Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Pierwsza japońska powieść Joanny Bator. Wielkie zaskoczenie w duchu zen!” – tymi słowami reklamuje powieść „Purezento” Wydawnictwo Znak. Dla mnie ani temat, ani miejsce, w którym rozgrywa się akcja powieści, nie były żadnym zaskoczeniem, był nim raczej powrót pisarki do formy literackiej (po najsłabszej w dorobku autorki „Wyspie łzie” i niewiele lepszym „Roku królika”).

Joanna Bator już kilka lat temu zapowiadała w wywiadach, że jej marzeniem jest napisać powieść rozgrywającą się w Japonii. Opowiadała też o trudnych momentach w życiu, o różnych pomysłach na „zbieranie siebie”. Właśnie z kompilacji i nawarstwiania się motywów powstają kolejne powieści laureatki Nagrody Literackiej Nike 2013 tak, jakby Bator – mniej lub bardziej konsekwentnie – budowała poprzez swoją twórczość rodzaj emocjonalnej mapy, na której między tymi samymi punktami pojawiają się nowe połączenia.

Pierwsze dwa punkty zawarte są już w tytułach debiutanckich książek: „Kobieta” (2002) i „Japoński wachlarz” (2004). Spotkanie kobiety z Japonią, ale także wszelkiego rodzaju innością, perwersją, egzotyką, będzie powracać na kartach kolejnych powieści, reportaży i albumów, których głównymi bohaterkami są kobiety, zaś Japonia zawsze w jakiś sposób będzie obecna; nie tylko w „Japońskim wachlarzu. Powrotach” (2011) oraz „Rekinie z parku Yoyogi” (2014), ale także książkach, których akcja rozgrywa się w Europie (informacje o tsunami w mediach, decyzje o emigracji). Motywy japońskie i egzotyczne powtarzają się też w metaforyce, którą posługuje się pisarka.

W powieściach wałbrzyskich po raz pierwszy pojawia się towarzystwo mrocznej siostry. „Bliźniaczka” ewoluuje razem z pisarką, chwilami można odnieść wrażenie, że nie jest to postać należąca wyłącznie do fikcyjnego świata, ale osobista projekcja, obsesja Joanny Bator, która w jednym z wywiadów stwierdziła, że „kobieta jest predysponowana do tego, żeby w swoim wnętrzu nosić człowieka”. W „Ciemno, prawie noc” do obowiązkowych motywów dołączą tajemnica, groza, zagadka i zaginięcie, a także wątek medialny, zaś w „Wyspie łzie” – autotematyzm – motyw twórczości pisarskiej. „Rok królika” jest już bardzo gęstą siecią połączeń, w której z trudem można się rozeznać. Obawiałam się, że japońska powieść będzie apogeum wszystkich tych motywów oraz obsesji.

Tymczasem Bator pierwszy raz od dawna zaprezentowała zwartą i jednowątkową opowieść, odeszła od mniej lub bardziej udanych eksperymentów, które mogły przybliżyć jej powieści do kręgu postmodernistycznych, chociaż, czy tak się stało, pozostaje kwestią dyskusyjną. Charakterystyczne pod tym względem były zwłaszcza „Ciemno, prawie noc” oraz wspomniany już „Rok królika”, w których wielość czasów i przestrzeni wydarzeń, socjolektów, konwencji i poruszanych problemów przerosła chyba samą autorkę.

Bator pierwszy raz od dawna zaprezentowała zwartą i jednowątkową opowieść, odeszła od mniej lub bardziej udanych eksperymentów

„Purezento” także nie jest wybitną powieścią – są krytycy, którzy z pewnością nie zostawią na niej suchej nitki. Nie chcę jednak dołączać do ich grona dlatego, że powieść z kilku względów zasługuje na zauważenie: po pierwsze jako dopełnienie pewnego literackiego programu wałbrzyskiej pisarki, po drugie jako książka podejmująca nie taki znów błahy temat.

Można czytać „Purezento” jako powrót Bator do podróży po Japonii i konfrontacji kobiety z elementami jej kultury. Moja interpretacja tej powieści jest inna: bohaterka, w przeciwieństwie do samej autorki – reporterki z „Japońskiego wachlarza” – tak naprawdę nigdzie się nie wybrała. Kluczowy dla powieści jest fakt, że poznajemy ją w trudnym momencie: po tragicznej śmierci partnera bohaterka dowiaduje się, że ten prowadził podwójne życie, nie potrafi więc w pełni przeżyć żałoby. Kobieta jest pełna podejrzeń, czuje się oszukana, odebrano jej coś więcej niż kogoś bliskiego – co samo w sobie jest tragedią – została pozbawiona prawa do „wdowieństwa”, mimo że poświęciła tej relacji kilka lat swojego życia.

Wobec takiej sytuacji kultura oparta na religii chrześcijańskiej, w której wychowała się bohaterka, może wydawać się bezradna. Jak pisze ksiądz Józef Tischner: „wdowa to kobieta, która utraciła drugiego człowieka, (…) ale nie straciła miłości do tego człowieka. I właśnie ta miłość nieutracona, tylko oderwana od człowieka, kieruje jej pragnienia i nadzieję poza grób, poza skonanie, poza śmierć. Jej człowiek żyje gdzieś poza grobem. Jej prawdziwa pełnia, jej miłość, sens jej ofiary, sens jej życia leżą po tamtej stronie świata. W tamtą stronę świata kieruje się zatem jej nadzieja. I w ten sposób kondycja wdowy składa się co najmniej z dwóch świadomości: świadomości przeżytego nieszczęścia i świadomości nadziei pozaziemskiej skierowanej poza grób”[1].

Według tej definicji nie możemy określić bohaterki jako wdowy, mimo że niezaprzeczalny jest fakt utraty przez nią kogoś najbliższego. W dodatku kobieta nie jest obdarzona takimi cechami charakteru, które mogłyby ją skłonić do rozmyślania nad sensem ofiary. Mimo prawdopodobnej depresji, a na pewno poważnego załamania, chciałaby nauczyć się żyć na nowo. Wrażliwa, inteligentna, aktywna i otwarta na inne kultury (uczy języka polskiego w szkole dla obcokrajowców) potrzebuje rodzaju terapii, ale raczej nie w naukowym, psychologicznym rozumieniu. Jest jej potrzebne przeniesienie się do innego wymiaru, w którym będzie mogła poznać nowego mistrza, kochanka, przyjaciółkę oraz osobę do zaopiekowania się. Wówczas będzie mogła skoncentrować się na samorozwoju, mając jednocześnie poczucie niesienia pomocy innym. Faktycznie filozofia zen, oparta na poznawaniu własnego wnętrza, wydaje się tutaj dobrym rozwiązaniem.

Wymarzoną szansę daje jej poznana w szkole językowej uczennica – starsza japońska kobieta – pani Myōko, która zaprasza nauczycielkę do swojego opuszczonego tokijskiego domu. Tam czekają na nią wyzwania, zagadki, a także – choć to chyba najmniej oryginalne dopełnienie opowieści – opiekuńczy japoński kochanek. Bohaterka odbywa więc podróż w wyobraźni, chociaż autorka nie daje ku temu wyraźnych sygnałów. Jedyną wskazówką wydaje się fakt, że narracja do pewnego momentu obsesyjnie powraca do wątku wspólnego życia ze zmarłym mężczyzną tak, jakby to ona była ramą opowieści, nie zaś japońska przygoda i związana z nią przemiana.

(Co ciekawe, autorka nie zmusza jednak bohaterki do całkowitego porzucenia katolickiej perspektywy, dąży raczej do ukazania pewnego ekumenizmu czy uniwersalności wierzeń. W pewnym momencie każe jej się skonfrontować z japońską wersją opowieści o Jezusie, według której ten miał brata-bliźniaka – Japończyka. Jest to jedyny moment, w którym osobista perspektywa ustępuje tej, która zdaje się dominować w „Japońskim wachlarzu” – podróż zmienia nie tylko kobietę, ale i Europejkę).

Najważniejszym elementem w terapii przybyłej do Japonii Polki jest sztuka kintsugi – zlepiania potłuczonych naczyń ceramicznych przy pomocy złota. Autorka nadaje tej czynności znaczenie metaforyczne – bohaterka, uczestnicząc w pracach pod okiem mistrza, skleja samą siebie; niczym stłuczone naczynie chce się poczuć cenna i wyjątkowa.

Najważniejszym elementem w terapii przybyłej do Japonii Polki jest sztuka kintsugi – zlepiania potłuczonych naczyń ceramicznych przy pomocy złota

Powieść pokazuje, że Bator lepiej sprawdza się w krótkich, zwartych formach. Napisana jest prostym językiem i krótkimi zdaniami, które wywołują pewną aurę tajemniczości. W porównaniu z „Japońskim wachlarzem” dowiadujemy się o Japonii dużo mniej, raczej po prostu jej doświadczamy, przyjmując subiektywny punkt widzenia samotnej kobiety; wraz z nią słuchamy dźwięków, poznajemy smaki, jesteśmy wyczuleni na dotyk.

To zupełnie inna wizja niż anegdoty i kolorowe ilustracje przedstawiające tłumy ludzi na ulicach japońskich miast. Włączanie do książek zdjęć w mojej ocenie nie służyło twórczości Bator, powodowało raczej efekt nadmiaru, o którym już wspomniałam w kontekście wielości języków i konwencji. Tym razem pisarka pozostawiła czytelnika sam na sam z wyobraźnią.

Największą wartością „Purezento” jest odzwierciedlenie stanu po utracie bliskiej osoby i przekonująca perspektywa kobieca. Bohaterka poznaje świat poprzez spotkania i dialogi, jest obdarzona dużą empatią i wrażliwymi zmysłami. Konfrontuje własne wspomnienia z japońskimi opowieściami. W obliczu śmierci bliskiej osoby pragnie smakować życie na różne sposoby. Poznawanie nowej kultury „całą sobą” dało jej szansę na nową opowieść. Co ciekawe, ta melancholijna historia nie wprowadza w stan przygnębienia. Aura, którą próbuje stworzyć autorka, jest pełna dążących do rozwiązania napięć.

Myślę, że nie należy czytać tej powieści jako feministycznego głosu, który doradza podróże i tajemnicze rytuały jako lekarstwa na trudne związki. Ta książka jest czymś więcej; jest świadectwem nieograniczonej kobiecej wyobraźni. W ten sposób myślę o literackiej misji Joanny Bator, która do tej pory gubiła się w nadmiarze i skomplikowaniu. „Purezento” to literackie kintsugi.

 

[1] J. Tischner, Krótki przewodnik po życiu, Kraków 2017, s.180.

Joanna Bator

"Purezento", Znak, Kraków 2017, s. 288.

Zofia Ulańska
ur. 1993, doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ, absolwentka krytyki literackiej. Redaktor naczelna portalu „Strona tytułowa”, publikowała też w „Polonistyce”, „Kontraście” i magazynie „Magnifier”. Związana z Krakowem i rodzinną Łodzią, gdzie debiutowała jako autorka scenariuszy operowych w ramach projektu „Ale! Opera”.

Joanna Bator

"Purezento", Znak, Kraków 2017, s. 288.