Spotkania mamy w poniedziałki i czwartki, dwa przystanki od strzelnicy, więc tramwaj ten sam. Tylko droga krótsza o kilka minut i patrząc na dłonie panów tutaj to snajperów z nich nie będzie.
Postanowiliśmy z dziewczyną, że zostaniemy kowbojami. Znaliśmy się krótko, żadne z nas nie pracowało. Pożyczyła mi western o George’u Custerze i uznaliśmy że tak, takie życie nas kręci. Oczywiście nie polowanie na bizony czy ataki na Indian, ale przygoda. Zapisaliśmy się na kowbojskie zajęcia. Ona na jazdę konną, ja na strzelnicę. Ja i ona, wrogi świat i pełny magazynek przeciwko tym złym.
Kim byli ci źli? Na przykład tych dwóch, którzy pobili mi brata w parku, bo całował się z chłopakiem. Typ pod krawatem wciskający babciom chwilówki. I cała reszta im podobnych. Rozpoznawaliśmy ich w tłumie tak jak Custer z dwustu jardów odróżniał Czejena od Komancza. Gdy mijaliśmy ich na chodniku, odbezpieczałem Colta, odliczałem honorowo dwadzieścia kroków, szybki obrót i pif paf. Padał trupem. Colt do kabury, idziemy na piwo. Przyjeżdżał szeryf, przepędzał sępy i od razu wiedział czyja to robota. I że ciał będzie więcej. Albo siadaliśmy koło biurowców w porze lunchu i patrzyliśmy na tych, którym się udało.
– Boże nie mogłabym tak.
– Ja też.
Do nich nie strzelałem.
– Szkoda kul. – uśmiechałem się pod wąsem i opuszczałem rondo kapelusza.
Mieliśmy dużo czasu dla siebie. Kowboje nie pracują.
Później jednak najczęściej kręciłem się sam. Ona zostawała dłużej po koniach albo szła do koleżanek. Wysiadałem raz z tramwaju i dostałem wpierdol. Wszedłem do domu i obróciłem to w żart, że pierwszy prawdziwy pojedynek w plecy, ale ona się nie śmiała. Mruknęła coś pod nosem, jakby „żalosne”, ale nie nic, nie chciała powtórzyć. Na konie też już nie chodziła. Byłem ze dwa razy ją odebrać i szło jej gorzej niż mi na strzelnicy. Rzuciła mnie parę dni później. Załamałem się. Zrozumiałem, jakie hektary mentalnej prerii dzieliły mnie od George’a Custera. Kupiłem jej na urodziny atlas koni albo mapę Teksasu, nie pamietam, ale trzasnęła drzwiami i była zła. Krzyknęła że pierdoli to kowbojstwo i żebym przestał. Umawiała się z facetem od koni, ale nie kowbojem. Raczej typem, któremu, miałem nadzieję, mieliśmy kiedyś strzelać pod nogi w saloonie krzycząc „Tańcz!”. Później poker, whiskey i zachodzące słońce.
Chciałem zawiązać idealne lasso, przerzucić przez belkę i kopnąć w krzesło. Ale pewnie nie skumałaby żartu, więc odpuściłem i myślałem co dalej.
Indianie nie znali alkoholu aż do spotkania z białymi. Dlatego mieli tak słabe głowy, uzależniali się raz dwa i biali zdobywali kilometr po kilometrze aż w końcu z prerii wyłonił się Pacyfik. A Indianie kończyli w rezerwatach z wątrobami w kawałkach. Zrozumiałem że nigdy nie będę kowbojem. Zostałem Indianinem. Nie było białych pionierów. Nie miałem też plemienia, które liczyłoby na mnie, Wielkiego Wodza, że wymodlę u bogów odporność na żelazne kule. Kule okazały się szklane, strzelcem byłem ja, a odporności nikt mi nie wymodlił.
Chodzę teraz na spotkania z innymi wodzami. Poniedziałki i czwartki, dwa przystanki przed strzelnicą. Słucham ich historii i w myślach nadaję tym wodzom imiona. Dziś siedzę pomiędzy Napierdalam Żonę i Dzieci oraz Zabiłem Człowieka na Pasach. Zaprawione w bitwach twarze i przerzedzone pióropusze. A jedyna blada twarz na sali zatyka kciuki za pasek od jeansów i patrzy na nas z wyższością i obrzydzeniem. Dokładnie jak George Custer obserwując indiańskich niedobitków po masakrze nad Washita River.
(ur. 1987) Interesuje się zawartością skrobi w ziemniaku oraz spalaniem w terenie zabudowanym.
