84.
Co wynika z formuły lata w mieście? Konwulsje, ciągłe i nieskończone, takie, co przechodzą przez wymiary. Zawzięcie suche i płaskie jest Mazowsze, a czas w Warszawie jak kamień z procy. Opada długim łukiem. Nieporuszony żar drąży nasze poczucie przynależności. Czy warto być żywym?
Tak, ale na innym kontynencie. Oczywiście, ja również szukałem ukojenia, a nie mogąc go znaleźć, ciągle zawalałem się pod własnym ciężarem. Jednego dnia pierwszy raz od lat wybrałem się do Chmur, ciasnego i dusznego klubu na Pradze. Wypadała sobota. Z jakiegoś powodu wyobrażałem sobie, że pewnie wszystko się po drugiej stronie Wisły zmieniło. Posępny, z ociąganiem przesiadałem się w metrze; zniechęcony, z pretensją patrzyłem na praskich przechodniów. Nie mogłem oderwać wzroku od prognozy pogody, wyświetlanej na monitorach. Najgorsze miało jeszcze nadejść i wycisnąć z nas wszystkie soki. Za czterdzieści lat będziemy umierać na ten upał, na pył w powietrzu, na drobnoustroje — dwie chwile przed nami padnie większa część fauny i flory. Ziemia na wszystkich kontynentach stanie się jałowa i spękana przez suszę. To świetny czas, żeby być żywym — lepszego już nie będzie. Tymczasem w bramie Chmur rozstawiono dziesiątki leżaków, przy których wypoczywały dziesiątki osób. W wieczornym świetle kolorowych lampek wszyscy wyglądali pięknie. Byłem bardzo speszony i walczyłem z myślą, czy warto (walczyć). Przywitałem się z kolegą, który miał tu później grać. Dziwnie długo opowiadał o swojej fryzjerce. Że się przedwczoraj farbował i siedział u niej trzy godziny. Zresztą ta fryzjerka przyszła do Chmur pięć minut później i się na jego widok od ucha do ucha uśmiechnęła.
Zostawiłem ich i zajrzałem na parkiet. Pojedynczy ludzie kręcili się bez energii w takt połamanych bitów. Kumaci mówią o nich — o tych bitach — „dekonstrukcje” albo „postcluby”. Kiedyś mnie to jarało, ten fafuśny snobizm powykręcanych parkietów: przekonanie, że to wszystko to forma jakiejś wyjątkowo wartościowej, eksperymentalnej sztuki. Że z kolei towarzyszące temu walenie szczurów w kabinach ciasnych toalet tych zjebanych klubów to brawurowa, artystowska jazda po bandzie, którą warto, skoro wszyscy idziemy do piachu. Co tu dużo mówić, młodość swoją wypełniłem watą i jako taka właśnie — wypełniona watą — była ona dla mnie bezpowrotnie utracona. Typ przy dekach palił jointa i brał w płuca zamaszyste, chciwe buchy. Przypomniałem sobie, że w plecaku mam skitrane piwo. Odpaliłem je na stetryczałej kanapie kluczem od mieszkania — tym mniejszym, do klatki schodowej — i wygulgałem samotnie w dwie minuty. Nie pomogło. Po co się tak męczyć, po co się tak znieważać? Wciąż próbowałem sobie coś udowodnić. Coś mnie tu przecież, do tego klubu, przyciągnęło, z kimś się tutaj — przekonany o swojej dobrej woli — umówiłem, kogoś tutaj znałem. Wszystko na próżno. A teraz siedziałem rozbity na tej sfatygowanej kanapie, nie wiedząc, co począć. Salkę wypełniał ostry zapach potu i gandzi. Wyjść i mierzyć się z ludźmi czy zostać w środku z nogą założoną na nogę? Młodość wypełniona, prawda, watą. Nie mam żalu, ale chciałbym juz przestać być sobą, żyć na innym kontynencie. Dochodziła pierwsza w nocy, byłem wcięty, nic z niczego już dla mnie nie wynikało.
Minęło trochę czasu i swój set wreszcie zaczął kolega, ten od fryzjerki. Grał nieźle i przyciągnął na parkiet kilkanaście osób. Jego występ był mniej pretensjonalny i miał w sobie więcej powabu, dzięki któremu zrobiło mi się nieco lepiej. Trochę potańczyłem — cały zresztą zgrzany i spocony, jakbym właśnie skończył pielgrzymkę. Na kanapie pod ścianą — tej, na której godzinę temu gulgałem lewe piwo — siedział teraz jakiś dziwny koleś w ortalionie i miałem baczenie na nasze lekkie kurteczki, któreśmy tam zostawili. Był kompletnie najebany, nie mógł na tej kanapie usiedzieć — jednocześnie prostował się na niej i kładł. Ciężko to przełożyć. Ach, te miraże miejskich przygód! Po kwadransie wymknąłem się z sali i przy opustoszałym barze zamówiłem lufę. Była ciepła i się na to jej ciepło głośno poskarżyłem. Barman — piękny dwudziestolatek o nienagannej stylówce — zdzielił mnie karcącym spojrzeniem. Spłoszony, zajrzałem na ogródek: dziesiątki leżaków, przy których dziesiątki osób. Wszyscy śliczni.
Dochodziła druga, mieliśmy jechać. Kolega zszedł z deków i zamówił taksówkę, którą zabraliśmy się nad Wisłę do Palomy. Miał tam jeszcze grać, więc było mu spieszno. Z podróży pamiętam jakieś ciche, nieznaczące zachwyty nad meandrami nocy w mieście — skończona i bębniąca w trzewiach materia, którą staję oto uroczyście naprzeciw betonowego żywiołu. Saska fasada Zamku Królewskiego kibicowała naszym staraniom. Do klubu szliśmy od strony tego szumiącego tunelu dla fur przy Wybrzeżu Kościuszkowskim. Na schodach zrobiłem kilka zamazanych zdjęć. Na miejscu tłum ludzi — na parkiecie już nie było miejsca, trzeba było uważać, żeby się na nikogo nie nadziać, żeby nikogo nie przydeptać. Po dziesięciu minutach czekania w kolejce przy barze zapłaciłem za drinka 45 złotych — do końca wakacji będę z tego powodu płakał. My tu te skandaliczne drinki, a oni tam cierpienie i niedobór. To straszne, myślałem, to okropne. Pocieszałem się, że to moje wakacje, „lato w mieście” (z którego konwulsje). Ciągle walczyłem o kontenans. Byle do tej drugiej, byle do trzeciej. Rozglądałem się za resztą znajomych, którzy gdzieś tu byli — udawałem jakiegoś zajętego, pochłoniętego, nieprzejednanego przez to szukanie, stałem przed nudnym parkietem, później na obrzeżach jakiegoś zgromadzenia ludzi, a jeszcze później w kolejce do łazienki. Ktoś zaproponował mi szczura, ale odmówiłem. Cóżże, miałbym czekać z tym kimś w kolejce do kibla przez kwadrans, żeby do jamy nosowej zaaplikować sobie kępkę białego syfu, który zmuli mnie okrutnie i wypłuka resztkę mangezu? I cóżże, w kolejce na owy syf z tym kimś beznamiętnie gawędzić, komentować, że długa kolejka, że tak naprawdę to obaj nie lubimy tego miejsca? A później jeszcze za wszystko z przesadą mu dziękować? Młodość wypełniona, prawda, watą. Kręciłem się między kątami i niewiele z tego wynikało. Wreszcie zrobiła się trzecia i z czystym sumieniem miejskiego wojażera można było zawijać, prawda, do domu.
Myślę, że każda decyzja jest „brzemienna w skutki” — i o to właśnie w nich, w tych decyzjach, chodzi. Takie właśnie były te dni. Wszystko niepoważne — uchylając się od istotnych decyzji, chciałem być kimś innym. Wróciłem do domu, kiedy już świtało: znajoma mieszkająca nieopodal na Mokotowie wzięła taksówkę i wyskoczyłem z niej, z tej taksówki, na przystanku — tam, gdzie Aleja Niepodległości krzyżuje się z Madalińskiego. Podczas wspólnej podróży rozmawialiśmy o czymś bardzo poważnym, o miłości i uczuciach, na które chorujemy i których do siebie nie żywimy. Czym jest heroizm i jak go obejść? Przynajmniej w czasach pokoju.
*
Innego dnia Brzask przy Królikarni: to wszystko minie, z tego niewiele zostanie. Kto przychodzi o czwartej rano na polanę przed Muzeum Rzeźby? Sami kumaci.
Albo rozkopani. Sobota, niedziela, nic przed niczym, jutro znowu, od nowa, raz jeszcze, to parszywe pisanie, z którego nic nie wynika, które nigdzie nie prowadzi — pisanie jako nieudana misja, wymuszona powinność, jak dziecko prowadzone przez rodziców do kościoła. Jest niedziela, a ja nie wierzę w Boga, ręce mam spalone od słońca, które „wróg mój”, i cóżże po tym wszystkim: to wszystko minie, z tego niewiele zostanie. Nade mną „kwiaty pachnące” jak ta rozkopana po Brzasku niedziela. Dochodzi trzynasta, w niewielkiej kuchni robię sobie makaron, a złote drobinki słońca odbijają się na piaskowych fasadach starych kamienic. Jakże szczęśliwie byłoby na innym kontynencie, jakże pięknie.
85.
To był wspaniały widok. Podpierając się rękami, siedział wyciągnięty na stercie długich betonowych płyt pośród gruzów trakcyjnych, zmienianych rozkładów, spóźnień, ponagleń, przesiadek. Na sobie miał roboczą kamizelkę i kask z utwardzanego plastiku, a za plecami lśniącą kopułę centrum handlowego. Rzecz działa się w środku kraju, na wysokości rozkopanej rogatki kolejowej przy warszawskim Dworcu Zachodnim. Było południe, miasto już wypluwało z siebie dziesiątki pociągów. Nogi w kolanach miał ugięte. Nieopodal, kilka metrów za nasypem, stał czerwony tir z wielkim wiertłem, wycelowanym w ziemię pod kątem prostym. Jeszcze dalej znajdował się masywny walec, o który wsparto sfatygowane łopaty, narzędzia, przybory. W okolicy leżały zbrojenia i pręty, żółte karbowane rury, ścielące się na piasku i żwirze, palone i odkształcane przez słońce przełomu czerwca i lipca. Siedział wygodnie i niczego nie musiał, patrzył przed siebie, czekając, aż przeminie wraz z latem. Patron moich wakacji. Minąłem go i pognałem na południe kraju. Liczyłem na bliskość akwenów. Zaprawdę powiadam wam: praca przeobraża naturę.
*
„Przez cały dzień żyłem”, cały dzień byłem żywy — niebywałe, że tym gardziłem, że o to nie dbałem. Że miałem to w poważaniu. A od samego początku — kiedy tylko z horyzontu wysunęło się to bezpańskie lato — gdzieś tam głęboko w sobie wiedziałem, że przecież wypada, że przecież warto żyć.
(ur. 1991), krytyk literacki, publicysta, prozaik. Doktorant w Instytucie Badań Literackich PAN w ramach projektu „Humanistyka cyfrowa”. Publikuje w prasie i internecie. Stały współpracownik „Małego Formatu”.
