fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Andrzej Muszyński
„Fajrant”,, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2017, 320 stron.

Pol­ski czy­tel­nik marzy o tym, by prze­czy­tać nową „Lalkę”, pol­ska li­te­ra­tu­ra stro­ni jed­nak od pro­ble­mów eko­no­micz­nych. Za­sta­na­wiać się można, dla­cze­go tak się dzie­je, że naj­wy­bit­niej­sza pol­ska po­wieść opo­wia­da o pro­ble­mach eg­zy­sten­cjal­nych i spo­łecz­nych przez pry­zmat pie­nią­dza, a ko­lej­ne po­ko­le­nia pi­sa­rzy marzą o po­dob­nym suk­ce­sie, bojąc się jed­nak uru­cho­mić  po­dob­ne wątki. Mu­szyń­ski nie ma w sobie tych obaw i po­ka­zu­je nam w świet­nym stylu takie świa­ty, które nie ist­nie­ją z per­spek­ty­wy War­sza­wy.

Wy­daw­ca re­kla­mu­je książ­kę jako po­wieść o pre­ka­ria­cie, ale wy­da­je się, że to hasło użyte tylko po to, by przy­cią­gnąć czy­tel­ni­ków. Tym­cza­sem w rze­czy­wi­sto­ści jest to po­wieść o wszyst­kich in­nych gru­pach z wy­jąt­kiem pre­ka­ria­tu wła­śnie. W ostat­nich la­tach po­wieść o am­bi­cjach spo­łecz­nych, po­dob­nie jak pu­bli­cy­sty­ka, sku­pia się wy­łącz­nie na tej gru­pie, pod­czas gdy Mu­szyń­ski two­rzy inny obraz: głów­ni bo­ha­te­ro­wie to dzie­ci ro­bot­ni­ków lub tzw. szpa­ga­to­wej in­te­li­gen­cji – ro­dzi­ce głów­ne­go bo­ha­te­ra pra­cu­ją w hucie i spół­dziel­ni mle­czar­skiej, oj­ciec jego przy­ja­cie­la przed eme­ry­tu­rą awan­so­wał na dy­rek­to­ra jed­ne­go z od­dzia­łów Urzę­du Skar­bo­we­go, sam jed­nak nigdy nie za­ło­żył konta w żad­nym banku i pie­nią­dze za­szy­wa w po­dusz­kach. Głów­ny bo­ha­ter, bez­i­mien­ny w ciągu całej fa­bu­ły, skoń­czył stu­dia na MISH-u w Kra­ko­wie, przez pe­wien czas był dok­to­ran­tem, w końcu jed­nak zde­cy­do­wał się na wy­jazd za gra­ni­cę, by tro­chę za­ro­bić i roz­krę­cić jakiś in­te­res w Pol­sce. Akcja „Faj­ran­tu” roz­po­czy­na się w chwi­li, gdy troje bo­ha­te­rów wraca z pie­niędz­mi do Pol­ski. Tutaj otwie­ra się drugi po­ziom ko­li­zji – za­rów­no Da­riusz No­wac­ki na ła­mach „Ga­ze­ty Wy­bor­czej”, jak i Mar­cin Kube na ła­mach „Rzecz­po­spo­li­tej” uzna­ją, że Mu­szyń­ski w po­zy­tyw­ny spo­sób przed­sta­wia drogę do suk­ce­su fi­nan­so­we­go, a samo do­ra­bia­nie się – za drogę do szczę­ścia. Zu­peł­nie ina­czej czy­tam tę ksią­żę.

Zna­czą­cy jest już sam tytuł: faj­rant to ko­niec pracy, przej­ście w stan od­po­czyn­ku, wy­tchnie­nia. Nie jest to jed­nak słowo wy­wo­dzą­ce się z ję­zy­ka wy­so­kie­go czy choć­by ję­zy­ka am­bit­nych pra­cow­ni­ków kor­po­ra­cji. Od lat używa się go bo­wiem w kon­tek­ście pracy fi­zycz­nej, fa­brycz­ne­go planu dnia – cho­dzi zatem o wy­tchnie­nie od ro­bo­ty, ja­kiej­kol­wiek pracy, która daje utrzy­ma­nie. Faj­rant to nie week­end ani chill-out. Mu­szyń­ski z jed­nej stro­ny snuje hi­sto­rię o po­ko­le­niu, które chce się do­ro­bić, ale z dru­giej – i ta wy­da­je mi się waż­niej­sza – opo­wia­da, jak w ko­lej­nych po­ko­le­niach zmie­nia się kon­cep­cja i miej­sce pracy. Pra­dzia­dek głów­ne­go bo­ha­te­ra był tak­sta­to­rem we wło­ściach ostat­nich zie­mian w oko­li­cy, jego ro­dzi­na mogła pod­glą­dać, jak bawią się bo­ga­cze na chwi­lę przed wojną. Dzia­dek był cie­ślą; oj­ciec po­szedł do pracy do huty, matka pod­ję­ła pracę w spół­dziel­ni, oboje żyją jed­nak we­dług rytmu, który za­pro­wa­dził ko­mu­nizm: po 8 go­dzi­nach w pracy – faj­rant, liczy się etat i czas wolny, praca „od do” bez nad­mier­nej od­po­wie­dzial­no­ści. Takie rze­czy zu­peł­nie już nie od­po­wia­da­ją młod­sze­mu po­ko­le­niu, które nie zga­dza się na życie na śred­nim po­zio­mie, na spę­dza­nie urlo­pu przy gril­lu w ogród­ku.

Fajrant to koniec pracy, przejście w stan odpoczynku. Od lat używa się go w kontekście pracy fizycznej. Fajrant to nie weekend ani chill-out

Mu­szyń­ski w świet­ny spo­sób, za po­mo­cą kilku zdań, szki­cu­je am­bi­cje i kom­plek­sy tych dzie­ci ro­bot­ni­czych z pro­win­cjo­nal­nych mia­ste­czek: pasek, ale ze skóry, nie ze skaju; gar­ni­tur ze skle­pu, nie z ba­za­ru; wy­jazd za gra­ni­cę na wy­po­czy­nek, nie za pracą; Ali­ta­lia, a nie Ry­ana­ir, hotel za­miast ho­ste­lu, wino do ko­la­cji, a nie wódka po ro­bo­cie. W „Faj­ran­cie” cho­dzi zatem o am­bi­cję i gniew wobec ro­dzi­ców, któ­rzy nie zdają sobie spra­wy z ogra­ni­czo­ne­go pola wła­sne­go życia i nie­wiel­kie­go ho­ry­zon­tu, na jaki się zga­dza­ją. Cho­dzi też o za­zdrość wobec usta­wio­nych, oty­łych biz­nes­me­nów, do­jeż­dża­ją­cych do War­sza­wy In­ter­Ci­ty, ale także wobec ich dzie­ci, które gład­ko po­dej­mu­ją wy­dep­ta­ne ścież­ki ro­dzi­ców. Nie ma jed­ne­go po­ko­le­nia mło­dych – zdaje się mówić Mu­szyń­ski, są ci, któ­rzy le­piej pach­ną, są pewni sie­bie, oraz ci, któ­rzy są brzyd­si i gorsi: „Mo­gli­śmy pół kilo płynu do spłu­ki­wa­nia dodać i za­wsze pach­nie­li­śmy mniej niż oni. Z zę­ba­mi jak skład por­ce­la­ny, z uśmie­chem jak kwa­dra księ­ży­ca, z wło­sa­mi czar­ny­mi, a nie czar­nia­wy­mi”. Głów­ni bo­ha­te­ro­wie nie chcą sobie wy­wal­czyć miej­sca po­śród klasy śred­niej, ich ma­rze­niem jest bo­wiem jej prze­sko­cze­nie, re­ali­za­cja snu ka­pi­ta­li­stycz­ne­go z po­cząt­ku lat 90. – od zera do mi­lio­ne­ra, nie na ba­za­rze jed­nak, a dzię­ki in­no­wa­cyj­nym pro­jek­tom, bio­gra­fii Steve’a Jobsa i ran­kin­gom „For­be­sa”. W pew­nym mo­men­cie ujaw­nia się za­rów­no nie­pew­ność, jak i pra­gnie­nie za­ję­cia miej­sca w ja­kiejś uto­pij­nej prze­strze­ni bez wła­ści­wo­ści: „Pra­wie tak czy­ści jak oni, jak sy­no­wie pro­fe­so­rów, ale mnie wciąż nie star­cza­ło wiary, że udało mi się tak przy­pi­ło­wać pa­znok­cie, tak wy­szo­ro­wać pięty, sta­nąć w do­sko­na­le uni­wer­sal­nym roz­kro­ku na środ­ku ulicy”. Klu­czem wy­da­je się zatem ten „uni­wer­sal­ny roz­krok” – cho­dzi o miej­sce, w któ­rym da się za­po­mnieć o wła­snym po­cho­dze­niu, upodob­nić się do za­moż­niej­szych, a jed­no­cze­śnie nie na­le­żeć do tej grupy. Nie trze­ba się­gać po Mary Do­uglas, by zo­ba­czyć, że brud i czy­stość mają tu zna­cze­nia sym­bo­licz­ne, a Mu­szyń­ski two­rzy bo­ha­te­ra, który swoją biedę ro­zu­mie jako po­zy­cję niż­szą spo­łecz­nie, ska­żo­ną. Bieda wiąże się tu z bru­dem, od­sy­ła zatem do pola sko­ja­rzeń ne­ga­tyw­nych, wska­zu­je na pod­rzęd­ne miej­sce po­cho­dze­nia. „Faj­rant” nie jest zatem po­wie­ścią o uro­kach ka­pi­ta­li­zmu, ale głę­bo­ko po­pro­wa­dzo­ną kry­ty­ką pol­skie­go prze­li­cza­nia war­to­ści jed­nost­ki na jej stan konta. To także sa­ty­ra na po­wszech­ny za­chwyt al­ter­na­tyw­ny­mi mo­de­la­mi biz­ne­so­wy­mi, na nad­uży­wa­nie ter­mi­nów „in­no­wa­cyj­no­ści”, „no­wo­cze­sno­ści”, „pro­jek­to­wa­nia”. Jej bo­ha­te­ro­wie na­czy­ta­li się po­rad­ni­ków co­achin­go­wych, bio­gra­fii biz­nes­me­nów, pod­ręcz­ni­ków nowej eko­no­mii, od­by­wa­ją spo­tka­nia w in­ku­ba­to­rach biz­ne­su, pró­bu­ją zdo­być fi­nan­so­wa­nie dla start-upów, tym­cza­sem pierw­sze pie­nią­dze za­ra­bia­ją na han­dlu skar­pe­ta­mi w skle­pie za­ło­żo­nym na Al­le­gro. Oto in­no­wa­cyj­ność à la po­lo­na­ise. Wiel­ki suk­ces fi­nan­so­wy przy­no­si im pro­jekt do­praw­dy in­no­wa­cyj­ny – ogon do­cze­pia­ny (dziec­ku lub do­ro­słe­mu) do paska z sil­nicz­kiem, który po­zwa­la mer­dać w trzech pręd­ko­ściach. Plan na roz­wój za­kła­da zaś prze­nie­sie­nie pro­duk­cji z Chin (bo tam za drogo) do Birmy – w któ­rej osią­gnąć można więk­sze prze­bi­cie. Nie wiem, czy ka­ry­ka­tu­ra może być wy­raź­niej­sza. Po­mysł na mi­lio­no­wy in­te­res oka­zu­je się tu zgoła inny niż umowa na do­sta­wy broni, którą Wo­kul­ski pod­pi­su­je w Pa­ry­żu z Su­zi­nem.

Pomysł na milionowy interes okazuje się tu zgoła inny niż umowa na dostawy broni, którą Wokulski podpisuje w Paryżu z Suzinem

Ważne jest w „Faj­ran­cie” i to, że więk­sza część akcji roz­gry­wa się w Mia­stecz­ku – a zatem ani na wsi, ani w mie­ście, ale w ja­kiejś sym­bo­licz­nej miej­sco­wo­ści, która utra­ci­ła prawa miej­skie, w cie­niu pa­ła­cu po­zo­sta­łe­go po przed­wo­jen­nych bo­ga­czach. Nie jest to wcale pro­win­cja, żadna Pol­ska dru­giej pręd­ko­ści. Prze­ciw­nie – to jest wła­śnie cen­trum świa­ta, miej­sco­wość ty­po­wo pol­ska, sym­bo­licz­na, w któ­rej lu­dzie mio­ta­ją się mię­dzy no­wo­cze­sno­ścią a tra­dy­cją. Oj­ciec po pracy oglą­da na Youtu­bie filmy z mu­zy­ką we­sel­ną, prze­glą­da też listy za­wie­ra­ją­ce „praw­dzi­we” na­zwi­ska Po­la­ków na szczy­tach wła­dzy. Matka po pracy zaj­mu­je się go­to­wa­niem – rosół i bigos dla syna, który sta­wia biz­nes­me­nom domy z bali. „Faj­rant” sta­no­wi zatem por­tret pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa w jego masie, wi­dzia­ne­go z per­spek­ty­wy zu­peł­nie innej niż war­szaw­ska. Nie ma w tym ob­ra­zie nic z cie­pła i me­lan­cho­lii – choć tak twier­dzi Mar­cin Kube w swoim tek­ście za­ty­tu­ło­wa­nym „A je­że­li pie­nią­dze dają szczę­ście”. Prze­ciw­nie: nie ma po­wro­tu do prze­szło­ści, do dzie­ciń­stwa i nie­win­no­ści w Mia­stecz­ku. Głów­ny bo­ha­ter i jego przy­ja­ciel, Beniu stan ab­so­lut­nej har­mo­nii ze świa­tem osią­ga­li w cza­sie meczy na mia­stecz­ko­wym bo­isku. Dzi­siaj muszą ulec na­sto­lat­kom, bo choć są spraw­niej­si tech­nicz­nie, ich prze­pa­lo­ne płuca i zu­ży­te pi­ciem wą­tro­by nie na­dą­ża­ją za młod­szy­mi. I tak jak zmie­nia się ich po­zy­cja w grze, tak też upły­wa czas i nie ma po­wro­tu do siel­skie­go, sier­mięż­ne­go PRL-u i wcze­sne­go ka­pi­ta­li­zmu, do eta­to­wej pracy i małej sta­bi­li­za­cji. Mia­stecz­ko to także prze­strzeń środ­ka, z któ­rej – w po­rząd­ku awan­su – moż­li­wy jest ruch za­rów­no w górę, jak i w dół: głów­ny bo­ha­ter pró­bu­je swo­ich sił w biz­ne­sie i tra­fia wresz­cie do upra­gnio­ne­go In­ter­Ci­ty zmie­rza­ją­ce­go do War­sza­wy, ale w pew­nym mo­men­cie zo­sta­je też bez­ro­bot­nym utrzy­my­wa­nym przez ro­dzi­ców, a póź­niej ro­bot­ni­kiem – se­zo­no­wym bu­dow­ni­czym za­ra­bia­ją­cym na czar­no i po­miesz­ku­ją­cym w kam­pe­rze na te­re­nie bu­do­wy.

W tle tej po­wie­ści o nowej eko­no­mii i zmia­nie spo­łecz­nej ry­su­je Mu­szyń­ski także zmia­nę mo­de­li za­cho­wań gen­de­ro­wych, która jed­nak ma cha­rak­ter po­wierz­chow­ny. Obaj głów­ni bo­ha­te­ro­wie wy­bie­ra­ją zgod­nie na­rze­czo­ną Benia, Marię, na pre­ze­sa ich spół­ki, we trój­kę także po­dej­mu­ją de­cy­zje biz­ne­so­we. Dziew­czy­na za­ro­bi­ła w An­glii wię­cej niż oni, ma zatem wpływ na to, co zro­bią z pie­niędz­mi w Pol­sce. W sfe­rze ro­dzin­nej nic się jed­nak nie zmie­nia – Beniu obu­rza się, gdy Maria de­kla­ru­je, że po ślu­bie nie chce zmie­niać na­zwi­ska, in­for­mu­je ją także, że „nie bę­dzie mył pod­łóg, bo nie zo­stał do tego stwo­rzo­ny kul­tu­ro­wo”. Oka­zu­je się zatem, że ko­bie­ta za­ra­bia­ją­ca jest ak­cep­to­wa­na, nie staje się jed­nak part­ner­ką na rów­nych pra­wach, a gen­der to „ja­kieś kom­bi­no­wa­nie, nie po ludz­ku”. Matka głów­ne­go bo­ha­te­ra jako pierw­sza w ro­dzi­nie po­szła do pracy, nie ma jed­nak wpły­wu na prze­bieg ry­tu­ału zjed­no­cze­nia ro­dzi­ny po po­wro­cie syna z za­gra­ni­cy – wspól­ne picie wódki ojca i chło­pa­ka może je­dy­nie ob­ser­wo­wać z per­spek­ty­wy kuch­ni. Po­dob­nie żyje Maria, która, choć de­kla­ru­je po­glą­dy fe­mi­ni­stycz­ne, wy­pro­wa­dza je jed­nak z ka­te­chi­zmu. Chce żyć na rów­nych pra­wach, spy­cha­na jest jed­nak do roli ta­niej siły ro­bo­czej: to ona pro­wa­dzi sprze­daż, or­ga­ni­zu­je do­ku­men­ty, roz­li­cza VAT. Pa­no­wie speł­nia­ją w tym cza­sie za­da­nia kon­cep­cyj­ne i zaj­mu­ją się in­no­wa­cyj­no­ścią, oni także jako pierw­si udają się na spo­tka­nia z po­ten­cjal­ny­mi part­ne­ra­mi.

Okazuje się, że kobieta zarabiająca jest akceptowana, nie staje się jednak partnerką na równych prawach, a gender to »jakieś kombinowanie, nie po ludzku«

Mu­szyń­ski wy­da­je mi się jed­nym z naj­cie­kaw­szych au­to­rów młod­sze­go po­ko­le­nia, chyba nawet naj­cie­kaw­szym, bo w każ­dej swo­jej książ­ce po­ka­zu­je świat zu­peł­nie ina­czej niż inni. W re­por­ta­żach z Birmy i in­nych eg­zo­tycz­nych miejsc („Po­łu­dnie” i „Cy­klon”) po­tra­fi ode­rwać się od per­spek­ty­wy bia­łe­go ko­lo­ni­za­to­ra z pierw­sze­go świa­ta – co więk­szo­ści pi­sa­rzy nie wy­cho­dzi. Po­rzu­ca zu­peł­nie ka­te­go­rie brudu, za­co­fa­nia,  eg­zo­ty­ki, wcho­dzi głę­bo­ko w tamtą rze­czy­wi­stość, przy­glą­da jej się bez zdzi­wie­nia, jakby – za prze­pro­sze­niem – We­ne­zu­ela była Sło­wa­cją, a Nay­py­idaw Ol­ku­szem. Co wię­cej, jego styl re­por­ter­ski roz­wi­ja się z dala od pol­skiej szko­ły re­por­ta­żu, jej ję­zy­ka, me­ta­fo­ry­ki i kom­po­zy­cji. Sta­no­wi cał­ko­wi­cie inną, nową ja­kość, w któ­rej ba­ro­ko­we, po­etyc­kie, pię­tro­we ob­ra­zo­wa­nie łączy się z ostrą oceną mo­ral­ną i spo­łecz­ną. W pro­zie fa­bu­lar­nej, „Mie­dzy”  i „Pod­krzyw­dziu”, włą­cza się w nurt wiej­ski, ale znów robi to w ory­gi­nal­ny spo­sób, po­ru­sza­jąc się po­mię­dzy kon­wen­cjo­nal­ny­mi roz­wią­za­nia­mi: ko­niec świa­ta wiej­skie­go w „Mie­dzy” ujaw­nia się po­przez mi­łość do kost­ki bauma i po­wszech­ne sa­dze­nie igla­ków, za­wsty­dze­nie wiej­ski­mi po­dwór­ka­mi. Prze­ro­śnię­te tuje zaj­mu­ją zatem miej­sce malw. W „Pod­krzyw­dziu” z kolei two­rzy świat ta­jem­ni­cy, wiej­skich guseł, gdzie grzech ciąży nad ko­lej­ny­mi po­ko­le­nia­mi. „Faj­rant”, po­dob­nie jak wszyst­kie jego wcze­śniej­sze książ­ki, osa­dzo­ny jest na pro­win­cji, z da­le­ka od ja­kie­go­kol­wiek cen­trum i zwią­za­nych z nim hie­rar­chii czy mod­nych te­ma­tów. Widać tu także po­wra­ca­nie ob­se­syj­nych te­ma­tów Mu­szyń­skie­go – zde­rze­nia no­wo­cze­sno­ści i tra­dy­cji, za­póź­nie­nia eko­no­micz­ne­go pro­win­cji, por­tre­tów wa­ria­tów i dzi­wa­ków, czę­sto wiej­skich ju­ro­di­wych, fa­scy­na­cji piłką nożną i prze­ko­na­nia, że gra to mo­ment wta­jem­ni­cze­nia w świat, mę­skich, ro­dzin­nych au­to­ry­te­tów (po­stać su­ro­we­go dziad­ka po­ja­wi­ła się w „Pod­krzyw­dziu” i po­wra­ca także tutaj). W „Faj­ran­cie” autor uru­cha­mia jed­nak po raz pierw­szy ważny temat emi­gra­cji za­rob­ko­wej na Wyspy, która – choć sta­no­wi do­świad­cze­nie spo­rej grupy Po­la­ków – nie zo­sta­ła do tej pory po­rząd­nie w li­te­ra­tu­rze opi­sa­na. Zo­ba­czy­my, co przy­nie­sie zatem ko­lej­na po­wieść Mu­szyń­skie­go.

Andrzej Muszyński
„Fajrant”,, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2017, 320 stron.

Pau­li­na Ma­ło­chleb
kry­tycz­ka li­te­ra­tu­ry. Se­kre­tarz Na­gro­dy im. Wi­sła­wy Szym­bor­skiej. Au­tor­ka książ­ki „Prze­pi­sy­wa­nie hi­sto­rii. Po­wsta­nie stycz­nio­we w po­wie­ści pol­skiej w per­spek­ty­wie pa­mię­ci kul­tu­ro­wej”. Pisze dla "Fa-ar­tu", "No­wych Ksią­żek", "Odry", „Po­lo­ni­sty­ki”, „Po­li­ty­ki”, "Twór­czo­ści", "Znaku". Lau­re­at­ka Na­gro­dy Pre­ze­sa Rady Mi­ni­strów 2014 i Sty­pen­dium Mi­ni­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­we­go Młoda Pol­ska 2017. Pro­wa­dzi blog ksiaz­ki­na­ostro.pl.
POPRZEDNI

recenzja  

Kultura Photoshopa, natura albatrosa

— Marcin Świątkowski

NASTĘPNY

recenzja  

Foucault znów spaceruje w Warszawie

— Piotr Seweryn Rosół