Ładowanie strony

Pierwsza truje, druga zostawia w przełyku bąble i wypryski, idą od niej wrzody po wątrobie. Jest mętna, ma żółtawy odcień. Mowa o wodzie z podwójnego kranu. Z kącika socjalnego, tego zza winkla, do którego zaraz udam się z czajnikiem w ręce. Będę nim świecił jak paladyn w kazamatach nienawiści. Jeszcze chwila. Wypogadza się, zajmuję miejsce, plastikowe kółka krzesła ślizgają się po linoleum, z martensów ulatują drobinki soli. Ich chrzęst pod nogami – tak już dzisiaj będzie. Jakbym był na polu ryżowym. Albo w kamieniołomie. Bo przecież nie na plaży. Łypią na mnie sterty z biurka, zerkają puste półki. Wszystko jest ewidentne. Zaspy na parapecie, sople lodu, grube swetry, które kłują w kark, więc trzeba miąć skórę, przecierać ją, koić kremami. Przyjdzie czas, że kupię sobie lepszą odzież – będzie mnie pieściła.

Obrazek promujący zrzutkę na działalność Małego Formatu w 2026 roku - na tle zdjęcia wszystkich osób z redakcji na warszawskim Jazdowie widać napis informujący o tym oraz o tym że zbieramy na wkład własny do grantu

 
Poeta powiedziałby, że jest geometryczna połowa lutego. Że ten miesiąc to nienaturalnie wykręcony trapez, jakieś takie, coś w tym stylu. Kochane bzdurki. Zakładnicy etatu śnią o przeciętnych celach: dziesięcioletnim samochodzie, wolnym przedpołudniu, odkryciu jakiejś tajemnicy, niechby i drobnej. Nie ma w tym nic złego, ale dziwny żal, że się dzieje. Przy recepcji stoi dziś nowy facet, wcześniej go nie widziałem – grubas o umęczonym spojrzeniu. Ma głos jak z popsutego megafonu, z rozpędzonej demonstracji za wątpliwą sprawę. Jest kleisty, fałdy tłuszczu napierają na jego koszulę, odwraca się, podaje mi klucz do nory, odklikuje na komputerze. Była siódma rano, w plecaku miałem śniadanie, kable i kremy. Pod powiekami zalegała mi resztka snu, bo coś się dzisiaj śniło, to ewidentne, już nie do końca pamiętam, pewnie cele, nieodmiennie przeciętne. Teraz zajmuję pozycję, zaraz pójdę po wodę, wybiorę tę z bąblami.

Już się leje, a ja odginam głowę ku oknu. Dlaczego tak ostro pomyślałem o facecie z recepcji? Nazwałem go grubasem. Przecież był miły. A może choruje, ma wysokie ciśnienie? Albo to tarczyca. Jest mi go żal i już wiem: przez kilka godzin nie podniosę się z tego, będę sobie wypominał, wstydził się, czerwonym laserem na złość wypalę sobie oczy. Zdarza się, że człowiek puchnie mimo dobrej diety, mimo ćwiczeń, mimo suplementów. Nic na to nie poradzi. Ciało wylewa się z ram, jakby przebite wielką igłą przelewa się za swoje kontury, olbrzymieje, obrasta różnymi ropniami, komplikuje się przez mięsiste załączniki. Potwornieje — i cóżże? To jest ciekawe jak tom korespondencji Giedroycia. Czyli średnio.

Wkrótce słońce ścieli się na warszawskich elewacjach, mgła ustępuje, wyłaniają się zza okna sylwetki śródmieścia, szklane pale wydarte ziemi, słupy skierowane w sine niebo. Ku nim też wychylam głowę. Smutne lampy, ogołocone drzewa, pojedyncze odciski na nieośnieżonych dróżkach — czy istnieje coś bardziej typowego niż sezon w rozkwicie? Bliżej estakada, coraz więcej elektryków. Fajnie, są ciche. Tylko nieliczni wiedzą, że wszyscy jesteśmy spóźnieni. Ludzie decydują się na samochody elektryczne, bo to dla nich korzystne. Wiem, mówił mi o tym kolega brata. Widzieliśmy się na święta. To mąż siostry jego żony – jego, czyli brata. Mojego. Kolega był przekonany i trochę mu zazdrościłem, perorował, podawał przykłady. Wszystkie wzięte z życia, z sąsiedztwa, z najbliższego otoczenia! Siedział wyłożony na kanapie, splótł ze sobą palce, kciuk lewy nałożył na kciuk prawy i tak właśnie opowiadał. Niedługo kupię teslę, tak zapowiedział. W jego głosie czuć było tłumioną ekscytację. Życie płata figle – czasami naprawdę jest tuż za rogiem. Milczałem po drugiej stronie i od niechcenia sączyłem brandy. Uśmiechałem się i kibicowałem tym wysiłkom, ale myślałem o potwornieniu, zmierzchaniu – o tym, że człowiek zbyt często robi to, czego wolałby nie robić, a potem znika w pomrokach dziejów i jest po wszystkim.

Tymczasem zająłem pozycję, jestem funkcyjny. Przynajmniej przez chwilę, na wąskim odcinku. Ważną sprawę stanowi podział kompetencji. Jeszcze istotniejszą: herbatka. Chciałoby się doń cytrynki. Torebka, którą po kilku minutach bierzesz na łyżeczkę, owijasz sznureczkiem i naciskasz, żeby oddała swoją treść. W tej końcówce jest najwięcej aromatu — tak jak najsmaczniejsze mięso znajduje się przy kości. To żyłowanie soków na łyżeczce przypomina scenę, w której gostek poddusza innego gostka garotą – ale tak nie do końca, raczej dla zabawy. Mówi, że wy nie rozumiecie, to taki kink. Tak samo jest z dniami. Skoro, przyznasz, trzeba się na nie zgadzać to należy, nieprawdaż, wycisnąć z nich wszystkie soki. No bo skoro niechybnie przychodzą – jeśli nie da się odwołać ich jak spóźnionego widza spektaklu albo pijanego spowiednika w konfesjonale – to głupio się rozminąć. Ja wcale nie mam najgorzej. Przychodzę, idę przez kazamaty z zakamienionym czajnikiem, w trującej wodzie zaparzam herbatę, mam ją ciepłą, apetyczną, wcale nie taką najtańszą. Gdybym się postarał, znalazłbym dowody, że te bąble i wypryski z kranówy tak naprawdę wychodzą człowiekowi na zdrowie. Jest po nich silniejszy, magazynuje dzięki nim nadwyżkę energii.

A jest jej, tej energii, przecież mniej niż kiedyś. Trzeba to powiedzieć, przyznać otwarcie. To jeszcze żadna tragedia. Nic nie jest takie, na jakie zrazu wygląda: z każdego miejsca można tropić tajemnicę. Rzeczy pęcznieją od pozoru, uczucia rosną przykryte plandeką, wąż wije się pod kamieniem. Kryzys nie stanowi załamania procesu — wyznacza raczej punkt reorientacji. Tak się porobiło, trzeba na to uważać — bo jest porobione, właśnie dlatego. O jedenastej dzień już rozkwita, ewidentny. Obrabiam różne papiery i wysyłam je dalej, schodzę do archiwum załatwić jedną sprawę, urzędową windą jeżdżę sobie w górę i w dół. Kiedy na korytarzach mijam innych pracowników, uśmiecham się w ich kierunku. Moje działania mają umiarkowany sens, choć przechodzę nad tym do porządku — ja i współkoledzy z nory. Wszyscy jesteśmy spóźnieni, ale krąży w nas kofeina, posilamy się, docieramy, odpisujemy na wiadomości.

W połowie żywota coraz częściej nachodzi mnie ochota, by jeszcze bardziej skryć się pod wrażeniem, owinąć ciemną folią, skitrać się ciupkę głębiej. Jak w teledysku do „Daydreaming” Radiohead, gdzie naumiany doświadczeniem Thom Yorke przez cały czas otwiera jakieś drzwi, żeby na końcu w zimowej scenerii wpełznąć do jaskini. Do komnaty, do nory, do kazamatów nienawiści. Pamiętam, płakałem przy tym. Przebywałem wtedy w domu rodzinnym. Wzruszałem się, jechałem samochodem spalinowym i prawie zapomniałem, że trzymam kierownicę. A wokół piętrzyły się góry, droga robiła serpentyny. Wystarczyła chwila nieuwagi, bym runął. To byłoby spektakularne – chłop wziął i się rozbił, przez to jebane miauczenie Thoma Yorke’a poleciał w dół i w dół, aż do najniższej grani, tej owianej mgłą i upstrzonej głazami, przez którą przechodzi czarny szlak. Nie było co z tego zbierać. A wiecie dlaczego się rozbił? Bo spalinowe mają gorsze hamulce, nie no, serio! Elektryki reagują szybciej, mają sprawne złącza, lepsze krążenie między osiami, zresztą powiedzmy sobie szczerze, przyznajmy to: gdyby wtedy twój brat jechał elektrykiem – na przykład teslą – to pewnie samochód sam by mu wyhamował. Nie ma co ukrywać, przyznaj. I normalnie by z nami teraz był, siedziałby tutaj na kanapie, zapijałby brandy, milczałby z życzliwym zrozumieniem, białą chusteczką przecierałby kąciki ust. Czy kiedy Thom Yorke wczołgiwał się do dziury w kamienistej ziemi, uderzała go ta prawda o powierzchni i głębi? Przecież ona w ogóle nie jest wyrafinowana. A skoro tak, to powinna być chociaż przewrotna. Dopiero kiedy wyłożył się na śniegu w jaskini i spojrzał w ogień, jego twarz wypogodziła się, a końcówki ust podniosły w uśmiechu. To znaczące. Będzie nam źle dopóki nie skitramy się w sobie, zdaje się mówić Thom. No to żem jest teraz skitrany na amen. W najniższej grani, owiany mgłą, przysypany głazem. Trzeba przyznać, to dziadowskie przesłanie. Ale co w tym złego? Ostatecznie kiedy odkryjemy w sobie dziada, będziemy mieli okazję, by się od niego odbić i pójść w swoją stronę. Choćby ona, ta obrana strona, była najmroczniejsza i nie znała litości.

Krzysztof Sztafa
Pisarz, okazjonalnie krytyk literacki. Autor powieści „Wielka radość w polskich domach” (WBPiCAK, 2024) oraz monografii „Faza istnienia. Liryka Tomasza Pułki”, która ukaże się nakładem wydawnictwa IBL PAN w listopadzie 2026 roku. Redaktor „Małego Formatu". Pracuje jako urzędnik.