Ładowanie strony
Na różowym tle białe wnyki z dużymi zębami, w środku których widać wnętrze ust. Po bokach dwa napisy 'HAHA".
Na zielonym tle z wieloma małymi rysunkowymi postaciami pionowy napis

Jacek Świdziński"Ideo", Kultura Gniewu, Białystok 2026, s. 152.

Forum Obywatelskiego Rozwoju we współpracy z Bankiem Zachodnim WBK przez lata prowadziło konkurs na komiks ekonomiczny. W jury zasiadali m.in. Leszek Balcerowicz (Przewodniczący Rady FOR), Jacek Fedorowicz, Michał Ogórek, Adam Radoń (Dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi) czy Teresa Notz (Członkini Zarządu Rady Fundacji Banku Zachodniego WBK). Nagrody były intratne – za krótki komiks można było otrzymać wynagrodzenie sięgające do pięciu tysięcy złotych (i dziś w sprekaryzowanych zawodach to niemało, a mówimy o czasach, kiedy 5 tysięcy złotych ciążyło w kieszeni inaczej niż teraz). Udział artystów w konkursie może się jednak jawić jako przykład zaprzedania duszy diabłu, kolaboranctwa godnego co najmniej dramy w rodzaju tej o Instytut Literatury (a więc i zachęcającego do sięgania po metafory ze „Zniewolonego umysłu” Miłosza), zwłaszcza gdy przyjrzymy się tematom przewodnim corocznych edycji. „Socjalizm jako gospodarcza droga donikąd”, „Czy się stoi, czy się leży… – minusy płacy minimalnej” albo „Zasypywanie dziury w ziemi – czyli kto dopłaca do niewydajnych kopalń?” – to tylko kilka spośród haseł ilustrowanych przez kwiat młodzieży komiksiarskiej zachęconej groszem sypniętym przez FOR.

Obrazek promujący zrzutkę na działalność Małego Formatu w 2026 roku - na tle zdjęcia wszystkich osób z redakcji na warszawskim Jazdowie widać napis informujący o tym oraz o tym że zbieramy na wkład własny do grantu

Jacek Świdziński, najszerzej chyba dziś doceniany w mainstreamie polski komiksiarz, także brał udział w tych wyścigach. Gdy jednak przyjrzymy się uważniej jego sukcesom, możemy dostrzec w nich trollerski sznyt, godny prawdziwego pogromcy uśmiechów libków. W edycji 2012/2013 zajął bowiem drugie miejsce dzięki krótkiemu komiksowi zatytułowanemu „Skrawki”. Przedstawiał on przygody pieska, który – z uwagi na rosnące ceny przysmaków i konieczność ciągłego zadowalania się tytułowymi skrawkami – postanawia podjąć pracę. Szybko orientuje się jednak, że bez potwierdzonych formalnie kwalifikacji nie ma szansy na zatrudnienie. Desperacja kieruje go więc na czarny rynek – kupuje sfałszowany dyplom. Opowieść byłaby dość jednoznaczną pochwałą uwolnienia zawodów regulowanych, gdyby nie epilog. Na końcu widzimy zmarniałego pieska, rozlewającego wodę ze zbiornika, który miał napełnić. Papier, wymagany do pełnienia zawodu, okazuje się więc nie być objawem naddatkowego zbiurokratyzowania rynku pracy, a mechanizmem niezbędnym do kontroli kompetencji.

Rok później Świdzińskiemu udało się zdobyć w tym konkursie pierwsze miejsce, tym razem za pomocą historii w jeszcze bardziej dosadny sposób parodystycznej. Przygody szefa bliżej nieokreślonego zakładu pracy, który bez pomocy sekretarki nie potrafi nawet zagotować wody tak, by się nie oparzyć, i któremu posiłki regeneracyjne górników odbierają od ust ulubionego miecznika w szafranie, mają obrazować skandal przywilejów niektórych grup zawodowych. Nieporadny bogacz jest dyskryminowany przez państwo na rzecz nauczycieli, kolejarzy i górników, co zostaje spuentowane hasłem tej edycji konkursu umieszczonym na czerwonym tle: „przywileje dla wybranych, koszty dla nabranych”.

Oczywisty parodystyczny wymiar nagrodzonych historii retrospektywnie nie przestaje bawić, ale i wskazuje na coś ciekawego w metodzie i fascynacjach autora. Świdziński, który kiedyś mówił, że „właśnie «ograniczenia» najbardziej [go] w komiksie fascynują”, postawił sobie przy okazji ogłaszanego przez FOR konkursu ciekawe wyzwanie. Narysować prześmiewczy komiks, który przeczyta Balcerowicz i nie zauważy, że to prześmiewczy komiks. Zastawić żartobliwą pułapkę na libka. I jeszcze na tym zarobić.

Zastawić żartobliwą pułapkę na libka. I jeszcze na tym zarobić

Przykład wspomnianego konkursu w ciekawy sposób pokazuje, jak artysta może rozegrać kwestię zamówienia na określony typ dzieła. Parę lat przed przygodami z FOR, Świdziński napisał wraz z Michałem Rzecznikiem „Przygody Powstania Warszawskiego” (jest to swoją drogą jedyny komiks, do którego nie udało mi się dotrzeć w poszukiwaniach lekturowych poprzedzających pisanie tego tekstu) – czyli dzieło powstałe z zamówieniowej przekory. W wywiadzie z Arkadiuszem Gruszczyńkim tak opowiadał o swoich motywacjach:

Zrobiłem ten komiks razem z Michałem Rzecznikiem w trakcie pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości, czyli w okresie wzmożenia polityki historycznej. Nieco wcześniej otwarto Muzeum Powstania Warszawskiego, prawica przejmowała dyskurs, wydarzenia z 1944 roku zaczęły się banalizować. Jednocześnie w świecie komiksu trwała akcja rysowania na konkursy ogłaszane przez Muzeum Powstania. Naszym zdaniem efekty nie były dobre (…). Wszystkie te komiksy były prawomyślne, nie było w nich miejsca na krytyczne komentarze. Poza tym chcieliśmy sprzeciwić się prawicowej polityce i sparodiować to wszystko.

Oczywiście powyższe przykłady są wyjątkowo jaskrawe. Nie zawsze przecież, tworząc zamówione dzieło, gardzi się zleceniodawcą albo polemizuje z masowym zleceniobiorcą. Gdy w grę wchodzi realizacja zamówienia, artysta niekoniecznie musi chcieć utrzeć komuś nosa – czasem chce po prostu to zamówienie zrealizować, subsumując interes zleceniodawcy pod własne ambicje. Nie każdego trzeba przechytrzyć, z niektórymi można wejść we współpracę. Nie ma zapewne powodów, by Urząd Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy traktować tak, jak traktuje się FOR czy Muzeum Powstania Warszawskiego.

Bo „Brzask” – komiks wydany dzięki środkom wspomnianego urzędu w 2025 roku, opowiadający o cywilach w stolicy tuż po powstaniu warszawskim – jest świadectwem takiej właśnie współpracy. Świadczy o tym (wystarczająco ogólny, by nie sprawiał wrażenia radykalnie przestrzelonego) wstęp burmistrza dzielnicy Warszawa-Śródmieście Aleksandra Ferensa. Na to jednak, że warunki wydawnicze „Brzasku” nie są pozbawione ryzyka, wskazują mimochodem podrzucane spekulacje recenzentów – Kamila Czaja pisała na przykład, że projekt ten „w mniej sprawnych rękach [mógł] być «chałturką» na zamówienie instytucji”. Jak jednak argumentuje Jakub Popielecki, „Brzask” nie idzie z prądem domyślnej polityczno-historycznej narracji, jest raczej kontynuacją krytycznej perspektywy, którą znamy z wcześniejszych prac Świdzińskiego:

W komiksie „Powstanie – film narodowy” [autor] wyśmiał przecież ambicje przekucia naszej historii w hollywoodzką superprodukcję, która „zrobi z nas bohaterów, którymi jesteśmy”. Jeśli „Powstanie…” uznać za anty-manifest takiej sztuki historycznej, to „Brzask” jest realizacją tego antymanifestu. Zamiast pomnika – gruzy, zamiast narodu – ludzie, zamiast efektów specjalnych – gryzmoły. Zamiast blockbustera – komiks.

W świetle dotychczasowej recepcji dzieł autora widać wyraźnie, że „Brzask” stanowi co prawda znacznie mniej prześmiewczo-agresywną, ale jednak kontynuację strategii z czasów konkursu na komiks ekonomiczny. Zamówienie jest warunkiem możliwości powstania danego dzieła, ale nie wyznacza ani jego ram ideowych, ani estetycznych (tj. komiks dla FOR-u nie opowiada się za neoliberalnymi teoriami ekonomicznymi, które chce promować zleceniodawca, a komiks dla Urzędu Dzielnicy Śródmieście nie wygląda jak propagandowa broszura obowiązującej polityki historycznej). Zasadniczy wydźwięk utworu dyktuje bowiem sam Świdziński, sprawnie wygospodarowując sobie skrawek artystycznej autonomii w wymagającej przestrzeni instytucjonalnych oczekiwań.

Ta autorska strategia jest bardzo imponująca – twórca stąpa po kruchym lodzie i tym samym bada jego wytrzymałość. A mało jest rzeczy tak pasjonujących w dzisiejszej produkcji kulturowej jak granica pomiędzy odpowiadaniem na zamówienie publiczności a mówieniem tego, co chce się powiedzieć. Jednak właśnie z tego powodu, że Świdziński niesamowicie mi imponuje swoim sprytem w walce o autonomię, tak bardzo skonfundowała mnie jego ostatnia książka.

mało jest rzeczy tak pasjonujących w dzisiejszej produkcji kulturowej jak granica pomiędzy odpowiadaniem na zamówienie publiczności a mówieniem tego, co chce się powiedzieć

„Ideo”, opowieść o twórcy esperanto, to komiks wydany przez Kulturę Gniewu i Białostocki Ośrodek Kultury, którego częścią jest Centrum im. Ludwika Zamenhofa. Jednostronicowy wstęp do tej publikacji, napisany przez reprezentującą zleceniodawcę dr Martynę Faustynę Zaniewską, ma w sobie mniej charakterystycznego dla samorządowców pustosłowia niż to, co czytaliśmy na pierwszych stronach „Brzasku”. I z tego powodu nieco precyzyjniej pokazuje ideologiczne stawki zlecania podobnej publikacji. „Czy możliwe jest spotkanie pomimo różnic?” – pyta dyrektorka BOK i tym samym dość klarownie wskazuje na funkcję współczesnego patronatu Zamenhofa. Uświadamianie sobie międzyludzkich różnic i ćwiczenie się w empatii, budowanie porozumienia ponad podziałami, a nawet przekonanie, że gdybyśmy tylko znaleźli sposób, aby zrozumieć się nawzajem, konflikty by zniknęły – to wszystko nieco zbanalizowane komponenty utopistycznego myślenia Zamenhofa, które każą przypominać biografię tego bohatera dziś.

Jeszcze precyzyjniej wskazuje na problem Walter Żelazny, który w artykule „Czy możliwa jest sprawiedliwość językowa?” przymierza naszego bohatera do współczesnych pytań o nierówności:

Przednaukowe intuicje Ludwika Zamenhofa z końca XIX wieku zawierały pogląd, że konflikty natury kulturowej, wyznaniowej, językowej i rasowej (tak jak wówczas rozumiano komponenty etniczności) są poważniejsze niż problemy ekonomiczne. Takie stanowisko nie mogło się przebić przez rozpoczęty w XIX wieku tryumf paradygmatu walk klasowych w naukach społecznych. Współcześnie wielu ekonomistów uważa, że dobrobyt, demokracja, pokój społeczny (z „atlantyckiego” punktu widzenia) zależą bardziej od umiejętności radzenia sobie w sferze „przenikania” przez kultury i języki niż od rozwiązywania zawiłości bankowych, ekonomicznych i technicznych.

W narracji Żelaznego – którego prace stanowiły istotną inspirację dla Świdzińskiego – Zamenhof wyprzedził swoją epokę. Skupił się bowiem na nierównościach wynikających z różnic kulturowych, a nie – jak miał w zwyczaju „wulgarny” materializm – na przymusie ekonomicznym. Żelazny wychodzi z założenia, że współczesne mainstreamowe spojrzenie na nierówności jest bardziej zniuansowane niż to, które dominowało na przełomie XIX i XX wieku – dotyczy bowiem takich zagadnień jak swoboda osobista, możliwość ekspresji, ale też szansa na budowanie skutecznego dialogu. Tak się jednak składa, że najważniejsze wydarzenia w polskiej historii ostatnich kilkudziesięciu lat, których głównym celem miało być właśnie znoszenie instytucjonalnych i kulturowych barier – czyli transformacja ustrojowa i wejście do Unii Europejskiej – są także momentami najgwałtowniejszego wzrostu nierówności. Nie sposób pominąć zależności między rzekomo uproszczoną, krytykowaną współcześnie, „wulgarną” ekonomiczną wizji nierówności (która dominowała np. w polityce PRL-u) i faktyczną strukturą majątkową społeczeństwa polskiego – jednak zależność ta bynajmniej nie zgadza się z wartościowaniem Żelaznego. Pokazują to m.in. syntezy Pawła Bukowskiego i Filipa Novokmeta zbierające dane o udziale najbogatszego 1% ludności Polski w dochodzie na przestrzeni minionych stu lat:
Czarno-biały wykres liniowy pokazuje procentowy udział 1% najbogatszych w dochodzie od roku 1923 do roku 2015. Współczynnik ten zaczyna rosnąć od roku 1989.

Dane jasno pokazują, że nierówności dochodowe w Polsce „utrzymywały się na bardzo niskim poziomie praktycznie do końca komunizmu” – co oczywiście nie niweluje innych problemów gospodarczych. Patrząc na ten wykres, trudno nie zastanawiać się nad polityczną użytecznością wyciągania dziś na sztandary patronów jakich jak Zamenhof, a więc pionierskich zwolenników poglądu, że „konflikty natury kulturowej, wyznaniowej, językowej i rasowej (…) są poważniejsze niż problemy ekonomiczne”. Pozwalają nam oni przekuwać frustrację związaną z istnieniem nierówności w idee tożsamościowe – proponując wizję świata, w którym problemy materialne da się rozwiązać przez likwidowanie hierarchii uznania. A przede wszystkim: tak naprawdę nie są nam w stanie nic powiedzieć o „konfliktach natury kulturowej, wyznaniowej, językowej i rasowej”, bo, unikając szerszej perspektywy, nie problematyzują w ogóle, komu i do czego przydają się te konflikty.

Ale w tym miejscu trzeba chyba wstrzymać konie. Bo mój rozpędzony rant na neoliberalną funkcję pielęgnowania pamięci o ideach Zamenhofa nie do końca daje się zaaplikować do „Ideo” Świdzińskiego. Nie jest przecież tak, że najnowsza książka autora „Festiwalu” próbuje nas przekonać, że gdybyśmy dzisiaj wszyscy wykonali wspólny wysiłek nauczenia się esperanto, to porozumienie ponad podziałami stałoby się możliwe. Wręcz przeciwnie – jest raczej zainteresowana śledzeniem ruchu myśli osoby, która w konkretnych warunkach historycznych i geograficznych mogła wpaść na ten pomysł, a także jej bezkompromisowości ideowej. W tym sensie fascynacja Świdzińskiego Zamenhofem jest podobna do jego niegdysiejszej fascynacji Nikolą Teslą. W obu przypadkach mamy do czynienia z biografią nieugiętego i trochę szalonego utopisty, który stworzył coś ważnego, ale którego ambicje wyrastały znacznie poza to, co dziś uznajemy za jego główny dorobek. Kiedy przyglądamy się najpóźniejszym pomysłom zarówno Tesli, jak i Zamenhofa, możemy zaśmiać się w głos z niedowierzaniem lub nawet pobłażliwością – są to bowiem postacie, których intelektualne cele graniczyły z mrzonkami. Zamenhof niestety nie stał się bohaterem inspirujących teorii spiskowych, materiał do tej opowieści biograficznej jest więc nieco mniej absurdalnie rozhulany niż w przypadku wcześniej studiowanego przez komiksiarza bohatera. Być może dlatego Świdziński napisał tym razem „grzeczny komiks”, jak ujął to Sebastian Frąckiewicz. Pytanie, które powinniśmy zadać sobie w następstwie tej obserwacji, brzmi: czy innym powodem rzucającej się w oczy „grzeczności” „Ideo” – w porównaniu do komiksów o pogromcy prądu przemiennego – był fakt, że np. „A niech cię, Tesla!” nie było współwydawane przez choćby Centrum Pamięci Nikoli Tesli? A odpowiedź na to pytanie nie jest wcale łatwa.

fascynacja Świdzińskiego Zamenhofem jest podobna do jego niegdysiejszej fascynacji Nikolą Teslą

W „Ideo” Świdziński nie stroni przecież od ironicznego dystansu. Bada – w charakterystyczny dla siebie, wieloperspektywiczny sposób – zarówno naiwność samego Zamenhofa, jak i zaciekłość polityczną, z jaką walczono z jego ideami. Zadaje tym samym pytanie: czy absurdalny wysiłek w tłamszeniu poglądów twórcy esperanto nie świadczy o jakimś politycznym potencjale, który w nich tkwił? Antyimperializm Zamenhofa wyrastał z emancypacyjnych dążeń, był jednak ograniczony indywidualistyczną perspektywą, o czym dobitnie świadczy etap homaranizmu, w trakcie którego myśliciel próbował sformułować „wskazówki normatywne, (…) jak postępować – dziś powiedzielibyśmy: jak żyć godnie – nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach”[1]. Nie dziwi jednak udzielająca się Świdzińskiemu fascynacja przemianami ideowymi Zamenhofa. Przedstawiona w piątej części książki (dokładnie na s. 87-90) anegdota o nieudanej dystrybucji broszury hilelistycznej (tj. powołującej do życia wymyśloną przez Zamenhofa reformę judaizmu) jest doskonałą ilustracją dynamiki tego życiorysu. Z uwagi na niekompetencję wydawcy, który zawiesił działalność i przetrzymywał w magazynie przez dwa lata wydrukowany tekst, autor zdążył zmienić swoje poglądy zanim te mogły ujrzeć światło dzienne. Kiedy więc uzyskał dostęp do nakładu, postanowił zamknąć go w całości w szafie i poświęcić się pracy nad nową koncepcją.

To wszystko historia idei, będących z dzisiejszej perspektywy co najwyżej retrociekawostkami. Trudno byłoby na poważnie interesować się dziś hilelizmem czy homaranizmem – to koncepcje, które nabierają blasku dopiero w perspektywie biografii narwanego utopisty. I być może właśnie rama gatunkowa „Ideo” (biografia/esej biograficzny) narzuciła Świdzińskiemu „grzeczny” styl bardziej niż jakiekolwiek uwikłanie instytucjonalne. Najnowsza książka autora „Zdarzenia. 1908” jest błyskotliwą, ale i dość pobożną próbą realizacji podstawowego gatunkowego celu, czyli opowiedzenia życiorysu twórcy esperanto. A prymarnie indywidualistyczna formuła może tylko podbijać indywidualizm myśli głównego bohatera. Dlatego też w „Ideo” nie mówi się o historii niczego ponad to, co miałaby o niej do powiedzenia dyrektorka BOK – a to jednak nieco rozczarowuje, jeśli mamy w pamięci takie książki, jak „Festiwal” czy „Brzask”.

Skoro jednak mowa o biografii i skoro już porównywałam (za Frąckiewiczem) autorską fascynację Zamenhofem i Teslą, warto byłoby zastanowić się głębiej, na czym polega różnica między konceptualną trylogią Świdzińskiego z lat 2013-2015 („A niech cię, Tesla!”, „Zdarzenie. 1908” i „Wielka ucieczka z ogródków działkowych”) a „Ideo”. Konstrukcyjnie sprawa wydaje się prosta: w trylogii Nikola Tesla jest patronem i postacią, która łączy rozmaite tematy, ale nie do końca pełni funkcję głównego bohatera. Komiksy są poprowadzone wielowątkowo, a nonszalancja montażowa autora robi ogromne wrażenie (dla przykładu: w „Zdarzeniu. 1908” przez Tajgę wędrują Feliks Dzierżyński, Lew Tołstoj, Rasputin i Dersu Uzała – którzy na końcu zbiorowo krzyżują plany Nikoli Tesli, sądząc, że to supervillain). Dużo tutaj spoczywa po stronie czytelnika – Świdziński nie za wiele tłumaczy, odsyła nas do biblioteki i unika prowadzenia czytelnika za rękę w procesie szukania połączeń pomiędzy poszczególnymi partiami. W tym sensie są to książki radykalnie różne od „Ideo” – inną specyfikę wyznacza nie tyle nawet stopień swobodnej fabulacji w traktowaniu życiorysu głównego bohatera, ile raczej czytelność i jednoznaczność kompozycji. W książce o Zamenhofie Świdziński pozwala sobie co prawda na, całkiem niekiedy zabawne, duże przeskoki porządków – zwłaszcza w prologu dotyczącym teorii powstania języka oraz w częściach próbujących umiejscowić historycznie działania twórcy esperanto – ich obecność w żadnym momencie nie ma jednak prawa skonfundować czytelnika. „Ideo” to biografia, więc – jak na biografię przystało – ma pokazać nam zniuansowany życiorys ważnej osoby i zademonstrować, dlaczego może być dziś dla nas inspirujący. Niestety robi to aż nadto dosadnie.

Obrazek promujący zrzutkę na działalność Małego Formatu w 2026 roku - na tle zdjęcia wszystkich osób z redakcji na warszawskim Jazdowie widać napis informujący o tym oraz o tym że zbieramy na wkład własny do grantu

 
I na koniec: po otrzymaniu Paszportu Polityki w 2023 roku Świdziński opowiadał Michałowi Nogasiowi o swoich planach na dalszą twórczość. Pracował wtedy nad zupełnie inną książką, dużo mniej historyczną i bardziej intymną (ale też „dziwną” i „nie do końca realistyczną”), zainspirowaną prywatnymi wydarzeniami z życia pisarza: narodzinami dziecka i śmiercią dziadka, który chorował na Alzheimera. Nie wiem, czy „Brzask” i „Ideo” to zlecone przez publiczne instytucje przerwy od tego osobistego projektu, skupionego na „symetryzmie” „biologiczności życia”, czy objaw zarzucenia opisywanych trzy lata temu planów twórczych. Jeśli to pierwsze, to być może – mimo interesującej specyfiki publikacji z lat 2025-2026 – powinniśmy wziąć ostatnie dwie książki w nawias i wyczekiwać kolejnego monumentalnego (na miarę „Powstania…” czy „Festiwalu”) dzieła Świdzińskiego. Jeśli to drugie – pozostaje czekać w napięciu na kolejne projekty ufundowane przez formalne ograniczenia. I pamiętać przy tym o podejrzliwości: w mniejszym stopniu wobec zleceniodawcy – z tym Świdziński potrafi sobie radzić koncertowo – a w większym – wobec wymagań gatunku.

[1] W. Żelazny, „O Zamenhofie i esperancie inaczej: dla tych, którzy nie mają o tym zielonego pojęcia lub mają tylko zielone”, Białystok 2022, s. 73.

Na zielonym tle z wieloma małymi rysunkowymi postaciami pionowy napis

Jacek Świdziński"Ideo", Kultura Gniewu, Białystok 2026, s. 152.

Zuzanna Sala
literaturoznawczyni, krytyczka literacka, asystentka w Katedrze Krytyki Współczesnej na Wydziale Polonistyki UJ, autorka instagramowego fanpage'a @pytaniazsali. W latach 2017–2024 ściśle związana z fundacją KONTENT. Publikowała teksty krytyczne m.in. w „Czasie Kultury”, „Małym Formacie”, „Notatniku Literackim” czy „Odrze”. Pochodzi z Bierutowa.