fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

 

Na tej pla­ne­cie jedna rzecz jest pewna, a mia­no­wi­cie to, że szczę­ście nie wali drzwia­mi i okna­mi

Cor­mac McCar­thy „To nie jest kraj dla sta­rych ludzi”

 

  1. Noc.

3:00

Na jed­nym fil­mie było, że trze­cia w nocy to jest go­dzi­na zła.

Go­dzi­na pa­no­wa­nia sza­ta­na.

Że niby wła­śnie o trze­ciej ba­rie­ra mię­dzy na­szym a ich pier­dol­ni­kiem staje się naj­cień­sza i wtedy jest naj­więk­sze te…

…praw­do – kurna – bień­stwo de­mo­nicz­nej in­ter­wen­cji. Ta.

Ra­czej prze­waż­nie leje na te ka­tol­skie pier­dy ale jak tak teraz pa­trzę na Ło­pa­tę to se myślę:

coś musi być na rze­czy bo ko­le­sia po ca­ło­ści opę­ta­ło.

Nie po­wiem, za­wsze był zdro­wym po­pier­do­lem na­le­żą­cym do licz­nie roz­sia­nej po całym kraju ro­dzi­ny, ochu­ja­łych psy­cho­li pro­du­ko­wa­nych na ma­so­wą skalę przez za­kła­dy karne.

Wiem, też, że wszy­scy je­ste­śmy ostro po­ro­bie­ni ale Ło­pa­ta kurna prze­giął pałę na ostro:

pod­pro­wa­dził spod cen­trum kul­tu­ry starą sier­rę i ani się obej­rza­łem za­pa­ko­wał mnie do środ­ka.

Mnie i tą ba­becz­kę co ją chwi­lę wcze­śniej po­de­rwał jak rzy­ga­ła w klom­by wra­ca­jąc z ja­kiejś im­pre­zy.

Nor­mal­nie czło­wiek to by do ta­kiej nawet nie za­ga­dał a teraz kurna sie­dzę z nią w jed­nym sa­mo­cho­dzie i jadę chuj wie do­okąd.

Jakby tego było mało babka wo­gó­le nie kon­tak­tu­je, śmie­je się tylko co pięt­na­ście se­kund. Serio. Li­czy­łem:

…trzy­na­ście…czter­na­ście…pięt­na­ście i znowu za­czy­na:

Błe – he – he – ha – ha – błe…

Jak jakiś kurna pa­wian w zoo.

Rzy­gać mi się już od tego chce. Dla­te­go gdy znowu ma się za­śmiać wy­prze­dzam ją i…

Gdzie ty nas do chuja bla­de­go wie­ziesz? Pytam Ło­pa­tę. Ten na to wy­cią­ga to­reb­kę z fetą.

Chyba nie muszę do­da­wać, że to nie jest od­po­wiedź na jaką li­czy­łem.
 Mam ocho­tę za­po­dać se tro­chę ścier­wa ale nie… Muszę się trzy­mać. Jutro…

W za­sa­dzie już dzi­siaj ważny dzień. Trze­ba się wy­mik­so­wać z tej im­prez­ki. Na razie jed­nak nie mam planu, więc po­da­ję prze­źro­czy­stą to­reb­kę babce z tyłu a Ło­pa­ta tylko kręci łbem.

Jak się spraw­dzi to do­sta­nie, mówi do mnie niby szep­tem i pa­trzy w lu­ster­ko ob­li­zu­jąc se wary jak kurwa wilk co wy­czuł sarnę. Po­je­ba­ny.

Na jej miej­scu wy­pier­da­lał­bym z auta w peł­nym biegu nie cze­ka­jąc nawet aż Ło­pa­ta się za­trzy­mie ale ona…

…czter­na­ście…pięt­na­ście… Wy­bu­cha tym swoim skrze­kiem.

Za­mknij ryja! Wy­gar­nia jej Ło­pa­ta cią­gle pa­trząc w lu­ster­ko tak, że zjeż­dża­my gwał­tow­nie w bok i szo­ru­je­my ko­ła­mi o wy­so­ki kra­węż­nik.

Kurwa stary uwa­żaj! Drę mordę i od­krę­cam fa­je­re z po­wro­tem na wprost. Ło­pa­ta za­miast po­dzię­ko­wać, wlam­pia się teraz we mnie mru­żąc pa­trza­ły, przez co wy­glą­da­ją jak te szpa­ry w je­ba­nym czoł­gu.

Te co się może z nich ostrze­li­wać za­ło­ga.

Aż ciary czło­wie­ka prze­cho­dzą. Pewny je­stem, że kolo zara mi pac­nie ale za­miast tego spina się niby na bacz­nośc i za­czy­na…

Jak długo na Wa­we­lu, Zyg­mun­ta bije dzwon…

Zaraz się pod­łą­czam żeby za­trzeć fakt, że śmia­łem mu zwró­cić uwagę przy k o b i e c i e…

… i razem je­dzie­my pasz­cza w pasz­czę jak­by­śmy nie w aucie a na sta­dio­nie byli:

Tak długo nasza Wisła zwy­cię­żać bę­dzie wciąż. Zwy­cię­ży orzeł biały, zwy­cię­ży pol­ski ród Zwy­cię­ży nasza Wisła, bo to Kra­kow­ski klub Wier­ny swo­jej dru­ży­nie,

znów przyj­dę na jej mecz,
 i smu­tek z serca zgi­nie,
 tro­ski odej­dą precz.
 Zwy­cię­ży orzeł biały, zwy­cię­ży pol­ski ród Zwy­cię­ży nasza Wisła, bo to Kra­kow­ski klub.

Wczu­łem się nie po­wiem i nie ma to zna­cze­nia.
 Żad­ne­go.
 Że, ostat­ni raz byłem na meczu jesz­cze za Heńka Ka­sper­cza­ka. Ki­bi­cem jest się jak ćpu­nem, nie?
 Do końca kurna życia!

Chce jesz­cze za­in­to­no­wać coś na Legię tą kurwe za­wsze w dupe je­ba­ną ale Ło­pa­ta skrę­ca z Ujazd­ka Mo­gil­skie­go na ścież­kę co pro­wa­dzi do Kopca Wandy i par­ku­je w krza­czo­rach.

Zanim zdąże wy­leźć ten już biega na ze­wnątrz, spraw­dza czy nie widać sa­mo­cho­du z drogi i zaraz krzy­czy: za­ło­ga z wozu! Za­ko­sa­mi na prawo, marsz!

Cał­kiem jak w woju.

Po ca­ło­ści już mam dosyć tego tę­pe­go fleta, który za­czy­na do mnie mru­gać i znowu się uśmie­cha. Ochy­da kurwa.

Za­sta­na­wiam się czy mu nawet nie wy­gar­nąć cze­goś w stylu:

słu­chaj stary wy­star­czy, że prze­je­dziesz szczo­tecz­ką te swoje zę­bisz­cza z rana, po­pra­wisz wie­czo­rem i jest duża szan­sa, że prze­sta­ną wy­glą­dać jakby ci je wy­cio­sa­li z za­mar­z­nię­tych szczyn ale Ło­pa­ta mnie uprze­dza:

znam tu jedno w kurwe dobre miej­sce na im­prez­kę ale trze­ba jesz­cze zro­bić parę kor­ków…
 Panna znowu za­czy­na rżeć a ja na to, że już trosz­kę późno. Że jutro mam kupę ro­bo­ty…

Ło­pa­ta udaje, że nie sły­szy i cały ucha­cha­ny robi taki gest jak na fil­mach robią słu­żal­cze cwele gdy za­pra­sza­ją dalej na sa­lo­ny.

Ci­śnie­my za Ło­pa­tą a ten pier­do­li ko­co­po­ły jak tutaj jest pię­kie i wo­gó­le.

Szło­by po­my­ślec, że co naj­mniej pro­wa­dzi nas na basen w sze­ścio­gwiazd­ko­wym ku­ror­cie a my to go­ście z opa­ska­mi al­lin­ku­zi­we na rę­kach.

Tym­cza­sem nie do ba­se­nu a w coraz gęst­sze le­zie­my krza­ki.

Krza­ki co se rosną wokół kopca Wandy a my za­miast opa­sek na rę­kach mamy ze­gar­ki.

Prz­yn­ajmniej ja mam.

Wła­śnie po­ka­zu­je:

3:40

Mie­siąc paź­dzier­nik.

Się wje­ba­łem nie ma co!

Idzie­my jeden koło dru­gie­go. Panna w środ­ku. Jest taka na­pru­ta, że scho­dzi na wszyst­kie stro­ny i co chwi­lę trze­ba ją na­pro­wa­dzać na wła­ści­wy kurs.

Wo­ko­ło ciem­na jak tunel paź­dzer­ni­ko­wa noc dla­te­go muszę się dłu­żej przyj­rzeć żeby zo­ba­czyć…

…zo­ba­czyć, że nasza nowa zna­jo­ma to nie jest żadna kurka co my­śla­łem, że

wraca z wie­czo­ru pa­nień­skie­go a me­ne­ló­wa grubo po czter­dzie­st­ce, która mu­sia­ła wy­to­czyć się z ja­kiejś mor­dow­ni.

Zna­czy się nie jest z tych, które są bez domu i robią laskę za pół litra. Bar­dziej z tych co to je ja­jo­gło­we szpe­nie z ti­wi­ka na­zy­wa­ją: Ko­bie­ta­mi ze 

skłon­no­ścia­mi a…
…Ło­pa­ta wła­śnie te skłon­no­ści wy­ko­rzy­stu­je dając jej wódy ze swo­jej

pier­siów­ki, na któ­rej jest napis: Jego wy­so­kość super tata.Wolę się nie za­sta­na­wiać jak ta fla­szecz­ka zna­la­zła się w jego po­sia­da­niu ale

jedno jest pewne: nie do­stał jej od swo­je­go syna…

Ten ma ksywę Goryl i ponoć obie­cał swo­je­mu ta­tuś­ko­wi, że jak tylko go spo­tka to wy­pru­je mu falki przez dup­sko.

Mó­wi­łem Ci, gada do mnie Ło­pa­ta gdy Laska in­for­mu­je, że muszi szść za po­cze­bą i ci­śnie w krza­ki.
Co mó­wi­łeś?
Źe naj­lep­sze ci­puch­ny wy­cią­ga się mię­dzy dwu­na­stą a trze­cią.
Fak­tycz­nie, ja mu na to. Fakt – kurwa – tycz­nie! A Ło­pa­ta cały ucha­cha­ny bo myśli, że ja na po­waż­nie tak gadam.

Co za je­ba­ny dałn!
 Cze­ka­my na nią a ten cały czas na­wi­ja o tym kogo to nie za­je­bie. Komu to nie wpier­do­li.

Lista za­czy­na się od naj­waż­niej­szych i naj­bo­gat­szych przed­sta­wi­cie­li na­szej cy­wi­li­za­cji a koń­czy na Go­ry­lu, któ­re­mu jak twier­dzi, nieba kurwa przy­chy­lił a gno­jek ma ja­kieś cał­ko­wi­cie nie­uza­sad­nio­ne pre­ten­sje, że Ło­pa­ta parę razy go po pi­ja­ku na­je­bał.

Takie prawo ojca, nie? Gada do mnie i za­czy­na opo­wia­dać o swoim sta­rym.

Że niby przy nim to Ło­pa­ta jest naj­rów­niej­szym ta­tuś­kiem na świe­cie i nawet kurna za­czy­na kla­ro­wać dla­cze­go.

Niby tam słu­cham ale bar­dziej tak na od­pier­dol bo po pierw­sze:

koło frendz­la mi to wszyst­ko lata a po dru­gie:
 sam też cięż­ko roz­k­mi­niam jedną spra­wę:
 mia­no­wi­cie jak do chuja pana w ogóle się tutaj zna­la­złem?
 Żeby na przy­szłość wy­cią­gnąć te…
…wnio­ski kurna.
Po praw­dzie to jed­nak nie ma się co nad tym za­sta­na­wiać.
Taki mam zawód.
 Nie, że wy­uczo­ny bo jesz­cze się nie zna­leź­li tacy co by uczy­li mo­je­go fachu. Co by za niego przy­zna­wa­li eme­ry­tu­ry albo te…
…pre­mie za ilość lat. Dobre by to było ale, nie.
Nie w moim za­wo­dzie. Ten się kurna rzą­dzi jed­nym pra­wem:
 czy cię w końcu dupną czy nie. 
I żeby przy­jeż­dżać jak klient dzwo­ni.
 No to za­dzwo­nił Ło­pa­ta i przy­je­cha­łem do tej dziu­ry przy Tesco.

Tej co nie ma nazwy a koleś sto­ją­cy za barem ma z metr pięć­dzie­siąt. Ledwo go kurna widać. W do­dat­ku taki z niego wy­le­nia­ły tłu­ścio­szek z wiecz­nie ob­śli­nio­ny­mi wa­ra­mi. Skur­wy­syn wy­glą­da jak zmu­to­wa­ny bobas!

Serio!

Go­ście co przy­cho­dzą do tego lo­ka­la to nie są żadne ważne szpe­nie a ra­czej dumni człon­ko­wie sto­wa­rzy­sze­nia: nie star­cza nam do dzie­sią­te­go. Jed­nym sło­wem śro­do­wi­sko na­tu­ral­ne dla ta­kich mon­go­łów jak Ło­pa­ta.

Acha, ten oczy­wi­ście dzwo­niąc mu­siał po­wie­dzieć, żebym przy­wiózł mu coś za­je­bi­ste­go na katar bo tak wła­śnie we­dług tego dzwo­na wy­glą­da do­sko­na­ły ka­mu­flaż.

Nosz kurwa! Można ko­le­sio­wi tłu­ma­czyć…
…pro­sić żeby se z ta­ki­mi wy­nu­rze­nia­mi dał na wstrzy­ma­nie.

Że skoro do mnie dzwo­ni to ja wiem co przy­wieźć bo prze­cież kurna nie sprze­da­je pizzy co to ma trzy ro­dza­je gru­bo­ści i ze trzy­dzie­ści sma­ków.

Ale ten to spe­cjal­nie robi.

Żaden z cie­bie Pablo je­ba­ny Escobr żeby cię miała psiar­nia pod­słu­chi­wać. Tak do mnie kie­dyś po­wie­dział.
 Niby nie, ja mu na to. Ale to wła­śnie ta­ki­mi pod­rzęd­ny­mi dyd­ka­mi jak ja, bla­char­nia lubi se po­pra­wiać sta­ty­sty­ki w walce z narko – kurwa – biz­ne­sem…

My­śla­łem, że go tym prze­ko­na­łem. No i jak widać się prze­my­śla­łem…

W każ­dym razie gdyby mi któ­ryś z moich re­gu­lar­nych klien­tów od­je­bał przez ko­mó­rę taką ma­nia­nę jak Ło­pa­ta to zlał­bym chuja gę­stym sikem.

Ale nie ma ta­kiej opcji: go­ście co z nimi wcho­dzę w dil to spe­cjal­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­na grupa.

Nie tam żadne dydki co to miały bez­stre­so­we wy­cho­wa­nie i po jed­nej kre­sce wspi­na­ją się na słupy wy­so­kie­go na­pię­ca bo im się kurna pier­do­li w tych ich bez­stre­so­wych mó­zgach.

Nic z tych rze­czy.
 Moja re­gu­lar­na klien­te­la to są wy­bit­ne jed­nost­ki.
 Lumi – kurwa – nia­rze!
No i wła­śnie cho­dzi, że Ło­pa­ta to nie jest re­gu­lar­ny klient. Do VIP-a ma jesz­cze dalej.

Z pięć lat temu cyr­kuł za­rzą­dził ob­ła­wę w klu­bie co to se w nim wtedy di­lo­wa­łem. Pra­wie mnie cap­nę­li ale do akcji wkro­czył Ło­pa­ta, który stał tam wtedy na bram­ce i kurna wy­pu­ścił mnie piw­nicz­nym wyj­ściem. Od tego mo­men­tu ten pier­do­lo­ny fran­ken­sta­in sądzi, że je­stem mu coś dłuż­ny cho­ciaż

już na drugi dzień sporo mu syp­ną­łem za ten jego po­moc­ny gest. Wiel­ce. No może nie, że dłuż­ny.

On myśli, że je­ste­śmy sku­ma­ni. Jak kum­ple, nie?

Co jak się oka­zu­je nie różni się w żaden spo­sób od tego gdy­bym cią­gle robił za jego ka­ka­ow­ca…

By czło­wiek wie­dział to by się kurwa wolał dać zła­pać psiar­skim…

…co wkrót­ce i tak pew­nie na­stą­pi bo temu ka­sza­lo­to­wi nie wy­star­cza nor­mal­na trans­ak­cja…

O nie! Nie gne­ra­ło­wi Ło­pa­cie!
…z tym je­ba­nym na­ple­tem za­wsze muszę wypić kilka pian. Wy­słu­chać co leży ko­le­sio­wi na wą­tro­bie.
Naj­cze­ściej jakiś przy­pad­ko­wy bie­dak do­sta­je wtedy po ryju… A spró­buj się ko­le­go ze­rwać wcze­śniej…
 Ja cię nie pier­do­le!
…zaraz za­czy­na te swoje gadki rodem z kry­mi­na­łu:

zna­czy się już nie je­steś moim sta­rym fun­flem…? Co?
…tylko zwy­kłą kurwą?!
Niby czemu? Ja na to.

Temu do chuja pana, że tylko kur­wie za­le­ży na tym żeby ob­sko­czyć jak naj­wię­cej klien­tów i wró­cić w pod­sko­kach do swo­je­go raj­fu­ra…

Pra­wie mu kie­dyś wy­gar­ną­łem, że prze­cież isto­tą do chuja pana, di­lo­wa­nia jest to żeby ob­sko­czyć jak naj­wię­cej klien­tów…

…pra­wie bo koleś po pro­stu nie to­le­ru­je sprze­ci­wu… …zu­peł­nie jak ci co nie to­le­ru­ją lak­to­zy.

Z tym, że za­miast wzdęć, bólów brzu­cha i sracz­ki każda od­mo­wa po­wo­du­je u Ło­pa­ty na­tych­mia­sto­wą re­ka­cję wpier­do­lu.

A wi­dzia­łem go parę razy w akcji i kurwa nie było to nic przy­jem­ne­go. Nic z ka­te­go­ri: do po­wtó­rze­nia.
 Dzie­cia­ki cza­sem tak robią, że za­ma­lo­wu­ją całą kart­kę róż­ny­mi ko­lo­ra­mi…

…to wła­śnie zo­sta­je z gości, po któ­rych prze­cho­dzi się Ło­pa­ta z tym, że za kart­kę robi w tym wy­pad­ku chod­nik a kolor za­wsze jest jeden: ciem­no – gęsto – kurwa – krwa­wy!

W każ­dym razie wnio­sek jest taki: 
nigdy ale to prze­nig­dy nie od­bie­rać od tego gnoja te­le­fo­nu!

Gnoja co mnie wła­śnie wali z pia­chy w ramię:

TEEE!???
Co do chuja? Pytam.
 To ja się kurwa pytam cie­bie, syczy do mnie. Mia­no­wi­cie co ro­bi­my z tą panną?
 Tam nie wiem stary… Nie wy­glą­da jak dla mnie… 
Co zna­czy, że nie wy­glą­da jak dla cie­bie? Gada i znowu mruży te oczy. Że niby złego du­po­na sko­ło­wa­łem czy jak?

Na szczę­ście nie muszę od­po­wia­dać bo panna w końcu wy­cho­dzi z krza­ków. Wy­cho­dzi to jest dużo po­wie­dzia­ne…
Wy­ta­cza się bar­dziej. Aż dech za­pie­ra bo ta me­ne­ló­wa…
…wy­glą­da…

…jesz­cze go­rzej jak wy­glą­da­ła.

Nawet nie cho­dzi o czer­wo­ny opuch­nię­ty od wódy ryj co pra­wie świe­ci się w ciem­no­ści.

O nie.

Jej ukur­wio­ne od błoc­ka leg­gin­sy stra­ci­ły na ela­stycz­no­ści przez co wy­glą­da­ją jakby miała w nich kupę.

Gdy pod­cho­dzi bli­żej już wiem…
…ra­czej czuję, że fak­tycz­nie ko­bit­ka na­wa­li­ła w pory.
 Ło­pa­ta zdaje się tego wo­gó­le nie za­uwa­żać.
Ona chyba też bo ledwo pod­la­zła zaraz za­czę­ła się miz­drzyć…

Co ty masz tam w tych uszach, mówi jakby tro­chę wy­raź­niej. Wi­docz­nie spusz­cze­nie w majty kloc­ka tro­szecz­kę mu­sia­ło ją otrzeź­wić. Super – kurwa – świet­nie.

No Co tam masz? I chce do­tknąć mo­je­go ucha. Kol­czy­ki kurna, mówię i od­su­wam się.
 Ta się uśmie­cha jakoś tak kurna po­błaż­li­wie.

Muszę przy­znać, że jak na pannę z kupą w maj­tach wiel­ce jest do przo­du.

Dla­te­go zaraz jej tłu­ma­czę, że to nie żadne ja­kieś tam pe­dal­skie kol­czy­ki dla cweli a dwie chro­mo­wa­ne głowy smoka, które mi za­mon­to­wa­ła jedna kurka w body cult stu­dio na Raj­skiej. Chce jej jesz­cze coś wy­gar­nąć ale znie­cier­pli­wio­ny Ło­pa­ta gada do mnie żebym prze­stał już truć.

Że idzie­my dalej.

Gdzie ty nas pro­wa­dzisz?
 No wła­śnie, gada me­ne­ló­wa jak­by­śmy kurna two­rzy­li jakiś so­jusz.
 W sumie tutaj też bę­dzie git, na to Ło­pa­ta i przy­cią­ga babkę do sie­bie jed­no­cze­śnie wy­cią­ga­jąc z dre­so­wych spodni swo­je­go po­marsz­czo­ne­go, bar­dziej gru­be­go niż dłu­gie­go wa­cha­cza.

Uro­czy koleś nie ma co.

Ta wy­glą­da jakby chcia­ła się wy­rwać ale po chwi­li po­go­dzo­na z tym co musi zro­bić klęka do par­te­ru.

O tak, kurko, o tak, wzdy­cha Ło­pa­ta i ręce se spla­ta z tyłu jakby kurna leżał na łące i pa­trzył w chmu­ry.

Będę sie zbie­rał, mówię. 
Zo­staw no jesz­cze pół grama na kre­dyt, na to Ło­pa­ta z panną przy­ssa­ną do fiuta.

Jak na ta­kie­go mu­tan­ta muszę przy­znać koleś dys­po­nu­je nie­złą po­dziel­no­ścią uwagi. Za­czy­nam się wy­co­fy­wać ga­da­jąc:

no nie wiem stary, tro­chę ci się już ze­bra­ło.
 Sły­sza­łem, że or­ga­ni­zu­jesz jutro brej­da­ko­wi osiem­nast­kę… Przyj­dę wy­pi­ję za niego kilka pian i przy­nio­sę ci kasę. Co ty kurwa na to?

Myślę se sta­ra­jąc nie zwra­cać za bar­dzo uwagi na od­gło­sy za­ssy­sa­nia, że to naj­gor­sza z moż­li­wych opcji. Chwi­lę kom­bi­nu­je i w końcu gadam, że to taka im­pre­za dla szpe­ni z jego klasy li­ce­al­nej:

gdzie tam nam sta­rym wcho­dzić mię­dzy młod­cyh, nie?
 Ło­pa­ta się uśmie­cha, szan­taż mu się udał ide­al­ny. To co dasz te pół gram­ca? Jasne, mówię bo nie mam innej opcji.

Ścią­gam najka i wy­cią­gam z niego to­reb­kę z por­cją. Ło­pa­ta w tym cza­sie od­su­wa od sie­bie babkę i pod­no­si ją z kolan.

Dżen – kurwa – tel­men!

Tera się do­pie­ro za­ba­wi­my kurko, mówi tym swoim niby wy­ra­fi­no­wa­nym gło­sem, na któ­re­go dźwięk każda nor­mal­na kurka ucie­kła by stąd w chuja. Ta znowu się śmie­je.
Wi­dzisz ja­kie­go mam super kum­pla? Kla­ru­je jej dalej. Zara nam da tro­chę ma­gicz­ne­go prosz­ku… Wiesz, że on kie­dyś wy­stę­po­wał na mi­strzo­stwach świa­ta?

Daj spo­kój, gadam.
No jak nie… Co ty tam upra­wia­łeś? No po­chwal się…
Skok w wzwyż, mówię.
 Skok w wzywż, ka­pu­jesz mała? My zaraz sobie po­ćwi­czy­my ujeż­dża­nie…

I w tym mo­men­cie Ło­pa­ta pa­ku­je pan­nie, łapę w gacie. Nagle jakby świat prze­sta­je się krę­cić.

Ło­pa­ta chwi­lę grze­bie w ga­ciach. Co ty tam masz ma­leń­ka? Ciotę? Nie żeby mi to prze­szka­dza­ło, do­da­je jesz­cze i…

…jak po chwi­li wy­cią­ga swoją uwa­lo­ną witkę to już wie z czym ma do czy­nie­nia. Zaraz też za­czy­na sy­czeć jak prze­bi­ty ma­te­rac:

do kurr­r­wy nędzy cooo to ma zna­czyć? Coo do kurrr­rw­wy­yy….

I serio już wo­lał­bym żeby się wy­darł bo od tego syku aż czło­wie­nio­wi wi­ru­je w gło­wie.

Ten od­su­wa od sie­bie łapę jak naj­da­lej ale to nie wy­star­cza. Nie ma ta­kiej opcji.

Cza­sem tak mam po wó­dzie, tłu­ma­czy babka a do mnie nagle do­cho­dzi, że tu zaraz sta­nie się coś czego nie chcę być świad­kiem.

Wcale a wcale.

Ło­pa­ta z tą wy­cią­gnięt­ką do góry witką wy­glą­da tor­chę jak ta sta­tu­ła co stoi w ame­ry­ce. Było by nawet śmiesz­nie gdyby ten nie zła­pał nagle uwa­lo­ną łapą laski za włosy i nie za­czął się drzeć:

ZA­JE­BIE CIĘ! ZA­JE­BIE!!!

Lasce w se­kun­dzie scho­dzi bania i przez chwi­lę wy­glą­da tak jak mu­sia­ła wy­gla­dać zanim po­sta­no­wi­ła wyjść dzi­siaj z domu czyli cał­kiem zwy­czaj­nie. Żal mi się jej robi bo do­cho­dzi do mnie, że dla ta­kie­go sta­re­go kaj­da­nia­rza jak Ło­pa­ta gówno to temat za­ka­za­ny. Po­ło­wa tej ich szem­ra­nej na­wij­ki trak­tu­je o sta­wia­niu kloc­ka w celi wiel­ko­ści szafy a przy­pad­ko­we do­tknię­cie kogoś kto sie­dzi na klo­pie to kurwa dla tych dał­nów mu­ro­wa­na śmierć to­wa­rzy­ska.

Wsa­dze­nie więc ręki w czy­jeś gówno – nawet w cy­wi­lu – musi być dla Ło­pa­ty to­tal­ną ma­sa­krą…

…koń­cem jego pier­dol­ni­ka. I nie ma to zna­cze­nia. Żad­ne­go, że ten na wol­no­ści wcale nie jest więk­szy niż cela w kry­mi­na­le.

Nie żebym gnoja tłu­ma­czył, mówię tylko jak jest.

Laska tym­cza­sem pró­bu­je się wy­rwać ale Ło­pa­ta mocno trzy­ma ją za pióra jedną ręką a drugą za­czy­na na­pier­da­lać wy­da­jąc przy tym ja­kieś niby słowa. W

końcu panna lą­du­je na czwo­ra­kach a ten za­ci­ska na jej gło­wie swoje ko­la­na.

Liż to kurwa, syczy do niej, pró­bu­jąc jej we­pchnąć w usta swoją uwa­lo­ną łapę. Ta się tylko już pa­trzy na mnie. Pomóż mi, mówi. Pomóż…
No ru­szaj tym je­ba­nym ozo­rem, wrzesz­czy i wali ją pią­chą po ple­cach aż dudni, coraz moc­niej za­ci­ska­jąc ko­la­na.

Babka za­czy­na char­czeć przy­po­mi­na­jąc jakąś rybę co ją fala wy­rzu­ci­ła na brzeg, i która bar­dzo chcia­ła­by wró­cić z po­wro­tem do wody ale nie może…

Stary daj spo­kój, gadam cicho. Za cicho. Nie sły­szy.

Daj jej kurwa spo­kój, mówię i pod­cho­dzę do nich. Nikt się o ni­czym nie dowie. Masz tu ten towar co go chcia­łeś, pró­bu­ję go jesz­cze prze­ko­nać. W pre­zen­cie, do­da­je. Za friko!
 Wy­pier­da­laj, ten mi na to, ale towar bie­rze.

Daj jej spo­kój zanim kurde bę­dzie za późno… Ło­pa­ta tylko na mnie pa­trzy i w końcu mówi:

już jest kurwa za późno.

Laska jak to sły­szy za­czy­na wyć. Chwy­tam ją za głowę i pró­bu­je wy­cia­gnąć spo­mię­dzy kolan tego mu­tan­ta ale ta ten ją trzy­ma jak w ima­dle. Ob­cho­dzę go i za­czy­nam szar­pać za nogi a Ło­pa­ta pa­trzy na mnie zza ra­mie­nia i w końcu cjuż za­czy­na mu się to nu­dzić bo nagle robi taki nie­okre­ślo­ny ruch dło­nią od swo­jej kie­sze­ni do mojej twa­rzy i…

naraz widzę, że pół cen­ty­me­tra od oka mam wy­ce­lo­wa­ny nóż.

Jesz­cze raz ją po­cią­gniesz to ci wy­dłu­bie pa­trza­łę, ka­pu­jesz? Kiwam głową, że tak
. Po­szedł stąd, mówi.

Zbie­ram się z kolan.
 Nie zo­sta­wiaj mnie z nim, mam córkę… Pro­szę…

…pro­szę, pro­szę, po­rszę, char­czy ko­bie­ta a ja po pro­stu za­czy­nam iść przez krza­ki z po­wro­tem w stro­nę kopca. Sły­szę jesz­cze jak Ło­pa­ta mówi:

przy­da­rza ci się prysz­nic zdzi­ro i od­wra­cam się aku­rat żeby zo­ba­czyć jak Ło­pa­ta leje jej na głowę gę­stym od iluś tam wy­pi­tych przez typa bro­wa­rów, stru­mie­niem.

Smród szczyn do­cho­dzi do mnie cho­ciaż od­sze­dłem już z pięć­dzie­siąt me­trów. Czuję, że nie zro­bię już ani kroku wię­cej ale zmu­szam się żeby iśc dalej.

Do­cho­dzę do za­par­ko­wa­nej w krza­kach fury i wcho­dzę na chwi­lę do środ­ka. Myślę o tym jakim je­stem pier­do­lo­nym nie­do­ro­zwo­jem przy oka­zji otwie­ra­jąc scho­wek..

W środ­ku jest pełno pa­pie­rów i jakaś płyt­ka cd.
 Przez chwi­lę grze­bie w tym wszyst­kim. Nie wiem po chuj.

Może z ner­wów?

Jak wy­ho­dzę z krza­ków na ulicę naraz po­tęż­ny po­dmuch cie­płe­go wia­tru o mało nie zwala mnie z nóg.

Co jest grane?
 Zaraz se jed­nak przy­po­mi­nam, że prze­cież nada­wa­li pół dnia ko­mu­ni­ka­ty: z gór scho­dzi Halny, ma jeb­nąć nad ranem.
 Super tylko tego po­je­ba jesz­cze mi do szczę­ścia bra­ko­wa­ło….

Idę w stro­nę osie­dli. Jest jesz­cze zu­peł­nie ciem­no, wiatr ci­śnie mnie do przo­du a drze­wa i krza­ki la­ta­ją na wszyst­kie stro­ny. Czuje się jak ten kurna men­tos frisz­mej­ker wrzu­co­ny do bu­tel­ki z colą i…

…do­pie­ro jak wcho­dzę do swo­je­go bloku orien­tu­je się, że je­stem kurna w jed­nym bucie.

Że, mój najk zo­stał tam w krza­kach.
Przez chwi­lę mam taką myśl, że muszę po niego wró­cić. Że zo­sta­wi­łem dowód na po­ten­cjal­nym miej­scu…
…no wła­śnie czego?

Nawet jakby to prze­cież nie dojdą do mnie po bucie. Zwłasz­cza, że pół osie­dla po­my­ka teraz w ta­kich naj­kach.

Nawet jakby co?
 Na to py­ta­nie wole se nawet nie od­po­wia­dać.

Cicho otwie­ram drzwi i jesz­cze ci­szej prze­cho­dzę koło po­ko­ju Ka­mi­la. Niech się chło­pak wyśpi. Jutro jego wiel­ki dzień.

Pa­ku­jąc się w ciu­chach do wyra jesz­cze się po­pra­wiam:

dzi­siaj a nie jutro.

 

 

Tekst jest frag­men­tem opo­wia­da­nia „Halny”. Opo­wia­da­nie jest czę­ścią książ­ki, którą przy­go­to­wu­je do druku wy­daw­nic­two Nisza. W jej skład wejdą jesz­cze dwa tek­sty: „Kró­lo­wa” opu­bli­ko­wa­na w „Dia­lo­gu” (paź­dzier­nik 2018) i „No­wo­huc­ka ko­lę­da” opu­bli­ko­wa­na w „Twór­czo­ści” (gru­dzień 2018). Książ­ka ukaże się w dru­giej po­ło­wie 2019 roku.

Igor Jarek
(ur.1989) autor dwóch to­mi­ków po­etyc­kich: Ró­życz­ka wyd. Sto­wa­rzy­sze­nie Krzysz­to­fa Ka­mi­la Ba­czyń­skie­go w Łodzi (2008), Bia­łacz­ka wyd. Co­nvi­vo (2016) i sce­na­riu­szy do ro­bio­nych wspól­nie z żoną ko­mik­sów: Słowc­kie­go wyd. Kul­tu­ra Gnie­wu (2016) i Spodo­uści wyd. Kul­tu­ra Gnie­wu (2018).
redakcjaAndrzej Frączysty
POPRZEDNI

varia poezja  

Papa dance

— Patrycja Sikora