Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format


Drzewko znajomości

Miniaturowa, obdarta choinka.
Z dwiema gałęziami: jedną suchą
i drugą nieproporcjonalnie długą,
jak kończyna, która nie mieści się w mieszkaniu.

Zamiast pnia noga grzyba, która może by i poskakała, ale
wrosła w ziemię tak oczywistą, że jej nawet nie widać.
Oto ono. Wiatr, gdyby na nie trafił, uczyniłby

wiele złego, albo wiele dobrego, albo ciekawą zupę
złego zmieszanego z dobrym. Ale wiatru w tych lasach nie ma.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wasyl na Dworcu Gdańskim

To jest moja wędka
z ości i siwego włosa.

Macham nią jak smyczkiem.
Nad zamarzniętymi stawikami macham.

A jest marzec. Psy w budach pozakładały c.o.,
prenumerują pisma, wzuwają i zzuwają trzewiki. Jaśniepaństwo!

Nie zabierajcie mi wędki.
Będę człowiek z niczym.

Moja rodzina powie: wróć, wróć do nas. Tak długo
cię z nami nie było. I wrócę. Porzucę wszystko i wrócę.

A przecież tam, pod lodem, słyszałem to, o czym mówili
już tylko czasem dzieciom: kniaziów, polowania.
 

 

 

 

 

 

 

 

Nic, ale to dobrze

Co tam dzisiaj… Nic szczególnego, nic szczególnego.
Humidity, rano, ninety one percent. Nieużytki miejskie. Ptaki
były pojedyncze, a ryczą już zbiorami. (A tamten zbór ptasi w

Lanckoronie, na stoku? Jak nas obudził o 4, w pensjonacie,
zanim jeszcze przyjechali Ślązacy, w pustym pensjonacie,
jak ogłuszająco krzyczał ten stok? Ale!… To było…)

Nic szczególnego, nic… Szczerość… Kto
dobrze używał wielokropka. Holan? Chyba
tak… Pojechałbym na południe. Bliżej gór, Czech.

Ludzie tam są lepiej przymocowani. A tutaj… Teraz
to. Co tam jeszcze. Kanapeczki. Moth Requiem.
Od paru tygodni zamykam oczy i się toczę. Nic

nie zrobią kuli, na kulę czekają. Gdyby coś innego się
zjawiło, byłyby problemy, ale kula jest mile widziana. Są to miejsca
dla kul, prace, zagrody. Swoje miejsce ma kula, kiedy się rozbiera.

 

 

 

 

 

 

 

 

Piękni i młodzi

Wchodzą do baru z hummusem. Nie masz szans. Jej serce to źródło.
Jego oczy miał Delon. Za nimi kabriolet z toną papierosów.
A ty na platformie w grze, o której słyszeli w gimnazjum,
myśleli, że skończyła się pod zaborami, kiedy w Warszawie
nie dało się oddychać przez kurz wzbijany kołami powozów.

To nie zarosło? Tamta logika połączeń wyrazów, tamte skałki?
Pustelniku, co robisz na tej chmurze z kory? Masz kolegów?
Spiskujecie trochę? Czy to nie my jesteśmy gorgonzolą, której pożądają
wasze rysiki? Come on, odpowiadaj natychmiast, albo lepiej nie.
Siedź tam w tym sianie. Tarzaj się z siwymi trupami.

Co to za zasługa, mieć przed sobą pełen łopianów rów,
który cię od nich odgradza? Nie można tam wjechać na rolkach
i co? „Heinrich Ignaz Biber jako pierwsza awangarda”, odłam to,
kto to zje? Przecież nie oni; oni tylko cieszą dłonie obrusem.
Trafią na trop mszy sami, kiedyś, deszczowego lata.

 

 

 

 

 

 

 

 

Krzywe, o jakich tu mówimy

Monteverdi był naprawdę olbrzymi, a i tak mówimy o nim
„spędził życie w Mantui”. Ktoś inny „spędził życie w Stawropolu”.
Obie krzywe, nie tak znowu różne, leżą na tym samym, łagodnym

stoku. Ibert miał życie w Paryżu. Kant nie ruszał się
z Królewca. Koledzy z wojska też mają swoje rodziny,
swoje powiaty. Każdą z tych sytuacji da się przedstawić

w formie obrysu, plamy. Jej granicę dają od razu przy
urodzeniu, nikt o nią nie dba, jednak rozwija się ona, tak jak
liście piją wodę i pięknieją. Te obszary nie przesuwają się,

nie spotykają nigdy nowych, na tym polega problem.
Po jednej klatce filmu dziękuje się wszystkim aktorom,
w innym miejscu, w innym czasie gromadzi się nowych

i od nowa wznosi się dekoracje: las, domy,
głośne bobasy. Na tym polega problem.

Rafał Wawrzyńczyk
ur. 1980 w Tomaszowie Mazowieckim. W 2003 r. wziął udział w Konkursie im. J. Bierezina, na którym dowiedział się o istnieniu A. Sosnowskiego. W latach 2005–2009 współtworzył „Cyc Gada”. W „Dwutygodniku” i „eleWatorze” pisuje o muzyce współczesnej. Prowadzi fanpage Rafał Wawrzyńczyk Official.
POPRZEDNI

varia wiersz  

Stan chwiejnej normalności

— Dominik Bielicki