Logotyp magazynu Mały Format

Mam sporo marzeń dotyczących przyszłości. Ale przede wszystkim mam nadzieję, że nigdy nie zostanę bohaterem opowiadania Wellsa Towera. Zbiór „Ruiny i zgliszcza” to zdumiewająca plejada nieudaczników. Mamy w nim stolarza, któremu w życiu nie wyszło. Sprzedawcę nieruchomości i jego brata kompozytora, którym w życiu nie wyszło. Wynalazcę-konstruktora, któremu w życiu nie wyszło. Spotykamy także jedenastolatka, któremu już w tym wieku w życiu nie wyszło i wcale nie zapowiada się, żeby coś miało się poprawić. Co gorsza wygląda na to, że los jest o wiele bardziej przychylny wszystkim wokół, przez co życie postaci stworzonych przez Towera wydaje się jeszcze trudniejsze do zniesienia.

Nie byłoby to może takie wyraźne, gdybyśmy mieli tu do czynienia z typową historią o ludziach, którzy odwracają całkowicie normalny, ale niekorzystny dla nich bieg wydarzeń. Wiecie, o czym mówię: wieczny rezerwowy w ostatniej minucie meczu zdobywa punkt dający jego drużynie mistrzostwo kraju i staje się gwiazdą; klasowy słabeusz postanawia postawić się gnębiącym go dzieciakom z wyższej klasy i zdobywa serce najpiękniejszej dziewczyny w szkole. Na szczęście Tower doskonale rozumie, że tak popularne w Ameryce podnoszące na duchu underdog stories to straszna nuda i zamiast opowiadać o ludziach wykopujących się z życiowego dołka woli pisać, jak zagrzebują się jeszcze głębiej w błocie.

Wynika to chyba z jego nieufności do jaskrawych i dobitnie wybrzmiewających zakończeń. Zamknięcie opowiadania śmiercią czy bankructwem bohatera jest dla Towera zbyt proste. Nie chodzi mu o to, by kopać leżącego, a jedynie by dorzucić coś do nieustannie rosnącej kupki niespektakularnych, codziennych niedogodności. Dla tych wszystkich „przegrywów” bycie wystawionym przez dziewczynę czy spóźnienie się na pociąg może przeważyć szalę, stać się przeżyciem granicznym. Autor doskonale to wykorzystuje i bez przerwy stawia przed nimi kolejne nieprzyjemne błahostki, zarazem uważając, by nie złamać ich całkowicie – wystarczy mu, że uda się ich lekko rozchwiać.

Nie chodzi mu o to, by kopać leżącego, a jedynie by dorzucić coś do nieustannie rosnącej kupki niespektakularnych, codziennych niedogodności

Bo nie chodzi tu o to, by pokazać, że nieważne, jak jest źle, zawsze może być gorzej – historie z morałem, szczególnie tak banalnym, też są dla Towera czymś, czego należy unikać. Jest on pisarzem, który po mistrzowsku operuje subtelnością i chyba najlepiej widać to w jego nastawieniu do opisywanych postaci. Żadne z dziewięciu opowiadań, które składają się na „Ruiny i zgliszcza”, nie wzbudziło we mnie współczucia dla swoich bohaterów i ani razu nie przerwałem lektury z myślą, że to wszystko jest okropnie przykre. To nie wskutek tego, że jestem pozbawioną empatii świnią (jeśli jestem, nie ma to wpływu na lekturę tych akurat opowiadań), ale z powodu rozbrajającego ładunku ironii zawartego w każdym z tych tekstów oraz ostrego stylu autora – jego zamiłowania do cyzelowania języka i szukania fraz jedynych w swoim rodzaju (tu ukłon w stronę Michała Kłobukowskiego, któremu zawdzięczamy świetny przekład).

„Ruiny i zgliszcza” są po prostu komiczne – perypetie bohaterów bezustannie wywołują na twarzy uśmiech. W przeciwieństwie do tego, czego można by się spodziewać, nie ma tu nic z sadystycznego naigrywania się z tych, którzy mieli w życiu mniej szczęścia: humor Towera jest pełny ciepła, bo choć jest on bezpośrednio odpowiedzialny za perypetie swoich postaci, traktuje je z czułością i wyrozumiałością należną fajtłapowatemu młodszemu rodzeństwu. Jeśli zawsze potraficie w jakiś niepojęty sposób wpędzić się w tarapaty, a każda próba skorygowania waszego losu kończy się w kolejnym bagnie, to „Ruiny i zgliszcza” są dla was hołdem. Tower wydobywa ludzki wymiar takich beznadziejnych przypadków i rozbudza w czytelniku podziw i sympatię dla tych, wokół których się one dzieją. Wspólną cechą wszystkich bohaterów Towera jest determinacja, której nie brakuje im nawet wtedy, gdy działania mające odmienić ich los faktycznie go odmieniają, tyle że na gorsze.

Bohater Towera jest przeciwieństwem postaci z jednego z najważniejszych mitów założycielskich Ameryki: self-made mana awansującego w hierarchii społecznej od pucybuta do milionera i stanowiącego przykład na to, że za oceanem wszystko jest możliwe – wystarczy odpowiednio wytrwale pracować. „Ruiny i zgliszcza” są laurką dla tych, którzy dzięki tytanicznemu wysiłkowi przechodzą drogę od przeciętniaka do frajera, wykorzystując wszystkie możliwości, jakie daje ku temu Ameryka. Bohater Towera to prawdziwy self-ruined man. Wielu jest do niego podobnych, ale każdy jest niepowtarzalny.

»Ruiny i zgliszcza« są laurką dla tych, którzy dzięki tytanicznemu wysiłkowi przechodzą drogę od przeciętniaka do frajera

Paradoksalnie te dwie przeciwstawne trajektorie prowadzą do tego samego miejsca. Finał każdego z tych dwóch typów historii ostatecznie okazuje się budujący i wzbudza szacunek dla rozmaitości ludzkich doświadczeń. Self-made man pokazuje, jak wiele możemy osiągnąć i jak wspaniałe może być życie w swoich najlepszych momentach. Self-ruined man uczy, jak łatwo przesuwa się próg tego, co jesteśmy wstanie znieść, oraz że niezależnie od tego, ile czeka nas codziennych katastrof i jak wiele spieprzymy, wszystko jakoś toczy się dalej. Jasne, dla bohatera jednego z tych opowiadań to niewielkie pocieszenie, ale jak pisałem wcześniej, Tower nie chce, by jego postaci nie były w stanie się pozbierać. Nieistotne są tu same perypetie bohatera, ale jego charakter – interesuje go ten moment trzeźwej refleksji, który nadchodzi, gdy wydaje się, że wszystko stracone. Jego bohaterowie, między innymi wiking Harald z opowiadania, od którego zbiór zaczerpnął tytuł, odnajdują w nim źródło siły, która pozwala im przeć do przodu, mimo że nie wiadomo właściwie, po co: „[…] pojąłem jak straszna bywa miłość. Najchętniej byś znienawidził tych ludzi, własną żonę i dzieci, bo wiesz, co im zrobi świat: sam przecież niejedno masz na sumieniu. Prawie wariujesz, a jednak kurczowo wczepiasz się w najbliższych i zamykasz oczy na całą resztę. Ale i tak późną nocą budzisz się i leżysz, nasłuchując skrzypnięć i plusku wioseł, szczęku stali: wytężasz słuch, bo a nuż jacyś ludzie płyną ku twojemu domowi”.

Wydawcy często powtarzają, że Polska nie jest rynkiem dla opowiadań. Może w księgarniach nie ma zbiorów opowiadań, bo ludzie ich nie czytają, a może ich nie czytają, bo nie ma ich w księgarniach. Największym problemem rynku opowiadań jest jednak to, że niewiele jest zbiorów takich jak „Ruiny i zgliszcza”.

Wells Tower
"Ruiny i zgliszcza", tłum. Michał Kłobukowski, Karakter, Kraków 2017, s. 280.

Michał Wieczorek
ur. 1995, studiuje filozofię i czasem filologię angielską w ramach Kolegium MISH UW. Publikował na Facebooku i Twitterze.

Wells Tower
"Ruiny i zgliszcza", tłum. Michał Kłobukowski, Karakter, Kraków 2017, s. 280.