Łukasz Barys „Gdzie sypiają dzikie konie”, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2026, 336 stron.
Tadeusz Nowak, mimo że „nie wiedział o trawie”, i tak o niej „śpiewał”, „póki się nie dopasą / do jutrzni kare konie”. Łukasz Barys odwrotnie – o trawach, polach i pabianickich cmentarzach wie całkiem sporo, jeszcze więcej o rozczarowanych młodych inteligentach wracających z powrotem na wieś, a i tak – po raz kolejny – nie zdołał o nich „zaśpiewać”.
Kogo drażniła lektura „Małych pająków” (2024), poprzedniej książki Barysa, niech szykuje się na powtórkę z mało przyjemnej rozrywki. Jego czwarta powieść, „Gdzie sypiają dzikie konie” (wydana po raz pierwszy nakładem Wydawnictwa W.A.B.), nie wyciąga wniosków z wnikliwej recepcji, jakiej doczekały się wszystkie jego poprzednie książki. Co gorsza, idzie im na przekór, jakby na złość krytykom odmraża sobie uszy w imię literatury „autentycznej” i dostępnej „dla każdego”. Rozpisywano się wiele na temat „przekleństwa dosłowności” w „Małych pająkach” (tutaj szczególnie tekst Zuzanny Sali na łamach „Małego Formatu”), niedbalstwa i skrótowości stylu, nieuzasadnionego mieszania językowych rejestrów, a także nachalnego dowodzenia jedynie słusznej klasowej wrażliwości (na co wskazuje m.in. recenzja Piotra Sadzika w „Dwutygodniku”). Wiele z tych zarzutów można odnieść także do ostatniej książki Barysa.
Kogo drażniła poprzednia książka Barysa, niech szykuje się na powtórkę z mało przyjemnej rozrywki
„Gdzie sypiają dzikie konie” to, w zamierzeniu, powieść polifoniczna, rozpisana na głosy historia oparta na prostym schemacie centrum – peryferie (w tym wypadku Łódź – Janowice, pozostajemy więc w bliskim autorowi powiecie pabianickim). Do rodzinnego domu na wsi, po nieudanym związku i niemal równie pechowych studiach polonistycznych w Łodzi, powraca Kamil Kotowicz. Poeta z dorobkiem w postaci jednej książki, zawiedziony kochanek, rozczarowany wielkim miastem i literaturą, współczesny – toutes proportions gardées – Fryderyk Moreau ze „Szkoły uczuć” albo, trafniej, „przegryw” (jak myśli o nim jego młodsza siostra), wraca do Janowic i zatrudnia się w miejscowej podstawówce jako nauczyciel polskiego. W tym czasie jego dawna dziewczyna Basia pracuje w łódzkiej kancelarii prawnej, przeżywa emocjonalne wzloty i upadki właściwe awansowi społecznemu w trybie instant. Resentyment na tle zarobkowym ustępuje sentymentowi, marzeniu o „małym białym domku” na wsi, w którym Kamil spędziłby resztę życia z żoną i gromadką dzieci.
Podobnie jak w „Małych pająkach” fabuła niepokojąco łatwo daje się przypisać do kategorii young adult – najważniejszy jest tu związek Kamila i Basi, dwojga dwudziestoparoletnich bohaterów, z pewnością jeszcze „young”, lecz nie do końca „adult”. Jednak – i to nowość u Barysa – „Gdzie sypiają dzikie konie” oddaje głos jeszcze trzem innym postaciom – siostrze, bratu i dziadkowi Kamila. „Dekameronowa” konwencja wielogłosu mogłaby być okazją do stylistycznego popisu. Barys jednak z tej szansy nie korzysta. Wszystkie postaci posługują się literacko niedorobionym językiem „mówionym”, sprawiającym wrażenie źle pojętego monologu wewnętrznego, przemieszanego ze – znowuż mylnie rozumianym – „podsłuchem codzienności”.
Oto parę przykładów. Aby nie pomylić dziadka z piętnastoletnią wnuczką, Barys wtłacza w relację tej ostatniej „młodzieżowe” słownictwo typu „lol”, „creep” i „nevermind”, a staruszkowi każe cytować zapadłe w pamięci zdania z dzieciństwa, spędzonego wśród niemieckich osadników („wie heisst du, Junge?”). Z kolei Kamilowi, w końcu poecie, pozwala raz po raz wzruszyć się nad światłem odbijającym się na ściółce, a także wygłosić parę filipik przeciwko sobie („Odszedłeś od Basi, którą kochałeś, więc wcale Basi nie kochałeś, martwiłeś się o siebie, wyłącznie o siebie, egoisto”). Kiedy wypowiada zdanie: „ciekawe, co robią ci ludzie, że muszą tak wcześnie wstawać”, nie mamy wątpliwości, że przypadła mu w tych jasełkach rola „poety-marzyciela”.
Basia natomiast przyznaje się czasem do „antykapitalistycznego ukąszenia” („dlaczego takie chujki zawsze biorą ślub z takimi bogatymi dziwkami i dlaczego ich życie tak idealnie się układa?”) lub myśli aspirujących do filozoficznych („Świat to stado gołębi, wiatr, obraz z telewizora, światło i dźwięk”). Z kolei brat Kamila, który dołącza do narracyjnego kwintetu najpóźniej, to mąż, ojciec, pochodzący ze wsi i pracujący w mieście pozornie udany przykład społecznej emancypacji. Jednak nawet w jego przypadku odbija się czkawką niedoleczona trauma założycielska – złamany nos, pamiątka po koledze z klasy, bardziej napakowanym i lepiej grającym w piłkę. Skrzywiony nos staje się – niczym w „Życiu i myślach JW Pana Tristrama Shandy” Laurence’a Sterne’a – emblematem inicjalnej skazy.
Barys po raz kolejny oferuje swój „zestaw standardowy”: powieść o nieuleczalnym dziedzictwie klasowego wstydu, niepowodzeniach emancypacji, rozczarowanych rynkiem pracy inteligentach powracających na wieś i tych do końca życia skazanych na prowincję. Tym razem jednak schemat ten nie wysuwa się na pierwszy plan, tak jak miało to miejsce w „Małych pająkach”. Zostaje zepchnięty przez fabularne massa tabulettae, nadmiar zapychaczy obecnych w narracji każdej z postaci, a także – o czym za moment – przez nieudolnie konstruowane „surrealistyczne” spoiwo w postaci wiejskiej legendy o magicznych koniach.
Operując rażącym stereotypem, Barys nie korzysta z możliwych dobrodziejstw pięciogłosowej narracji, nie daje postaciom przemówić indywidualnym głosem. Pogrążony w okupacyjnych wspomnieniach staruszek, nastolatka przeżywająca właściwe wiekowi rozterki, rozczarowany życiem i literaturą polonista z prowincjonalnej szkoły, samotna dziewczyna w wielkim mieście, zmęczony pracą i domem pater familias z wykrzywionym nosem. W ten właśnie sposób powieść zbliża się do „literatury familijnej”, czyli dla każdego coś łatwego.
A jednak na tym nie koniec. Barys powraca do oswojonych w pierwszych dwóch powieściach regionów baśniowych „herezji”. Spoiwem dla rozczłonkowanej narracji miała być klechda o koniach, które w czasie pandemii (a więc „dawno, dawno temu”) cudem uciekły z płonącej stajni i od tej pory miały zamieszkiwać pobliski las. Problem w tym, że nikt ich nie widział, a jeśli widział, to raczej oczyma wyobraźni. Tadek – janowicki Nikifor – maluje przed śmiercią obraz zaczarowanych koni. Dziadek Kamila mówi o „pięknej, lecz naciąganej opowieści”, co nie przeszkadza mu marzyć, że jego zmarła żona „widuje konie, spalone albo niespalone…”. Kamil fantazjuje o swojej następnej książce, tym razem rzecz jasna o tematyce hippicznej. Jego siostra doznaje objawienia z końmi w roli głównej, po którym „coś zrozumiała”, choć „sama nie wie co”. Olaf, chłopak z Janowic, przesiaduje w lesie, „myśli o koniach” i „zastanawia się, czy możliwe jest coś więcej ponad to, co jest”. Basia z Kamilem całują się w świetle księżyca, gdy nagle otacza ich stado kilkunastu rumaków i nikt już nie ma wątpliwości, że jest to moment „magiczny”.
Wygląda na to, że Barys – po krótkiej przerwie na całkowicie „realistyczną” prozę w „Małych pająkach” – powraca do baśniowych, surrealistycznych korzeni pierwszych dwóch powieści. Cmentarne aniołki i żywe pomniki w debiutanckich „Kościach, które nosisz w kieszeni” dało się jeszcze usprawiedliwić narracją prowadzoną z perspektywy dziecka. Teraz, kiedy opowieść jest polifoniczna, baśniowy element stanowi jedynie wypełniacz fabuły, niezamierzenie komiczny dreszczyk Unheimlichkeit, będący wyłącznie świadectwem tego, jak bardzo nieprzekonujące są już narracje o zaczarowanej prowincji (nawet jeśli cały koncept to głuche podzwonne psalmów Nowaka). Topornie powielając topos „magicznej wsi”, Barys staje się zakładnikiem oczekiwań swoich czytelników – rozczarowanych awansem „kamilów” i „basi”, szukających poza miastem „powrotu do natury”, pożywki dla dziecinnej wyobraźni karmionej bajkami o cudownych zwierzętach.
To nie jedyny chybiony zabieg tej prozy. Przez całą powieść przewijają się bowiem fragmenty „wierszy” – jeśli za takie uznamy prozę i dialogi zapisane zgodnie z zasadą „z lewej równo, z prawej poszarpane”. Wyodrębnione graficznie zdania, wprowadzone w przypadkowych miejscach, nieznośnie podbijają patos i zagęszczają atmosferę baśniowej „tajemnicy”. Nie sposób pojąć, dlaczego wierszem napisany jest przepis na zupę, który dyktuje dziadkowi jego umierająca żona („musisz pokroić ziemniaki w kostkę, / buraka też”); osobiste wynurzenia Kamila („chciałem zostać poetą, / powiedziałem i sięgnąłem po popcorn, / napisałem tomik”) ani zwykłe, do bólu codzienne dialogi („Muszę iść, powiedziałem Marlenie tamtego dnia / podczas oglądania „Mad Men” na Netfliksie / a nie możesz zostać na noc? / nie bardzo”). A już zupełnie nieznośne są wielokrotnie powtarzane „ekfrazy” Tadkowego malowidła („Brązowa plama, / powiedziałem Ali, / czarna plama, / powiedziałem Ali, / brązowa plama, / powiedziałem Ali, / czarna plama, / powiedziałem Ali, / stado dzikich koni na łące, a obok dom”).
Powstrzymanie się od zbyt ostentacyjnych ideowych deklaracji nie powoduje w tym przypadku pogłębienia psychologicznych portretów, a zwielokrotnienie ścieżek narracji jeszcze bardziej podkreśla sformatowany język. Po drugie, powrót do konceptu „wsi magicznej” (już bez obecnej we wcześniejszych powieściach „brutalizacji”) utrzymuje się na poziomie literatury familijnej, by nie powiedzieć dziecięcej, bazującej na romantyczno-folklorystycznych kliszach zaczarowanych zwierząt. Do tego dochodzi zupełnie niezrozumiały epizod z przechodniem zmieniającym rozmiary i prześladującym Basię w łódzkim tramwaju (wątek jedynie zasugerowany i od razu porzucony). Po trzecie, innowacje formalne w postaci „wierszy” zupełnie dobijają całą konstrukcję książki, uwypuklając zbędność, w założeniu „autentycznych”, dialogów. Po czwarte, tak duża liczba wypowiadających się postaci sprawia, że opada nawet dramaturgia, charakterystyczne dla young adult i Netfliksa „trzymanie w napięciu”.
Okazuje się, że powiat pabianicki przestał być (lub nigdy nie był) pisarskim zagłębiem, polskim odpowiednikiem francuskiego Reims, do którego powraca się, by odkrywać nowe literackie lądy. Co więcej, ci, którzy wracają do Janowic, do reszty dziecinnieją, błąkając się po wsi, w której już dawno nie ma, a może nigdy nie było, dzikich koni.
Łukasz Barys „Gdzie sypiają dzikie konie”, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2026, 336 stron.
doktorantka filozofii w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych UAM. Autorka książek „Milana Kundery filozoficzna koncepcja postawy lirycznej, dramatycznej i powieściopisarskiej” (Universitas, 2022) oraz „Sartre i sztuki wizualne” (Universitas, 2026). Laureatka Nagrody im. Leszka Kołakowskiego, Stypendium Ministra Edukacji Narodowej i Stypendium im. dr. Jana Kulczyka. Swoje teksty krytyczne publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Czasie Kultury”, „Twórczości”, „Dzienniku Literackim” i „Dwutygodniku”.
komentarze

10 min czytania