fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Czy­ta­nie „Prawa do seksu” Amii Sri­ni­va­san przy­po­mnia­ło mi do­świad­cze­nie pierw­szej lek­tu­ry „Teo­rii fe­mi­ni­stycz­nej” bell hooks. Książ­kę przed­sta­wi­ciel­ki czar­ne­go fe­mi­ni­zmu czy­ta­łam ponad de­ka­dę temu, w cza­sach, gdy byłam stu­dent­ką (co ozna­cza: toż­sa­mo­ścio­we roz­ter­ki, nie­po­kój, po­szu­ki­wa­nie wła­snej drogi i błą­dze­nie, a nade wszyst­ko mło­dzień­cze wy­cho­dze­nie z „dzie­dzi­czo­ne­go” kon­ser­wa­ty­zmu). Fe­mi­nizm po­strze­ga­łam wtedy, cóż, z dużą re­zer­wą. W naj­lep­szym razie do niego aspi­ro­wa­łam, ro­zu­mie­jąc go je­dy­nie w ka­te­go­riach „stylu życia”. Za­ra­zem jed­nak po­czu­cie wła­snej pro­win­cjo­nal­no­ści i od­mien­no­ści nie po­zwa­la­ło mi utoż­sa­mić się z tym, co z fe­mi­ni­zmem wów­czas ko­ja­rzy­łam: spra­wą miej­ską, spra­wą ko­biet bo­ga­tych, jakoś ode mnie od­da­lo­nych; z ję­zy­kiem, który nawet jeśli ja ro­zu­mia­łam, to z pew­no­ścią nie ro­zu­miał go świat, z ja­kie­go po­cho­dzi­łam. Prze­ciw­sta­wia­jąc się ame­ry­kań­skie­mu miesz­czań­skie­mu fe­mi­ni­zmo­wi, hooks po­ka­zy­wa­ła, że fe­mi­nizm jako taki nie jest tylko teo­rią czy fi­lo­zo­fią, nie po­wi­nien być też „wojną płci”. Fe­mi­nizm to re­wo­lu­cyj­ny ruch, który po­wi­nien dążyć do znie­sie­nia splo­tu prze­mo­cy płcio­wej i ka­pi­ta­łu, i pro­wa­dzić do głę­bo­kiej spo­łecz­nej prze­mia­ny. W tej per­spek­ty­wie wła­dza nie tylko prze­bie­ga wzdłuż gen­de­ro­wej osi, ale za­wsze łączy się z kwe­stią po­dzia­łu pracy oraz rasą. „Teo­ria fe­mi­ni­stycz­na” była wtedy – tę de­ka­dę temu – olśnie­niem i za­pro­sze­niem; po­zwa­la­ła mi zro­zu­mieć wła­sną po­zy­cję i do­ce­nić ją jako część ca­ło­ści, nawet jeśli z opi­sy­wa­ną ame­ry­kań­ską rze­czy­wi­sto­ścią dzie­li­ły mnie ki­lo­me­try i kul­tu­ro­wy kon­tekst.

Przy­wo­łu­ję moje wspo­mnie­nia o bell hooks – au­tor­ce zna­nej i czy­ta­nej przez pol­ską czy­tel­nicz­kę – po­nie­waż wiele ją z Amią Sri­ni­va­san łączy. Hooks jest nie tylko jedną z bo­ha­te­rek „Prawa do seksu”; obie teo­re­tycz­ki na­zwa­ła­bym re­alist­ka­mi-uto­pist­ka­mi (lub: fe­mi­nist­ka­mi mark­si­stow­ski­mi), które opi­su­ją moż­li­wość i kształt zmia­ny, „czer­piąc z na­dziei na inny świat”[1].

Feminizm to rewolucyjny ruch, który powinien dążyć do zniesienia splotu przemocy płciowej i kapitału

„Prawo do seksu. Fe­mi­nizm w XXI wieku” to zbiór ese­jów opo­wia­da­ją­cych o: #Metoo i spra­wie fał­szy­wych oskar­żeń męż­czyzn o gwałt, pracy sek­su­al­nej, in­ce­lach, por­no­gra­fii i rand­ko­wych apli­ka­cjach, (nie)upra­wia­niu seksu ze swo­imi stu­den­ta­mi, przy­jem­no­ści i prze­mo­cy ka­pi­ta­li­stycz­ne­go pań­stwa. Książ­ka od­bi­ła się sze­ro­kim echem, a Amia Sri­ni­va­san – fi­lo­zof­ka, wy­kła­dow­czy­ni teo­rii po­li­tycz­nej i spo­łecz­nej na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim, a także pierw­sza ko­bie­ta, która uzy­ska­ła pre­sti­żo­wy tytuł pro­fe­sor­ski im. Henry’ego Chi­che­le – zdo­by­ła za nią wiele na­gród, m.​in.: Blac­kwell’s Book of the Year oraz na­gro­dę Or­wel­la. Książ­ka zna­la­zła się także na li­ście Na­tio­nal Books Cri­tics Circ­le i po­zwo­li­ła Sri­ni­va­san prze­kro­czyć grube mury aka­de­mii.

Punk­tem wyj­ścia do na­pi­sa­nia tej książ­ki był ty­tu­ło­wy esej, któ­re­go pierw­sza wer­sja uka­za­ła się kilka lat temu w „Lon­don Re­view of Books” – już wtedy przy­ku­ła uwagę czy­tel­ni­ków do prze­ni­kli­we­go pi­sar­stwa fi­lo­zof­ki. W eseju tym Sri­ni­va­san mie­rzy­ła się z kwe­stią in­ce­li, czyli in­ter­ne­to­wej sub­kul­tu­ry mło­dych męż­czyzn, któ­rzy twier­dzą, że nie upra­wia­ją seksu ze wzglę­du na ich mar­gi­na­li­za­cję na rynku ma­try­mo­nial­nym. Re­ak­cje fe­mi­ni­stek na pro­blem in­ce­li, rów­nież w pol­skiej de­ba­cie, prze­bie­ga­ją dwu­to­ro­wo: pod­da­je się słusz­nej i po­trzeb­nej kry­ty­ce mi­zo­gi­nię i prze­moc, które są pod­sta­wą ide­olo­gii tej sub­kul­tu­ry, wzy­wa­jąc do od­se­pa­ro­wa­nia jej od spo­łe­czeń­stwa albo pró­bu­je się wy­tłu­ma­czyć to zja­wi­sko po­przez do­strze­że­nie cier­pie­nia mło­dych, wy­klu­czo­nych męż­czyzn, któ­re­go kon­se­kwen­cją mia­ła­by być mi­zo­gi­nia. Sri­ni­va­san obie­ra jesz­cze inną drogę. Nie prze­śle­pia­jąc prze­mo­cy, jaka pły­nie z in­cel­skich wy­po­wie­dzi i jaką wy­rzą­dzi­li nie­któ­rzy iden­ty­fi­ku­ją­cy się z tą ide­olo­gią męż­czyź­ni (m.​in. wie­lo­krot­ne, krwa­we mor­der­stwo prze­pro­wa­dzo­ne w 2014 roku w USA przez El­lio­ta Ro­ge­ra), fi­lo­zof­ka do­strze­ga, że mi­zo­gi­nicz­ne rosz­cze­nia in­ce­li (ty­tu­ło­wa „re­dy­stry­bu­cja” seksu) biorą się z hie­rar­chicz­no­ści, ja­kiej do­świad­cza­my we współ­cze­snym sek­sie. Sri­ni­va­san do­strze­ga więc mo­ment skar­gi na spo­łecz­ną nie­spra­wie­dli­wość nie po to, by do­wo­dzić jej słusz­no­ści (od­po­wie­dzią in­ce­li na hie­rar­chię jest inna hie­rar­chia – pra­gną oni seksu wy­łącz­nie ze „zdzi­ro­wa­ty­mi blon­dy­na­mi”), tylko by z tego punk­tu roz­po­cząć po­li­tycz­ną kry­ty­kę współ­cze­snych form po­żą­da­nia.

Świa­do­ma zgoda

Dzi­siej­sze sek­su­al­ne dy­le­ma­ty oświe­tla­ne są w książ­ce za po­mo­cą hi­sto­rii fe­mi­ni­zmu. Sri­ni­va­san przy­wo­łu­je au­tor­ki, które w la­tach 60., 70. i 80. XX wieku to­czy­ły spór o to, czy ko­bie­ca sek­su­al­ność jest uwi­kła­na w pa­triar­chat. Wtedy też po­wsta­ły fun­da­men­ty tego, co dziś znamy jako po­sta­wę sek­spo­zy­tyw­ną – otwar­te po­dej­ście do sek­su­al­no­ści za­kła­da­ją­ce, że ko­bie­ta może czuć się w łóżku do­brze, a jej pra­gnie­nia, nawet jeśli re­ali­zo­wa­ne w he­te­ro­sek­su­al­nym związ­ku, nie są prze­dłu­że­niem pa­triar­cha­tu. Sri­ni­va­san ko­men­tu­je: „In­spi­ru­jąc się ów­cze­snym ru­chem na rzecz praw osób LGBT, Wil­lis i inne fe­mi­nist­ki pro­sek­su­al­ne ob­sta­wa­ły przy tym, że ko­bie­ty sta­no­wią sa­mo­dziel­ne pod­mio­ty sek­su­al­ne, któ­rych akt świa­do­mej zgody – mó­wie­nie »tak« i mó­wie­nie »nie« – są mo­ral­ne wią­żą­ce”[2]. Taki po­stu­lat wy­ni­kał z prze­sła­nek etycz­nych – fe­mi­nist­ki nie mogą karać ko­biet, oskar­ża­jąc je o „fał­szy­wą świa­do­mość”; kiedy ko­bie­ty mówią, że cze­goś pra­gną, fe­mi­nist­ki po­win­ny im ufać.

Tu do­cho­dzi­my do naj­więk­sze­go wy­zwa­nia „Prawa do seksu”: Sri­ni­va­san pisze, że idea con­sen­tu – świa­do­mej zgody – która pół wieku temu po­wsta­ła na grun­cie pro­sek­su­al­ne­go fe­mi­ni­zmu nie może być dzi­siaj ho­ry­zon­tem współ­cze­snej sek­su­al­nej etyki. Stała się ona bo­wiem uspra­wie­dli­wie­niem dla ro­zu­mie­nia seksu jako apo­li­tycz­ne­go: „Seks nie jest już pro­ble­ma­tycz­ny bądź nie­pro­ble­ma­tycz­ny, za­miast tego jest zwy­czaj­nie chcia­ny lub nie­chcia­ny. W tym sen­sie normy w sek­sie są jak normy w wol­nej wy­mia­nie ka­pi­ta­li­stycz­nej”[3]. In­ny­mi słowy, rzecz­nicz­ki współ­cze­snej sek­spo­zy­tyw­no­ści twier­dzą, że tak długo, jak stro­ny godzą się na akt sek­su­al­ny po­szcze­gól­ne pre­fe­ren­cje po­zo­sta­ją naszą pry­wat­ną spra­wą. W ten zaś spo­sób li­be­ra­lizm za­własz­cza po­stu­la­ty fe­mi­ni­stycz­ne, unie­moż­li­wia­jąc nam zro­zu­mie­nie, skąd biorą się nasze pra­gnie­nia. Tym­cza­sem po­żą­da­nie jest za­ra­zem in­dy­wi­du­ali­stycz­ne, sprzę­żo­ne z na­szy­mi bio­gra­fia­mi i zwią­za­ne z na­szy­mi cia­ła­mi, ale jed­no­cze­śnie na­zna­czo­ne jest także przez spo­łecz­no-kul­tu­ro­we hie­rar­chie. Sri­ni­va­san pyta o to, czego pra­gnę­ły­by­śmy gdy­by­śmy miały na­praw­dę wolny wybór. Takie po­sta­wie­nie spra­wy umoż­li­wia za­da­nie pytań, które być może na­po­tka­ły­by­śmy tylko na in­cel­skich fo­rach Red­di­ta – np. o „fuc­ka­bi­li­ty” (pol­ska „ru­chal­ność”): dla­cze­go za naj­bar­dziej atrak­cyj­ne sek­su­al­nie ucho­dzą dziś białe, szczu­płe cis ko­bie­ty? Dla­cze­go czar­ni męż­czyź­ni po­strze­ga­ni są jako nie­bez­piecz­ni sek­su­al­nie, a Azjat­ki jako ule­głe? Na­tu­ra­li­zu­ją­ca ka­te­go­ria zgody i oso­bi­stych pre­fe­ren­cji za­miast otwie­rać pra­gnie­nia, staje się furt­ką, przez którą do na­szych łóżek wśli­zgu­ją się mi­zo­gi­nia, ra­sizm, able­izm i trans­fo­bia.

Pro­blem con­sen­tu to naj­cie­kaw­szy wątek „Prawa do seksu”, choć­by dla­te­go, że w pol­skiej de­ba­cie po­ję­cie świa­do­mej zgody rzad­ko ulega de­kon­struk­cji. Nie ma w tym oczy­wi­ście nic dziw­ne­go, że w kraju, w któ­rym wpro­wa­dzo­no nie­mal cał­ko­wi­ty zakaz abor­cji, a pra­wi­co­wi po­li­ty­cy chcą wy­po­wie­dze­nia Kon­wen­cji Stam­bul­skiej o za­po­bie­ga­niu i zwal­cza­niu prze­mo­cy wobec ko­biet, con­sent jest pod­sta­wą walki o nasze prawa i służy ochro­nie na­sze­go życia. Nie­mniej jed­nak, pro­blem zgody jako praw­ne­go, wy­łącz­ne­go, na­rzu­co­ne­go na jed­nost­kę ho­ry­zon­tu etyki sek­su­al­nej po­zo­sta­je bar­dzo waż­nym za­gad­nie­niem w walce o po­sze­rze­nie wol­no­ści sek­su­al­nej

Naturalizująca kategoria zgody i osobistych preferencji zamiast otwierać pragnienia, staje się furtką, przez którą do naszych łóżek wślizgują się mizoginia, rasizm, ableizm i transfobia.

Wąt­pli­wo­ści zwią­za­ne ze świa­do­mą zgodą można bo­wiem mno­żyć, py­ta­jąc na przy­kład o pod­miot, który wy­ła­nia się z per­spek­ty­wy za­kła­da­ją­cej, że osoba jesz­cze przed zbli­że­niem do­kład­nie wie, czego chce. Tym­cza­sem po­żą­da­nie nie jest w pełni uprzed­nie wobec aktu sek­su­al­ne­go – jest ra­czej pro­ce­sem, roz­wi­ja się w in­te­rak­cji mię­dzy oso­ba­mi bio­rą­cy­mi w nim udział. Nawet jeśli zgoda wy­ra­żo­na jest en­tu­zja­stycz­nie, a seks z za­ło­że­nia ma pro­wa­dzić do przy­jem­no­ści, to prze­cież po dro­dze przy­da­rzyć się nam może cały wa­chlarz emo­cji, w tym nie­pew­ność, roz­cza­ro­wa­nie i złość. Jak włą­czać je do na­sze­go my­śle­nia o po­żą­da­niu, kiedy dys­ku­sję koń­czy­my na haśle zgody? Zwra­ca na to uwagę m.​in. Ka­the­ri­ne Angel w książ­ce „To­mor­row Sex Will Be Good Again”, która de­kon­stru­uje po­ję­cie con­sen­tu jako je­dy­nie od­wró­ce­nia lo­gi­ki sek­su­al­nej prze­mo­cy. Wobec za­gro­że­nia sta­wia­my opór, kon­stru­ując wizję jed­nost­ki, która za­wsze wie, czego chce. Świa­do­ma zgoda jest po­trzeb­nym i ko­niecz­nym na­rzę­dziem praw­nym do obro­ny ofiar sek­su­al­nej prze­mo­cy, ale nie jest od­po­wied­nim ję­zy­kiem do opisu sek­su­al­no­ści, jeśli od seksu chce­my cze­goś wię­cej niż tylko ak­tu-któ­ry-nie-jest-prze­mo­cą.

Za­py­tać można rów­nież o nie­świa­do­mość, która nie mie­ści się w kon­cep­cie zgody opar­tym na idei jed­nost­ki sa­mo­świa­do­mej. Jaka część mojej sek­su­al­no­ści de­ter­mi­no­wa­na jest przez czyn­ni­ki spo­łecz­ne, a co po­zo­sta­je poza ich za­się­giem, poza po­li­ty­ką i poza pra­wem? Do uwag Sri­ni­va­san, która z per­spek­ty­wy mark­sist­ki kry­ty­ku­je świa­do­mą zgodę mo­że­my dodać to, czego o pra­gnie­niu uczy nas psy­cho­ana­li­za. Jak pi­sa­ła Ja­cqu­eli­ne Rose w świet­nym eseju „Je­stem nożem”:

„Prawo samo dla sie­bie” może być do­sko­na­łym opi­sem tego, czym jest sek­su­al­ność. Dla psy­cho­ana­li­zy sek­su­al­ność jest bez­praw­na albo jest ni­czym, choć­by ze wzglę­du na jej za­ko­rze­nie­nie w na­szym nie­świa­do­mym życiu, gdzie wszyst­kie sek­su­al­ne pew­ni­ki ule­ga­ją roz­pa­do­wi. W nie­świa­do­mo­ści nie je­ste­śmy ani męż­czy­zna­mi, ani ko­bie­ta­mi, lecz za­wsze i nie­skoń­cze­nie zmie­nia­ją­cy­mi się kom­bi­na­cja­mi; ani jed­nym, ani dru­gim[4].

Praca sek­su­al­na

Naj­bar­dziej po­sta­wę re­alist­ki widać w roz­dzia­le do­ty­czą­cym pracy sek­su­al­nej. To re­alizm fe­mi­ni­zmu in­ter­sek­cjo­nal­ne­go, po­le­ga­ją­ce­go na tym, że ponad sym­bo­licz­ne walki sta­wia się za­wsze rze­czy­wi­sty głos ko­biet, a ich krzyw­da nigdy nie może być środ­kiem w „walce płci”. W ostat­nich la­tach in­ter­sek­cjo­nal­ność stała się ha­słem-wy­try­chem ko­ja­rzo­nym z po­li­ty­ką toż­sa­mo­ści i spro­wa­dzo­nym do roli hasz­ta­ga. W „Pra­wie do seksu” Sri­ni­va­san wraca jed­nak do źró­deł, tzn. do za­ło­że­nia, że in­ter­sek­cjo­nal­ność po­zwa­la zadać pod­sta­wo­we py­ta­nie fe­mi­ni­zmu: czy jest coś, co ko­bie­ty łączy? Czy mają one wspól­ną wizję tego, czym jest rów­ność? Splot ele­men­tów de­ter­mi­nu­ją­cych po­zy­cję jed­nost­ki: płci, rasy, klasy, nie­peł­no­spraw­no­ści, orien­ta­cji sek­su­al­nej służy opi­sa­niu opre­sji i przy­wi­le­ju. Jed­nak taka per­spek­ty­wa nie jest tu po­strze­ga­na jako so­czew­ka, słu­żą­ca wy­łącz­nie sku­pie­niu na naj­mniej­szych róż­ni­cach. In­te­rek­cjo­nal­ność ma swoje po­li­tycz­ne kon­se­kwen­cje: jeśli zaj­mie­my się tylko tym, co nas łączy, np. dys­kry­mi­na­cją płcio­wą, be­ne­fi­cjent­ka­mi zmia­ny będą wy­łącz­nie ko­bie­ty naj­bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­ne. Jeśli nie uwzględ­ni­my in­nych osi opre­sji, fe­mi­nizm (ale też każdy in­nych ruch, w tym ro­bot­ni­czy) przy­słu­ży się tym naj­bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­nym.

Sri­ni­va­san kon­se­kwent­nie opo­wia­da się za de­kry­mi­na­li­za­cją sex worku i za wzmoc­nie­niem kon­tro­li po stro­nie pra­cow­nic sek­su­al­nych, po­nie­waż nie ulega wąt­pli­wo­ści, że w obec­nych wa­run­kach ide­olo­gicz­nych praca sek­su­al­na ist­nie­je i wiele ko­biet po­dej­mu­je się jej, by po­ra­dzić sobie z biedą. Kry­mi­na­li­za­cja za­wsze ude­rza w pra­cow­ni­ce sek­su­al­ne, które są gwał­co­ne przez po­li­cjan­tów, na­ra­żo­ne na jesz­cze więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo, a także po­zba­wia­ne czę­sto je­dy­ne­go źró­dła utrzy­ma­nia. Sri­ni­va­san pod­kre­śla za mark­si­stow­ski­mi fe­mi­nist­ka­mi, że do­pie­ro uzna­nie cze­goś za pracę jest wstę­pem do wy­zwo­le­nia się od niej.

Nie zna­czy to jed­nak, że au­tor­ka „Prawa do seksu” uważa, że fe­mi­nizm jako ruch na rzecz zmia­ny po­wi­nien wspie­rać ideę sprze­da­ży seksu czy za­prze­czać płcio­wym nie­rów­no­ściom, na któ­rych się ona opie­ra. Po­stu­lat de­kry­mi­na­li­za­cji pra­cow­nic i za­dba­nia o ich prawa i bez­pie­czeń­stwo nie po­wi­nien prze­sła­niać świa­do­mo­ści, w jaki spo­sób sex work uwi­kła­ny jest w pa­triar­chat – dla­cze­go to w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze ko­bie­ty sprze­da­ją seks, a męż­czyź­ni go ku­pu­ją: „Stwier­dze­nie, że praca sek­su­al­na to »tylko praca«, po­mi­ja kwe­stię, że każda praca – praca męż­czyzn, praca ko­biet – nigdy nie jest »tylko pracą«, ona rów­nież ma płeć”[5].

Srinivasan podkreśla za marksistowskimi feministkami, że dopiero uznanie czegoś za pracę jest wstępem do wyzwolenia się od niej

Cho­dzi zatem o roz­po­zna­nie współ­za­leż­no­ści mię­dzy róż­ny­mi for­ma­mi do­mi­na­cji. Jak w przy­pad­ku spra­wy fał­szy­wych oskar­żeń męż­czyzn o gwałt i na­pa­sto­wa­nie sek­su­al­ne, która po­ja­wi­ła się w dobie kam­pa­nii #Metoo. Dzię­ki temu ru­cho­wi ko­bie­ty z ca­łe­go świa­ta za­czę­ły pu­blicz­nie mówić o do­świad­cze­niach prze­mo­cy sek­su­al­nej. Sri­ni­va­san prze­ko­nu­ją­co po­ka­zu­je, że rze­ko­my „spi­sek prze­ciw­ko męż­czy­znom” to przede wszyst­kim pro­blem ra­si­zmu: to naj­czę­ściej biali męż­czyź­ni (po­li­cjan­ci i pro­ku­ra­to­rzy) oskar­ża­ją nie­słusz­nie czar­nych męż­czyzn o gwał­ty na bia­łych ko­bie­tach. „Spi­sek prze­ciw­ko męż­czy­znom jako taki nie ist­nie­je. Ist­nie­je jed­nak spi­sek prze­ciw­ko okre­ślo­nym kla­som męż­czyzn”[6]. Po­ja­wia się tu pa­lą­ca, rów­nież w pol­skiej sfe­rze pu­blicz­nej, kwe­stia do­mnie­ma­nia nie­win­no­ści – fi­lo­zof­ka od­po­wia­da na nią po­my­słem na „epi­ste­mo­lo­gicz­ną so­li­dar­ność” z ofia­ra­mi, która nie służy temu, by normy praw­ne pod­wa­żyć, tylko by wziąć pod uwagę nie­spra­wie­dli­wość sys­te­mów le­gi­sla­cyj­nych. In­ter­sek­cjo­nal­na per­spek­ty­wa łączy się tu z kry­ty­ką kar­ce­ra­li­zmu – za­ło­że­nia, że to przy­mus (i prze­moc) pań­stwo­wa pod po­sta­cią po­li­cji i sądów mia­ła­by być środ­kiem za­rad­czym wobec opre­sji ko­biet. Kar­ce­ra­lizm ude­rza naj­bar­dziej w ko­bie­ty naj­bied­niej­sze, bo cho­ciaż bie­rze pod uwagę płcio­wą prze­moc, nie widzi jej źró­dła w bie­dzie i kla­so­wym wy­zy­sku.

Sri­ni­va­san w przej­rzy­sty, ale i nieco aka­de­mic­ki spo­sób roz­su­płu­je splot prawa, mo­ral­no­ści i po­li­ty­ki, a przy tym po­tra­fi być wy­ra­zi­sta i gniew­na (ma ku temu wiele po­wo­dów). Ogrom­ną za­le­tą jej wy­wo­du jest sku­pie­nie na am­bi­wa­len­cji, me­an­dro­wa­nie i nie­kie­dy ko­niecz­na nie­kon­klu­zyw­ność – szcze­gól­nie w kwe­stiach, które są pię­tro­wo po­wi­kła­ne. A spraw ta­kich jest wię­cej niż się wy­da­je: prawo może jed­no­cze­śnie chro­nić ofia­ry do­tknię­te prze­mo­cą sek­su­al­ną i być opre­syj­ne wobec osób nie-bia­łych; stu­dent­ka zga­dza się na seks z pro­fe­so­rem i go po­żą­da, ale nadal ich sek­su­al­na re­la­cja jest etycz­nie pro­ble­ma­tycz­na; fe­mi­nizm jest ru­chem dą­żą­cym do wy­zwo­le­nia ko­biet, ale za­ra­zem sam jest de­ter­mi­no­wa­ny sto­sun­ka­mi wła­dzy. Praw­do­po­dob­nie nie­któ­rzy będą skłon­ni za­rzu­cić Amii Sri­ni­va­san kon­ser­wa­tyzm (sy­me­tryzm?), ale nie daj­cie się zwieść – am­bi­wa­len­cja nie jest tu za­ło­żo­nym punk­tem doj­ścia, jak w re­la­ty­wi­zu­ją­cym wy­wo­dzie post­mo­der­ni­sty. Jest ona ra­czej ko­niecz­nym ele­men­tem każ­dej per­spek­ty­wy, która chce uka­zać sprzecz­no­ści w łonie współ­cze­sne­go ka­pi­ta­li­zmu, de­ter­mi­nu­ją­ce naszą kon­dy­cję i zba­dać wa­run­ki moż­li­wo­ści pro­gre­syw­nej po­li­ty­ki fe­mi­ni­stycz­nej. „Te eseje nie sta­no­wią domu”[7] – pisze au­tor­ka „Prawa do seksu”, mó­wiąc o dys­kom­for­cie, który może po­ja­wić się w cza­sie lek­tu­ry jej książ­ki. Jest on tym bar­dziej od­czu­wal­ny w sfe­rze pu­blicz­nej zdo­mi­no­wa­nej przez media toż­sa­mo­ścio­we i ple­mien­ne, rzą­dzo­ne dziś dy­na­mi­ką „inby”, która unie­moż­li­wia de­ba­tę o kwe­stiach bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych niż nie­po­wo­dze­nia pol­skiej piłki. Neo­li­be­ra­lizm oraz jego media ukry­wa­ją po­li­tycz­ne sprzecz­no­ści, które pro­du­ku­ją.

Wojny o porno w cza­sach al­go­ryt­mu

Wy­da­wa­ło­by się, że sex wars  z prze­ło­mu lat 70. i 80. XX wieku, jakie to­czy­ły ame­ry­kań­skie i bry­tyj­skie fe­mi­nist­ki, za­koń­czy­ły dys­ku­sje o por­no­gra­fii. Dziś już prze­cież nie­zwy­kle rzad­ko sły­szy się kry­tycz­ne wobec porno głosy. W eseju po­świę­co­nym porno Sri­ni­va­san in­te­re­su­ją­co łączy ana­li­zę spo­rów fe­mi­ni­stek dru­giej fali z tym, co mówią o por­no­gra­fii jej stu­den­ci i stu­dent­ki, po­ka­zu­jąc, że to spra­wa, do któ­rej na­le­ży po­wró­cić. Naj­bar­dziej za­ska­ku­ją­ce jest to, że fi­lo­zof­ka sięga tu do au­to­rek, które w wielu krę­gach uzna­wa­ne są dziś za pu­ry­tań­skie, „nie­mod­ne” mo­ra­li­za­tor­ki. Naj­słyn­niej­sze fe­mi­nist­ki an­ty­por­no­gra­ficz­ne – An­drea Dwor­kin i Ca­tha­ri­ne Mac­Kin­non – twier­dzi­ły, że por­no­gra­fia jest ero­ty­za­cją pa­triar­cha­tu, za­klę­tą w obraz nie­rów­no­ścią płci. Porno miało we­dług nich funk­cję ide­olo­gicz­ną, tzn. nie tylko przed­sta­wia­ło obraz prze­mo­cy sek­su­al­nej, ale rów­nież „stwa­rza­ło” świat opar­ty na re­gu­łach prze­mo­cy – a nawet wię­cej: porno dzia­ła jak akt mowy „ze­zwa­la­ją­cy na pod­po­rząd­ko­wa­nie ko­biet i przy­zna­ją­cy ko­bie­tom niż­szy sta­tus spo­łecz­ny”[8]. Dla Dwor­kin i Mac­Kin­non trans­for­ma­cja re­la­cji płcio­wych za­kła­da­ła od­rzu­ce­nie w pełni por­no­gra­fii. Z kolei fe­mi­nist­ki pro­sek­su­al­ne prze­ko­ny­wa­ły, że ko­bie­ty mają prawo do przy­jem­no­ści, w tym do por­no­gra­fii – mogą upra­wiać seks taki jak chcą, mogą robić porno, jeśli tego pra­gną. Pro­sek­su­al­ny fe­mi­nizm za­kła­dał ko­niec styg­ma­ty­za­cji sek­su­al­no­ści oraz świa­do­mą zgodę jako ho­ry­zont dys­ku­sji o sek­sie.

Sri­ni­va­san przy­zna­je, że była za­sko­czo­na, gdy jej stu­den­ci i stu­dent­ki zgo­dzi­ły się z wie­lo­ma ob­ser­wa­cja­mi fe­mi­ni­stek an­ty­por­no­gra­ficz­nych. Być może obawy Dwor­kin ła­twiej było od­rzu­cić w cza­sach, gdy porno wy­po­ży­cza­no na VHS-ach, dziś jed­nak młode po­ko­le­nie, które, cy­tu­jąc Helen Lewis, „wi­dzia­ło na ekra­nie gang­bang zanim do­świad­czy­ło pierw­sze­go po­ca­łun­ku”[9], do­strze­ga w por­no­gra­fii prze­moc, ale też trak­tu­je je jako pod­sta­wo­we – dar­mo­we – źró­dło wie­dzy o sek­sie, do­stęp­ne na wy­cią­gnię­cie ręki i pac­nię­cie palca w ekran te­le­fo­nu. Stu­den­ci Sri­ni­va­san py­ta­ją na za­ję­ciach o to, skąd będą wie­dzieć, jak upra­wiać seks, gdy porno za­brak­nie.

Czuć w tej dia­gno­zie echa tra­dy­cji teo­rii kry­tycz­nej i psy­cho­ana­li­zy. Zal­go­ryt­mi­zo­wa­ne porno to kul­mi­na­cja ob­ra­zów, uto­wa­ro­wio­na re­la­cja spo­łecz­na, która pro­wa­dzi do alie­na­cji i od­dzie­le­nia. Sri­ni­va­san wska­zu­je – za psy­cho­ana­li­tycz­ną fil­mo­znaw­czy­nią Laurą Mu­lvey – że ma­in­stre­amo­wa por­no­gra­fia nie tylko jest przez męż­czyzn kon­su­mo­wa­na, ale przede wszyst­kim za­pro­jek­to­wa­ny w niej widz, wpi­sa­ny w lo­gi­kę ob­ra­zu, to męż­czy­zna. Jed­nak w uwi­kła­niu w porno nie cho­dzi tylko o to, że się­ga­jąc po nie bez­wied­nie przy­zwa­la­my i przy­kła­da­my się do wy­zy­sku ko­biet (bur­żu­azyj­na mo­ral­ność ka­za­ła­by wziąć od­po­wie­dzial­ność za in­dy­wi­du­al­ne wy­bo­ry, za­miast zająć się zmia­ną sys­te­mo­wą). Pła­ci­my rów­nież bar­dzo oso­bi­stą cenę za oglą­da­nie por­no­gra­fii – jest nią bro­dze­nie ście­żek w wy­obraź­ni ero­tycz­nej, z któ­rych trud­no bę­dzie zejść:

Por­no­gra­fia nie in­for­mu­je, nie per­swa­du­je ani nie pro­wa­dzi debat. Por­no­gra­fia tre­su­je. Ryje głę­bo­kie rowy w psy­chi­ce, two­rząc po­tęż­ne sko­ja­rze­nia po­mię­dzy pod­nie­ce­niem a wy­bra­ny­mi bodź­ca­mi, po­mi­ja­jąc tę część w nas, która za­trzy­mu­je się na chwi­lę, za­sta­na­wia, myśli. Te sko­ja­rze­nia, wzmoc­nio­ne po­wta­rza­niem, utrwa­la­ją i po­wie­la­ją spo­łecz­ne zna­cze­nia przy­pi­sa­ne róż­nym płciom przez pa­triar­chat[10].

Por­no­gra­fia in­ter­ne­to­wa nie­po­rów­ny­wal­nie bar­dziej niż w cza­sach pi­se­mek spod lady wzmac­nia prze­mo­co­we ele­men­ty seksu, prze­no­sząc je do ma­in­stre­amu. I mimo że w po­pu­lar­nych ser­wi­sach mo­że­my zna­leźć ob­ra­zy ni­szo­we, uka­zu­ją­ce spe­cy­ficz­ne „kinki”, głów­ny nurt hoł­du­je cia­łom nor­ma­tyw­nym, bia­łym, szczu­płym, ci­spł­cio­wym, a nade wszyst­ko od­mło­dzo­nym (ogrom­na po­pu­lar­ność ka­te­go­rii teen).

Zalgorytmizowane porno to kulminacja obrazów, utowarowiona relacja społeczna, która prowadzi do alienacji i oddzielenia

Jak więc wy­do­stać się z tych por­no­ko­le­in? Bez wąt­pie­nia nie da się uciec od ob­ra­zów, warto więc zwra­cać uwagę na te, które po­sze­rza­ją re­pre­zen­ta­cję sek­su­al­no­ści i wy­kra­cza­ją poza jej he­ge­mo­nicz­ne mo­de­le. Sri­ni­va­san mówi jed­nak, że na­le­ży pod­jąć próbę uciecz­ki od ob­ra­zu al­go­ryt­micz­ne­go i do­mi­nu­ją­ce­go, po­nie­waż pod wpły­wem lo­gi­ki ekra­nu „wy­obraź­nia sek­su­al­na za­mie­nia się w ma­szy­nę do na­śla­do­wa­nia, nie­zdol­ną do two­rze­nia cze­goś no­we­go, wła­sne­go”[11]. Wy­da­je się, że taka per­spek­ty­wa za­chę­ca, żeby szu­kać rów­nież poza ekra­nem, jak rów­nież poza wir­tu­al­no­ścią. Choć nie­wy­ra­żo­ny wprost, po­brzmie­wa tu po­stu­lat po­wro­tu do in­tym­no­ści nie­za­po­śred­ni­czo­nej, ist­nie­je bo­wiem wiele po­wo­dów, by są­dzić, że me­ta­ver­sum nie bę­dzie ni­czym wię­cej niż tylko jesz­cze bar­dziej „hi­per­po­łą­czo­ną” sa­mot­no­ścią.

Zda­niem fi­lo­zof­ki, uwol­nie­niu wy­obraź­ni mo­gła­by pomóc edu­ka­cja sek­su­al­na, która by­ła­by „edu­ka­cją ne­ga­tyw­ną” – od­ucza­ją­cą, za­chę­ca­ją­cą do po­szu­ki­wań poza ob­ra­za­mi i sło­wa­mi, do wę­dro­wa­nia poza porno i poza au­to­ry­te­ty. Cho­dzi­ło­by więc o od­zy­ska­nie od­wa­gi i prawa do sa­mo­dziel­no­ści. Nie będą one nigdy gwa­ran­tem eman­cy­pa­cji, ale mogą wzmac­niać wy­obraź­nię. Prawo do de­cy­do­wa­nia o na­szych cia­łach to rów­nież przy­zwo­le­nie na pró­bo­wa­nie i zmia­ny, na po­raż­ki, które nie będą od­czu­wa­ne jako ka­ta­stro­fa (chcia­ło­by nam je wmó­wić porno, gdy nasz seks wy­glą­da ina­czej niż na Por­n­hu­bie), ale jako na­tu­ral­na część sek­su­al­ne­go do­świad­cze­nia. Edu­ka­cja ne­ga­tyw­na mia­ła­by wy­po­sa­żać w wie­dzę, ale oddać sek­su­al­ną au­to­no­mię, otwie­ra­ją­cą moż­li­wość dzia­ła­nia poza por­no­gra­ficz­ny­mi skryp­ta­mi.

Pol­skie po­żą­da­nie

Cho­ciaż wizja Sri­ni­va­san jest po­cią­ga­ją­ca i in­spi­ru­ją­ca, czy­ta­jąc „Prawo do seksu” nie­ła­two przy­cho­dzi mi my­śle­nie o tym, czym mo­gło­by być dzi­siaj eman­cy­po­wa­nie po­żą­da­nia w Pol­sce. Za­czy­na­łam pisać ten tekst, gdy sąd orzekł, że Ju­sty­na Wy­drzyń­ska z Abor­cyj­ne­go Dream Teamu jest „winna udzie­le­nia po­mo­cy”, po­nie­waż prze­ka­za­ła ko­bie­cie w nie­chcia­nej ciąży ta­blet­ki do wy­ko­na­nia abor­cji far­ma­ko­lo­gicz­nej. W rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej nie ist­nie­je spra­wie­dli­wość re­pro­duk­cyj­na, wy­obra­że­nie no­wych po­li­tyk pra­gnie­nia opi­sy­wa­nych przez Sri­ni­va­san jest bar­dzo trud­ne. Jak mo­gły­by­śmy de­kon­stru­ować świa­do­mą zgodę i do­ma­gać się prawa do etyki sek­su­al­nej opar­tej na otwar­to­ści i po­szu­ki­wa­niach (wę­dro­wa­niu i błą­dze­niu), kiedy pra­wi­co­wi po­li­ty­cy, ko­ściół i al­go­rytm chcą nam wmó­wić, że wie­dzą, czego chce­my? To jasne – by od­zy­skać prawo do na­szych ciał, mu­si­my sto­so­wać ko­niecz­ną re­ak­cję obron­ną: nie bę­dzie­cie nam mówić czego pra­gnie­my, do­brze wiemy dokąd iść.

W rzeczywistości, w której nie istnieje sprawiedliwość reprodukcyjna, wyobrażenie nowych polityk pragnienia opisywanych przez Srinivasan jest bardzo trudne

W „Pra­wie do seksu” Pol­ska po­ja­wia się w przed­mo­wie, kiedy au­tor­ka tłu­ma­czy swoje sku­pie­nie na fe­mi­ni­zmie an­glo­ame­ry­kań­skim i jed­no­cze­śnie wska­zu­je, że jego glo­bal­na do­mi­na­cja prze­mi­ja. Obec­nie to w Ar­gen­ty­nie, Bra­zy­lii, Chile i w Pol­sce fe­mi­nizm staje się ma­so­wym ru­chem sta­wia­ją­cym silny opór za­ku­som pra­wi­co­wych rzą­dów na prawa ko­biet. Dziś jed­nak, ina­czej niż przed pre­mie­rą książ­ki Sri­ni­va­san, z rze­czy­wi­sto­ścią opi­sy­wa­ną przez fi­lo­zof­kę łączy nas wię­cej niż tylko plat­for­my pod­su­wa­ją­ce to samo porno. W 2022 roku, po pię­ciu de­ka­dach, kiedy abor­cja była w USA le­gal­na, tam­tej­szy Sąd Naj­wyż­szy uchy­lił kon­sty­tu­cyj­ne prawo do prze­ry­wa­nia ciąży.

Spra­wa abor­cji do­ty­czy sek­su­al­no­ści. Nigdy dość po­wta­rzać, że w za­ka­zie prze­ry­wa­nia ciąży nie cho­dzi o płód i „świę­tość życia”. Gdyby pra­wi­co­wym rzą­dom cho­dzi­ło o dzie­ci, za­dba­ły­by o ochro­nę zdro­wia, po­li­ty­kę miesz­ka­nio­wą i do­stęp­ność żłob­ków. Zakaz abor­cji to usank­cjo­no­wa­nie prze­mo­cy wobec ko­biet, w tym rów­nież od­mó­wie­nie nam prawa do sek­su­al­no­ści wy­zwo­lo­nej od przy­mu­su re­pro­duk­cji.

Brak do­stę­pu do le­gal­nej, bez­piecz­nej i dar­mo­wej abor­cji spra­wia, że seks jesz­cze bar­dziej wiąże się ze stra­chem. Jak po­ka­zu­je hi­sto­ria ko­bie­ty, któ­rej chcia­ła pomóc Wy­drzyń­ska, ist­nie­ją po­wo­dy, by bać się nie tylko ciąży, ale rów­nież part­ne­rów, któ­rzy pójdą do sądu i znaj­dą so­jusz­ni­ków wśród an­ty­ko­bie­cych pra­wi­co­wych ra­dy­ka­łów. Ci zaś, jak po­ka­zu­ją ostat­nie son­da­że przed­wy­bor­cze, rosną w Pol­sce w siłę za spra­wą gło­sów mło­dych męż­czyzn. Już kilka lat temu dia­gno­zy po­ka­zy­wa­ły roz­pa­da­ją­cą się spo­łecz­ną tkan­kę: mło­dzi męż­czyź­ni są w Pol­sce w więk­szo­ści kon­ser­wa­tyw­ni, zaś ko­bie­ty w ich wieku są li­be­ral­ne i mo­bil­ne. I choć ist­nie­ją  wy­sep­ki, na któ­rych o sek­sie można roz­ma­wiać ina­czej niż każe głów­ny nurt de­ba­ty, glo­bal­na „ne­ga­tyw­na edu­ka­cja” mu­sia­ła­by uwzględ­nić ten po­dział, któ­re­go kon­se­kwen­cją jest nie tylko głę­bo­ki płcio­wy roz­łam, ale i od­mien­ne wizje sek­su­al­no­ści. Nie na­le­ży za­po­mi­nać o roli ko­ścio­ła, jak­kol­wiek dra­stycz­nie słab­ną­cej, któ­rej kon­tro­lu­ją­ca mo­ral­ność wzmac­nia je­dy­nie wła­dzę al­go­ryt­mu (choć wobec ka­to­lic­kiej mo­ral­no­ści i kom­plet­nej po­raż­ki edu­ka­cji sek­su­al­nej w Pol­sce, al­go­rytm może przy­nieść cza­sem tre­ści od­świe­ża­ją­ce, jak np. net­flik­so­we Sex Edu­ca­tion).

Tu wła­śnie kryje się praw­da o tym, że roz­sz­czel­nie­nie sek­su­al­nej wol­no­ści to staw­ka po­li­tycz­na, która jest rów­nież gwoź­dziem do trum­ny mał­żeń­stwa re­li­gii i neo­li­be­ra­li­zmu. Opór, który Polki od ponad trzy­dzie­stu lat sta­wia­ją ata­kom na prawa re­pro­duk­cyj­ne, a przede wszyst­kim ma­so­wa od­no­wa pol­skie­go fe­mi­ni­zmu w wy­ko­na­niu ko­biet pro­te­stu­ją­cych w ostat­nich la­tach w mia­stach, mia­stecz­kach i na wsiach to dobre źró­dło, by czer­pać z niego na­dzie­ję na inny świat, w któ­rym po­żą­da­nie „może prze­bić się przez to, co wy­bra­ła dla nas po­li­ty­ka, i zde­cy­do­wać za sie­bie samo”[12].

 

[1] Amia Sri­ni­va­san, „Prawo do seksu. Fe­mi­nizm w XXI wieku”, przeł. Ka­ta­rzy­na Maj­kow­ska, Wy­daw­nic­two WAB, War­sza­wa 2023, s. 14.

[2] Taż, „Prawo do seksu…”, s. 135.

[3] Tamże, s. 137.

[4] Ja­cqu­eli­ne Rose, „I am a knife”, „Lon­don Re­view of Books”, 24 lu­te­go 2018, https://​www.​lrb.​co.​uk/​the-​paper/​v40/​n04/​jacqueline-​rose/​i-​am-​a-​knife.

[5] Amia Sri­ni­va­san, „Prawo do seksu…”, s. 138.

[6] Tamże, s. 24.

[7] Tamże, s. 17.

[8] Tamże, s. 84.

[9] Helen Lewis, „The Pro­blem With Being Cool About Sex”, „The Atlan­tic”, paź­dzier­nik 2021, https://​www.​theatlantic.​com/​magazine/​archive/​2021/​10/​feminism-​sex-​clark-​flory-​srinivasan-​angel/​619822/.

[10] Amia Sri­ni­va­san, „Prawo do seksu…”, s. 110.

[11] Tamże, s. 120.

[12] Tamże, s. 149.

 

Amia Srinivasan
"Prawo do seksu. Feminizm w XXI wieku", przeł. K. Majkowska, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2022, s. 384.

Mo­ni­ka Borys
kul­tu­ro­znaw­czy­ni, ba­dacz­ka, dzien­ni­kar­ka. W Szko­le Dok­tor­skiej Nauk Hu­ma­ni­stycz­nych na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim pra­cu­je obec­nie nad dok­to­ra­tem po­świę­co­nym wi­zu­al­no­ści klas lu­do­wych po 1989 roku. Au­tor­ka książ­ki „Pol­ski bajer. Disco polo i lata 90.", współ­ku­ra­tor­ka wy­sta­wy „Disco Re­laks" po­ka­zy­wa­nej w Pań­stwo­wym Mu­zeum Et­no­gra­ficz­nym w War­sza­wie. Pu­bli­ko­wa­ła m.​in. w „Prak­ty­ce Teo­re­tycz­nej", „Wi­do­ku. Teo­riach i prak­ty­kach kul­tu­ry wi­zu­al­nej", „Ma­ga­zy­nie Szum", „Dwu­ty­go­dni­ku", „Po­pmo­der­nie" i „Ga­ze­cie Wy­bor­czej".
redakcjaKrzysztof Sztafa
korekta Krzysztof Sztafa

Amia Srinivasan
"Prawo do seksu. Feminizm w XXI wieku", przeł. K. Majkowska, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2022, s. 384.

POPRZEDNI

recenzja  

Wymazywanie walki klas

— Łukasz Ostrowski

NASTĘPNY

varia  

Refleksywna impotencja, immobilizacja oraz liberalny komunizm

— Tomasz Bąk