fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Spo­tka­nia mamy w po­nie­dział­ki i czwart­ki, dwa przy­stan­ki od strzel­ni­cy, więc tram­waj ten sam. Tylko droga krót­sza o kilka minut i pa­trząc na dło­nie panów tutaj to snaj­pe­rów z nich nie bę­dzie.

Po­sta­no­wi­li­śmy z dziew­czy­ną, że zo­sta­nie­my kow­bo­ja­mi. Zna­li­śmy się krót­ko, żadne z nas nie pra­co­wa­ło. Po­ży­czy­ła mi we­stern o Geo­r­ge’u Cu­ste­rze i uzna­li­śmy że tak, takie życie nas kręci. Oczy­wi­ście nie po­lo­wa­nie na bi­zo­ny czy ataki na In­dian, ale przy­go­da. Za­pi­sa­li­śmy się na kow­boj­skie za­ję­cia. Ona na jazdę konną, ja na strzel­ni­cę. Ja i ona, wrogi świat i pełny ma­ga­zy­nek prze­ciw­ko tym złym.

Kim byli ci źli? Na przy­kład tych dwóch, któ­rzy po­bi­li mi brata w parku, bo ca­ło­wał się z chło­pa­kiem. Typ pod kra­wa­tem wci­ska­ją­cy bab­ciom chwi­lów­ki. I cała resz­ta im po­dob­nych. Roz­po­zna­wa­li­śmy ich w tłu­mie tak jak Cu­ster z dwu­stu jar­dów od­róż­niał Cze­je­na od Ko­man­cza. Gdy mi­ja­li­śmy ich na chod­ni­ku, od­bez­pie­cza­łem Colta, od­li­cza­łem ho­no­ro­wo dwa­dzie­ścia kro­ków, szyb­ki obrót i pif paf. Padał tru­pem. Colt do ka­bu­ry, idzie­my na piwo. Przy­jeż­dżał sze­ryf, prze­pę­dzał sępy i od razu wie­dział czyja to ro­bo­ta. I że ciał bę­dzie wię­cej. Albo sia­da­li­śmy koło biu­row­ców w porze lun­chu i pa­trzy­li­śmy na tych, któ­rym się udało.

– Boże nie mo­gła­bym tak.

– Ja też.

Do nich nie strze­la­łem.

– Szko­da kul. – uśmie­cha­łem się pod wąsem i opusz­cza­łem rondo ka­pe­lu­sza.

Mie­li­śmy dużo czasu dla sie­bie. Kow­bo­je nie pra­cu­ją.

Póź­niej jed­nak naj­czę­ściej krę­ci­łem się sam. Ona zo­sta­wa­ła dłu­żej po ko­niach albo szła do ko­le­ża­nek. Wy­sia­da­łem raz z tram­wa­ju i do­sta­łem wpier­dol. Wsze­dłem do domu i ob­ró­ci­łem to w żart, że pierw­szy praw­dzi­wy po­je­dy­nek w plecy, ale ona się nie śmia­ła. Mruk­nę­ła coś pod nosem, jakby „ża­lo­sne”, ale nie nic, nie chcia­ła po­wtó­rzyć. Na konie też już nie cho­dzi­ła. Byłem ze dwa razy ją ode­brać i szło jej go­rzej niż mi na strzel­ni­cy. Rzu­ci­ła mnie parę dni póź­niej. Za­ła­ma­łem się. Zro­zu­mia­łem, jakie hek­ta­ry men­tal­nej pre­rii dzie­li­ły mnie od Geo­r­ge’a Cu­ste­ra. Ku­pi­łem jej na uro­dzi­ny atlas koni albo mapę Tek­sa­su, nie pa­mie­tam, ale trza­snę­ła drzwia­mi i była zła. Krzyk­nę­ła że pier­do­li to kow­boj­stwo i żebym prze­stał. Uma­wia­ła się z fa­ce­tem od koni, ale nie kow­bo­jem. Ra­czej typem, któ­re­mu, mia­łem na­dzie­ję, mie­li­śmy kie­dyś strze­lać pod nogi w sa­lo­onie krzy­cząc „Tańcz!”. Póź­niej poker, whi­skey i za­cho­dzą­ce słoń­ce.

Chcia­łem za­wią­zać ide­al­ne lasso, prze­rzu­cić przez belkę i kop­nąć w krze­sło. Ale pew­nie nie sku­ma­ła­by żartu, więc od­pu­ści­łem i my­śla­łem co dalej.

In­dia­nie nie znali al­ko­ho­lu aż do spo­tka­nia z bia­ły­mi. Dla­te­go mieli tak słabe głowy, uza­leż­nia­li się raz dwa i biali zdo­by­wa­li ki­lo­metr po ki­lo­me­trze aż w końcu z pre­rii wy­ło­nił się Pa­cy­fik. A In­dia­nie koń­czy­li w re­zer­wa­tach z wą­tro­ba­mi w ka­wał­kach. Zro­zu­mia­łem że nigdy nie będę kow­bo­jem. Zo­sta­łem In­dia­ni­nem. Nie było bia­łych pio­nie­rów. Nie mia­łem też ple­mie­nia, które li­czy­ło­by na mnie, Wiel­kie­go Wodza, że wy­mo­dlę u bogów od­por­ność na że­la­zne kule. Kule oka­za­ły się szkla­ne, strzel­cem byłem ja, a od­por­no­ści nikt mi nie wy­mo­dlił.

Cho­dzę teraz na spo­tka­nia z in­ny­mi wo­dza­mi. Po­nie­dział­ki i czwart­ki, dwa przy­stan­ki przed strzel­ni­cą. Słu­cham ich hi­sto­rii i w my­ślach na­da­ję tym wo­dzom imio­na. Dziś sie­dzę po­mię­dzy Na­pier­da­lam Żonę i Dzie­ci oraz Za­bi­łem Czło­wie­ka na Pa­sach. Za­pra­wio­ne w bi­twach twa­rze i prze­rze­dzo­ne pió­ro­pu­sze. A je­dy­na blada twarz na sali za­ty­ka kciu­ki za pasek od je­an­sów i pa­trzy na nas z wyż­szo­ścią i obrzy­dze­niem. Do­kład­nie jak Geo­r­ge Cu­ster ob­ser­wu­jąc in­diań­skich nie­do­bit­ków po ma­sa­krze nad Wa­shi­ta River.

Paweł W.
(ur. 1987) In­te­re­su­je się za­war­to­ścią skro­bi w ziem­nia­ku oraz spa­la­niem w te­re­nie za­bu­do­wa­nym.
NASTĘPNY

rozmowa  

Tocznia skrola (4): Rozpędzone technologie

— Paulina Chorzewska