Wprowadzenie
Laboratorium Socjologii Publicznej (PS Lab, ros. Лаборатория публичной социологии) to niezależna grupa badawcza skupiona wokół problemów polityki i społeczeństwa w Rosji oraz na obszarze postradzieckim. Grupa została założona w 2011 roku, ale niektórzy z jej członków współpracują od 2007 roku, kiedy to połączyły ich studenckie protesty przeciwko komercjalizacji edukacji i korupcji na wydziale socjologicznym Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego. Podstawowym celem laboratorium było badanie protestów politycznych w warunkach odpolitycznionego społeczeństwa.
PS Lab prowadzi liczne projekty dotyczące polityki obywatelskiej, ruchów społecznych, mediów, państwa i pracy. Działalność zespołu została znacząco utrudniona w marcu 2024 roku, kiedy rosyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości nadało PS Lab status „agenta zagranicznego”. Członkowie laboratorium uważają to działanie za politycznie motywowane i represyjne. Trudności spowodowane tym statusem obejmują biurokratyczne obostrzenia, obowiązek opatrywania publikacji stygmatyzującym oznaczeniem, utrudnienia w prowadzeniu badań terenowych i indywidualne ryzyko dla członków grupy. Pomimo tych przeszkód PS Lab kontynuuje swoją działalność, mając na uwadze misję nauk społecznych, zwłaszcza socjologii publicznej.
Owocem ich pracy są m.in. dwa prezentowane poniżej we fragmentach raporty. Pierwszy z nich, „Trzeba jakoś żyć”: etnografia rosyjskich regionów w czasie wojny powstał na podstawie materiałów zgromadzonych na jesieni 2023 roku, a wydany został w 2024 roku. Autorzy podejmują w nim temat stosunku do wojny u Rosjan z różnych regionów ich kraju oraz wpływu wojny na ich życie. Drugi z raportów, Niepokorne: jak kobiety walczą o bliskich, którzy znaleźli się w rosyjskiej armii, z 2025 roku, opiera się na wywiadach przeprowadzonych między październikiem 2023 a marcem 2024. Zgłębione zostały w nim konkretne skutki wojny w życiu Rosjan na materiale historii osób, których bliscy znaleźli się na froncie ukraińskim.
Jednocześnie dorobek PS Lab jest znacznie bogatszy. Oprócz szeregu raportów poświęconych postawom rosyjskiego społeczeństwa wobec pełnoskalowej inwazji na Ukrainę warto zwrócić uwagę na wcześniejszy, bo z 2014 roku: Od „rewolucji godności” do „rosyjskiej wiosny”: mechanizmy mobilizacji, tożsamość i wyobraźnia polityczna w konflikcie ukraińskim w latach 2013–2014. Do tego dochodzą jeszcze liczne projekty i publikacje, m.in. na temat ekonomii politycznej w Rosji, socjologii edukacji i wiedzy, czy polityki kognitywnej. Prezentowane tutaj w tłumaczeniu fragmenty dobrane były spośród najnowszych raportów PS Lab. Oferują one polskiemu czytelnikowi przeglądowy obraz rosyjskiego społeczeństwa, w którym indywidualne historie zyskują spójność wobec przewodniego motywu: „wojna wcale nie staje się źródłem nowych idei”, jak zresztą czytamy w jednym z raportów.
„»Trzeba jakoś żyć«: Etnografia rosyjskich regionów w czasie wojny” (2024, wybór)
Często przychodzi nam odpowiadać na pytania dotyczące sytuacji rosyjskiego społeczeństwa w czasie wojny oraz stosunku Rosjan do konfliktu. Im więcej czasu mija od początku wojny, tym więcej zwykłych obywateli trafia na front i ginie. Czy nie budzi to oburzenia Rosjan, czy nie stają się oni naprawdę niezadowoleni z obecnej sytuacji? Rodziny żołnierzy zmobilizowanych i kontraktowych, które pozostały na tyłach, otrzymują znaczne, zwłaszcza jak na małe miasta, kwoty pieniędzy (wynagrodzenia lub „odszkodowania pogrzebowe”). Czy to sprawia, że w obliczu wojny są bardziej lojalni wobec państwa? Mieszkańcy przygranicznych terytoriów Rosji coraz częściej stają się celem ostrzałów. Czy nastawia to społeczeństwo wrogo wobec prowadzącego wojnę państwa rosyjskiego? A może, wręcz przeciwnie, wobec Ukrainy? Być może mieszkańcy Rosji tak bardzo przyzwyczaili się do tego, co się dzieje, że już dawno przestało im zależeć?
W publicznych dyskusjach na temat Rosji wciąż pojawiają się dwa bardzo różne wizerunki tego kraju. Z jednej strony Rosję ostatnich lat często przedstawia się jako zmobilizowane, gwałtownie ideologizujące się społeczeństwo o cechach faszystowskich i militarystycznych. Jej obywatele rzekomo gotowi są maszerować w szyku i popierać wszelkie decyzje władz. Z drugiej strony Rosję często uważa się za społeczeństwo szczególnie cyniczne i apatyczne, którego członkowie obojętnie patrzą na cudze nieszczęście i nie interesują się niczym poza własnym dobrobytem.
Aby zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się z rosyjskim społeczeństwem w czasie wojny, jesienią 2023 roku wyruszyliśmy na wyjazdy badawcze do trzech rosyjskich regionów – obwodu swierdłowskiego, Kraju Krasnodarskiego i Republiki Buriacji. Przez miesiąc trzy nasze badaczki stały się częścią społeczności tych regionów. Prowadząc badania etnograficzne, obserwowały, jak ludzie mówią o wojnie i jak wpływa ona na życie miast i wsi. Dodatkowo badaczki nagrywały wywiady socjologiczne z mieszkańcami. W rezultacie dysponujemy trzema szczegółowymi dziennikami obserwacji (każdy liczy ponad 100 tys. słów) oraz 75 wywiadami pogłębionymi. Udało nam się zebrać naprawdę unikatowe dane, które dają wyobrażenie o tym, co ludzie mówią i myślą o wojnie w codziennych sytuacjach, a nie tylko wtedy, gdy odpowiadają na pytania badaczy.
Aby zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się z rosyjskim społeczeństwem w czasie wojny, jesienią 2023 roku wyruszyliśmy na wyjazdy badawcze do trzech rosyjskich regionów
Jak więc prezentuje się rosyjskie społeczeństwo: jako zmilitaryzowane i zmobilizowane, czy też jako cyniczne i apatyczne? Oczywiście, oba te poglądy są błędne.
Kiedy przygotowywaliśmy ten tekst, poprosiliśmy każdą z trzech badaczek o wybranie cytatu ze swoich materiałów odzwierciedlającego najważniejszą cechę obserwowanej przez nie rzeczywistości. Ta, która odwiedziła miasto Czeriemuszkin[1] w obwodzie swierdłowskim, przesłała tekst: „Gdyby nie pogrzeby, nikt by nawet o wojnie nie wspominał”. Badaczka wracająca z Buriacji zaproponowała fragment: „U nas teraz jest tak, jakby nie było wojny”. Z kolei nasza autorka, która gościła w Kraju Krasnodarskim, wybrała cytat: „Wojna nie dotknęła konkretnie nas, ale strach jest obecny”.
Te trzy cytaty mają nie jedną, a dwie cechy wspólne. Wojna jest w nich przedstawiona jako coś, co nie zasługuje na uwagę, jest nieistotne i nieinteresujące dla zwykłych obywateli. Jednak w każdym z tych fragmentów pojawia się jednocześnie aluzja do tego, że rzeczywistość wojny opiera się pragnieniu jej ignorowania, wpływa na życie i doświadczenia Rosjan („gdyby nie” pogrzeby, „jakby” nie było wojny, „ale strach jest obecny”).
W rosyjskim społeczeństwie czasu wojny istnieją dwie sprzeczne tendencje, które jednocześnie wzajemnie się wzmacniają. Napięcie między nimi w dużej mierze determinuje postrzeganie „operacji specjalnej” prawie dwa lata po jej rozpoczęciu. Z jednej strony dawna niezwykłość wojny jako wydarzenia ustępuje miejsca jej spowszednieniu: wojna staje się czymś zwyczajnym, kolejną niewyróżniającą się częścią otaczającego świata. W pewnym sensie wielu mieszkańców Rosji opiera się zarówno próbom Kremla, by uczynić zwykłych obywateli swoimi ideologicznymi zwolennikami, jak i próbom antywojennej liberalnej opozycji, by zmusić społeczeństwo do aktywnego przeżywania poczucia winy i walki. Z drugiej strony wojna nieustannie przypomina o sobie, stwarzając nowe zagrożenia, obawy i powody do niezadowolenia dla Rosjan.
„U nas teraz jest tak, jakby nie było wojny”
Powyższe zdanie stało się motywem przewodnim naszych badań etnograficznych w rosyjskich regionach. Nic zatem dziwnego, że w niniejszym raporcie zebrano wiele dowodów na to, jak wojna stopniowo przestaje być czymś nadzwyczajnym i schodzi na margines zainteresowań Rosjan.
Wojna znika z przestrzeni publicznej rosyjskich miejscowości. Zmniejsza się ilość symboliki prowojennej (a tym bardziej antywojennej), o wojnie nie rozmawia się w miejscach publicznych i – z nielicznymi wyjątkami – w lokalnych obiegach internetowych. Ludzie nie tylko boją się wyrazić niepożądaną opinię i ponieść za to konsekwencje, ale także czują, że takie rozmowy są nie na miejscu. Nasze badaczki również odczuwały tę nieadekwatność, próbując rozmawiać z ludźmi o wojnie.
Na przykładzie życia kulturalnego różnych miast i wsi dobrze widać, że wojna wcale nie staje się źródłem nowych idei i nie nadaje wydarzeniom kulturalnym nowego znaczenia. Wręcz przeciwnie, wpisuje się ona w znane, utarte formaty życia kulturalnego. Treść haseł widniejących na plakatach i rozbrzmiewających ze scen rzadko okazuje się prawdziwie prowojenna lub w ogóle jakkolwiek z wojną związana. Przywołajmy jedno z wydarzeń w buriackiej wsi Udurg. Przemawiający tam urzędnik powtarzał hasło, które powstało w związku z działaniami wojennymi Rosji na Ukrainie („Buriaci nie uciekają”), ale nadawał mu codzienne, pokojowe znaczenie: Buriaci nie poddają się i odnoszą sukcesy w swoich przedsięwzięciach. Utworem otwierającym koncert o wymownym tytule „Nie porzucamy SWOich”[2] w miejscowości Czeriemuszkin w obwodzie swierdłowskim była piosenka „S dniom rożdnienija”[3] – po prostu dlatego, że w jednym z wersów refrenu brzmiało: „Dosięgniesz gwiazd, ciesząc się upragnionym zwycięstwem” (innymi słowy, fakt, że tekst wyraźnie odnosił się do osobistego osiągnięcia jubilata, nie miał żadnego związku ze zwycięstwem wojskowym i nie przeszkadzał organizatorom koncertu). Ideologicznie sprofilowane wydarzenia, podobne do modlitw „za żołnierzy” ojca Konstantina w Czeriemuszkinie czy wykładów Dienisa Abramienki w Krasnodarze, gromadziły ograniczoną, specyficzną publiczność.
Wojna wcale nie staje się źródłem nowych idei
Różne obserwowane w Rosji w czasie wojny formy wolontariatu wojskowego i pomocy zbiorowej dla osób na froncie przywoływane są zazwyczaj przez komentatorów jako przykład mobilizacji społecznej. Zgodnie z tym rzekomo wielu Rosjan nie tylko popiera wojnę w myślach, ale także poświęca jej swój wysiłek i czas. Rozmowy z wolontariuszami, a zwłaszcza obserwacja ich działalności, pokazują jednak, że nie kieruje nimi umyślne poparcie dla „operacji specjalnej”, ale zupełnie odmienne motywy. Dla niektórych wolontariat to sposób na pomoc bliskim, którzy znaleźli się na froncie; inni próbują w ten sposób odzyskać kontrolę nad tym, co się dzieje, poradzić sobie z bezsilnością; wielu przyciągają także emocje związane z pracą przy „ważnej sprawie”. Jeszcze inni, zwłaszcza w małych, zamkniętych społecznościach, po prostu nie mogą odmówić w tych wolontariatach udziału, ponieważ odmowa taka byłaby naruszeniem normy społecznej i wyrazem niezgody z większością. Spotkaliśmy się z najbardziej nieoczekiwanymi motywami udziału w działalności wolontariackiej. Na przykład jedna z naszych rozmówczyń przyprowadziła mamę, aby ta plotła siatki maskujące, wyjaśniając, że starszej kobiecie „taka praca palcami będzie przydatna”. Podczas pracy uczestnicy tych programów nie rozmawiają o wojnie i polityce, ale o tym, co jest im bliskie i zrozumiałe: o cenach, emeryturach, rodzinach, sprawach związanych z działalnością samych ośrodków wolontariackich.
W spontanicznych, naturalnych rozmowach między sobą (a nie w odpowiedziach na pytania badaczy) Rosjanie na ogół rzadko poruszają kwestie celów i przyczyn wojny, jej zbrodniczości czy jej zasadności. Ludzi bardziej niepokoi wpływ wojny na ich codzienne życie. Mówiąc o wojnie, poruszają głównie te same tematy co przed jej wybuchem: trudności bytowe (niektóre towary zniknęły z półek, najbliższe lotnisko jest zamknięte już od półtora roku), pieniądze i moralność (ceny wzrosły, mąż zginął, a wdowa od razu kupiła samochód za jego „pogrzebowe”), związki (mąż wyjechał na wojnę, a żona uciekła do innego). Mężczyźni częściej poruszają tematy uważane w społeczeństwie za „męskie”, na przykład dotyczące technologii wojennej, kobiety zazwyczaj rozmawiają zaś o sprawach „kobiecych”, na przykład o tym, jak wojna niszczy rodziny. Rosjanie nie mówią za to o tym, kto dokładnie odpowiedzialny jest za zmiany w ich życiu. Państwo, które prowadzi wojnę, znika z ogólnego obrazu, a trudności, z jakimi ludzie borykają się w codziennym życiu z powodu konfliktu zbrojnego nie prowadzą do zmiany ich stosunku do reżimu w Rosji.
Niezależnie od poglądów na temat wojny wielu Rosjan z coraz większą nieufnością traktuje wiadomości polityczne pochodzących z najróżniejszych źródeł. Dzieje się tak ze względu na ich upolitycznienie, ideologizację (która staje się oznaką „nieprawdy”) oraz skupienie się na wojnie. Zamiast tego ufają oni bardziej lokalnym mediom: lokalne problemy i wiadomości relacjonowane przez nieodległe redakcje wydają im się ważniejsze i bardziej aktualne.
Mówiąc najogólniej, ludzie o bardzo różnych poglądach na wojnę – zarówno apolityczni Rosjanie bez jasnego stanowiska, jak i, na przykład, przeciwnicy „operacji specjalnej” – nie czują się na siłach, by próbować na cokolwiek wpłynąć. Dlatego też coraz bardziej nabierają dystansu do tego, co się dzieje: ograniczają konsumpcję treści informacyjnych i starają się prowadzić „normalne życie”, nie myśląc o wojnie. Rozumieją, że nie mogą zmienić polityki państwa i za to coraz bardziej zanurzają się w swoim życiu prywatnym, ponieważ to nad nim zachowują jeszcze jakąś kontrolę. Ta tendencja nie jest charakterystyczna wyłącznie dla Rosji w czasie wojny, pozostaje ona typowa dla większości reżimów autorytarnych. Choć już w pierwszym roku konfliktu obserwowaliśmy takie znaczące oderwanie się od rzeczywistości wojny ze strony apolitycznych Rosjan, to obecnie nawet zagorzali przeciwnicy inwazji przeżywają coś podobnego. Zmęczeni poczuciem bezsilności i sporami z lojalną wobec władzy większością, akceptują nową rzeczywistość, nie przestając jednak wewnętrznie potępiać wojny.
Zarówno apolityczni Rosjanie bez jasnego stanowiska, jak i przeciwnicy „operacji specjalnej” nie czują się na siłach, by próbować na cokolwiek wpłynąć.
Kiedy już nie sposób nie zauważyć tego, co się dzieje – na przykład gdy dociera wiadomość o śmierci bliskiej osoby lub gdy odłamki drona spadają na sąsiednią ulicę – wielu próbuje te wydarzenia znormalizować. W żargonie socjologicznym „znormalizować” oznacza przedstawianie tego, co niezwykłe jako czegoś zwyczajnego. Robi się to za pomocą szeregu środków retorycznych. „Ludzie giną też w czasie pokoju, nie uważam tego za wielką katastrofę” – argumentują na przykład nasi rozmówcy, a ponadto „drony spadają wszędzie”, „wojny były zawsze” i nie ma o czym tu mówić.
Pomimo tych wszystkich podobieństw, w różnych regionach wojna postrzegana jest nieco inaczej. Na tę specyfikę wpływa na przykład liczba jednostek wojskowych i kolonii, z których rekrutuje się więźniów, bliskość strefy działań wojennych, zamożność regionu czy dostępność godziwych miejsc pracy, zagęszczenie i intensywność więzi społecznych, obieg wiadomości przekazywanych przez znajomych z frontu itp. Innymi słowy, różnice w postrzeganiu wojny wynikają głównie z tego, czym różniło się życie w poszczególnych regionach jeszcze przed inwazją na Ukrainę.
Wielu apolitycznych Rosjan nadal usprawiedliwia wojnę, o ile oczywiście w ogóle postawi się im pytanie o zasadność „operacji specjalnej” (jak pamiętamy, w zwykłych sytuacjach wielu ludzi po prostu o tym nie myśli). Po pierwsze jednak, konkretne argumenty usprawiedliwiające (wojna jako odpowiedź na zagrożenie ze strony NATO, obrona ludności Donbasu, walka z ukraińskim faszyzmem itp.) nie mają dla wielu z nich pierwszorzędnego znaczenia. Osoby te mogą odwoływać się raz do jednego argumentu, innym razem – do drugiego. Nie tyle wierzą one w te propagandowe idee, co starają się zasadniczo usprawiedliwić działania Rosji i w ten sposób zachować twarz, ponieważ zarzuty kierowane pod adresem ich kraju przyjmują jako personalne. Po drugie, nie tylko treść, ale także forma tych argumentów nie jest niczym zasadniczo nowym. Rosjanie już wcześniej w podobny sposób usprawiedliwiali inne niezrozumiałe i rażące decyzje swojego państwa (różne reformy), na które nie mieli wpływu, ale z których konsekwencjami musieli się zmagać. Przykłady: „władze lepiej wiedzą, co robią”, albo „tak jest wszędzie”, albo w ogóle „rozwiązywanie problemów trzeba zaczynać od siebie”. Właśnie tę dobrze znaną logikę usprawiedliwiania zaczęto później stosować również w odniesieniu do wojny na Ukrainie. Wreszcie, mimo że Rosjanie mogą od czasu do czasu posługiwać się ideologicznymi frazesami, usprawiedliwiając wojnę („to wojna Rosjan przeciwko Rosjanom” itp.), taki język jest dla nich raczej „obcy” niż „rodzimy”. Nie żyją oni w świecie imperialnych idei Kremla, ale w znanym im porządku państw narodowych, w którym Ukraina pozostaje obcym, innym krajem, a Ukraińcy – odrębnym narodem.
W pierwszych miesiącach wojny społeczeństwo rosyjskie podzieliło się na różne obozy. Regularnie dochodziło między nimi do różnych konfliktów. Linie tych podziałów mogły przebiegać wewnątrz rodzin, związków, grup przyjaciół. Już pół roku po inwazji Rosjanie zaczęli unikać rozmów o wojnie między sobą, aby nie wdawać się w konflikty i zachować relacje. Mimo to wewnętrzne spory między bliskimi sobie ludźmi tylko się nasilały. Obecnie obserwujemy nową tendencję. Rosjanie popierający wojnę stają się bardziej krytyczni i coraz bardziej wątpią w oficjalne wyjaśnienia konfliktu. Jednocześnie niektórzy zagorzali przeciwnicy wojny stają się mniej dogmatyczni i zaczynają z wyrozumiałością podchodzić do argumentów i działań tych, którzy wojnę popierają. Wspólne doświadczenie życia w trudnej sytuacji wewnątrz kraju staje się dla wielu Rosjan ważniejsze niż różnice poglądów, ponieważ rozumieją oni, że nikt z nich nie ma na te okoliczności wpływu. Ta świadomość daje nowe podstawy do solidarności – mimo rozbieżności ideowych.
Nie prowadzi to jednak do wzmocnienia spójności społecznej. Zamiast się spierać, ludzie zamykają się w sobie. Nie chcą dzielić się swoimi obawami z bliskimi, ponieważ o wojnie nie wypada rozmawiać. Kiedy śmierć dotyka rodzinę, tragedia ta pozostaje sprawą prywatną – nie wychodzi poza zamknięty krąg. „Mam wrażenie, że wojna toczy się tylko w naszej rodzinie” – regularnie narzekają żony zmobilizowanych, z którymi rozmawiamy w ramach innego projektu badawczego[4]. W tym samym czasie mieszkańcy wsi Szczebiekino w obwodzie biełgorodzkim bezskutecznie próbują zwrócić uwagę Rosjan na swój los. „Szczebiekino to Rosja” – lamentują w mediach społecznościowych. Wyparta ze sfery publicznej wojna z czasem zaczęła być postrzegana jako niefortunne wydarzenie z życia prywatnego, a nie wspólne nieszczęście (lub radość). Słowem, ostatecznie każdy pozostaje z nią sam na sam.
Ludzie odczuwają niepewność co do swojej przyszłości w związku z przedłużającą się wojną (…), ale opracowują różne strategie, aby sobie z nią radzić i kontynuować normalne życie. Wiele osób uczy się planować życie wbrew owej niepewności, skupiając się na tym, co podlega ich kontroli: pracy, rodzinie, przyjaciołach. Inni – głównie Rosjanie popierający wojnę – próbują znormalizować ten stan, przekonując samych siebie, że wcześniej, na przykład w latach 90., było jeszcze gorzej.
W ten sposób wojna raczej „zawiesiła” społeczeństwo niż doprowadziła je do jakiegoś radykalnie nowego stanu. Nie przekształciła ludności Rosji w szczerych zwolenników władzy i nie stworzyła nowych form uspołecznienia. Jeśli w pierwszych miesiącach wojny wielu Rosjan postrzegało inwazję jako coś niezwykłego, to z czasem ludzie, czując, że nie są w stanie wpłynąć na bieg wydarzeń, zaczęli dystansować się od wojennej rzeczywistości. Starali się prowadzić normalne życie, a przy okazji stopniowo włączali wojnę w tę codzienność. Pomimo tych prób nie przestaje ona wdzierać się w życie Rosjan.
Wojna nie przekształciła ludności Rosji w szczerych zwolenników władzy i nie stworzyła nowych form uspołecznienia
„Będę ryczeć wniebogłosy”
W Ułan-Ude kilka wolontariuszek szyje nosze dla żołnierzy na froncie i jak zwykle rozmawiają o pracy, sprawach domowych i rodzinie. Antonina Pietrowna dzieli się radością – jutro urodziny jednego z jej wnuków. I nagle dodaje: „Mam ośmiu wnuków, wszyscy to chłopcy. Czterech zginęło na froncie, tak wyszło”.
W Czeriemuszkinie w obwodzie swierdłowskim kilka przyjaciółek zebrało się na kolacji w domu jednej z nich. Luda jest dziś wyjątkowo rozmowna. Chętnie rozmawia na różne tematy, ale rozmowy o wojnie, którą zwykle usprawiedliwia, jej nie interesują: „tylko nie o polityce” – wielokrotnie powtarza. Kiedy jednak ktoś zaczyna mówić o mobilizacji i służbie kontraktowej, włącza się do dyskusji. Okazuje się, że jej syn zastanawia się nad podpisaniem kontraktu. „Padnę trupem, ale ty się, kurwa, nigdzie nie ruszysz! – krzyczy Luda ku przerażeniu swoich przyjaciółek. – Cała się trzęsę. Będę ryczeć wniebogłosy, byleby go nie zabrali”.
Podczas kolejnego wieczornego spotkania w Czeriemuszkinie dziewczyny, jak zwykle, plotkują o znanych i nieznanych mieszkankach miasta. Nikt nie obejdzie się bez uwagi i oceny! Szczególnie nie unikną tego te kobiety, które wydają pieniądze swoich walczących mężów na samochody i biżuterię. Takie zachowania budzą szczególne potępienie zgromadzonych: jak pieniądze mogą być cenniejsze od człowieka? „Sama sobie kupię te kolczyki – oburza się Alona – będę miała i kolczyki, i mojego faceta, kurwa, przy sobie!”. „Nigdy w życiu bym swojego faceta nie wysłała na pewną śmierć!” – przekonuje.
W ten ciepły, jesienny dzień freelancer Dmitrij spaceruje po parku w Krasnodarze i opowiada swojej rozmówczyni, że wojna w ogóle nie wpłynęła na miasto. „Nie ma bombardowań, a Wagner do nas nie wkroczył”. Nagle jednak, ściszając głos, przyznaje: z powodu wojny jego przyszłość jest niepewna i dlatego „stało się trochę nerwowo”.
Podczas naszych badań terenowych w rosyjskich regionach wojna, pozornie niezauważalna, nieustannie przypominała o sobie w najbardziej nieoczekiwany sposób. Jakby opierała się owej normalizacji, o której wspominaliśmy.
Wojna ma zatem bezpośredni wpływ na stan emocjonalny ludzi. Wielu naszych rozmówców przyznaje, że odczuwa niepokój, napięcie, niepewność, strach – nawet jeśli nie wypada o tym mówić otwarcie. Wyjazd synów i mężów na wojnę sprawia, że kobiety „ryczą wniebogłosy”. Ludzie rzadko jednak dzielą się takimi emocjami z innymi, a jeśli już to robią, to tylko w wąskim gronie przyjaciół. Dlatego takie reakcje rzadko trafiają do przestrzeni publicznej.
Pomimo tego, że śmierć bliskich na froncie najczęściej opłakuje się w wąskich kręgach (rodzina, grupy przyjaciół), w niektórych przypadkach okazuje się ona jednak wstrząsem dla całej społeczności, zwłaszcza w małych miejscowościach (wystarczy przypomnieć sobie śmierć nauczyciela w Czeriemuszkinie)[5]. Co więcej, w obawie o los swoich bliskich, niektórzy Rosjanie stopniowo rozszerzają pojęcie „swoich” na kolegów z klasy lub współpracowników, mieszkańców tego samego miasta lub wsi albo tego samego regionu. Wszystko to oznacza, że w niektórych przypadkach osobisty smutek może stać się smutkiem zbiorowym, wywołując silne zbiorowe emocje. Działania żon zmobilizowanych mężczyzn, ich zdolność do zjednoczenia się ze sobą i dzielenia smutku to dobry przykład tego zjawiska.
Rosjanie usprawiedliwiający wojnę nie chcą o niej mówić, nie postrzegają jej jako zbrodni i bronią działań swojego kraju, jeśli ktoś je kwestionuje. Jednocześnie w nieformalnych rozmowach omawiają, zazwyczaj negatywny, wpływ wojny na swoje życie. Ze szczególnym oburzeniem krytykują wojnę z moralnego punktu widzenia, twierdząc na przykład, że „życie jest cenniejsze niż pieniądze” lub że wojny niszczą rodziny, mając na myśli zarówno rodziny swoich rodaków, jak i mieszkańców Ukrainy. Czasami taka krytyka sprawia nawet, że zaczynają wątpić w sens działań państwa rosyjskiego („po co toczy się ta wojna?”).
W oczach Rosjan wojna zwielokrotnia poczucie niepewności w kwestii tego, co przyniesie przyszłość. Co istotne, mówią o tym zarówno zagorzali przeciwnicy wojny, jak i apolityczni Rosjanie bez jasnego stanowiska, którzy ją usprawiedliwiają – a nawet zdecydowani zwolennicy inwazji. Niepewność – oto, co naprawdę jednoczy dziś Rosjan. Pomimo tego, że ludzie opracowują różne strategie, aby radzić sobie z tym uczuciem, i tak znacznie utrudnia ono planowanie życia i pogrąża Rosjan w przygnębieniu (zwłaszcza, oczywiście, przeciwników wojny, ale nie tylko ich). Jednocześnie państwo, a przede wszystkim Putin, którzy wcześniej byli ostoją pewności („Putin wie, co robi”), coraz bardziej wydają się naszym rozmówcom tymi, którzy wprowadzają w ich życie chaos.
Wreszcie, mimo że nawet zagorzali przeciwnicy inwazji stopniowo dostosowują się do nowej rzeczywistości i starają się prowadzić normalne życie, nie myśląc o wojnie w każdej chwili, ten proces adaptacji przebiega u nich powoli, a czasem napotyka opór. Przeciwnicy wojny starają się nie zapominać, że wojna to zbrodnia i barbarzyństwo: właśnie tak mówią o „operacji specjalnej” zarówno w wywiadach, jak i w nieformalnych rozmowach z badaczami. Solidarność z rodakami usprawiedliwiającymi inwazję nie przeszkadza im w zachowaniu tego wewnętrznego przekonania. Co więcej, niektórzy zdecydowani przeciwnicy wojny, podobnie jak jej zagorzali zwolennicy, starają się przezwyciężyć uczucie dyskomfortu związane z konsumpcją wiadomości politycznych i śledzić agendę, mimo niemożności wywarcia na nią wpływu.
Co to wszystko znaczy?
Trudno zatem nazwać rosyjskie społeczeństwo w czasie wojny społeczeństwem zmobilizowanym i zideologizowanym o cechach militarystycznych. Pragnienie Rosjan, by prowadzić normalne życie z dala od polityki (a co za tym idzie, z dala od ideologicznego poparcia dla inwazji), z czasem staje się tylko silniejsze. Jednocześnie wyobrażenie o tym społeczeństwie jako cyniczno-apatycznym jest również błędne: wojna sprawia, że przyszłość większości Rosjan staje się niepewna, zmusza ludzi do przeżywania silnych (głównie negatywnych) emocji i krytykowania tego, co się dzieje, z moralnego punktu widzenia. Dla przeciwników inwazji wojna jest moralnym przestępstwem popełnionym przeciwko Ukrainie, podczas gdy dla apolitycznych Rosjan niszczy ona „moralne fundamenty” społeczeństwa – integralność rodziny lub wartość życia ludzkiego. Rosjanie pozostają jednak na ogół osamotnieni w swoich przeżyciach i zaczynają je wypierać. W związku z tym przeżycia te pozostają niezauważalne także dla postronnych obserwatorów.
Pragnienie Rosjan, by prowadzić normalne życie z dala od polityki z czasem staje się tylko silniejsze
Wbrew powszechnemu stereotypowi, że większość Rosjan jest zmanipulowana przez prorządowe media, wielu z nich w rzeczywistości nie przyjmuje głównych wyjaśnień Kremla dotyczących wojny. Nadal nie rozumieją celów „operacji specjalnej” i opierają się (choćby w sposób nie do końca uświadomiony) próbom indoktrynacji społeczeństwa przez władze. Niemniej, apolityczni Rosjanie nadal usprawiedliwiają wojnę (kiedy zadamy im o to pytanie), a niektórzy jej zagorzali przeciwnicy przestają walczyć i akceptują nową rzeczywistość taką, jaka jest. Jednocześnie im głębiej wnikamy w różnorodne nieformalne społeczności i grupy przyjaciół, tym bardziej zauważamy, że wojna wstrząsnęła życiem wielu osób, zmuszając je do życia w stanie niepewności i napięcia. Dlatego nawet Rosjanie, którzy ogólnie popierają wojnę, coraz bardziej krytykują tak zwaną „operację specjalną” – tyle że ta krytyka nie czyni z nich przeciwników wojny. Prawie nie nabiera ona charakteru politycznego, a co najważniejsze – nadal pozostaje prywatna, a nie publiczna.
Wojna powszednieje, a jednocześnie opiera się temu powszednieniu: mamy do czynienia z dwiema sprzecznymi tendencjami, które jednocześnie mogą się wzajemnie wzmacniać. Co to oznacza? Wszystkie nowe negatywne skutki wojny sprawiają, że niektórzy Rosjanie jeszcze bardziej starają się zepchnąć ją na margines swojego codziennego życia. Przyszłość staje się coraz bardziej niepewna. Ludzie zmieniają strategie planowania; nowi znajomi giną na froncie – ludzie uczą się z tym godzić; drony coraz częściej spadają za rogiem – ludzie przekonują samych siebie, że dzieje się to wszędzie. Jednocześnie, dzięki takiemu wypieraniu, Rosjanie opierają się wysiłkom Kremla, by zmusić społeczeństwo do wiary w szlachetność i sens inwazji na Ukrainę. Wydaje się, że coraz mniej mieszkańców Rosji rozumie, po co jest ta wojna i w jakim celu państwo ją prowadzi.
„Niepokorne: Jak kobiety walczą o bliskich, którzy znaleźli się w rosyjskiej armii” (2025, wybór)
Pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę nie tylko wpłynęła na życie zwykłych ludzi, ale także zmieniła utrwalone praktyki w służbie wojskowej. Szeregi żołnierzy zasiliły „mobiki” – tak zaczęto nazywać mężczyzn powołanych do wojska w ramach „częściowej mobilizacji”, ogłoszonej dekretem prezydenta Rosji 21 września 2022 roku. Ten nieoczekiwany i nadzwyczajny środek wywołał burzliwą reakcję społeczną. W niektórych miastach odbyły się wówczas akcje protestacyjne, podczas których zatrzymano łącznie prawie 2,5 tys. osób. Od 600 tys. do miliona osób, głównie mężczyzn, opuściło Rosję po ogłoszeniu częściowej mobilizacji; wielu z nich jednak wróciło, gdy zrozumieli, że niebezpieczeństwo (na razie) minęło. Słowem, spontaniczne wiece, szybki wyjazd, gorączkowe próby ochrony bliskich okazały się jedynie krótkotrwałą reakcją na mobilizację.
W oczach wielu ludzi wojna i armia to dwie różne rzeczy: na wojnie się zabija, można tam zginąć. Natomiast w armii wystarczy odbyć wyznaczony okres służby i wraca się do domu. Kiedy jednak rozpoczęła się tak zwana „specjalna operacja wojskowa”, granica między służbą w armii a wojną uległa zatarciu. Poborowych zaczęto przenosić na granicę z Ukrainą i nakłaniać do podpisania kontraktów, aby następnie wysłać ich do strefy działań wojennych. Nieco później, w wyniku częściowej mobilizacji, na front trafili mężczyźni, którzy błędnie sądzili, że ich udział w „SWO” będzie podobny do służby zasadniczej. Niniejsze badanie poświęcone jest temu, jak różni ludzie próbują rozwiązać problemy swoich bliskich, którzy doświadczyli naruszenia praw w rosyjskiej armii podczas wojny z Ukrainą.
Analizując, jak i dlaczego ludzie wybierają różne strategie pomocy bliskim, poruszamy szersze tematy: relacje między społeczeństwem a państwem, między życiem w pokoju a wojną. Żony i krewni zmobilizowanych żyją równolegle w dwóch światach. Pierwszy to świat życia cywilnego, które państwo rosyjskie na wszelkie sposoby próbuje izolować od wojny. Drugi to świat wojny, w którym znajdują się ich bliscy. Podobnie jak matki żołnierzy służby zasadniczej lub krewni żołnierzy kontraktowych, bliscy osób zmobilizowanych na front ukraiński, zmuszeni są do współpracy z państwem, aby znaleźć rozwiązanie problemów dotyczących ich najbliższych. Zrozumienie strategii współpracy z państwem, wybieranych przez naszych rozmówców i rozmówczynie, rzuca światło na typowe i powszechne w rosyjskim społeczeństwie poglądy na to państwo oraz związane z nim oczekiwania.
Ustaliliśmy, że to właśnie poglądy polityczne i stosunek do wojny, bardziej niż jakiekolwiek inne czynniki, wpłynęły na działania osób próbujących pomóc swoim bliskim, którzy trafili do rosyjskiej armii. Ponadto synowie matek popierających wojnę oraz większość bliskich informatorów o poglądach antywojennych borykali się z różnymi problemami. Ci pierwsi – z problemami związanymi ze służbą zasadniczą (nawet matka zmobilizowanego, która znalazła się w tej grupie, próbowała nie sprowadzać syna do domu, a pomóc mu rozwiązać problemy typowe dla armii w czasie pokoju: pomoc medyczna, wypłaty, urlopy), a drudzy – z problemami związanymi ze służbą w czasie wojny. W związku z tym byli oni zmuszeni stosować różne metody walki o swoich bliskich.
Matki popierające wojnę
Matki poborowych opowiadały, że po otrzymaniu wezwania ich synowie nawet nie rozważali możliwości uniknięcia służby wojskowej: nie chcieli „uciekać” ani „chować się za mamą”. Z kolei same matki uważały służbę wojskową za niezbędny element procesu dorastania mężczyzny. Ponadto osoby mieszkające w małych miejscowościach, gdzie możliwości zawodowe są ograniczone, uważały tę służbę za ważny warunek sukcesu w życiu – i wpajały to przekonanie swoim synom. Na przykład Anna (ok. 50 lat, sekretarka w szkole), mieszkanka małej wioski niedaleko granicy z Ukrainą, rozumowała w następujący sposób:
„Nie, [mój syn nie próbował uniknąć służby wojskowej]. [Miał] chęć [pójścia do wojska]. I my go do tego nastawialiśmy. I wszyscy [go] od dzieciństwa przygotowywali do tego, że jest chłopcem i musi służyć. Bo doskonale rozumiałam, że teraz bardzo trudno jest gdzieś się załatwić bez służby w wojsku. Więc tak jakby nie, nie było żadnych wymówek, chociaż miał oczywiście problemy ze zdrowiem. I poszedł z chęcią służby”
Matki popierające wojnę zaczynały działać, kiedy zdały sobie sprawę, że ich synom grozi realne niebezpieczeństwo, na przykład z powodu gwałtownego pogorszenia się stanu zdrowia w związku z zaostrzeniem się choroby przewlekłej lub ewentualnym wysłaniem na teren działań wojennych. Pomimo tego, że same matki chętnie argumentowały, iż służba jest konieczna dla „dorosłości” ich synów, ci nadal pozostawali dla nich „dziećmi”, czyli obiektami troski.
Wszystkie matki żołnierzy, z którymi udało nam się porozmawiać, odczuwały silny niepokój, strach i rozpacz. „Wydaje mi się, że moje życie się zatrzymało” – tak opisała swój stan Jewgienija (ok. 50 lat), której zmobilizowany syn doznał poważnych powikłań w wyniku urazu podczas służby, ale nie został z niej zwolniony. „Dla mnie wszystko wydaje się puste. I nieustanne, codzienne łzy – nic więcej”.
Wszystkie matki żołnierzy, z którymi udało nam się porozmawiać, odczuwały silny niepokój, strach i rozpacz
Negatywne doświadczenia związane z kontaktami z rosyjskim systemem państwowym jako całością, a w szczególności z armią, nie skłoniły matek popierających wojnę do radykalnego przemyślenia swoich poglądów i stosunku do państwa. Tak więc czasami matki, pomimo trudności, przez które musiały przejść one same i ich synowie, nadal wierzyły, że system działa tak, jak powinien – z wyjątkiem, oczywiście, nadużyć. Na przykład Anna, której syn praktycznie stał się inwalidą podczas służby wojskowej, pozostała przekonana o konieczności odbycia służby wojskowej dla każdego mężczyzny.
Niechęć niektórych matek, przeciwniczek wojny, do obwiniania państwa za swoje nieszczęścia i potępiania inwazji wynika z jednej strony z ich bezpośrednich doświadczeń w kontaktach z państwem: doświadczeń dezorientujących i często bezsensownych. Kogo winić, skoro nie zawsze wiadomo, co się stało i gdzie się zwrócić? Z drugiej strony ta niechęć do oskarżania odzwierciedla postrzeganie państwa jako nieprzewidywalnej siły, która działa według własnych praw – zabiera dzieci, przenosi je, zwraca okaleczone bądź martwe (lub w ogóle nie zwraca). Z takim państwem nie sposób walczyć, więc nie ma sensu go krytykować – tak rozumuje wiele matek poborowych i żołnierzy służby zasadniczej. Jednak w niektórych sytuacjach można spróbować wywalczyć od niego niewielkie ustępstwa.
Doświadczenia matek, które nie są przeciwniczkami wojny, mogą wpłynąć na ich stosunek do państwa, a potencjalnie także do wojny. Jednak ich niezadowolenie pozostaje albo częściowe – dotyczy nadużyć w funkcjonowaniu państwa, na przykład niedofinansowania lub braku porządku w armii – albo zbyt abstrakcyjne i pozbawione konkretnego adresata. „Na wojnie nie ma prawdy” – mówiły w takich przypadkach nasze rozmówczynie. Pytały też „gdzie jest nasza armia kontraktowa?”.
Niektóre chętnie ze sobą współpracowały i uczestniczyły w grupowych inicjatywach mających na celu pomoc swoim, a czasem także obcym synom. Celem tych działań nie był jednak protest przeciwko państwu.
Wiele organizacji pomocowych usiłowało nawiązać komunikację między osobami, które się do nich zwróciły: na przykład organizowały czaty i prowadziły rozmowy wideo przez Zoom. Chociaż rzadko prowadziło to do powstania stałych grup wzajemnej pomocy, nawet wśród naszych rozmówczyń były osoby, które nadal pomagały innym po tym, gdy wyjaśniła się ich osobista sytuacja.
Wreszcie można przypuszczać, że tożsamość i status społeczny matki stanowią podstawę do zjednoczenia z innymi matkami w celu opieki nad obcymi dziećmi. Jak zauważyła Anna: „Nie ma obcych dzieci, wszystkie są nasze”. Jednak w przeciwieństwie do mobilizacji częściowej, problemy związane ze służbą wojskową – samowola dowództwa, powoływanie osób z poważnymi schorzeniami, brak opieki medycznej – są od dawna znane zarówno państwu, jak i organizacjom pomocowym. Dlatego też istnieją już sprawdzone mechanizmy prawne służące ich rozwiązaniu, z których skorzystały te kobiety. Warto zauważyć, że żadna z naszych rozmówczyń nie brała udziału w składaniu zbiorowych skarg – wszystkie działały samodzielnie, kierując się instrukcjami inicjatyw pomocowych i radami innych matek. Kontakt z innymi kobietami, które znalazły się w podobnej sytuacji, był dla nich przede wszystkim źródłem wsparcia moralnego i sposobem na uzyskanie porady dotyczącej praktycznego zastosowania prawa.
Bliscy – przeciwnicy wojny
Praktycznie wszyscy rozmówcy spośród przeciwników wojny (z jednym wyjątkiem) próbowali uchronić swoich bliskich przed wysłaniem na front w wyniku mobilizacji lub podpisania kontraktu. Ich rozpoznanie sytuacji przez często różniło się od postrzegania osób, którym starali się pomóc; relacje z tymi ostatnimi również nie przypominały stosunku matek usprawiedliwiających wojnę do swoich synów. Ci, którym pomagali przeciwnicy wojny, nie byli dla nich obiektami troski, ale podmiotami działania.
Z tego powodu historie opowiadane przez bliskich – przeciwników wojny i matki usprawiedliwiające wojnę – rozwijały się w różny sposób. Matki, które opisaliśmy w poprzednim rozdziale, brały udział w operacji ratowania swoich synów. Z kolei bliscy, o których mówimy w tej części, brali udział w walce. Czasami walczyli nie tylko przeciwko państwu, ale w pewnym sensie także przeciwko tym, którym pomagali. Ci ostatni nie zawsze bowiem byli gotowi przyjąć ich pomoc.
Przeciwnicy wojny, z którymi udało nam się porozmawiać, często działali z wyprzedzeniem. Pierwszą rzeczą, jaką robili, kiedy dowiadywali się o zamiarze bliskiej osoby, by się zmobilizować lub podpisać kontrakt, była próba odradzenia jej podjęcia decyzji sprzecznej z ich własnymi poglądami.
W jednym z przypadków ojcu poborowego, Jarosławowi (ok. 50 lat, programista), udało się przekonać syna, by ten nie wyjeżdżał do strefy działań wojennych. Stało się to jednak dopiero po tym, kiedy podpisał kontrakt. Pomogło mu to uniknąć udziału w wojnie, ale podobnie jak inni żołnierze kontraktowi i zmobilizowani, nie mógł on opuścić armii i kontynuował służbę.
W innych przypadkach możliwość interwencji, w tym próby przekonania bliskich osób, pojawiała się dopiero wtedy, gdy znaleźli się oni już w strefie działań wojennych. Na przykład młoda dziewczyna, Jana, dowiedziała się od matki przyjaciela, z którym od dawna nie rozmawiała, że otrzymał on wezwanie podczas „częściowej mobilizacji” i zgłosił się do komisariatu wojskowego w celu „uzupełnienia danych”. Stamtąd wysłano go natychmiast do jednostki, pod groźbą kary więzienia za odmowę. Alina (21 lat, studentka) dowiedziała się natomiast, że jej ojciec, wyruszył jako ochotnik „bronić Donbasu”, dopiero gdy poinformowali ją o tym krewni (w momencie przeprowadzania wywiadu miał on status zaginionego).
Próbom przekonania bliskich – niezależnie od tego, czy miały miejsce przed ich wyjazdem na front, czy po nim – towarzyszyło zazwyczaj poszukiwanie informacji o możliwych działaniach w zaistniałej sytuacji. W przeciwieństwie do matek usprawiedliwiających wojnę, jej przeciwnicy nie traktowali organów państwowych i mediów jako wiarygodnych źródeł takich informacji. Woleli sami zapoznawać się z podstawami prawnymi i różnymi zasobami internetowymi, a także zwracać się o wsparcie i poradę do inicjatyw pomocowych.
„Uratowanie” bliskiej osoby, której grozi wysłanie na wojnę lub która już przebywa w strefie działań wojennych, nie jest możliwe bez jej zgody i aktywnego udziału. Dlatego działania naszych rozmówców – przeciwników konfliktu – w dużej mierze zależały od tego, jak zmieniały się poglądy i nastawienie tych, którym pomagali. Zmiany te, według słów informatorów, wynikały po pierwsze z rozczarowania ich bliskich wojną i swoim w niej udziałem. Po drugie były one wynikiem nacisków ze strony naszych rozmówców – przeciwników wojny.
Rozbieżność między oczekiwaniami żołnierzy dotyczącymi udziału w wojnie a ich rzeczywistymi doświadczeniami skłaniała wielu z nich do prób opuszczenia armii. To rozczarowanie rzadko jednak prowadzi do radykalnej zmiany stosunku do wojny i przemyślenia swoich poglądów politycznych. Jakow (50 lat, przedsiębiorca), któremu udało się wywieźć syna ze strefy działań wojennych z powrotem na terytorium Rosji, kontynuował następnie pomoc innym żołnierzom pragnącym opuścić ten teren.
Jednocześnie, jak się wydaje, fakt, że żołnierze musieli zmagać się z wysyłaniem ludzi „na rzeź”, z bezprawiem i niedostatecznym zaopatrzeniem, odgrywał większą rolę w podjęciu decyzji o opuszczeniu armii niż argumenty antywojenne ich bliskich. Bez strachu o własne życie, bez rozczarowania, które skłaniałoby żołnierzy do zrozumienia konieczności podjęcia jakichkolwiek działań, wszelkie wysiłki ich bliskich często okazywały się bezskuteczne. Przykładowo były mąż Jeleny, pomimo wszystkich jej starań, nie zdecydował się podjąć działań, ponieważ wydawało mu się, że łatwiej będzie „przeczekać”.
Fakt, że żołnierze musieli zmagać się z wysyłaniem ludzi »na rzeź«, z bezprawiem i niedostatecznym zaopatrzeniem, odgrywał większą rolę w podjęciu decyzji o opuszczeniu armii niż argumenty antywojenne ich bliskich
Przeciwnicy wojny, próbując pomóc swoim bliskim, którzy znaleźli się w strefie walk, postępowali zupełnie inaczej niż matki poborowych i zmobilizowanych, które popierały wojnę. Wynikało to najprawdopodobniej z tego, że głównym zadaniem w tym wypadku było „wyciągnięcie” swoich bliskich z frontu. Do osiągnięcia tego celu, w przeciwieństwie do rozwiązywania problemów związanych ze służbą wojskową, nie istniały efektywne mechanizmy prawne. Tylko niektórzy spośród osób sceptycznie nastawionych wobec konfliktu stosowali legalne metody walki: na przykład pisali lub dzwonili do jednostki lub prokuratury wojskowej. Dla matek opisanych w poprzednim rozdziale właśnie te metody były podstawowymi sposobami działania. Ponadto przeciwnicy wojny nie polegali na oficjalnych źródłach informacji (np. Ministerstwie Obrony), aby zrozumieć, jakie prawa przysługują zmobilizowanym i kontraktowcom.
Ludzie w podobnej sytuacji często szybko dochodzili do wniosku, że praktycznie nie ma legalnych sposobów, by pomóc bliskiej osobie. Niektórzy, jak Agłaja (27 lat), liczyli na możliwość zwolnienia ze służby z powodów zdrowotnych. Inni rozważali dezercję, szukanie schronienia na terytorium Rosji, wyjazd z kraju, a nawet więzienie jako alternatywę dla dalszej służby w armii dla swoich bliskich. Na przykład, jeśli hospitalizacja nie pomoże przyjacielowi Jany (43 lata, kierowniczka ds. sprzedaży) uniknąć wysłania na front, to, jak twierdzi, „jego nieobecność na Ukrainie będzie wiązała się z pewnymi naruszeniami obowiązującego obecnie prawa”.
Ludzie negatywnie nastawieni do wojny uważali również, że pisemna odmowa służby wojskowej – mimo że mogła skutkować aresztowaniem – stanowiła potencjalnie skuteczną strategię pozwalającą ich bliskim uniknąć frontu. Na przykład syn Jarosława, który podpisał raport o odmowie, kontynuował służbę, ale już nie w strefie działań wojennych. Jakowowi udało się doprowadzić do powrotu syna, ale dopiero po tym, jak ten drugi został najpierw aresztowany i cudem uniknął śmierci.
Działalność przeciwników konfliktu odbiła się na relacjach z przyjaciółmi, krewnymi i współpracownikami, którzy nie podzielali ich antywojennych poglądów. Z wieloma zwolennikami wojny zerwali kontakty już w 2022 roku – pisaliśmy o tym w naszym pierwszym raporcie analitycznym poświęconym postrzeganiu inwazji przez Rosjan[6]. Teraz naszych rozmówców zaczęły drażnić pasywne lub prowojenne poglądy bliskich, z którymi nie mogli przestać się kontaktować (na przykład rodziców).
Zaangażowanie przeciwników konfliktu zbrojnego w losy swoich bliskich sprawiło, że jeszcze bardziej utwierdzili się w przekonaniu o słuszności swojego krytycznego stosunku do państwa i rosyjskiego reżimu politycznego. Ci, którzy aktywnie śledzili wiadomości polityczne, nadal to robili. Ci, którzy nie popierali wojny, ale starali się trzymać z dala od wiadomości, zaczęli z dużym zainteresowaniem czytać niezależne media. Niektórzy z nich upolitycznili się: zrozumieli, że polityka i życie ludzi są ze sobą powiązane w najbardziej bezpośredni sposób.
Umocnienie antywojennego stanowiska i nielojalności wobec państwa nie tylko przyczyniło się do powstania nowych konfliktów z ich bliskimi, ale także stanowiło przeszkodę we współdziałaniu z krewnymi innych żołnierzy, którzy nie byli nastawieni sceptycznie wobec inwazji. W kontaktach z bliskimi żołnierzy, którzy wyrażali poparcie dla wojny lub politycznego kursu państwa rosyjskiego, nasi informatorzy odczuwali silną niechęć i frustrację, co ostatecznie zmuszało ich do izolacji.
Wnioski
Nasi informatorzy o nastawieniu prowojennym i antywojennym różnią się od siebie – i to nie tylko poglądami na temat inwazji.
Informatorzy o nastawieniu antywojennym postrzegali tych, którym starali się pomóc, jako podmioty działania. Zgoda i aktywny udział tych ostatnich są niezbędne do osiągnięcia celu. Z kolei matki popierające wojnę uważały swoich synów za dzieci. Powierzyły je opiece państwa, wierząc, że potrafi się ono nimi zaopiekować.
Zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy wojny zwracali się do inicjatyw pomocowych: organizacji pozarządowych, chatbotów, kanałów na Telegramie, specjalizujących się w pomocy żołnierzom. Matki popierające wojnę, w przeciwieństwie do przeciwników wojny, aktywnie współpracowały również ze strukturami wojskowymi, aby uzyskać oficjalne wyjaśnienia dotyczące sytuacji, w której znaleźli się ich synowie. Wszystkie matki popierające wojnę były gotowe pomagać swoim synom wyłącznie w ramach prawa: poprzez wnioski i zapytania kierowane do jednostki wojskowej lub prokuratury wojskowej, a nawet poprzez sąd. Przeciwniczki wojny od samego początku były sceptyczne co do możliwości legalnego wpłynięcia na sytuację, w której znaleźli się ich bliscy – być może dlatego, że byli oni na wojnie i nie istniały żadne mechanizmy prawne, które pozwoliłyby im pomóc.
Nic dziwnego, że nasi rozmówcy, mając różne podejście do inwazji, różnie odnosili się do armii i służby wojskowej. Matki popierające wojnę uważały, że obowiązek nakazuje każdemu mężczyźnie podporządkować się wezwaniu państwa, a niektóre z nich uznawały służbę wojskową za niezbędny warunek udanej kariery swoich dzieci. Łączyło je zaufanie i uległość wobec państwa: „Jeśli trzeba, to trzeba” – mówiły nawet te z nich, których synowie nie powinni trafić do wojska ze względu na stan zdrowia. Musiały interweniować w sprawie ich służby tylko dlatego, że ich życie lub zdrowie znalazło się w niebezpieczeństwie. I choć ta sytuacja przyniosła matkom wiele niepokoju i bólu, a niektóre z nich były ewidentnie rozgniewane i rozczarowane, nie spieszyły się z poszukiwaniem winnych. Z tego powodu ich krytyka i niezadowolenie znajdowały wyraz w narzekaniach, ale nie stały się podstawą do działań politycznych.
Przeciwnicy wojny próbowali pomóc swoim bliskim zarówno dlatego, że udział w wojnie z Ukrainą był sprzeczny z ich poglądami, jak i dlatego, że chcieli, aby ci ludzie znów stali się częścią ich życia. Ani poglądy antywojenne naszych rozmówców, ani ich stosunek do państwa nie uległy zmianie. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej utwierdzili się w przekonaniu, że próby osiągnięcia czegoś od państwa rosyjskiego są bezużyteczne i bezsensowne. Warto jednak zauważyć, że nawet najbardziej upolitycznieni z nich rozważali przede wszystkim strategie „wyjścia” (odmowa służby, której konsekwencją jest kara pozbawienia wolności) oraz unikania (ukrycie się, schowanie się, ucieczka), a nie bezpośredniej konfrontacji czy działania politycznego (jest to niewątpliwie w dużej mierze związane z powszechnym przekonaniem, że bezpośrednia konfrontacja raczej nie zakończy się zwycięstwem).
Większość naszych rozmówców, niezależnie od ich stosunku do wojny, wolała działać indywidualnie, zwracając się do innych – czy to do inicjatyw pomocowych, czy do grup krewnych – wyłącznie w celu rozwiązania własnego problemu. Jednak w kilku przypadkach kontakty i wiedza zdobyte przez naszych rozmówców zostały przez nich wykorzystane do udzielania systematycznej pomocy innym. Co ciekawe, właśnie wśród matek poborowych, które usprawiedliwiały wojnę, znalazły się osoby gotowe do dalszego pomagania innym nie indywidualnie, ale w ramach jakiejś inicjatywy grupowej. Odkryliśmy, że to nie poglądy polityczne, a status społeczny i rola społeczna matki okazały się najważniejszym zasobem w kształtowaniu wspólnej tożsamości. To właśnie matki poborowych czuły, że mają coś wspólnego z innymi matkami i uważały, że ich status społeczny daje im prawo do kwestionowania decyzji państwa, gdy zagraża ono ich dzieciom.
~
Częściowa mobilizacja stworzyła warunki – konieczne, ale niewystarczające – do tego, by osoby nią dotknięte podjęły wspólne działania. Chodzi o to, że wszystkie one znalazły się w tej samej sytuacji w tym samym czasie. Wydarzeniem tym była bezprecedensowa ingerencja państwa w ich ustabilizowane życie prywatne, która zmieniła je w perspektywie długoterminowej. Właśnie w przypadku żon i partnerek zmobilizowanych żołnierzy zmiany te wywróciły codzienność do góry nogami: zniknęli z niej mężowie, ukochani, ojcowie ich dzieci. To właśnie odróżnia je, z jednej strony, od matek poborowych, które borykały się z różnymi problemami w innym czasie. Z drugiej strony żony i partnerki pozostawały w bliższych i zakładających fizyczną obecność relacjach ze zmobilizowanymi mężczyznami – w porównaniu z córkami, ojcami lub przyjaciółmi zmobilizowanych i kontraktowców. Niemniej, przejście od uświadomienia sobie, że częściowa mobilizacja niszczy ich życie do udziału w akcjach protestacyjnych w warunkach nasilających się represji państwowych wymagało czasu i było wynikiem interakcji między uczestniczkami ruchu a państwem.
Ponadto, ze względu na swój bezprecedensowy charakter, częściowa mobilizacja nie była postrzegana przez zwykłych ludzi jako coś równie zrozumiałego i niezbędnego, jak na przykład służba poborowa czy kontraktowa.
Zazwyczaj ludzie postrzegają służbę zasadniczą jako instytucję życia obywatelskiego, a służbę kontraktową – jako coś związanego z wojną. Zarówno jedna, jak i druga wydają się nieodłącznym elementem porządku społecznego i czymś oczywistym. To chroni służbę zasadniczą i kontraktową przed krytyką. Na przykład nasze rozmówczynie – matki poborowych – mówiły o służbie poborowej tak samo, jak mogłyby mówić o szkole: jeśli poszczególne szkoły i poszczególnych nauczycieli można i należy krytykować, to wcale nie oznacza to, że dzieci nie powinny chodzić do szkoły. Takie samo było ich podejście do armii: fakt, że armia przyniosła im i ich synom wiele cierpień to żaden powód, by się jej pozbywać, a tym bardziej wątpić w politykę państwa, które tę armię kontroluje.
Odkryliśmy, że spośród wszystkich krewnych, członków rodzin żołnierzy oraz ich bliskich istnieją tylko dwie grupy, które ze względu na swój status społeczny i rolę odczuwają wspólnotę z innymi: są to matki poborowych oraz żony lub partnerki zmobilizowanych mężczyzn. Można przypuszczać, że wynika to z roli mężczyzn w rodzinie. Żołnierze służby zasadniczej to młodzi mężczyźni, którym w rodzinie nadal przypisuje się rolę dziecka. Mężczyźni zmobilizowani są zazwyczaj starsi i w swoich rodzinach mają status partnerów, mężów, a często nawet ojców. Dzieci znajdują się w strefie odpowiedzialności swoich matek, a mężowie – swoich żon. Dlatego właśnie matki poborowych oraz żony i partnerki zmobilizowanych mężczyzn czują się uprawnione do walki: pierwsze o swoich synów, a drugie – o mężów i partnerów.
[1] Jak zastrzegają autorzy publikacji: „Oczywiście, wszystkie dane zostały przedstawione w tekście raportu w formie zanonimizowanej. Zachowaliśmy nazwy stolic regionów – Krasnodaru i Ułan-Ude – które odwiedziły nasze badaczki, nie ma bowiem możliwości zidentyfikowania naszych rozmówców wśród milionów mieszkańców tych miast. Zmieniliśmy jednak nazwy niewielkich miejscowości, w których zbierano dane. Czeriemuszkin, Jużny Sokoł, Nowoniekrasowsk i Udurg nie istnieją na mapach odpowiednich regionów Rosji, ale za każdą z tych nazw kryje się prawdziwe miasto lub wieś, które odwiedziła jedna z naszych badaczek. Wszystkie nazwy własne pojawiające się w tekście raportu również zostały zmienione, ale historie tych ludzi są całkowicie prawdziwe” („»Trzeba jakoś żyć«: Etnografia rosyjskich regionów w czasie wojny”, 2024: 37).
[2] Ros. «СВОих не бросаем» – nawiązanie do specjalnej operacji wojskowej, eufemizmu wykorzystywanego przez rosyjskie kanały państwowe w odniesieniu do inwazji na Ukrainę, ros. специальная военная операция; СВО (SWO).
[3] Dosł. „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin” – rosyjski odpowiednik śpiewania „Sto lat”.
[4] „Niepokorne: Jak kobiety walczą o bliskich, którzy znaleźli się w rosyjskiej armii” 2025. Fragmenty w polskim tłumaczeniu do przeczytania w dalszej części.
[5] Jak czytamy w części raportu poświęconej konkretnie temu wydarzeniu, chodzi tu o „śmierć zmobilizowanego nauczyciela, który powrócił w trumnie siedem dni po wysłaniu z Czeriemuszkina. Zginął w absurdalnych okolicznościach: nie zdołał zapanować nad pociskiem i nie dotarł nawet na front. Śmierć tego młodzieńca, którego – według kilku informatorów – „wszyscy uwielbiali” za jego ludzkie cechy i miłość do dzieci, stała się tragedią dla miasta. Jak opowiadają, ludzie na pogrzebie płakali z żalu i poczucia niesprawiedliwości, nie chcąc uwierzyć w to, co się stało” ((„»Trzeba jakoś żyć«: Etnografia rosyjskich regionów w czasie wojny”, 2024: 54–55).
[6] „Odległa, a jednak bliska wojna: jak Rosjanie postrzegają działania wojenne na Ukrainie” (2022).
ur. 1999, studiuje lingwistykę na Uniwersytecie w Lejdzie, ukończył również filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się teorią języka i historią myśli lingwistycznej.
komentarze

30 min czytania