Logotyp magazynu Mały Format

Marcin Sendecki
„W”, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2016, 60 stron.

Na nowy tom Marcina Sendeckiego, wydany w Biurze Literackim pod koniec zeszłego roku i nominowany niedawno do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, składa się czterdzieści dziewięć wierszy. Wiem to nie dlatego, że je policzyłem, ale dlatego, że autor, zamiast tytułować, numeruje utwory cyframi arabskimi do 1. do 49.  Dlaczego czterdzieści i dziewięć?

Rozmawiając z ludźmi o „W”, słyszałam już kilka hipotez. Jedna z nich mówi, że to 49 dni od śmierci kolegi Sendeckiego, któremu  między innymi dedykowany jest tom. Tak jakby ten cykl wierszy był  formą żałoby. Czterdzieści dziewięć lat ma też sam Sendecki.

W rozmowie Sendeckiego z Adamem Poprawą w „BiBLiotece”, towarzyszącej premierze książki, mowa jest jeszcze, że numerowanie oznacza tu ciągłość – numerując kolejne wiersze Sendecki nadaje swojemu tomowi formę poematu. Ale Poprawa wiele rzeczy Sendekowi w tej rozmowie sugeruje. Ustawia go między Mickiewiczem, Norwidem i Przybosiem, kreśli rozmaite parabazy wpływu. A Sendecki trochę się z tego wycofuje, nie ze wszystkim się utożsamia, bo Poprawa…

Poprawa poprawia.

Tak, Poprawa poprawia. Ale w ogóle ta ich rozmowa taka dziadowska jest. O dziadowskości jeszcze pogadamy, nasza rozmowa chyba nie będzie dziadowska? Zofia Król w swojej recenzji w „Dwutygodniku” porównuje numerowaną formę Sendeckiego z „W” do Tkaczyszyna-Dyckiego, który też numeruje.

Słyszałam jeszcze porównania do Białoszewskiego.

To by już mnie bardziej przekonywało. Jest takie słowo Mirona „obmapywanie”, wiele jego wierszy wynika z chodzenia po Warszawie. I w „W” Sendeckiego dużo jest takich wierszy „chodzonych”. On przecież chodzi po Warszawie i rozmaite rzeczy sobie przypomina. Bo to „W” oznacza Warszawę?

Właśnie mi ta Warszawa w ogóle nie przyszła do głowy.

No bo ty jesteś z Krakowa.

Najpewniej dlatego (śmiech). Bardziej myślałam, że jak odwróci się „W” do góry nogami to wychodzi „M”. M jak Marcin.

Też tak myślałem. „W stanęło do góry dnem i udaje, że jest M” – jak w „Abecadle” Tuwima. A jednak skłaniałbym się ku warszawskości. Są tu dwie wskazówki, poza tytułem i poza wierszami – pierwsza na samym początku, w dedykacji: „Dla Cezarego Bema i Tomka Gańki (1970-2016), moich przyjaciół z Warszawy”, druga na samym końcu, w stopce redakcyjnej: „Podczas pracy nad książką autor korzystał z półrocznego stypendium artystycznego miasta stołecznego Warszawy w ramach programu «Zakochaj się w Warszawie»”.

I dlatego książka jest o Warszawie?

Tak – przeczytaj książkę Marcina Sendeckiego i „zakochaj się w Warszawie”. Mój wybitny redakcyjny kolega, Andrzej Frączysty, mieszka przy Rondzie ONZ na czternastym piętrze  mieszkalnego wieżowca i pierwsze, co widzi z okna codziennie rano to wielki neon: „Zakochaj się w Warszawie”. Jak się taki napis widzi codziennie, to rzeczywiście można się zakochać. Ale wróćmy do „W”. Ono może oznaczać Warszawę, ale też – to mówi sam Sendecki w rzeczonej  rozmowie z Poprawą – wiersze albo wspomnienia. A więc: Warszawa, wiersze, wspomnienia/wspominanie. Chyba na tych bębenkach interpretacyjnych będziemy tutaj grać?

Chyba tak. Sendecki zdaje się mówić „wymyśl sobie”. Interpretacje tytułu z powodzeniem da się mnożyć – sądzę, że jest w tym jakaś metoda, bo ten tom, przecież, jest bardzo koncepcyjny. Może na początek o wspominaniu?

Niezawodny słownik Doroszewskiego podaje dwie definicje czasownika „wspominać”, pierwsza to: „wracać myślą do tego, co minęło, przywodzić na pamięć, przypominać sobie”, a druga: „mówić o czymś mimochodem, czynić wzmiankę, nadmieniać”. Wychodząc od tych dwóch definicji, włączając je do naszej refleksji, powiedziałbym, że z jednej strony Sendecki otwiera w „W” tę przestrzeń wspominania, mówi o swojej młodości, o czasach studenckich, zdarza mu się czasem popadać w ton nostalgiczny – to by było to pierwsze znaczenie z Doroszewskiego. Ale jest jeszcze drugie – takiego napomykania, wzmiankowania, nadmieniania – „jeszcze o nim napiszę” czytamy w jednym z wierszy. Tu mogłoby być to podobieństwo z Dyckim (jeżeli jest) – wspominanie nazwisk ludzi, żeby znaleźli sobie miejsce w wierszu. Ocalanie od zapomnienia na zasadzie – posadzę ich sobie w mojej grządce wierszowej i oni tam sobie będą rosnąć. A zatem z jednej strony wspominanie rzewne – wspominanie czasów minionych jako pewnej całości, a z drugiej strony punktowe – konkretnych ludzi i zdarzeń.

Wiersz nr 7 opowiada o spotkaniu Sendeckiego z Andrzejem Gwiazdą „(…) paliliśmy / papierosy / na Dworcu Centralnym, czekając na peronie na nocny pociąg do Gdańska. Wieczorem zajrzał do nas / z pogadanką na strajk i chciałem / odprowadzić legendę. (…) Czy wolno było jeszcze wtedy palić na peronach? / Nie pamiętam, ale paliliśmy, on chyba popularnego i chyba mnie /  poczęstował, więc ja pewnie też. / Być może spytałem: jak to się wszystko skończy? / albo: co będzie z tego wszystkiego? / Nie pamiętam, co odpowiedział”. Sendek w “W” otwiera nurt wspomnieniowy, odpamiętuje a wspomnienia przecież, zazwyczaj przesiąkają kolorytem chwili, w których są wypowiadane. Wiersze funkcjonują tutaj jako coś, co niekoniecznie musi mieć funkcję. Po prostu są. Trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego Sendecki pisze je w sposób aż tak hermetyczny sposób, którego nie zrozumieją ludzie nie znający okołowierszowych sytuacji. Opisywane najpewniej nie są tak znaczące, jak by się mogło wydawać.

Wiersz siódmy czytałem w kontekście wiersza trzeciego: „Fabryko anegdot, po małemu”. Jeżeli Sendecki wiedział, że ma napisać tom dla miasta stołecznego Warszawy, o Warszawie i o swojej związanej z Warszawą młodości, to od razu musiało mu się przypominać mnóstwo powielanych w akademikach historyjek o tym jak ktoś spadł z dachu, pobił się z jamnikiem itd. I one tutaj są – ten tom jest właściwie przetykany wierszami-anegdotami. Ale te anegdoty są jednak w pewien sposób osłabiane – Sendecki zdaje sobie sprawę, że trochę się trzeba powstrzymywać, trochę wyjść z facecjonistycznej dykcji, trochę te anegdoty osłabiać, żeby nie wyszła z tego właśnie taka dziadowska gawęda.

No właśnie, skoro już jesteśmy przy dziadowskości, przy poetyce dziadowskiej, zacytujmy najbardziej dziadowski wiersz w tym tomie, wiersz nr 13: „Było / jak było / Ale mężczyźni nie chadzali w klapkach / po ulicy / rowerzyści / nie pruli chodnikiem / tatuaże / mieli marynarze / bandyci / i Beckham / nie istniały słowa / youtuber / blogerka / modowy / cywilizacja śmierci / dopiero zmieniała się / w cywilizację śmieci”.

Czy on tak rzeczywiście uważa? Zakomunybyłolepizm mu się włącza? Czy on jest świadomy używania tej dziadowskiej poetyki? Czy on sobie tutaj z nami nie pogrywa, podobnie jak przy okazji swojego głosu w ostatniej debacie Biura Literackiego? I jeszcze to zakończenie kryptocytatem z Papieża Polaka o „cywilizacji śmierci”… Czy ty uważasz, że to jest na poważnie pisane?

Raczej nie, Sendecki jest dogłębnie świadomy tego, co robi w poezji. „Tatuaże mieli marynarze” – on by się chyba nie zdobył na coś takiego w “poważnym” wierszu – w wierszu “na poważnie(j)”. Moim zdaniem bardziej chodzi o efekt, na którym bazuje autor i o to, co ci przyjdzie do głowy w trakcie czytania jako “któraś woda po kisielu”. Możliwe, że Sendecki chce, żebyśmy się z tymi wierszami trochę męczyli, próbowali przetwarzać, przestawiać literki. Prawdopodobne też, że zwyczajnie lubi bawić się językiem, używać go w specyficzny sposób i zupełnie nie obchodzi go to, co my z “W” zrobimy. To by było nawet lepiej bez ustawek pod publiczność.

Ale czy my się męczymy jak czytamy „W”? O ile męczyłem się przy czytaniu jego poprzedniego tomu pt. „Lamety”, to w „W” wszedłem bardzo łatwo, przeczytałem to w jakieś pół godziny, za jednym razem.

Ja czytałam w tramwaju, potem pokątnie, w mikroprzerwach, podczas praktyk na neurologii.

Bo to się da przeczytać w tramwaju. W tramwaju na Żerań jak najbardziej. Nawet w metrze na Żerań. Oczywiście trzeba wtedy raz na jakiś czas przeskakiwać nad niektórymi wierszami, nad takimi wierszami, które są być może częścią tego poprzedniego Sendeckiego, nad tymi jego pomysłami lingwistycznymi, które, jak mówisz, mniej są wymierzone na znaczenie, bardziej na efekt. Efekt fonetyczny na przykład – „Rzecz najważniejsza to utrzymać skrzep”. Albo „Karolina przyniosła czereśnie i ser”. To jest taki obraz, który od razu pojawia się w głowie, który od razu się widzi i czuje. Z tym skrzepem to jest chyba podwójnie – fonetycznie (skrzypienie, „rz”, „sz” – to świetnie brzmi), a z drugiej wspomnienia z egzaminu z patomorfologii, z jego studiów medycznych.

Może znów zacytujmy i powiesz mi, co Ty na to w kontekście wspomnień: „Tadeusz Karwisz, Tadeo, ktoś go pewnie pamięta. / Nieznośny? Bez wątpienia. I szybko szedł w dół. / Niech stanie tu z nazwiskiem na wietrzną pamiątkę” (wiersz 24).

Ta „wietrzna pamiątka” to jest znowu gest osłabiający rozczulanie się i wspominanie, całą nostalgiczność tego tomu, która okazuje się krucha i nieoczywista przy bardziej wnikliwej lekturze. Ten wizerunek Starego Poety wspominającego swoje życie i to, że przyjaciele odchodzą.

Sendecki stara się ukrywać rozmaite wrażliwości, a jednak dają się one, mimo wszystko, zauważyć w niektórych wierszach. Wspomnienia podszyte zgryźliwością, żalem i uśmiechem od czasu do czasu jasne, są kruche. Powstaje pytanie, jak mówić o tym, czego nie ma jak dokonać, użyjmy śmiesznego, niepasującego słowa, operacjonalizacji “już niebędącego”. „Powiedzmy, że tytuł ma walor, który się bada absencją” pisze z kolei w wierszu nr 25. O niebycie trzeba opowiedzieć przez byt. Inaczej się nie da (a tyle jest niebytów: nie jest już młody, Warszawa nie jest taka jaka była, Sendecki nie jest na medycynie i wiele wiele innych)

Sendecki, jeszcze przed premierą tomiku, podawał wiersz 25. na stronie Biura Literackiego jako autorski komentarz do „W”, jako wiersz-klucz.

„Powiedzmy, że temat lokuje się obok”, „Powiedzmy, że tytuł ma walor, który się bada absencją”, „Powiedzmy, że log nie ma stron”. O co tu chodzi, twoim zdaniem?

Sendecki stara się ukrywać rozmaite wrażliwości, a jednak dają się one, mimo wszystko, zauważyć w niektórych wierszach. Wspomnienia podszyte zgryźliwością, żalem i uśmiechem od czasu do czasu jasne, są kruche. Powstaje pytanie, jak mówić o tym, czego nie ma jak dokonać, użyjmy śmiesznego, niepasującego słowa, operacjonalizacji “już niebędącego”.

To jest wyjaśnienie tytułu. Miałem pisać o Warszawie, o moich kolegach z Warszawy, ale to się nie udaje. Wspominanie spycha cię w różne niebezpieczne anegdotyczne strony, dziadowskie, wspominanie trzeba unieważnić, w życia wędrówce na połowie czasu, trzeba powiedzieć, że jest  „wietrzną pamiątką”. Mam pisać o Warszawie, a piszę tak naprawdę o mnie w Warszawie, albo o czymś zupełnie innym. Bo jest w „W” kilka wierszy, w których nie ma punktów wspólnych z tymi głównymi tematami (Warszawa, wspominanie), które sobie tutaj wyznaczyliśmy. A co to znaczy, że „log nie ma stron”? Co to w ogóle jest log?

Wikipedia mówi: „zapis kolejnych zdarzeń opisujący działanie użytkownika lub programu”. To by miało sens. “Opisujący zapis”, znów zabawna słowna gra (Wikipedia jest poetką!).

Ale Marcin Sendecki wie, co to jest log? Bo to jest chyba taki specjalistyczny, informatyczny termin?

Może to ma jakiś związek z pisaniem książki w Wordzie? Może i podczas tworzenia pliku, logi się zapisują? Zupełnie się na tym nie znam. Chyba muszą. To już jest, w moim przekonaniu, fragment mocno sendeckiej frazy takiej, że interpretując, można się przestraszyć. Skoro log nie ma stron, to nie ma znaczenia w jaki sposób Sendecki opisze wspomnienia nie ma znaczenia kolejność, realizm przedstawianych faktur, bo nie ma już jak odtworzyć dawnych ról, dawnych sytuacji. Obok jest: „Powiedzmy, że banał wystąpi tu w funkcji pozornego odróżnorodnienia”… Sendek wkleja sobie w wiersze rozmaite niby-żarciki (banały), żeby było ciekawiej, tak sądzę, żeby nie było też zbyt patetycznie, zbyt poważnie. Chyba mało która pamięć jest aż tak, nazwijmy to, ciężka, żeby się obyć bez banalnie-ironicznych piórek. Ma pewną koncepcję książki, którą również w “W” się dzieli i skrupulatnie z niej korzysta.

Już w pierwszym wierszu to robi: „Dobra książka / może polegać na tym / że nie wiadomo / o co w niej /  chodzi Zła książka / może polegać / na tym że nie / wiadomo / o co w niej / chodzi / Popatrzcie”, a potem w 47. „Nic nie widać. / Popatrzcie”.

Jako pisarz jest na tyle samoświadomy, żeby powiedzieć – nie zrozumiecie tego, ale popatrzcie. „Nic nie widać, popatrzcie”. Jako krytyk literacki po godzinach, człowiek oczytany, wie z której strony będzie się to chciało ugryźć. Albo się domyśla.

Sendecki daje wiersz 25. na stronę Biura Literackiego i mówi „macie, to jest wiersz-klucz, o to mi chodzi”, ale daje też czasami takie wiersze, takie frazy, z którymi nic nie mogę zrobić, do niczego nie potrafię ich przyłożyć. Naturalnym odruchem czytelniczym jest omijanie tych hermetycznych raf. Omijałem to, co niezrozumiałe i szedłem dalej, nie zatrzymywałem się i nie załamywałem rąk. Ten Marcin Sendecki to może jest właściwie dla wszystkich dzięki temu? Jeżeli ktoś chce być polonistycznym „badaczem owadzich nogów”, oglądającym każde słowo ze wszystkich stron, grzebiącym, tak jak my teraz, sprawdzającym w słowniku, co to jest „log”, to sobie coś w „W” znajdzie, a jak kto woli soczystość to też zawiedziony nie będzie i powącha czereśnie i ser.

To wciąga w pewien sposób. Dlatego się albo lubi, albo nie lubi Sendeckiego. Albo chce się w nim szukać (a on pewnie się wtedy śmieje z boczku), albo się go odrzuca i mówi – “jest niezrozumiały, nie chce mi się grzebać, nie o to w wierszach chodzi” (a o coś chodzi, w ogóle?). Nad tym tomem panuje w końcu żywioł nocny, ciemność (więc i pewna niezrozumiałość, nienamacalność) – już od początku, od motta z Claude’a Levi-Straussa, którym jest opatrzony.

Sendecki daje czasami takie wiersze, takie frazy, z którymi nic nie mogę zrobić, do niczego nie potrafię ich przyłożyć. Naturalnym odruchem czytelniczym jest omijanie tych hermetycznych raf. Omijałem to, co niezrozumiałe i szedłem dalej, nie zatrzymywałem się i nie załamywałem rąk.

No właśnie – motto! „Noc wśród, której poruszamy się po omacku, jest dla nas zbyt ciemna, abyśmy mogli cokolwiek o niej twierdzić, nawet to, że jej przeznaczeniem jest trwać”. Jak to rozumiesz?

Sendecki wybrał sobie temat, który dla niego również jest nocą (mówiąc metaforycznie, ale i najprościej). Wziął się za rzecz, o której być może nie da się opowiedzieć językiem dostępnym, “językiem bytu”. Wyrazu pozornie niewyrażalnego szuka „po omacku”, odtwarza ze wspomnień. Wie, że ten język gdzieś jest, albo był, więc i teraz musi gdzieś być. Wyobraź sobie frustrację poszukiwania anegdotki, która utknęła na końcu języka. Przecież wiesz, że była, więc gdzie teraz jest? Opowiadając o tym, o czym pozornie nie da się mówić, uwaga mówi. I nie są to suche historie prowadzone „metalicznym głosem lektora”. Sendecki idzie po omacku, nie wiedząc, gdzie dojdzie, gdzie wyjdzie i czy w ogóle. Tematy, które porusza są po to, żeby je zaznaczyć, a nie w pełni opisać. To tak jak odtwarzanie wspomnień. Głównie, zapewne, dla siebie. I może dla kilku innych, którzy poprowadzą nocne historie zupełnie inaczej niż autor mógłby/chciałby je sobie wyobrazić. Oddaje je nam w – może nie za szeroko, ale dostępnej książce, więc róbmy z nimi, co chcemy. Przecież można je nawet potraktować jako szczątki pamięci własnej  – coś dobudować, coś odtworzyć, coś zniszczyć. Czemu nie?

Noc pojawia się jeszcze na końcu bardzo ciekawego wiersza 22. – „Godność, ironia, solidarność / Dobrość, niedobrość, rozróżnienie / Dobroć, złośliwość, gospodarność / Niepamiętliwość. Nieforemność / (…) / Przygodność, ściema, poróżnienie / Amnezja, marker, wyróżnienie / Koślawość, nieporadność, zaszłość / taniość, niewczesność, zrozumienie / Noc liczy sobie nas na palcach”. „Godność, ironia, solidarność, dobrość, niedobrość” – w tych wyliczeniach słyszę jakiś rodzaj przytłoczenia językiem nie tyle medialnym, debatanckim, prasowym, co w ogóle dyskursywnym – językiem opartym na pojęciach, językiem, który wymaga od ciebie ustosunkowania-się-do, zajęcia stanowiska wobec wielkich problemów. Widzę w tej enumeracji jakiś gest dystansu.

Z jednej strony godność, ironia i solidarność, z drugiej koślawość, nieporadność, zaszłość – to są rzeczy tak zadziwiające w zestawieniu, że to się robi miejscami kruche – daje przekaz stricte emocjonalny.

Jest w tym coś rezygnacyjnego, w pewnym momencie zaczyna się w tym wierszu losowe dobieranie słów, jakby na chybił-trafił, écriture automatique. A noc licząca sobie nas na palcach to chyba noc, która jakoś nas sobie lekceważy. Zajmujemy się tymi wszystkimi godnościami, solidarnościami, dobrociami, niedobrociami, w pewnym momencie sami zaczynamy wątpić w wartość i znaczenie tych słów, dostrzegamy, że one – jak to się ładnie mówi – desemantyzują, a tymczasem… życie upływa? Zajmujemy się rzeczami nieważnymi, a to, co ważne wciąż „lokuje się obok”? Chodzi o to, żeby się jeszcze raz zanurzyć w tę niezrozumiałość i ciemność nocną – może to wskazówka interpretacyjna dla czytających Sendeckiego – żeby nie przywiązywać zbyt wielkiej wagi do rozumienia słów?

Tak, tutaj trzeba odłożyć rozumienie na bok. Noc wraca kilkukrotnie w całej książce, odnosi się wciąż do motta. Może zasadnie byłoby patrzeć przez ten pryzmat na całego Sendeckiego? A’propos pisania o śmierci – czemu by jej nie równać z nocą? I śmierć, i noc są rzeczami w jakiś sposób wymykającymi się opisowi. W języku, który jest nam dostępny “minusy” da się opisać tylko “plusami”, w tym naszym dwugłosowym rozumieniu. Dlatego pisząc o śmierci (minus), Sendecki wspomina, odpamiętuje (byt, plus). To zresztą jest związane ze specyfiką  czynności  – wspominamy za każdym razem trochę inaczej, w zależności od okoliczności, sytuacji, dnia, nastroju itd. Wspominający nabiera też różnego przekonania o zapisanych w pamięci obrazach – dlatego czasami na końcu stawia pytajniki, czasami nie. Odwraca kota ogonem.

Czyli co, podoba nam się ten tom?

Może dlatego nam się podoba, że przeszliśmy już przez etap, kiedy się Sendeckiego odrzuca. Wgrzebując się w niego, mam wrażenie, że jego (“W”)pisanie spełnia się zupełnie inaczej niż w poprzednich książkach – to jest koncept na tyle duży, że obejmuje cały tom. Wiersze można rozdzielać, ale sądzę, że należy je stale łączyć z mottem i tytułem. Tylko wtedy my, czytelnicy, mamy szansę na ich zrozumienie w (moim zdaniem) odpowiednim kontekście. Bez tej całej otoczki weźmiemy wiersze zbyt dosłownie, pomijając to, co jest z boku, a na czym Marcinowi Sendeckiemu być może zależało. Niełatwo to wytłumaczyć, chociaż tak prawdopodobnie jest.

No tak, chyba tak. Nie wiem, co to jest log, który nie ma stron, ale to jeszcze rozumiem.

Marcin Sendecki
„W”, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2016, 60 stron.

Jakub Nowacki
ur. 1994, student Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Publikował teksty o literaturze w "Twórczości", "Tygodniku Powszechnym", "Ha!arcie", "ArtPapierze", "Popmodernie", kwartalniku "KONTENT" i "Niewinnych Czarodziejach". Mieszka w Pruszkowie. W "Małym Formacie" pisze i redaguje.
Weronika Janeczko
ur. 1994, Krakowianka, studentka psychologii stosowanej UJ. Redaktor naczelna Kwartalnika Literackiego Kontent, współprowadząca bloga o-poezji.pl, czyli Porozmawiajmy o poezji. Publikowała w biBLiotece oraz 2miesięczniku. Tańczy, śpiewa, gra na skrzypcach.
POPRZEDNI

rozmowa  

Marcin Świetlicki MOCNO MASAKRUJE Internet [ZOBACZ MEMY]

— Jacek Wiaderny

NASTĘPNY

szkic  

Pisanie recenzji

— Adam Wiedemann