Logotyp magazynu Mały Format

Najnowsza książka Ewy Chruściel, „Tobołek“, wydana w 2016 roku przez łódzkie „Arterie”, przynosi nam zgrabnie ułożony ciąg liryków bogatych w unikatowe słownictwo, rzadkich w swoich lingwistycznych peregrynacjach na polskim podwórku poezji, acz wyrosłych na amerykańskiej ziemi. Oto sytuacja znana z życia emigracyjnego wszelkich poetów/poetek, kiedy to żyje się na obcej ziemi (tu: USA) i wydobywa z pamięci lokalne ryty mowy, jakiś genius loci (cykl: „Oda Rzeszowska) albo i jakiegoś prajęzyka (cykl „Mówi siedemnastowieczny przepis”), gdyby tak traktować staropolską polszczyznę.

Tom jest skonstruowany na wzór plecionki, wyżej przywołane cykle poetyckie są poprzekładane, przetasowane, „chodzą” te wiersze jak włosy w warkoczu, spajają tom, w którym i tak znalazło się wiele tekstów nie ujętych w cykle, choć ta naprzemienność „Ód” i „Mów” przywołuje jakąś cykliczność natury tudzież pamięci. Sam tytuł, „Tobołek“, nawiązuje do jakiejś niesprecyzowanej drogi włóczęgi za lepszym losem, wiersze są wrzucone do książki jak dobytek do worka. Poezja Chruściel w tym zbiorze zaczyna się wręcz tradycyjnie: pierwsza „Oda Rzeszowska” funkcjonuje między odą a litanią, wysławia babcię (czemu przypomina mi się „Babunia” Boženy Nĕmcovej?) może nie jako nestorkę rodu, ale jako własną (podmiotu) podporę tożsamości. Przy okazji narzuca się skojarzenie z emigracją polską: od Mickiewicza z jego sentymentami zawartymi w „Panu Tadeuszu” (genius loci Nowogródczyzny) po Grzegorzewską, nieraz wplatającą „koloryt lokalny“ w sztafaż poetycki. Ten tytułowy „Tobołek“ kojarzyć się może z jakąś biedą, tu – emigracyjną, niekoniecznie materialną. To raczej zubożenie o ziemię własną, o ten język rozbrzmiewający w powietrzu, pewnie dlatego też przypomina skarbczyk zaklinaczki pamięci, skoro autorka wydobywa nie lada smaczki słowne ze swojej „utraconej ziemi“.

Możliwe, że ta książeczka jest jedną z najciekawszych analiz kobiecości kulturowej; kłania się nam stara Galicya z jej wiejskimi obrzędami, już pierwszy wiersz daje przedsmak dawnego świata: „Babciu ze złotek,/ którymi obwijałaś doniczki./ Projektantko wnętrz biednych./ Hula hop twoich spódnic zadartych/ na pola. Królowo pieca i łakoci z szuflad./ Histeryczko od pajd chleba/ grubo wyścielanych miodem./ Księżniczko odpustów./ Caryco domowych boleści./ Cykado miłostek./ Hipopotamie chondryczny./ Znawczyni pierdnięć tajemnych./ Pośmiertna panno młoda/ w garncu maku pochowana”. Wymienianie przymiotów iście zdumiewająco przypomina litanie eucharystyczne, by w końcu, w puencie, autorka skonstatowała z nostalgią: „Jak ja do Ciebie wrócę/ przez te światowe mokradła”. Czy to pragnienie powrotu do zagubionego archetypu? A może uświadomienie sobie niemożności powrotu do „tamtego świata“, żal za utratą ukorzenienia w swojej kulturze? I jak przejść te „światowe mokradła”? Chyba że obejść? Jak wejść w głąb kobiecości przez sito rytuałów, o ile te rytuały nie są jej istotą? Tutaj kłania się fragment „Modlitwy”: „Pragnę// nade wszystko pragnienia”.

Możliwe, że ta książeczka jest jedną z najciekawszych analiz kobiecości kulturowej; kłania się nam stara Galicya z jej wiejskimi obrzędami.

Nie bez kozery pojawia się postać poetki Papuszy, zgrzebnej lirycznie autorki wierszy bliskich ziemi, dalekich od syndromu poeta doctus, bardziej wynikających z doświadczenia niż z edukacji. Twórczość Ewy Chruściel ma coś z Papuszynego ducha: sama obecność przyrody, jej nazewnictwo, sprawia, że mimowolnie jesteśmy otoczeni naturą (wiersz „Zmarły pyta”, gdzie wymieniane są gatunki roślin łąkowych czy „Oda Rzeszowska”, gdy to: „Ojciec zaadoptował czaplę./ Żarła naszą trawę bez opanowania,// więc zabrał ją do domu/ na obiad:// Długo się ociągała,/ ocierała swoje skrzydła/ o próg,// brodziła po przedpokoju/ zakluczona.// W końcu przystała na schabowy/ i buraczki.”). Można powiedzieć, że w utworach autorki panoszy się flora i fauna, bo i kolibrów, i nietoperzy (po części w słoikach!) co niemiara, drzew więcej niż ludzi! Ta przyroda okraszana jest parafrazami scen biblijnych czy zapisu dziejów chrześcijaństwa w dziejach lokalnych. W wierszu „Norwid skreśla słowo mówić” pisze: „Ziemi bez trawy trudniej/ oddychać na kartce”. Blisko autorce pod względem wrażliwości przyrodniczej do Małgorzaty Lebdy, doszukiwać się można chłonności dziecka, przemycanej do fraz. Dokąd nas zabierze „śpiew cykad”?

Gdyby mówić cokolwiek o podobieństwach, rzuca mi się w oczy malarstwo naiwne w najlepszej swej odsłonie. Nikifor? Rząsa? Ociepka? Obrazowanie zahacza o surrealizm. Pod względem warsztatowym odniesienia wiodą ku praktyce lingwistycznej Mirona Białoszewskiego, jest to dość luźny trop. Wiele w wierszach poetki zamieszkałej w Stanach Zjednoczonych słów o najróżniejszej proweniencji: od przypomnianych słów staropolskich, przez nazewnictwo przyrodnicze, słowotwórcze wybiegi, aż po dźwiękową organizację fragmentów wypowiedzi lirycznej. Wszystkie te zabiegi sprowadzam do jednego zdania z wiersza „Przepraszam za drzewa”: „Drzewo było prasłowem. Źródło tej poetyki, wszelkich rozwiązań formalnych, tkwi w świadomości głębszej niż chrześcijaństwo, w świadomości przynależności do ziemi, jej uwarunkowań, kultury starszej niż katedry (uniwersyteckie też!).

Gdyby przytoczyć autorkę na koniec: „Codzienne ścieranie się liter,/ aż czystopis to czystopis/ to czystopis to czystopis” („Norwid skreśla słowo mówić”) oraz „Blask bije od majestatu/ niezapisanej linijki” („Ars poetica”). Tu nasuwa mi się myśl: czy poetka Ewa Chruściel dąży do ciszy, do bieli kartki? W końcu większość jej poezji w „Tobołku“ jest filigranowych rozmiarów, a często − „poćwiartowana“ na niewielkie strofoidy, możliwe, że do wyeksponowania owego „blasku niezapisanej linijki“. Sztuka skreślania?

Czy czasem Ewa Chruściel nie jest szeptuchą poezji polskiej, która w ostatnim wierszu pyta: „Jakie katedry wznieść?”, a w innym, o tym samym tytule, mówi: „W płatka mgnieniu/ wznoszę Ci katedry”. Hę?

Ewa Chruściel
„Tobołek”, Arterie, Łódź, 2016, 55 stron.


Ewa Chruściel
„Tobołek”, Arterie, Łódź, 2016, 55 stron.