fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Z de­dy­ka­cją dla re­dak­cji „Sto­ne­ra Pol­skie­go”,
za nie­na­pi­sa­ny tekst

Kilka razy tra­fia­ły do mnie w ubie­głym roku proś­by, żebym na­pi­sał coś o „Stan­cach” Je­rze­go Kron­hol­da (2017). Od­ma­wia­łem w myśl pierw­szych dwóch zasad: nie kopać le­żą­ce­go, nie do­bi­jać sę­dzi­we­go i uzna­ne­go poety (nie­któ­rzy mo­gli­by uznać to za lan­so­wa­nie się na jego au­to­ry­te­cie), któ­re­go do­tknę­ła oso­bi­sta tra­ge­dia, oraz nie wy­po­wia­dać się na temat obcej mi dyk­cji, bo w tym wy­pad­ku pre­fe­ren­cje es­te­tycz­ne pi­szą­ce­go mogą nie­bez­piecz­nie rzu­to­wać na całą fi­lo­zo­fię pi­sa­nia o li­te­ra­tu­rze i prze­su­wać co­kol­wiek nie­zły tom w stro­nę cał­ko­wi­te­go roz­cza­ro­wa­nia. Rok doj­rze­wa­łem do „Stanc” w duchu ko­lej­nej za­sa­dy: że nie­któ­re książ­ki muszą odło­żyć się w duszy, że trze­ba je grun­tow­nie prze­my­śleć i prze­tra­wić, doj­rzeć do nich, a do­pie­ro wtedy można się z nimi zmie­rzyć.

Żar­tu­ję. Z po­cząt­ku chcia­łem w tym cyklu przy­wo­ły­wać tomy prze­ce­nio­ne, nie za­wsze miało to jed­nak sens i nie za­wsze takie książ­ki po­ja­wia­ły się na czas. Dzię­ki Kron­hol­do­wi wra­cam jed­nak do źró­deł. Jest to książ­ka tak bar­dzo prze­ce­nio­na, jak tylko prze­ce­nić się da tomik po­etyc­ki z racji wieku i au­to­ry­te­tu jego Au­to­ra. To tomik do­ce­nio­ny na kre­dyt, żeby „od­ha­czyć” ostat­nie­go no­wo­fa­low­ca, gdy jest jesz­cze na to czas. Współ­cze­sny Kron­hold nie ma już z Nową Falą nic wspól­ne­go, a jego droga po­etyc­ka w ni­czym nie przy­po­mi­na ani ge­nial­ne­go Ba­rań­cza­ka, ani me­dy­ta­cyj­nych, mi­ni­ma­li­stycz­nych Kry­nic­kie­go i Korn­hau­se­ra, ani trans­owe­go Ja­ro­sła­wa Mar­kie­wi­cza, który – mam na­dzie­ję – wy­ro­śnie wkrót­ce na pa­tro­na spi­ry­tu­ali­stycz­nych od­jaz­dów mło­dej po­ezji spod znaku „Sto­ne­ra”. To droga od wy­co­fy­wa­nia się z po­szu­ki­wań ję­zy­ko­wych i do­raź­ne­go oporu do jaw­nej uciecz­ki w po­ezję kla­sy­cy­zu­ją­cą, na­resz­cie ry­mo­wa­ną, opar­tą na kli­szach men­tal­nych i ję­zy­ko­wych (które w po­chleb­nej im tra­dy­cji noszą nazwę to­po­sów, tu jed­nak są tylko smut­nym pół­pro­duk­tem, któ­rym Kron­hold lubił się za­wsze po­słu­gi­wać).

Jest to książka tak bardzo przeceniona, jak tylko przecenić się da tomik poetycki z racji wieku i autorytetu jego Autora

„Stan­ce” zo­sta­ły no­mi­no­wa­ne i przez jury Nike (w któ­rym, przy­znaj­my szcze­rze, nikt się nie zna na współ­cze­snej po­ezji), i przez jury Gdyni (w któ­rym zna się kilka osób, i to bar­dzo do­brze, a kilka nie zna się zu­peł­nie, co spo­wo­do­wa­ło tra­fie­nie tomu do fi­na­ło­wej piąt­ki, mię­dzy „Pa­wi­lo­ny” Do­mi­ni­ka Bie­lic­kie­go, „Kord” Na­ta­lii Malek, „Ra­port wo­jen­ny” Agaty Ja­błoń­skiej i „na ko­niec idą” Ma­cie­ja To­pol­skie­go, książ­ki bar­dzo dobre, ma­ją­ce nie­po­rów­ny­wal­nie wię­cej do za­ofe­ro­wa­nia pol­skiej li­te­ra­tu­rze). Ale na suk­ces „Stanc” pra­co­wa­ła też no­mi­na­cja po­przed­nie­go tomu, wy­da­ne­go za­le­d­wie rok wcze­śniej… „Skok w dal” tra­fił i do fi­na­łu Szym­bor­skiej, i do Si­le­siu­sa, i do Na­gro­dy Li­te­rac­kiej m.​st. War­sza­wy (na­gro­dy prze­zna­czo­nej głów­nie dla star­szych po­etów: Mi­ko­ła­jew­ski, Ka­ra­sek, Łu­ka­sie­wicz, Har­twig), i do Or­fe­usza (ra­czej dla po­etów dziw­nych i nie­do­ce­nio­nych).

Bez­po­śred­nią in­spi­ra­cją dla tej re­cen­zji oka­za­ła się jed­nak Kra­kow­ska Szko­ła Po­ezji i tam­tej­szy open mic, na któ­rym mło­dzi au­to­rzy udo­wod­ni­li, że Kron­hold to nie­skoń­czo­na po­żyw­ka dla po­ezji. Nie­za­stą­pio­ny Prze­mek Su­cha­nec­ki w roli Eu­ge­niu­sza Tka­czy­szy­na-Dyc­kie­go od­czy­tał ze sceny pra­wie cały tom i uświa­do­mił mi tym, że nawet me­lo­dyj­na, in­tro­wer­tycz­na re­to­ry­ka „Dycia”, która ura­to­wa­ła­by od śmiesz­no­ści Suskę, a od nudy książ­kę te­le­fo­nicz­ną, nie jest w sta­nie ura­to­wać „Stanc” i za­pew­nić im ocze­ki­wa­nej przez au­to­ra po­wa­gi. In­ny­mi słowy, nawet od­czy­ta­ne w innej, do­brze wi­dzia­nej ma­nie­rze, stan­ce Kron­hol­da oka­za­ły się nie­by­wa­le nie­współ­cze­sne, nie­tak­tow­ne w swoim ry­mo­twór­czym wy­ma­chu, nie­podat­ne na po­waż­ne trak­to­wa­nie. Im bar­dziej było mi do śmie­chu, tym bar­dziej czu­łem się jed­nak zo­bo­wią­za­ny od­po­wie­dzieć na py­ta­nie: czy rze­czy­wi­ście nie ma w tym tomie ani jed­ne­go do­bre­go wier­sza? Z czego wy­ni­ka sa­mo­ośmie­sza­nie się ostat­nich tek­stów Kron­hol­da? Jak ten – no­wo­fa­lo­wy prze­cież – autor prze­szedł od „Sa­mo­pa­le­nia” (1972) do wy­da­nych w Co­nvi­vo „Stanc”?

Oczy­wi­ście cały an­tu­raż, jaki stwo­rzył wokół sie­bie Kron­hold, nie po­ma­ga lek­tu­rze jego wier­szy. Wcho­dze­nie w kon­flik­ty czy to z Dar­kiem Fok­sem, czy z Tom­kiem Bą­kiem, zdzi­wie­nie po braku wy­gra­nej w Gdyni, kre­owa­nie się na obroń­cę praw­dzi­wej po­ezji, która po­win­na być pi­sa­na sty­lem wy­so­kim, stro­nić od wul­ga­ry­zmów i wtrę­tów po­pkul­tu­ro­wych, a in­ter­tek­stu­alość opie­rać naj­wy­żej na cy­ta­tach z „Bo­skiej ko­me­dii” i od­nie­sie­niach do ob­ra­zów Ver­me­era – to nie jest dobra droga dla po­waż­ne­go twór­cy.

Wresz­cie na pro­fi­lu fa­ce­bo­oko­wym kra­kow­skiej księ­gar­ni Atena prze­czy­ta­łem taką oto kry­tycz­no­li­te­rac­ką za­du­mę (pi­sow­nia ory­gi­nal­na):

Je­że­li Ko­per­nik mogła być ko­bie­tą, to Kron­hold może być po­et­ką… Taką tuż przed czter­dziest­ką, po­wiedz­my z Gli­wic, po­wiedz­my to sobie uczci­wie – wy­bit­ną. 
Taką – Martą Pod­gór­nik. Co sobie o tym ze­sta­wie­niu (kto­kol­wiek) po­my­śli – nie wiem. Ale wiem przez co to ze­sta­wie­nie zo­sta­ło w mojej gło­wie wy­wo­ła­ne – wła­śnie przez Stan­ce. Kon­se­kwent­na acz nie­na­chal­na ryt­mi­za­cja tek­stu, fra­zo­wość ukła­da­ją­ca się w spe­cy­ficz­ny, świe­ży idiom… Tak, tak – spe­cy­ficz­ny i świe­ży, mimo że jakby po trans­fu­zji krwi od wspo­mnia­nej Po­et­ki – jed­nak Kron­hol­do­wy. W moim od­czu­ciu, w ostat­nich la­tach, to jedna z naj­pięk­niej­szych sy­tu­acji w pol­skiej po­ezji. Ta trans­fu­zja. Od­wa­ga. (To nie pod­sta­rza­ły rock­man far­bu­ją­cy prze­rze­dzo­ne włosy. To dobry, ważny i uważ­ny poeta od­ra­bia­ją­cy lek­cję nie tego, w jakie piór­ka warto się stro­ić, ale tego, że warto uważ­nie od­bie­rać świat i ry­zy­ko­wać.

Jak ro­zu­miem, tro­chę do­sta­je się tu Świe­tlic­kie­mu (to on jest tym „pod­sta­rza­łym rock­ma­nem”? A może Ma­leń­czuk? Obaj pa­su­ją, bo chyba jesz­cze nie Grze­gorz Kwiat­kow­ski, za młody…). Nie ro­zu­miem za to, na czym po­le­gać by miała „trans­fu­zja krwi” mię­dzy Pod­gór­nik i Kron­hol­dem. Po­miń­my fakt, że tro­chę to nie­smacz­ne i nie dzia­ła moim zda­niem na ko­rzyść wspo­mnia­ne­go poety, który po­dob­no od­by­wa tym tomem ostat­ni etap ża­ło­by po żonie. Prze­ciw­nie. Su­ge­ru­je, że Kron­hol­do­wi nie­zbęd­na jest nie tylko zmia­na płci kul­tu­ro­wej (takie tomy są w cenie, nadal ich u nas za mało), ale też „krwi­sty” za­strzyk innej poet(y)ki. Brzmi to wam­pi­rycz­nie i taki wła­śnie Kron­hold sta­nął mi przed ocza­mi po po­wyż­szym po­ście – ko­micz­ny wam­pir z trans­fu­zji, ten z wier­sza „Po­zwól mi wejść”, wła­mu­ją­cy się przez okno i „za­do­wa­la­ją­cy się li­ściem” (?):

Po­zwól mi wejść, mi­ło­ści, wejdę prze­cież boso,
nie prze­my­cę, nie stłu­kę nic i nie wy­nio­sę.
Jeśli drzwi za­bez­pie­czysz, wła­mię się przez okno
i za­do­wo­lę li­ściem lśnią­cym na pod­ło­dze.

(s. 34)

Nie cho­dzi nawet o to, że wier­sze ze „Stanc” są nie­mra­we, że żywią się daw­nym po­ten­cja­łem kul­tu­ro­wym w stop­niu znacz­nie więk­szym niż np. do­świad­cze­niem, że są prze­wra­ca­niem mię­dzy pal­ca­mi wy­tar­tej mo­ne­ty rymów i ryt­mów, które choć ukła­da­ją się w kunsz­tow­ne, ośmio­wer­so­we stan­ce, nie za­wsze bro­nią się od stro­ny tech­nicz­nej. Wam­pi­rycz­ność Kron­hol­da ujaw­nia się naj­bar­dziej wła­śnie w tym, co su­ge­ru­je au­tor­ka noty – w li­ry­ce mi­ło­snej, która już u Marty Pod­gór­nik udra­po­wa­na była (ce­lo­wo) w cięż­kie tiule i fan­ta­zyj­ne gir­lan­dy, u Kron­hol­da zaś nie po­zo­sta­je ni­czym innym, jak tylko ba­lo­wym ko­stiu­mem bez go­spo­da­rza. Kron­hold nie od­bi­ja się już w lu­strze swo­ich wier­szy. Zo­ba­czy­my tylko płaszcz i może by­ło­by to cie­ka­we na za­sa­dzie ja­kiejś Der­ri­diań­skiej wid­mo­wo­ści, po­cią­ga­ją­ce w swo­jej pro­wo­ka­cyj­nej pu­st­ce (choć­by tej po żonie), gdyby nie to, że autor bar­dzo chciał­by się w tym lu­strze odbić, bar­dzo chciał­by pod­kre­ślić, jak waż­nym, sa­mo­dziel­nym i nie­po­wta­rzal­nym jest pod­mio­tem, a to lu­stro mu tro­chę na złość od­jeż­dża czar­nym po­lo­ne­zem (tak, cho­dzi o śmierć, albo wy­drwie­nie się od niej w ten spo­sób)…

Wampiryczność Kronholda ujawnia się najbardziej w liryce miłosnej, która nie pozostaje niczym innym, jak tylko balowym kostiumem bez gospodarza

Czy­ta­ją stan­ce

Wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się ostat­nio w kry­ty­ce wokół po­ezji Kron­hol­da, wy­da­je mi się nie­do­rzecz­ne i dzi­wacz­ne. Piotr Ma­ty­wiec­ki, autor wielu wspa­nia­łych ksią­żek, pisze o swo­bo­dzie tych utwo­rów, o ich „roz­rzu­cie i zręcz­nym chwy­cie ryt­micz­no-me­lo­dycz­nym”, znaj­du­je ho­ra­cjań­skie tony z Ko­cha­now­skie­go i „ba­ro­ku tylko tyle, żeby uszczę­śli­wiać kon­cep­tem” (nota z okład­ki). W „Ga­ze­cie Wy­bor­czej” na po­par­cie tezy o kon­kret­no­ści i zmy­sło­wo­ści tych utwo­rów To­masz Fiał­kow­ski przy­wo­łu­je po­przed­nią książ­kę au­to­ra:

W „Li­ście” ze „Skoku w dal”, dla mnie jed­nym z naj­pięk­niej­szych pol­skich wier­szy mi­ło­snych, było jesz­cze kon­kret­niej: „Si­ka­łaś/ roz­ma­wia­jąc/ przez te­le­fon/ to było bar­dzo czułe/ bar­dzo pięk­ne/ jak/ list mi­ło­sny/ z fon­tan­ną”.

W „Kwar­tal­ni­ku Ar­ty­stycz­nym”, który re­kla­mu­je się ostat­nio Cze­sła­wem Mi­ło­szem wzno­szą­cym zań toast, „Stan­ce” pod nie­bio­sa wy­no­si z kolei Krzysz­tof Li­sow­ski. Ta re­cen­zja za­słu­gu­je na osob­ne przy­wo­ła­nie, bo – po­dob­nie jak wier­sze Kron­hol­da – gna na zła­ma­nie karku w me­lan­cho­lię tak dziw­ną, że bli­ską wręcz freu­dow­skie­mu Unhe­im­li­che:

Może pew­nym wy­ja­śnie­niem [na­tu­ral­no­ści i kunsz­tu – JS] bę­dzie opo­wieść sa­me­go twór­cy, który nie­daw­no zwie­rzył mi się, że ostat­nie swoje spo­tka­nia au­tor­skie – wzo­rem Dy­la­na Tho­ma­sa, re­cy­tu­ją­ce­go przed czy­ta­niem wła­snych utwo­rów na kam­pu­sach ame­ry­kań­skich kla­sycz­ne wier­sze an­giel­skie – po­prze­dza cy­to­wa­niem z pa­mię­ci psal­mów z Bi­blii brze­skiej, Sę­pa-Sza­rzyń­skie­go, Ko­cha­now­skie­go, Morsz­ty­na, Mic­kie­wi­cza, Nor­wi­da. To dowód, że twór­ca na co dzień ob­cu­je z po­żyw­ną tra­dy­cją wier­sza pol­skie­go, pol­sz­czy­zny daw­nej, ar­cy­dzie­ła­mi kunsz­tu po­etyc­kie­go przod­ków i mi­strzów.

Otóż i nagle w pol­skiej po­ezji XXI wieku „na­co­dzie­ńob­co­wa­nie” z „po­żyw­ną tra­dy­cją” Mi­strzów: Ko­cha­now­skie­go, Morsz­ty­na, Mic­kie­wi­cza czy Nor­wi­da staje się czymś na­tu­ral­nym, tak na­tu­ral­nym, jak „nie­na­co­dzie­ńob­co­wa­nie” z wy­głod­nia­ły­mi, tek­stu­al­ny­mi du­cha­mi So­snow­skie­go, Ry­bic­kie­go czy Foksa. Dalej, gdy Li­sow­ski za­cy­tu­je już (pew­nie z pa­mię­ci) wła­sną lau­da­cję dla po­przed­niej książ­ki au­to­ra (można od­nieść wra­że­nie, że po­chwa­ły „Skoku w dal” to w więk­szo­ści przy­pad­ków po­ło­wa suk­ce­su „Stanc”), do­wia­du­je­my się, że nie­zwy­kłość Kron­hol­da wy­ni­ka z jego pi­sa­nia na po­gra­ni­czu li­te­ra­tu­ry pol­skiej i cze­skiej, „dla któ­rej  – prz­yn­ajmniej w kla­sycz­nych już utwo­rach – bar­dzo ważna jest bli­skość roz­pa­czy i li­rycz­no­ści, »pięk­ne­go smu­ce­nia się« i do­sad­no­ści, nie­kie­dy ru­basz­no­ści” (tamże, s. 165). Tylko czyje „pięk­ne smu­ce­nie się” miał na myśli autor? Bar­dziej Ka­re­la Máchy (zm. 1836) czy Václava Ne­be­ske­go (zm. 1882), bo ra­czej nie Egona Bondy’ego ani Básníka Ticho? To zresz­tą ko­lej­ny kry­tycz­ny topos, który trze­ba chyba od­ha­czyć przy pi­sa­niu o Kron­hol­dzie: że jest on tak bar­dzo po­gra­nicz­ny, tak bar­dzo cie­szyń­ski, a więc tak do­sko­na­le mie­sza pol­ską i cze­ską men­tal­ność, że np. cha­chłac­kie wtrę­ty Dyc­kie­go wy­glą­da­ją przy nim na marne imi­ta­cje.

W „Kul­tu­rze Li­be­ral­nej” prze­czy­ta­my z kolei, że „w »Stan­cach« kró­lu­je życie”. Szef dzia­łu re­cen­zji tego pisma Piotr Kie­żun wy­tłu­ma­czył czy­tel­ni­kom do­sko­na­le sym­bo­li­kę mott (jedno z Bi­blii, dru­gie z pew­ne­go me­ta­fi­zycz­ne­go poety an­giel­skie­go): cho­dzi o po­wrót do życia, do zmy­sło­wo­ści, o skoń­czo­ny czas ża­ło­by po zmar­łej żonie.  Jeden z cy­ta­tów za­po­wia­da więc po­tę­pie­nie króla Da­wi­da za mi­łość do Bat­sze­by, ale też jego osta­tecz­nie unie­win­nie­nie w oczach Boga. I jak pisze Kie­żun:

Co naj­waż­niej­sze, król poeta bę­dzie się mógł cie­szyć ży­ciem we­spół z olśnie­wa­ją­cej urody Bat­sze­bą, która zo­sta­nie jego żoną. Z tej per­spek­ty­wy Mi­łość z wier­sza Geo­r­ge’a Her­ber­ta rów­nież na­bie­ra nieco in­ne­go zna­cze­nia. W ciem­nej sieni „Stanc” Je­rze­go Kron­hol­da wy­ma­ca­li­śmy więc zna­jo­me kształ­ty.

Jest za­cnie. Gdy już wy­ma­ca­li­śmy w ciem­nej sieni co trze­ba, to we­spół z Kron­hol­dem mo­że­my się cie­szyć z jego „no­we­go życia” z jakąś „nowa Bat­sze­bą”? Taka jest ta ży­cio­daj­na staw­ka „Stanc”, którą lek­ko­myśl­nie uzna­łem za wam­pi­rycz­ny tan? Czy urok tego tomu – idę śla­da­mi Kie­żu­na – po­le­ga na tym, że poeta wy­cho­dzi z ża­ło­by i znowu sły­szy ra­do­sny śpiew pta­ków, czy ra­czej na tym, że wszy­scy po­kle­pu­je­my się po ple­cach, bo do­brze nam w eru­dy­cyj­nych szep­tach Geo­r­ge’a Her­ber­ta, Jana Ko­cha­now­skie­go, w prze­kła­dach Sta­ni­sła­wa Ba­rań­cza­ka i ma­nu­skryp­tach bi­blij­nych? Że czy­ta­my znowu do snu (czego chyba nigdy nie ro­bio­no) Morsz­ty­na za­miast Dyc­kie­go? Więc może jed­nak le­piej tego Morsz­ty­na i tego Ko­cha­now­skie­go, który ostat­nio tra­fił nawet do far­ma­ceu­tycz­nej re­kla­my ra­dio­wej, po­czy­tać za­miast Kron­hol­da? Bo w sumie czemu w tej ga­lo­pa­dzie eru­dy­cyj­nych po­pi­sów for­mal­nych, w tym od­dy­cha­niu ciem­no­ścią bi­blio­tek szu­kać na siłę życia, a więc no­wo­ści, spon­ta­nicz­no­ści, a może nawet ak­tu­al­no­ści ję­zy­ka? Wnio­sek Kie­żu­na jest w tej kwe­stii fa­scy­nu­ją­cy: żeby do­ce­nić życie, trze­ba skon­fron­to­wać się ze śmier­cią, a tym po­now­nym ży­ciem, po­wro­tem do niego, oka­zu­je się w po­ezji Kron­hol­da pie­lę­gno­wa­nie pa­mię­ci, życie samą pa­mię­cią, ale po­zba­wio­ne me­lan­cho­lii. Mamy więc złe życie we wspo­mnie­niach – me­lan­cho­lij­ne, i dobre życie we wspo­mnie­niach – Kron­hol­do­we, „ra­do­śnie wi­ta­li­stycz­ne”.

 

Czy­ta­my stan­ce

Gdyby nie obłęd­nie dys­to­pij­na (po­wiedz­my znowu: Unhe­im­li­che) ka­te­go­ria wi­ta­li­zmu wy­wie­dzio­ne­go z życia na niby, życia w fan­ta­zjach, można by po­my­śleć, że Kron­hold za­pro­po­no­wał fi­lo­zo­ficz­nie coś, co nie tylko po­zy­tyw­nie prze­ra­sta jego po­ezję, ale też oka­zu­je się cu­dow­nym le­kiem na sła­bo­ści pol­skie­go kon­ser­wa­ty­zmu, tak w li­te­ra­tu­rze, jak i w życiu spo­łecz­nym. Cho­dzi mia­no­wi­cie o „kon­ser­wa­tyw­ną uto­pię”, taką, o któ­rej w „Reszt­kach no­wo­cze­sno­ści” pisał Prze­my­sław Cza­pliń­ski – o prze­chwy­ce­nie ka­te­go­rii, które kla­sycz­nie wią­za­ne są z ru­chem w przy­szłość, z po­stę­pem, eman­cy­pa­cją, no­wo­ścią, i skie­ro­wa­niem ich w prze­szłość, w sferę fan­ta­zji o tym, co mi­nio­ne. I nie­waż­ne w tej chwi­li, czy owym mi­nio­nym jest mło­dość poety i jego zwią­zek z żoną, czy im­pe­rial­ne moż­li­wo­ści oj­czy­zny, czy też „kult” bo­ha­ter­skie­go ojca z cza­sów wojny („Pod­ha­lań­czy­cy, bącz­ki i ci od Hal­le­ra,/ strzy­gą­cy brody Żydom chłop­cy ma­lo­wa­ni,/ pa­trz­cie, panny, już jadą, cudna ka­wa­le­ria,/ a ten przy­stoj­ny legun to mój oj­ciec w staj­ni”, s. 19). To wciąż pod­sta­wie­nie prze­szło­ści w miej­sce te­raź­niej­szo­ści, od­by­wa­ją­ce się w asy­ście wy­par­tych z psy­cho­ana­li­tycz­ne­go słow­ni­ka ka­te­go­rii trau­my i no­stal­gii. Wam­pir-no­stal­gik Kron­hol­da nie jest zatem wzru­sza­ją­cym sta­rusz­kiem, który mimo trau­ma­tycz­nych do­świad­czeń wy­szedł na pro­stą i za­czął do­strze­gać ko­lo­ry. Ra­czej – i to jest smut­ne, tak po­etyc­ko, jak i eg­zy­sten­cjal­nie – prze­stał do­strze­gać co­kol­wiek, co nie po­cho­dzi z jego wspo­mnień, a te na­ło­ży­ły się na rze­czy­wi­stość do tego stop­nia, że stała się ona na po­wrót go­ścin­na, przy­tul­na i roz­po­zna­na, że ob­cu­je się w niej z wid­ma­mi. Z tę­sk­no­ty, jak mnie­mam.

Skut­ki tego by­wa­ją fa­scy­nu­ją­ce, ale by­wa­ją też że­nu­ją­ce, a sku­pio­ny na ryt­mie i rymie Kron­hold chyba tego nie za­uwa­ża, po­dob­nie jak jego re­dak­to­rzy, bo na pewno jacyś byli. W wiele fraz z no­we­go tomu wpi­sa­ny jest taki ła­du­nek dziw­no­ści, że albo re­agu­je­my na niego śmie­chem z obawy przed pod­da­niem się jego dzia­ła­niu, albo też pro­wa­dzi nas w oko­li­ce, w jakie nigdy nie za­pu­ścił się nawet Hen­ryk Mar­kie­wicz. I tak kosz­mar­ne „Być bli­sko (cia­sto z cia­stem), dzie­lić się nie­zdar­nie” po­prze­dza „sło­dy­czą, ska­le­cze­niem, które nie­po­koi” (s. 9). Potem jest chyba o żonie, w duchu tre­nów, z ty­tu­ło­wą roz­pacz­li­wą proś­bą – „Po­wtórz się”:

Wróć gięt­ka wio­lon­cze­lo, we­se­la ma­try­co,
stą­pa­jąc na ko­niusz­kach, włóż suk­nię i buty,
niech się za­pa­chem czą­bru i mięty prze­sy­cą,
bied­ny cie­niu na ziemi bie­gnij, boś wy­zu­ty.

(s. 10)

Rym „buty” – „wy­zu­ty” to rze­czy­wi­ście kunsz­tow­na kon­cep­cja, z pew­no­ścią nie­zbęd­na temu wier­szo­wi. Ale czy są w „Stan­cach” dobre wier­sze? Są, ra­czej tak: „A kiedy się umie­ra” albo kon­cep­tu­al­ny „Do J.”, „Nie kłóć się ze mną, pro­szę” czy „Wy­obra­żam sobie cie­bie”. To te wier­sze, w któ­rych ad­re­sat­ką li­rycz­ną po­zo­sta­je żona, w któ­rych roz­ma­wia się z nią czule, co­dzien­nie, jakby była jesz­cze obec­na, cho­ciaż to tylko forma sa­mo­oszu­ki­wa­nia się pod­mio­tu, za­kli­na­nia w sło­wach (bo wszak „Na­dzie­ja to sza­chraj­stwo na czar­ną go­dzi­nę,/ bez gwa­ran­cji, że ulży w sa­mot­nym błą­dze­niu”, s. 43). A potem po­ja­wia­ją się tek­sty, w któ­rych za cenę rymu lub rytmu wy­prze­da­je się ten de­li­kat­ny, opar­ty na za­ufa­niu czy­tel­ni­ka, dia­log:

Skoro cie­bie nie mogę, to jodłę prze­bu­dzę,
i za­pro­szę do plą­sów na bal pod księ­ży­cem,
albo za­sko­czę jeża w kłu­ją­cej kol­czu­dze,
wiersz mu po­wiem do ucha i tak go za­chwy­cę.

(„Skoro cie­bie nie mogę”, s. 36)

Umów­my się po życiu, może w Cze­cho­wi­cach,
w tej ga­le­rii przy dwor­cu, taki tref­fpunkt stały,
zjemy coś naj­prost­sze­go, ryż, san­dacz, en­dy­wia,
bę­dziesz śmiać się, mę­dr­ko­wać i będą wa­ga­ry

(„Umów­my się po życiu”, s. 52)

Ma się ocho­tę po­wie­dzieć: panie, daj pan spo­kój temu jeżu, niech śpi. Zjedz en­dy­wię (kto nie mu­siał wy­gu­glo­wać?) z san­da­czem, niech bę­dzie pro­sto i siel­sko, jak na tych ba­ro­ko­wych ob­ra­zach z gni­ją­cym mię­si­wem i zde­chłą rybą. Kron­hold stara się oprzeć roz­pa­czy, sku­pia­jąc się na zmy­słach, na ostat­nich sma­kach i za­pa­chach świa­ta, ale czę­sto jest w tym da­le­ko poza stre­fą kom­for­tu czy­tel­ni­ka.

Kronhold stara się oprzeć rozpaczy, skupiając się na zmysłach, na ostatnich smakach i zapachach świata, ale często jest w tym daleko poza strefą komfortu czytelnika

Ry­zy­kow­ne jest już za­mi­ło­wa­nie, z jakim Kron­hold od­da­je się wy­szu­ki­wa­niu dzi­wacz­nych słów, które mają pod­ży­ro­wać jego wi­ta­lizm i po­ka­zać, że za kon­cep­tem stoi coś wię­cej niż słow­nik, a za ję­zy­kiem świat. To też się nie udaje, nic nie za­trzy­ma więc zry­mo­wa­nia „bu­du­je” z „mi­zer­ną szcze­żu­ję” (s. 11) w wier­szu o „Wie­rze”, tak nie­po­trzeb­nym, że chyba nawet Morsz­tyn by się za­wsty­dził, że po­ru­sza temat w taki spo­sób (ta „Wiara” być po pro­stu musi, bo jest też w tomie „Na­dzie­ja” i „Mi­łość”). A co tam jesz­cze w tra­wach i wo­dach „Stanc” pisz­czy i bą­bel­ku­je? „Swa­wol­na pieg­ża” (s. 12), jasz­czur­ki, ska­le­czo­ny pa­da­lec, „sie­la­wa, tłu­sty wę­gorz, cza­sem lin sma­żo­ny” (s. 13), morsz­czuk i szczu­pak, trze­bień­cy i anio­ły. Ze­bra­nie tych ku­li­nar­no-ży­cio­daj­nych roz­ko­szy z ksią­żek ku­char­skich na daw­nych dwor­kach znaj­dzie­my w innej, ku­mu­lu­ją­cej po­pi­sy „mar­twej na­tu­rze”:

Gałko musz­ka­to­ło­wa, ozdo­bo szu­fla­dy,
miąs przy­ja­ciół­ko i zup ko­ne­ser­ko,
po­ko­na­łaś ocean, czuj­ne Sym­ple­ga­dy,
żeby słu­żyć do­mo­wi po­mo­cą ku­chen­ną.
Był­bym się już wy­głu­pił, myląc cię z munsz­tu­kiem,
lub sztu­fla­dą wo­ło­wą, zie­lo­nym mu­sca­tem,
pewne to, że wspól­ne­go nic nie masz z morsz­czu­kiem
i nie dzie­lisz wód słod­kich z dra­pież­nym szczu­pa­kiem.

(„Gałko musz­ka­to­ło­wa!”, s. 18)

Ten wiersz spraw­dził­by się bar­dziej w re­kla­mach przy­praw niż w po­waż­nym, współ­cze­snym tomie. Po co więc jest? Żeby od­wra­cać uwagę? Zda­wać spra­woz­da­nie z od­kry­cia przez wdow­ca przy­praw we wła­snej kuch­ni? Ma su­ge­ro­wać ha­lu­cy­no­gen­ne wła­ści­wo­ści gałki, które umoż­li­wia­ją kon­takt z prze­szło­ścią, z du­cha­mi? To nie­ste­ty nadal kon­cep­tu­al­ny, ba­ro­ko­wy żart, ocie­ka­ją­cy sa­dłem kuch­ni dwor­skiej po­przed­niej epoki, sta­ro­pol­skie­go ma­rze­nia o ry­bach i mię­si­wie rodem z „Pana Ta­de­usza”.   

Kron­hold modli się w spo­sób dzie­cin­ny, sty­li­zu­je na lu­do­we przy­śpiew­ki, jak kie­dyś Czy­żew­ski swo­imi „Pa­sto­rał­ka­mi”, ale znowu coś – inni re­cen­zen­ci na­zwa­li to od­wa­gą lub bra­wu­rą ję­zy­ko­wą – krzy­żu­je mu plany, jak w „My­riam”:

Jej stóp­ki, jak li­te­ry dru­ku­ją się w gli­nie,
och, już cier­nie nie żądlą, ła­god­nie­ją żmije,
a pod ser­cem dzie­ciąt­ko go­to­we do wyj­ścia,
prze­czu­wa, że to bę­dzie nie tak pro­sta misja,
brzmią cy­ka­dy sło­dziut­ko, cień kła­dzie te­re­bint
i My­riam za­sy­pia­jąc, tro­chę się ru­mie­ni.
(s.44)

Dzie­ciąt­ko spo­so­bi się do wyj­ścia, Maria się ru­mie­ni, pa­le­styń­skie dęby rzu­ca­ją cień. To wszyst­ko idyl­la z ki­czo­wa­tej pocz­tów­ki, opo­wie­dzia­na ję­zy­kiem pa­stusz­ków, w sam raz na dy­le­ma­ty re­li­gij­ne po­no­wo­cze­snych spo­łe­czeństw Za­cho­du, do któ­rych się ja­kimś cudem za­li­cza­my. Od ko­lej­nych dziw­no­ści ocalę czy­tel­ni­ków, po­zo­sta­wia­jąc ich tylko ze świa­do­mo­ścią, że sio­stry Kron­hol­da „splu­wa­ły na ko­mu­nę z dy­stan­sem, jak trze­ba” (s. 14) oraz że nic tak nie łączy na­praw­dę jak „kon­wul­sje Nor­wi­da” (s. 47).

 

Er­ra­ta

Ostat­nie py­ta­nie. Czy Kron­hold za­wsze był tak dzi­wacz­ny, nie­zręcz­ny, nie­po­ko­ją­cy w od­sta­wa­niu od zdro­wo­roz­sąd­ko­we­go po­dej­ścia do ję­zy­ka, czy ra­czej do­pie­ro w „Stan­cach” za­czę­ły go gubić in­tu­icja, rytm, rym i skłon­ność do na­iw­ne­go, lu­do­we­go ob­ra­zo­wa­nia? Nie­któ­rzy czy­tel­ni­cy współ­cze­snej po­ezji pew­nie pa­mię­ta­ją jesz­cze de­biu­tanc­kie „Sa­mo­pa­le­nie”, z dum­nym pe­ga­zem na okład­ce, ale naj­czę­ściej przy­wo­łu­je się z niego świet­ną li­ta­nię „Pa­ra­da”: „Po­ezja nie jest chińsz­czy­zną/ Po­ezja nie jest chi­ni­ną/ Po­ezja jest bra­kiem […] Tę­sk­no­ta puka w fio­le­to­we oko/ Puka w fio­le­to­we ucho/ Puka w fio­le­to­wą ka­re­tę ciała// W dymy wście­kło­ści/ W psal­mo­dię skóry/ W suchy trzesz­czą­cy wyrok” (s. 57). De­li­kat­nie tylko przy­po­mnę więc, że autor łą­czył w „Sa­mo­pa­le­niu” od­je­cha­ny sur­re­alizm (nie wiem, czy świa­do­mie) ze szcze­rą, ale bar­dzo na­iw­ną eru­dy­cją. Obok dziw­nej, ale war­tej przy­po­mnie­nia w kon­tek­ście no­we­go tomu frazy: „Pa­mięć jest to długi po­gru­cho­ta­ny sa­mo­chód/ Marki Ford/ W któ­rym na tyl­nym sie­dze­niu sie­dzi/ Pstro­ka­ty ptak moja babka” („Pa­mięć”, s. 8), po­ja­wia­ły się więc też takie: „Pająk to jest moje po­żą­da­nie” („Pająk”, s. 14), „Do­bra­noc tłu­sty pa­pie­żu/ Do­bra­noc ar­chi­po­eto/ Do­bra­noc na ta­le­rzu/ Cie­płe mięso” („Ko­ły­san­ka”, s. 15), an­ty­cy­pu­ją­cy na­dej­ście Ko­ścio­ła Ryby „dar prze­wi­dy­wa­nia co bę­dzie/ jutro na ko­la­cję/ ma­sa­kra kła­po­uchy/ nos­fe­ra­tu z ny­lo­no­wą szczę­ką/ bio­dra dziew­czy­ny/ z gdań­ska sącza/ czę­sto­cho­wy/ pie­róg w śmie­ta­nie/ agnu­sek” („Teraz”, s. 30) oraz sto­ne­ro­we do gra­nic „Fo­rest flo­wer”:

Lenin jest ze mną
I Chry­stus jest ze mną
I Che jest ze mną
I Su­zu­ki jest ze mną
I Mao jest ze mną
I Mick Ja­gu­ar jest ze mną

(s. 26)

Le­ni­nie, Su­zu­ki, Che i ty, Micku Ja­gu­arze, dla­cze­go opu­ści­li­ście Je­rze­go Kron­hol­da na sta­rość? A może jed­nak nie? Może wild, wild hor­ses, co­uldn’t drag him away? Po­moc­ną dłoń wy­cią­gnął mój nie­gdyś ulu­bio­ny kry­tyk aka­de­mic­ki i spe­cja­li­sta od schi­zo­ana­li­zy, dziś już kry­tyk nie­aka­de­mic­ki, za to czy­nią­cy za­dość po­stu­la­tom Mi­ni­ster­stwa Nauki, że­by­śmy wszy­scy zo­sta­li in­for­ma­ty­ka­mi. Stwo­rzył pro­sty skrypt, który od­zy­sku­je dla pol­skiej po­ezji praw­dzi­we­go Kron­hol­da, no­wo­fa­low­ca, cho­ciaż już na fazie ze „Stanc”.

Czy­taj­my na­mięt­nie Rybę, nar­ko­ty­zuj­my się Pułką jak daw­niej, ale nie za­po­mnij­my za­rzu­cić wcze­śniej kilku gra­mów Kron­hol­da. Weś naciś skryp­ta i dej se stan­ce bez dwóch wer­sów.

Krytyka negatywna
Tekst jest częścią autorskiego cyklu krytyki poetyckiej Jakuba Skurtysa. Kliknij, by zobaczyć inne teksty z tego cyklu,

Ilustr. Artur Denys

Jerzy Kronhold

„Stance", Wydawnictwo Convivo, Warszawa 2017, s. 60.

Jakub Skur­tys
ur. 1989, miesz­ka we Wro­cła­wiu, dok­to­rant na Wy­dzia­le Fi­lo­lo­gicz­nym UWr, kry­tyk; pisze głów­nie o po­ezji; in­te­re­su­je się hi­sto­rią awan­gar­dy, stu­dia­mi nad co­dzien­no­ścią oraz związ­ka­mi li­te­ra­tu­ry i eko­no­mii. Czło­nek re­dak­cji „Prze­rzut­ni".
redakcjaJakub Nowacki
korekta Małgorzata Tarnowska

Krytyka negatywna
Tekst jest częścią autorskiego cyklu krytyki poetyckiej Jakuba Skurtysa. Kliknij, by zobaczyć inne teksty z tego cyklu,

Ilustr. Artur Denys

Jerzy Kronhold

„Stance", Wydawnictwo Convivo, Warszawa 2017, s. 60.

POPRZEDNI

recenzja  

Prawie coś z rytuału

— Filip Matwiejczuk

NASTĘPNY

recenzja  

Czytanie non-fiction (4): Seks wojenny

— Paulina Małochleb