadmiarem perspektyw, punktów widzenia, z których dopiero wyłania się rzeczywistość.

W jaki sposób to robi?

Zacznijmy od narracji. Prus prowadzi ją tak, że właściwie nie wiemy nic pewnego o Wokulskim. Nie jesteśmy w stanie ustalić, czy ta postać jest pozytywnie oceniana przez autora, czy negatywnie. Kwestia oceny moralnej postaci zostaje przerzucona na czytelnika, który dostaje pewien materiał, zbiór niekiedy sprzecznych, a przynajmniej rozbieżnych informacji, z których powinien wyciągnąć własne wnioski. Czytelnik „Lalki” musi cały czas zastanawiać się nad oceną postaci. Nad tym, komu kibicuje, kogo obdarzy swoją empatią. Wokulski wydaje się oczywiście głównym bohaterem, ale czy na pewno powinniśmy się z nim identyfikować? Czy na pewno powinniśmy kibicować mu w jego staraniach o rękę Izabeli? Nie jest to takie oczywiste. Dalej – czy powinniśmy dopingować go w jego interesach ekonomicznych? To też bardzo wątpliwe. Prus, konstruując narrację w ten polifoniczny sposób – powtórzmy to – zdecydowanie odchodzi od modelu powieści realistycznej. Tego modelu, który już wtedy wydawał się zużyty, bo zabrakło takiego miejsca, z którego pisarz mógłby mówić z pełnym autorytetem i powiedzieć, że jest tak i tak, mogę oceniać rzeczywistość, a wy, czytelnicy, powinniście czerpać ode mnie tę wiedzę i podzielać moje oceny. Prus jest bliżej naturalizmu albo postnaturalizmu, jak mówi Jameson, przedstawia rzeczywistość jako materiał do badania przez czytelnika. Oczywiście, to bardzo wysokie wymaganie i trudno oczekiwać, żeby każdy czytelnik „Lalki”, szczególnie w szkole, stawał się od razu badaczem literatury. Ale ta możliwość istnieje, sama szansa dociekania, kto tutaj ma rację, kto jest dobrą, a kto złą postacią. Czy Izabela powinna wyjść za Wokulskiego, czy powinna raczej starać się zachować autonomię wobec niego, a może powinna się go obawiać? To są pytania, które z jednej strony mogłyby być pytaniami wynikającymi z lektury romansu, a z drugiej strony mogą być pytaniami jak najbardziej ambitnymi, intelektualnymi, sięgającymi do kwestii przemian społecznych, ekonomii i wszystkich najbardziej abstrakcyjnych wyzwań, przed jakimi stał Prus przed ostatnią dekadą XIX wieku.

Zastanawiam się, czy to właśnie niejednoznaczność sprawia, że Wokulski nie stał się jakimś narodowym bohaterem, że nie mamy dzisiaj Partii Wokulskiego. A przecież mógłby zostać współcześnie atrakcyjnym patronem dla jakiegoś ruchu, powiedzmy, polskich przedsiębiorców, figurą „zarobasa”, ma ku temu wszelkie przymioty – jest postacią sprawczą, przywiązaną do idei postępu, filantropem uiszczającym składki na rozmaite zrzutki. Czy Wokulski nie może być bohaterem dla jakiegoś zbiorowego podmiotu, bo jest postacią na wskroś depresyjną? „Lalka” mogłaby być w tym sensie powieścią nie tylko o schyłku arystokracji, ale także o końcu heroicznej epoki burżuazji jako tej rewolucyjnej siły XIX wieku, którą opiewali Marks z Engelsem w „Manifeście komunistycznym”.

Żartobliwie można powiedzieć, że katalog narodowych bohaterów literackich, a przynajmniej źródeł patriotycznych pseudonimów, zapełnił już Sienkiewicz personelem „Trylogii”. Iluż mieliśmy dwudziestowiecznych Kmiciców, Wołodyjowskich czy Skrzetuskich. Ale to byli bohaterowie bardziej pogodni, przygodowi, nawet jeśli czasem ich los skazywał ich na tragiczny koniec.

Ale wracając do „Lalki”: jej treścią nie jest historia patriotyczna, militarna, lecz ekonomiczna i społeczna – a właśnie na tych dwóch polach akurat pod koniec XIX wieku zmieniało się bardzo wiele. Przede wszystkim kończyła się arystokracja, rozumiana jako wąska grupa społeczna, uprzywilejowana ekonomicznie, kulturowo i politycznie. Z drugiej strony mamy tradycyjne mieszczaństwo, czyli Minclów, ale też tych wszystkich niezmordowanych dyskutantów z warszawskich knajpek, którzy mają różne opinie na temat Wokulskiego, na samym początku powieści wypominający mu, że nie dopilnował mieszczańskiego fachu. To byłby ideał Weberowski z „Etyki protestanckiej i ducha kapitalizmu”. Max Weber jest oczywiście późniejszy, ale Prus pokazuje, że w Warszawie pod koniec lat 70. XIX wieku ten mieszczański etos także zaczyna zanikać. To dobre, porządne i spokojne mieszczaństwo, które miało być podstawą bytu narodowego, polskiego społeczeństwa i które miało tworzyć tkankę tego społecznego organizmu, znalazło się akurat w potwornym kryzysie. Wkracza w to miejsce Wokulski, który jest już jednak zupełnie inny.

W Warszawie pod koniec lat 70. XIX wieku mieszczański etos zaczyna zanikać. Wkracza w to miejsce Wokulski, który jest już zupełnie inny

Rzeczywiście, nie jest wzorem mieszczańskiej solidności, działa raczej pod wpływem nagłych i niezrozumiałych impulsów – zwalnia Mraczewskiego bez podania powodu, pojedynkuje się z baronem Krzeszowskim, rzuca z łatwością wielkimi sumami.

Tę dezynwolturę i ryzyko widać zresztą od początku – Wokulski wchodzi do sklepu Minclów, przejmuje go, pomnaża jego wartość, ale potem podejmuje zupełnie szalone wyzwanie, czyli jedzie na wojnę rosyjsko-turecką, żeby zajmować się aprowizacją. Podejmuje się więc zadania należącego do zupełnie już innego kapitalizmu, nie mieszczańskiego, tylko spekulacyjnego, opartego na ryzyku, niebezpieczeństwie, bo oczywiście gdyby Rosja przegrała tę wojnę, to on z tej wojny prawdopodobnie by nie wrócił nawet z jedną kopiejką. Rzecz jasna, mógł też zginąć, sam mówi, że narażał się tam na tyfus, na kulę, na wiele różnych niebezpieczeństw. Ale udało mu się.

To dlaczego właściwie mu się udało?

Odpowiedź na to pytanie jest w „Lalce” niby bardzo zawikłana, wręcz można powiedzieć, że się jej unika, ale ma oczywiście na imię Suzin. To rosyjski przyjaciel Wokulskiego, jego wspólnik, który w powieści odpowiada za pragnienie posiadania kapitału. To on chce, żeby Wokulski doszedł do wielkiego majątku. Prus rozbił w „Lalce” podmiot kapitalistycznego pragnienia – czyli ten podmiot, który chce zdobywać i zdobywa pieniądze – na dwie postaci. Ten podmiot nie mieści się w samym Wokulskim, który kapitał pomnaża, ale brakuje mu obsesyjnego pożądania majątku, więc trzeba to pragnienie przerzucić na Suzina, który także nie ma specjalnie jasno wyłożonych motywacji, dlaczego chce pomagać Wokulskiemu. Po prostu twierdzi, że Wokulski pomógł mu na Syberii, że go nauczył rozumu, że dzięki niemu stał się tym, kim jest. Chce zatem zrewanżować się przyjacielowi, który przy okazji pomaga mu w różnych interesach. To były rzeczy niemożliwe do napisania także z powodów cenzuralnych. Pamiętajmy, że właśnie fragment o Suzinie został ocenzurowany. Dzisiaj możemy go znaleźć w dobrych wydaniach „Lalki”, ale w czasach Prusa musiał zostać zastąpiony innym tekstem.

Prus stworzył zatem model kapitalisty, który nie jest mieszczański, tzn. związany z rzetelną, powolną, wielopokoleniową pracą, lecz powstaje nagle, bierze się wręcz znikąd, a mówiąc konkretnie: z trzydziestu tysięcy rubli, które Wokulski zabiera na wojnę, by przywieźć z niej kilka razy więcej, a potem jeszcze udaje mu się ten majątek pomnożyć. Robi interesy wszędzie, ale naprawdę duże przedsięwzięcia łączą się z Suzinem jako pomocnikiem, a raczej jako motorem tego interesu. Spółka do handlu z Rosją jest oczywiście zależna od rosyjskiego przyjaciela. Interes w Paryżu pomaga Suzinowi nabyć uzbrojenie dla Cesarstwa Rosyjskiego. Jeżeli przejdziemy teraz od ekonomii do polityki, to są to fakty, które można zinterpretować jako po prostu zdradę, jako współpracę z zaborcą, jako tworzenie organicznego związku ekonomicznego Polski z Rosją, a przede wszystkim współpracę z tajemniczym rosyjskim kapitalistą. Nie dość więc, że Prus tworzy taką strukturę narracyjno-poznawczą, w ramach której nie jesteśmy w stanie uchwycić Wokulskiego, to jeszcze wpisuje go w bardzo trudne, wątpliwe relacje, które dla ówczesnych czytelników były na pewno dużo bardziej zrozumiałe niż dla nas. Choć wiele z tego możemy odnaleźć również w dzisiejszym kapitalizmie. Czujemy, że coś to przypomina, że te nie do końca jasne interesy Wokulskiego to są też te interesy, o których często słyszymy w mediach i o których możemy przeczytać w gazetach. Tyle tylko, że nie mamy tak dobrej reprezentacji kulturowej i literackiej tych problemów ekonomicznych, co właśnie Warszawa późnego XIX wieku.

Z tych wielu fragmentów, w których „Lalka” okazuje się zaskakująco wręcz współczesna, moim ulubionym jest rozmowa Wokulskiego ze studentem mieszkającym w jego kamienicy. Student oblicza skrupulatnie, że jego ojciec, wzięty lekarz, przy swojej pensji musiałby pracować 300 lat, by móc sobie kupić kamienicę za 90 tysięcy rubli, co urealnia Wokulskiemu poziom życia tzw. zwykłych ludzi. W tej konfrontacji jest coś z dzisiejszych rozmów boomerów z milenialsami, których nigdy nie będzie stać na własne mieszkanie. Pisze pan w swojej interpretacji „Lalki” w „Literackim kapitalizmie”, że w powieści Prusa praca jest ideologemem. To znaczy, że na przykład właściwie nie widzimy, jak Wokulski zarabia pieniądze. Wiemy, że ma ich mnóstwo, wiemy, gdzie ich się dorobił, ale już w tym toku narracji „Lalki” oglądamy przede wszystkim, jak te pieniądze w spektakularny sposób wydaje, czego kulminacją jest wyjazd do Paryża, kiedy Wokulski musi się już odganiać od osób, które oczekują od niego dofinansowania w mniej lub bardziej podejrzanych interesach.

Powiedziałbym, że tego, jak Wokulski wydaje pieniądze, również nie widać. Bo tych sytuacji, w których kupowałby coś z własnej woli, jest bardzo niewiele. Kupuje sobie powóz w celach reprezentacyjnych. Oczywiście, kupuje kamienicę Łęckich, ale tu też jest niezły myk, ponieważ on ją kupuje za 90 tysięcy rubli, czyli przepłaca, ale potem, po pół roku, sprzedaje ją za 100 tys., czyli właściwie zarabia na niej 10 tys. To jest naprawdę dobry dochód z kapitału, ponad 20 proc. w skali roku!

Czyli Wokulski jest fliperem?

Można tak powiedzieć! Przepłacił za kamienicę, ale po pół roku ją sprzedał, gdy ceny poszły w górę. Oczywiście ktoś powie, że miał szczęście, ale to jest jednak szczęście znaczące. W jaki sposób pojawia się ta informacja? Musimy zapamiętać te kwoty, żeby zrozumieć, co się tutaj w istocie wydarzyło. Wokulski zarabia na czymś, co miało być właściwie gestem filantropii wobec Łęckich, bo chodziło o to, żeby Łęcki miał jeszcze trochę kapitału i żeby przypadkiem Łęcka nie została wydana za starszych konkurentów. W Paryżu Wokulski mówi, że zarobił 50 tysięcy rubli, co zwróciło mu wszelkie wydatki z ostatnich miesięcy. Tak jakby ten rubel nie był przez Wokulskiego wydawany ani zarabiany, ale w tajemniczy sposób sam się mnożył. Wspomniał Pan o zagadnieniu pieniędzy, na które się długo pracuje. Wokulski ma jeszcze jeden ideologem, bardzo istotny w tej powieści – taki mianowicie, że zarobił pieniądze uczciwie i legalnie. Powtarza to kilkukrotnie. Mówi to już w pierwszej scenie, w której pojawia się w powieści, w rozmowie z Rzeckim po powrocie z Bułgarii. I to będzie wracało u niego jak refren: że to są uczciwie i legalnie zarobione pieniądze. Aż do momentu pod koniec powieści, gdy jedna z postaci trwoniących rodzinny majątek, baron Krzeszowski, pyta go, jak właściwie można zarobić tej wielkości sumy. Wokulski wtedy przyznaje, że jego majątek nie jest uczciwie wypracowany, lecz wygrany, a potem jeszcze dopowie, że „wyszulerowany”, tak jakby postawił kilka razy na tę samą liczbę w ruletce i wygrał. Oczywiście nie ujawnia, że aby w ogóle móc usiąść do tej wyjątkowej ruletki, trzeba jeszcze mieć przyjaciela w Rosji z przyjaznymi stosunkami w carskiej administracji.

Gdy bohaterowie rozmawiają o tym, że Wokulski wycofa swoje pieniądze ze sklepu i po prostu będzie żył z procentu, dopiero wtedy pojawia się kwestia pracy. Ktoś w końcu musi na ten procent z kapitału pracować – robotnik z cukrowni, robotnik włókienniczy i wielu innych, którzy będą na to zarabiać. To taki niewidoczny punkt zarówno ówczesnego, jak i dzisiejszego kapitalizmu – nie widzimy powiązania między tym, że ktoś musi płacić wysokie raty od kredytu, a ktoś inny na tych odsetkach zarabia. Żeby ktoś był rentierem, co jest w XIX-wiecznej powieści najbardziej pożądanym statusem społecznym, to ktoś inny musi pożyczać ten kapitał i płacić od niego odsetki. To trudna do wypowiedzenia strona tego świata i tej literatury, ale właściwie kluczowa. Prus przedstawia świat, w którym istnieje dość stały procent od kapitału i chodzi o to, żeby ten kapitał zgromadzić – albo odziedziczyć, albo zarobić – i potem już spokojnie nim dysponować. To marzenie wielu osób, żeby pracować tylko jakiś czas, a potem żyć z odsetek.

Chcę jeszcze rozszerzyć ten obraz kapitalizmu w „Lalce” o peryferyjną pozycję ziem polskich na mapie Europy. Widać to nie tylko w tych hołdach składanych trzeciorzędnym artystom z zagranicy, jak ów Rossi czy Molinari, ale też przede wszystkim w podróży Wokulskiego do Paryża. Przybywając do „stolicy świata”, odkrywa on znienacka perspektywę globalną, z której Warszawa jawi się jako daleka, uboga prowincja.

W „Lalce” peryferyjność jest widoczna już w historii osobistej głównego bohatera. Gdy Wokulski pracował jeszcze w winiarni, chciał zostać studentem. Skonstruował perpetuum mobile, czyli coś, co w drugiej połowie XIX wieku było już niemożliwe z punktu widzenia nauki. On to zrobił gdzieś pod koniec lat 50., jeszcze przed powstaniem styczniowym, gdy jako nastolatek pracował w sklepie. Były już wówczas znane obie zasady termodynamiki, więc wiadomo było, że żadne perpetuum mobile nie jest możliwe do skonstruowania. Musimy porównać daty, żeby zrozumieć, o co chodzi. Tutaj zresztą znów daje o sobie znać subtelność Prusa. Peryferyjność zostaje pokazana przez to, że chłopak, który nie ma właściwie dostępu do edukacji, marzy o skonstruowaniu czegoś, o czym cała europejska nauka wie już, że jest niemożliwe. Oczywiście z tego perpetuum mobile nic nie wychodzi, ale gdy nauczyciel z gimnazjum chwali Wokulskiego, to on wtedy jest już rozanielony. To karmi jego ambicję – uznaje, że teraz powinien się kształcić i wydawać wszystko na książki, żeby móc zostać wybitnym naukowcem. Idea perpetuum mobile wraca w Paryżu, gdy Wokulski chodzi po muzeach, ogląda różne wynalazki, również te nieudane, i zdaje sobie sprawę, że gdyby urodził się we Francji, to byłby lepiej wyedukowany, posiadałby dostęp do zakumulowanej wiedzy i dowiedziałby się wcześniej, że żadne perpetuum mobile nie wchodzi w grę. Peryferyjność jest wpisana w jego biografię, w jego kompleks – w przeświadczenie, że mógłby być kimś innym, np. genialnym odkrywcą. Wokulskiemu zresztą nie brakuje narcyzmu, ocenia siebie bardzo wysoko – tylko otoczenie zablokowało możliwość urzeczywistnienia jego potencjalnych zdolności.

Zgodziłby się pan z Jamesonem, który nazywa „Lalkę” wielką powieścią polityczną, ale jednocześnie zaznacza, że taka powieść może powstać tylko na peryferiach, w literaturach krajów spoza rdzenia?

Tak, to wielka teza Jamesona wyłożona w jego tekście z 1986 roku o literaturach krajów trzeciego świata, w których z konieczności wszystko ma charakter narodowy, a każda fabuła staje się alegorią narodową. Myślę, że tu również chodzi o kondensację, o której mówiliśmy na początku. Tezę Jamesona można streścić w ten sposób, że w literaturach trzecioświatowych występuje niespotykana w językach centrum kondensacja. Peryferyjność zostaje bowiem pokazana w „Lalce” w wielu różnych wymiarach – to nie tylko biografia Wokulskiego, lecz też choćby oddanie rzeczywistości ekonomicznej Warszawy, w której kupiec może zgromadzić majątek, ale za cenę kontaktów w Petersburgu i Moskwie. Suzin tak naprawdę załatwia Wokulskiego (i swoje) interesy w centrum Imperium Rosyjskiego, a nie w Kraju Przywiślańskim. Najważniejsze decyzje ekonomiczne dotyczące tego miejsca zapadają w Petersburgu bądź w Moskwie. To z Moskwy przychodzą towary, które Wokulski sprzedaje w Warszawie. Historycy ekonomiczni ustalili, że akurat jeszcze w 1878 roku było to możliwe. Potem przemysł łódzki, ale także Zagłębie Dąbrowskie, rozwinęły się na tyle, że towary podróżowały w drugą stronę. Zatem w jednej postaci Prus skondensował naukowy i ekonomiczny wymiar peryferyjności na ziemiach polskich w drugiej połowie XIX wieku. Ziem, które były pozbawione własnego rządu, możliwości prowadzenia własnej polityki gospodarczej i rozwoju własnego przemysłu. Można powiedzieć, że to są jeszcze pozostałości tych marzeń z pierwszej połowy XIX wieku, gdy Drucki-Lubecki próbował zbudować polski przemysł, ale nic z tego nie wyszło. Przemysł, o którym pisze Prus, mimo iż akurat w ostatnich dekadach XIX wieku intensywnie się rozrasta, nie może już wzbudzać podobnej nadziei na zbudowanie dobrego polskiego społeczeństwa. To raczej model przemysłu, który – podobnie jak choćby w „Ludziach bezdomnych” Stefana Żeromskiego – będzie powodował jeszcze głębsze zacofanie, degradację tych ziem i tkanki społecznej. Ale to już jest rozczarowanie, które będzie wyrażane w kolejnej, ostatniej dekadzie XIX wieku przez bardzo wielu pisarzy, z Żeromskim i Reymontem na czele.

Kwestia narodowości kapitału powraca w „Lalce” dość często, zwłaszcza w jej fragmentach antysemickich, w kontekście ekspansji kupców żydowskich. Takiej wykładni sprzyjałby zresztą sam Prus. Odpowiadając na zarzuty Świętochowskiego w „Słówku o krytyce pozytywnej”, pisał: „Rozkładem jest to, (…) że upadają przedsiębiorstwa polskie, a na ich gruzach wznoszą się fortuny żydowskie”.

Kluczowe jest tu słowo „rozkład”. To takie ładne, krótkie słowo, które też często występuje z przymiotnikiem, mianowicie najlepiej, gdy pada „rozkład żydowski” – wtedy bowiem wiadomo, że społeczeństwo niszczą Żydzi. No i z tej perspektywy „Lalka” kończy się fatalnie, bo „dobrzy ludzie” przegrywają, a „źli ludzie” wygrywają. Tym najgorszym zwycięzcą jest Henryk Szlangbaum, który wcześniej nosił nawet przez chwilę nazwisko Szlangowski, ale „Lalka” pokazuje też, jak w ciągu tych lat, w których toczy się akcja, dochodzi do zmiany statusu ludności żydowskiej na ziemiach polskich – od prób asymilacji do coraz głębszego konfliktu. Przypomnijmy, że o „rozkładzie” pisał też Jan Jeleński w broszurze „Żydzi, Niemcy i my”, w której bardzo ostro stawiał problem konfliktu ekonomicznego między tymi grupami etnicznymi na ziemiach polskich. Nie chcę powiedzieć, że Prus sądził to samo, co Jeleński, ale nie da się ukryć, że portret Szlangbauma jest złożony ze stereotypów antysemickich. To postać, która w zależności od potrzeby chwili potrafi przestawić swoją orientację polityczną o 180 stopni. Zmienia swoje nastawienie wobec Rzeckiego – na początku jest wobec niego przesadnie uprzejmy, potem staje się nieufny i próbuje wszystkich oszukać. Tutaj również mamy do czynienia z charakterystyczną dla Prusa polifonią – opinię o Szlangbaumie poznajemy najczęściej przez wypowiedzi jego przeciwników, na przykład Szumana, lekarza żydowskiego. On także ma proteuszowe oblicze i z idealisty staje się znienacka kimś w rodzaju monetarysty, który chce pomnażać swój kapitał, raz się kłóci, raz dogaduje ze Szlangbaumem.

Prus podsuwa taki morał, że wraz z przejęciem sklepu przez Szlangbauma kończy się „nasz, dobry kapitalizm” i zaczyna „zły kapitalizm żydowski”.

To kłopotliwe zakończenie tej wspaniałej powieści, ponieważ dominują w nim fragmenty antysemickie. W czym kapitalista żydowski jest gorszy od kapitalisty polskiego, który jeszcze na dodatek robi szemrane interesy z Rosją? Możemy takie pytanie stawiać i próbować to dekonstruować, ale w powieści znalazł się jednak taki mocny wniosek, że to się źle kończy, bo Szlangbaum wygrywa, a jego współpracownicy tak denerwują Rzeckiego, że ten zamiast podjąć z nimi rywalizację, umiera.

W cytowanym już autokomentarzu do „Lalki” zadziwiająca jest jednoznaczność, z jaką Prus traktuje nie tylko Żydów, ale i w ogóle wszystkie ważne postaci powieści: „Rozkładem jest to (…) że kobiety dobre (Stawska) nie są szczęśliwe, a kobiety złe (Izabela Łęcka) są ubóstwiane. Że ludzie niepospolici rozbijają się o tysiące przeszkód (Wokulski), że uczciwi nie mają energii (książę), że człowieka czynu gnębi powszechna nieufność i podejrzenia”. Cała niejednoznaczność i głębia psychologiczna tych bohaterów w charakterystyce autora tak jakby znikała.

Trzeba pamiętać, że ten tekst powstał jako odpowiedź na atak Świętochowskiego – Prus musiał się bronić, dlatego może tak to uprościł. Rzeczywiście ten autokomentarz jest nie do końca adekwatny w stosunku do wieloznaczności „Lalki”, ale on też pokazuje, że Prus podsumowywał powieść, którą chciał widzieć dualistycznie, dobrzy-źli, i jedno jest pewne: że po tej złej stronie są Żydzi, że te żydowskie majątki się mnożą, że to coś złego. Sformułowanie brzmi bardzo jednoznacznie i właściwie w samej powieści też zakończenie jest jednoznaczne – umiera Rzecki, bohater naiwny, ale pozytywny, a wygrywają jego przeciwnicy. Tak naprawdę musimy przeczytać „Lalkę”, a szczególnie jej zakończenie, pod włos i powiedzieć, że to wcale nie musi być powieść o upadku i o tym, że gdy Szlangbaumowie przejmą sklep i spółkę Wokulskiego, to świat się skończy. No nie, świat będzie dalej trwał, a to, kto będzie prowadził handel w kapitalizmie, tak naprawdę nie ma większego znaczenia, bo liczy się rozkład kapitału między grupy społeczne, a nie to, czy one mają taką czy inną narodowość.

W tym samym tekście Prus mówi, że tematem „Lalki” jest „przedstawić naszych polskich idealistów na tle społecznego rozkładu”. To bardzo dobra, poręczna formuła i widać w niej coś, co György Lukács nazwałby pewnie totalnością, a Jameson mapowaniem poznawczym. Prus chce bowiem przedstawić bohaterów „na tle społecznego rozkładu”, a więc jego celem jest ukazać społeczeństwo jako pewną całość, podszytą strukturą ekonomiczną. Czy to nie był ostatni moment, kiedy takie narracje były możliwe? Może dlatego „Lalka” tak nas fascynuje, bo jest ostatnim tchnieniem literatury o takich ambicjach?

„Lalka” z pewnością stanowi próbę uchwycenia totalności, ale trzeba pamiętać, że to jest totalność, która się gotuje. Słowo „rozkład” ma zresztą wspaniałą dwuznaczność, z której Prus oczywiście korzysta – to zarazem struktura i rozpad, porządek i jego upadek. Społeczeństwo według bohaterów powieści przypomina gotującą się wodę, a tym, co tę wodę podgrzewa, jest oczywiście pieniądz. Ten wszechobecny, krążący z rąk do rąk rubel, który pojawia się w powieści ponad 400 razy – dodajmy, że zwykle zresztą mamy do czynienia z konkretnymi kwotami. „Lalka” jest powieścią na wskroś monetarną, wręcz przepakowaną liczbami, rachunkami, rozliczeniami. Zauważmy jednak, że te liczby to już coraz rzadziej stabilne kwoty posiadanego kapitału czy wartości majątku, jak zdarzało się jeszcze w powieściach z połowy XIX wieku, a coraz częściej kwoty, które przechodzą z rąk do rąk, z jednych grup społecznych do drugich. Słowo „rozkład” sugeruje zatem, że pod wpływem pieniądza i spekulacyjnego kapitału społeczna totalność ulega wielkiej przemianie.

»Lalka« jest powieścią na wskroś monetarną, wręcz przepakowaną liczbami, rachunkami, rozliczeniami

W „Lalce” możemy wyróżnić poszczególne grupy społeczne, ale najczęściej są to grupy, które właśnie na naszych oczach znikają, tak jak znika mieszczaństwo Minclów, albo arystokracja, która przeżywa bardzo głęboki kryzys i albo nawiązuje – jak ci potencjalni narzeczeni Izabeli Łęckiej – relacje z Rosją, np. poprzez dostawy bydła, albo po prostu zamiera, jak książę, postać kompletnie bierna. Z drugiej strony tę „bierność” można by nazwać całkiem rozsądną ostrożnością. No bo spójrzmy na to trzeźwo – przychodzi jakiś facet, zupełnie nowy w towarzystwie, który w ciągu kilku miesięcy w zagadkowy sposób pomnożył majątek. Przyjeżdża z tym kapitałem i nagle chce, żeby wszyscy przedstawiciele polskiego kapitału zainwestowali swoje pieniądze u niego, obiecując bardzo wysokie, kilkunastoprocentowe zyski. Gdyby ktoś nam dzisiaj coś takiego zaoferował, to raczej większość osób uznałaby go za jakiegoś podejrzanego spekulanta albo krętacza. Choć zastanawiam się teraz, w kontekście afer w rodzaju ZondaCrypto, czy rzeczywiście byłaby to większość… Tak czy inaczej, po paru miesiącach spółka się zwija, bo Wokulski stwierdza, że jednak nie chce kontynuować tej działalności. Przejmuje ją Szlangbaum i wielka firma zaczyna przynosić już mniejsze dochody, a przynajmniej udziałowcom obiecuje się mniejsze profity. Można zatem wywnioskować, że ostrożność polskich posiadaczy, pokazana w powieści jako fatalna bierność, była całkiem racjonalna.

Powieść narzuca czytelnikowi interpretację, że Wokulski był idealistą, chciał dobrze, ale nie dostał poparcia w kraju. Z drugiej strony trudno oczekiwać od tych polskich arystokratów, że oni nagle wyskoczą z kasy i zainwestują swoje środki w tak wątpliwe przedsiębiorstwo.

Totalność „Lalki” polega więc także na tym, że każdą pozycję społeczną oglądamy z różnych punktów widzenia. To wielka siła tej powieści – nie przedstawia ona stabilnej struktury społecznej, w której kolejne warstwy układają się w jakąś proporcjonalną piramidę. To raczej sieć punktów, które wchodzą w relacje i oglądają się nawzajem, ale to poznanie nigdy nie jest absolutnie pewne. Pozostaje jedynie poznanie perspektywiczne. Pozostają próby domyślenia się, kim tak naprawdę jest Wokulski. Jednym z tych straszliwych dantejskich robotników z fantazji Izabeli Łęckiej? Jednym z tych, którzy wychodzą wygłodniali z ciemnych budynków i wyciągają po nią ręce? A może Wokulski jest kimś, kto stworzy przyszłość narodu, będąc wielkim politycznym intrygantem, jak chciałby Rzecki? A Wokulski to tylko jeden punkt tej totalności – o wielu innych możemy sformułować równie sprzeczne opinie.

Totalność »Lalki« polega więc także na tym, że każdą pozycję społeczną oglądamy z różnych punktów widzenia

Prus przedstawia strukturę społeczną w ten sposób, że niczego nie możemy być pewni – mamy przed sobą rozpisaną mapę całego społeczeństwa, ale poznanie świata powieści musi uwzględnić wielość relacji między punktami tej mapy, dynamikę migotliwych wizerunków każdej z oznaczonych lokalizacji.

Postaci w „Lalce” wykazują niekiedy zaskakującą z dzisiejszej perspektywy świadomość klasową. Wokulski przyznaje przed samym sobą: „(…) zawsze albo poświęcałem się, albo ulegałem ideom wytworzonym przez klasy, które chciały mnie zrobić swoim sługą i niewolnikiem”.

To wspaniały fragment, w którym Wokulski zdaje się dokonywać krytyki ideologii. Brzmi to więc jak znany cytat głoszący, że „Idee panujące każdego okresu były zawsze tylko ideami klasy panującej”. Ale Prus interpretuje go wręcz ponowocześnie, jakby czytał już „Krytykę cynicznego rozumu” Petera Sloterdijka! Wokulski zdaje sobie sprawę, że ulega ideologicznej interpelacji arystokracji czy patriotycznej inteligencji, ale sama wiedza nie wystarczy, by się od tego uwolnić. Dlatego za chwilę wróci z Paryża do Warszawy i ponownie ulegnie wspomnianym ideom. Prus ukazuje zatem świat, w którym niewielu wierzy już w pełni w ideologie, ale wszyscy dalej działają według ich zaleceń. Tu możemy przywołać wielkich analityków formuły „Wiem, że to nieprawda, ale… dalej będę działać zgodnie z tym”. Octave Mannoni, Slavoj Žižek i Robert Pfaller stworzyli doskonałe analizy tego sposobu myślenia, ukazując, jak sprytnie można akceptować i ukrywać zawartą w nim sprzeczność. Wokulski także odnajduje się w takich formułach, choćby analizując swój stosunek do Łęckiej, a także do innych postaci. Często wybiera wtedy język pozornie najmniej ideologiczny – czyli pieniądz. W „Lalce” właściwie każda postać jest przeliczona na pieniądze. To, jakim ktoś dysponuje kapitałem, determinuje, jakie będzie mieć roczne dochody, a więc jaki może prowadzić styl życia i w jakichś przebywać środowiskach. Więc przelicza też wartość Izabeli, przedmiotów, którymi się otacza, by zdobyć do niej dystans – i wtedy pojawia się wspomniane „ale…”. Okazuje się bowiem, że zdystansowanie nie może się udać i powraca uległość wobec idei klas panujących.

Są takie fragmenty, w których nawet Łęcka – która przecież wielokrotnie zaznacza swój dystans wobec ordynarnego kupieckiego języka – zaczyna przeliczać, ile ten Wokulski musi miesięcznie zarabiać, żeby nas z tatusiem utrzymać.

A więc nawet te postaci, które gardzą językiem ekonomicznym, jednocześnie są doskonale w nim zorientowane. Łęcka na przestrzeni powieści uczy się ekonomii. Na początku nie wie jeszcze, co to jest procent, prosi o wytłumaczenie, dopiero potem zaczyna zdobywać wiedzę w tym zakresie. A jest to jednak wiedza podstawowa w świecie przedstawionym przez Prusa. Dlaczego ten świat był tak determinowany przez pieniądze, przez posiadany kapitał? Bo ten kapitał był czymś trwałym. W XIX wieku inflacja nie była zbyt wysoka, więc jeżeli ktoś posiadał kapitał i był on w miarę bezpiecznie ulokowany, to miał względnie stabilne dochody. Oczywiście, dotyczyło to niewielkiego procenta społeczeństwa, ale na tej części społeczeństwa koncentruje się „Lalka”. Jeżeli ktoś żył ze swojej pracy, to oczywiście zwykle żył w dużo gorszych warunkach. Gdy Wokulski zakochuje się w Izabeli, orientuje się, że musi mieć wielokrotnie więcej pieniędzy, żeby starać się o jej rękę.

Potem jego piętnem okazuje się już nie sam kapitał, ale to, jaką pracę wykonuje. To też determinuje jego pozycję, że prowadzi ów sklep. Często mówimy, że to był sklep włókienniczy czy galanteryjny. Faktycznie, miał on bardziej zróżnicowany asortyment. Jeszcze wcześniej, za Minclów, był to sklep norymberski, a więc z rozmaitymi gadżetami, zabawkami, popularnymi ozdobami. Przypomnijmy sobie, co Wokulski przekazuje na kwestę wielkanocną – „fontannę, sztuczne ptaszki śpiewające, pozytywkę, która będzie grała same poważne kawałki, i mnóstwo dywanów”. Raz nawet mówi z obrzydzeniem, że musi sprzedawać waterklosety. Oczywiście, w latach 70. XIX wieku było to jedno z nowszych urządzeń, więc to też aluzja do nowoczesnej kultury materialnej, ale działalność Wokulskiego stanowiła  jednak sprzedaż detaliczną. Podsumowując: to nie był wielki handlarz, który by prowadził jakieś olbrzymie interesy. Mamy gościa, który tak naprawdę prowadzi wprawdzie spory, ale jednak tylko jeden sklep i nagle wartość swojego kapitału pomnaża kilkanaście razy. To nieprawdopodobne. Zdarzają się takie rzeczy nawet współcześnie, że ktoś zaczyna od drobnego handlu, a potem się okazuje nagle, że ma jakąś wielką spółkę, ale zwykle nie są to legalne interesy. I w „Lalce” właściwie jest trochę podobnie. Wokulski próbuje przeskoczyć swoją pozycję społeczną, szybko pomnażając kapitał, ale wiemy, pomimo jego zapewnień, że nie robi tego w sposób całkowicie uczciwy. I właściwie ta relacja z kapitałem dotyczy każdej innej postaci. Jeżeli Łęccy stracą swój kapitał, to zachodzi zagrożenie, że stracą swój styl życia, swoją pozycję społeczną, że nie będą mogli tak dalej funkcjonować, a przede wszystkim – konsumować. Stawska jest postacią oczywiście krystalicznie uczciwą, ale przecież to właśnie środki, którymi dysponuje oraz niewyjaśniony status małżeński lokują ją w określonej pozycji i pozwalają jej na skromne życie. Wreszcie mamy w „Lalce” całą masę osób biednych – od takich, które nie dysponują żadnym majątkiem, aż po takie, które wykonują jakieś potrzebne, ale proste prace.

Wokulski próbuje przeskoczyć swoją pozycję społeczną, szybko pomnażając kapitał, ale wiemy, pomimo jego zapewnień, że nie robi tego w sposób całkowicie uczciwy

Takich jak na przykład ów Węgiełek, którego skromność i prostota chwyta Wokulskiego za serce.

Tak, ale nie zapominajmy, że Węgiełek jest przede wszystkim jednym z tych, którzy służą Wokulskiemu za przelicznik jego kapitału. Może sobie uzmysłowić, że za swój majątek byłby w stanie kupić kilkaset, albo nawet kilka tysięcy takich warsztatów jak ten Węgiełka. Dostrzega skalę swojego bogactwa. To jest też świetny sposób charakteryzowania totalności społecznej, że między tymi aktantami, między tymi podmiotami rzeczywistości społecznej da się ustalić prosty przelicznik. Ta możliwość przeliczania egzystencji bogatych na egzystencję biednych jest też czymś, co spina strukturę społeczną. To także odpowiedź na pytanie o aktualność „Lalki”, bo cały czas żyjemy w społeczeństwie klasowym, choć może te klasy są często bardziej skomplikowane z powodu różnic kulturowych, z powodu stylów życia, ale tak naprawdę wiele naszych zachowań jest zdeterminowanych przez to, jakimi środkami dysponujemy i co możemy za ich pomocą zrobić. Może zresztą metoda Wokulskiego byłaby dziś też do zastosowania. Jeżeli pomyślimy, że niesławny lekarz zarabia dziś w ciągu roku tyle samo co 50 osób na pensji minimalnej, to zrozumiemy rozkład społeczny lepiej niż porównując współczynnik Giniego dla różnych krajów.

To porozmawiajmy jeszcze trochę o aktualności powieści Prusa. Po 1989 roku krytyka literacka upominała się z uporem godnym lepszej sprawy o „nową Lalkę i nowe Przedwiośnie”. Takie narracje nie nadeszły, III RP nie miała swoich Prusów i Żeromskich, nie było tekstu o takiej skali i ambicjach, która opisałaby rzeczywistość społeczną okresu transformacji.

Nie, taka powieść nie mogła się pojawić z wielu powodów. Gdybyśmy próbowali opowiedzieć historię powstania dużych majątków w III Rzeczypospolitej, to na pewno napotkalibyśmy wiele problemów prawnych. Może dlatego nie ma na ten temat nawet reportaży. Co najwyżej powstawały seriale czy filmy, które opowiadały o tym w sposób bardziej satyryczny, komediowy, ale nie na poważnie, jak np. „Tygrysy Europy” Jerzego Gruzy. Ten serial pokazywał szybkie dochodzenie do majątku w transformacyjnej Polsce, dobrze rozgrywając relacje klasowe między starą inteligencją a nowymi kapitalistami. Ale komedia i satyra nie uniosą tak złożonego tematu – sprowadzą go do śmiechu, groteski. Czy z granego przez Janusza Rewińskiego głównego bohatera „Tygrysów Europy” dałoby się zrobić Wokulskiego III RP? Chyba byłoby trudno. Prędzej można by było „Lalkę” przepisać, nawet w bardziej realistyczny sposób na tekst satyryczny – i pokazać, że Wokulski nie jest do końca taki uczciwy i legalny, a nawet szczerze i tragicznie zakochany. Sądzę, że możliwa byłaby zatem droga w drugą stronę, żeby pokazać, że tak naprawdę historia z „Lalki” jest bliższa temu, co mamy nieopowiedziane w latach 90., a nawet w ostatnich latach. Czyli majątki tajemniczego pochodzenia, niejasne powiązania między nową burżuazją a arystokratami, w których roli dziś mogą wystąpić celebryci, a nawet równie tajemnicze zniknięcia owych wybitnych kapitalistów i ich kapitałów.

Jeżeli autorzy polskiej prozy po 1989 roku próbowali portretować mieszczaństwo, to raczej robili to w kostiumie historycznym. Przemysław Czapliński przywołuje w tym kontekście „Esther” Stefana Chwina, „Lalę” Dehnela czy „E.E.” Olgi Tokarczuk – te powieści próbowały odnaleźć etos mieszczański, cofając się do przełomu XIX i XX wieku.

No właśnie, ale to były raczej próby wymyślenia polskich „Buddenbrooków” niż nowej „Lalki”, prawda? Chodziło o to, by pokazać stabilny mieszczański dom, jak w „Księżniczce” Zofii Urbanowskiej. To była popularna czytanka dla młodych dziewcząt o tym, jak wspaniale funkcjonuje dom mieszczański, w którym gromadzą się wszystkie najlepsze cechy polskiej rodziny, polskiego patriotyzmu – oto nowy model życia dla zubożałych arystokratów, w ramach którego uczciwą pracą buduje się tkankę narodu. Ten model proponował, żebyśmy – zamiast żyć w mieszkaniach z bloków – zamieszkali w przestronnych kamienicach, przyjemnych domach z zegarem z kukułką, i żebyśmy stali się dobrymi XIX-wiecznymi mieszczanami. Wokulski nie jest takim typem mieszczanina. Przypomina raczej polskich biznesmenów z lat 90., którzy pojawiali się niczym kometa, szybko wznosili fortuny i szybko bankrutowali. A może powinna powstać powieść, albo przynajmniej reportaż, o którymś z polskich miliarderów?

Wokulski przypomina polskich biznesmenów z lat 90., którzy pojawiali się niczym kometa, szybko wznosili fortuny i szybko bankrutowali

Myśli pan, że współczesnym Wokulskim mógłby być Rafał Brzoska?

To wcale niezła myśl! On jest właśnie kimś w rodzaju „zakochanego biznesmena”, by wrócić jeszcze raz do tej formuły Jamesona. Tak jak w przypadku Wokulskiego arystokraci koncentrowali się na jego rywalizacji o rękę Łeckiej, nie pytając, skąd on właściwie ma te pieniądze, tak w przypadku Brzoski portale plotkarskie rozpisują się o jego małżeństwie, ale o realiach pracy kurierów InPostu jakoś się nie mówi.

Często podkreślana jest innowacyjność firmy Brzoski, niesamowita wynalazczość formuły paczkomatu™.

Tak, paczkomat to coś w rodzaju perpetuum mobile z polską specyfiką. Może potrzebuje zewnętrznych źródeł energii, ale tak naprawdę rzadko widzimy, że ktoś wsadza tam paczki – więc może wydawać się, że zamówione przedmioty zjawiają się w nim same z siebie.

Blik jako metal lżejszy od powietrza?

Tak jest! To ten sam dyskurs. Im bardziej abstrakcyjna forma kapitału, tym trudniej uchwycić jej związek z rzeczywistością. A jednocześnie łatwo uwierzyć, że Wokulski uczciwie i legalnie pomnożył sklepowy kapitał, tak jak współcześni inwestorzy wierzą, że mogą zarobić na inwestycjach w kryptowaluty. Spekulacyjny kapitalizm ukazany przez Prusa w swoich początkach ma się zatem całkiem dobrze także w naszych czasach. To kolejny powód, by czytać „Lalkę” i zastanawiać się nad jej złożoną ekonomią.

Paweł Tomczok
ur. 1982, pracuje na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, profesor uczelni i zastępca dyrektora Instytutu Literaturoznawstwa. Autor książki „Literacki kapitalizm. Obrazy abstrakcji ekonomicznych w literaturze polskiej drugiej połowy XIX wieku” (2018). Przygotowuje dwie  książki: „Ideologie historii alternatywnych” oraz „Zrozumieć Schulza”.
Jakub Nowacki
redaktor „Małego Formatu", doktorant literaturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, absolwent scenariopisarstwa w Szkole Filmowej w Łodzi. Publikował m.in. w „Krytyce Politycznej", „Twórczości" i „Zagadnieniach Rodzajów Literackich".
korekta Krzysztof Sztafa