fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Spo­ty­ka­my się do­pie­ro w ty­dzień po na­szej ro­man­tycz­nej schadz­ce na cza­cie. Raz, że no­co­wa­łem poza domem i wy­jeż­dża­łem do Wo­ło­mi­na, dwa, że chcia­łem po­cze­kać na to prawe oko, żeby mi się wresz­cie do końca otwo­rzy­ło, a trzy, że ona sama nie wy­cho­dzi­ła w mię­dzy­cza­sie z żadną kon­kret­ną ini­cja­ty­wą. Wie­dzia­ła, że mam jesz­cze do zro­bie­nia ostat­nie po­praw­ki z tym swoim gło­wo­po­dob­nym od­ro­stem, więc pew­nie wy­czu­ła, że wolę to wprzó­dy za­ła­twić. Oczy­wi­ście, by­li­śmy w kon­tak­cie i spo­wia­da­li­śmy się sobie ze swo­ich dni mniej bądź bar­dziej wy­lew­nie, ale ni­cze­go nie pro­po­no­wa­ła, prz­yn­ajmniej nie w realu. Nie mia­łem jej tego za złe; uzna­łem, że zdaje się na mnie i już.

Raz nad ranem (wy­pa­dał czwar­tek) od­czy­ta­łem wia­do­mo­ści wy­sy­ła­ne przez nią mię­dzy pierw­szą a drugą w nocy, wszyst­kie w od­stę­pie pięt­na­stu minut: naj­pierw „śpisz już?”, póź­niej „szko­da”, a na ko­niec „buźka”. Ko­cha­ne. Śniły mi się aku­rat ja­kieś po­ści­gi w wiel­kim mie­ście za oce­anem. Ucie­ka­łem przed zło­wro­gim gan­giem, któ­re­go herszt nosił tur­ban i prąż­ko­wa­ną kol­czu­gę. W czer­wo­nym ka­brio­le­cie wy­krę­ca­łem ósem­ki na par­kin­gu wiel­kie­go dys­kon­tu. A może to ja byłem tym hersz­tem? Ban­dy­tą w sli­pach. Wszyst­kim nam śpie­wa­ło słoń­ce. Przy­po­mi­na­ło tro­chę logo Ni­rva­ny – tego bo­omer­skie­go ze­spo­łu z po­przed­nie­go stu­le­cia. Nic z tego nie miało żad­ne­go zna­cze­nia i nad ranem nie chcia­ło mi się w tym grze­bać.

Wi­dzi­my się przy Hali Mi­row­skiej za pół­to­rej go­dzi­ny. Ma bli­sko, wy­star­czy, że zje­dzie win­dą w dół i prze­tnie skrzy­żo­wa­nie. Wy­bie­ram się tam przez wiecz­ność, za­kła­dam różne swe­try, zmie­niam spodnie, przed lu­strem do­bie­ram ele­men­ty gar­de­ro­by, cho­dzę za­fra­so­wa­ny i od­pa­lam fajkę od fajki. Mar­cin przy­glą­da mi się, ale nie do­py­tu­je, gdzie wy­cho­dzę. W ogóle wy­glą­da na ja­kie­goś ob­ra­ż­on­ego. Czy o czymś za­po­mnia­łem? Pew­nie już się wszyst­kie­go do­my­śla. Tro­chę mnie to znie­chę­ca. Nic nie mówi, a czuję, że mnie oce­nia. Wy­star­czy, że jest, że sie­dzi przy ku­chen­nym stole z kub­kiem her­ba­ty. Przez ścia­nę sły­szę, jak sior­bie. Robi to na pokaz i z prze­ko­ry, po pro­stu żeby za­jąć wobec mo­je­go wie­czo­ru ja­kieś sta­no­wi­sko. Dzia­ła mi to na nerwy. Mówi, że na dniach za­pro­si do nas tę swo­ją Zosię. Mam być go­to­wy. Fan­ta­zju­ję sobie, że spo­ty­ka­my się u nas we czwór­kę na ko­la­cję i jest nor­mal­nie. Że ja z Mar­ci­nem go­tu­je­my, a one przy­cho­dzą z kur­tu­azyj­nym winem albo ja­kimś de­se­rem: ob­le­śnie słod­ką wu­zet­ką czy wy­mę­czo­nym ser­ni­kiem, które sobie iro­nicz­nie już po wszyst­kim do­ja­da­my. Tym­cza­sem za­pa­la­my w ko­min­ku praw­dzi­wy ogień, po­dłuż­ny stół na­kry­wa­my ob­ru­sem. Jest przy­tul­nie, roz­ma­wia­my o czymś we­so­łym i krze­pią­cym, wszy­scy czują się do­brze, wszyst­ko wszyst­kim sma­ku­je. Po ko­la­cji je­ste­śmy ocię­ża­li, więc od­pa­la­my z rzut­ni­ka wspól­ny film i do­pi­ja­my wino. To coś nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce­go, jakaś wy­so­ko­bu­dże­to­wa pro­duk­cja, coś o miej­skich gan­gach i ich dwóch hersz­tach, jed­nym w tur­ba­nie, dru­gim w sli­pach. Wtedy wcho­dzi to cia­sto, któ­reś z nas kroi je od nie­chce­nia na nie­rów­ne ka­wał­ki. Potem roz­cho­dzi­my się do po­ko­jów, śpimy jak za­bi­ci. Upły­wa­ją ty­go­dnie, Magda z Zo­sią zo­sta­ją ser­decz­ny­mi kum­pel­ka­mi, ich re­la­cja za­czy­na żyć wła­snym ży­ciem. Rok póź­niej o tej porze wy­jeż­dża­my wszy­scy na wspól­ne wa­ka­cje, gdzieś na po­łu­dnie, do stre­fy pod­zwrot­ni­ko­wej. I ba­wi­my się tam przed­nio.

Po pra­wie go­dzi­nie eks­pe­ry­men­to­wa­nia wkła­dam czar­ne spodnie, czar­ną ko­szul­kę i czar­ny swe­ter, czar­ną czap­kę, czar­ne mar­ten­sy i czar­ny płaszcz. W szu­fla­dzie w przed­po­ko­ju znaj­du­ję skó­rza­ne rę­ka­wicz­ki, czar­ne, i je też za­kła­dam, wsu­wam na dło­nie. Są fan­ta­zyj­ne, mógł­bym w nich dusić swoje ofia­ry i nikt by się o mnie nie do­wie­dział. Na ze­wnątrz jest ja­kieś ty­siąc stop­ni na mi­nu­sie, War­sza­wa w śnie­gu i smogu to pier­do­lo­ne pie­kło, tru­ją­cy koł­choz. Biorę tram­waj. Na od­cin­ku od Placu Unii Lu­bel­skiej aż do Kró­li­kar­ni ulica Pu­ław­ska wciąż jest roz­ko­pa­na, ale przed syl­we­strem zdo­ła­li uru­cho­mić ruch na szy­nach.

Zbli­ża się wie­czór, od dawna już ciem­no­ści. Jadę w za­tło­czo­nym wa­go­nie z wi­do­kiem na po­łu­dnio­wą bramę do Śród­mie­ścia – dzie­więć­dzie­się­cio­me­tro­wą wieżę han­dlo­wo-biu­ro­wą, mał­pu­ją­cą no­wo­jor­ski Fla­ti­ron, a zbu­do­wa­ną na pod­kład­ce i gru­zach po­czci­we­go Su­per­sa­mu. Była to wspa­nia­ła, mo­der­ni­stycz­na bryła, którą wszy­scy po­win­ni­śmy opła­ki­wać jak zbyt wcze­śnie wy­ga­słą gwiaz­dę. W kro­ni­kach fil­mo­wych sprzed pół wieku można zo­ba­czyć, jak klasa ro­bot­ni­cza cie­szy się z naj­więk­sze­go skle­pu sa­mo­ob­słu­go­we­go w sto­li­cy, jak roz­sia­da się w barze Fry­kas, jak de­gu­stu­je eu­ro­pej­ską at­mos­fe­rę lo­ka­lu, jak kon­tem­plu­je róg ob­fi­to­ści han­dlu uspo­łecz­nio­ne­go i ko­rzy­sta z życia. Kiedy na prze­ło­mie wie­ków klasę ro­bot­ni­czą i lud pra­cu­ją­cy za­stą­pi­ła w sto­li­cy na­pły­wo­wa klasa śred­nia, wieża wy­ro­sła jako jedna z jej no­wych wi­zy­tó­wek. Czy coś. Jebać ich, niech sobie tam w niej sie­dzą.

Wy­bi­ja osiem­na­sta, ła­pie­my się i je­ste­śmy o cza­sie. Stoi, opa­tu­lo­na jak ja. Pod kap­tu­rem i za sza­lem owi­ja­ją­cym jej twarz do­strze­gam oczy i ka­wa­łek czoła. Uśmie­cha się na mój widok, widzę to przez te wszyst­kie war­stwy i za­sło­ny. To nasze pierw­sze spo­tka­nie od czasu, kiedy prze­cię­li­śmy się w Świe­tli­cy. Była wtedy późna je­sień, prze­łom li­sto­pa­da i grud­nia. Mimo wszyst­ko je­stem spo­koj­ny. Ona chyba też, skoro na przy­wi­ta­nie uchy­la swój szal i ca­łu­je mnie w po­li­czek. Z miej­sca po­da­je mi rękę, zgod­nie od­bi­ja­my w jed­ną stro­nę. Trzy­ma­my się przez rę­ka­wicz­ki, ale czuję cie­pło jej dłoni. Lu­dzie ra­czej po­zo­sta­wa­li dziś w do­mach. Idzie­my w stro­nę Cen­tral­nej, opo­wia­dam jej o Wo­ło­mi­nie. Że mają pięk­ny ko­ściół, że na tam­tej­szym be­to­no­wym Placu 3 Maja od­la­ny z brązu pa­pież na­chy­la się ku małej dziew­czyn­ce z war­ko­czy­ka­mi, trzy­ma­nej przez ro­dzi­ca. Lada chwi­la po­le­ci do ojca świe­̨t­ego i obej­mie go za udo. Warto się wy­brać, mówię, i zo­ba­czyć ten wa­riant pol­skiej ra­do­ści. Prze­ci­na­my razem dwo­rzec, a potem pod­ziem­ne ko­ry­ta­rze. Gdzieś po dro­dze mi­ja­my wnękę, w kto­́rej nie­daw­no no­co­wa­łem, ale nie chwa­lę się tym Mag­dzie.

Żeby do­stać się do war­szaw­skie­go fo­to­pla­sti­ko­nu, trze­ba przejść przez dwie bramy i ro­pie­ją­ce po­dwór­ko se­ce­syj­nej Ka­mie­ni­cy Ho­se­rów, która ja­kimś cudem bez więk­sze­go szwan­ku prze­ży­ła wojnę. I jest w tym mie­ście słyn­na wła­śnie dla­te­go, że prze­ży­ła, że oca­la­ła, poza tym nie może robić prze­cież więk­sze­go wra­że­nia. Za­wsze my­śla­łem, że fo­to­pla­sti­kon to ide­al­ne miej­sce na rand­kę, a co my ze sobą tutaj ro­bi­my, jeśli znowu nie rand­ku­je­my? Ka­me­ral­ne miej­sce, cie­płe i suche. Przy kasie ścią­ga­my płasz­cze i nad­mia­ro­we swe­try, wszyst­kie zi­mo­we war­stwy. W małym lu­ster­ku po­pra­wiam przy­klap­nię­te włosy, ona pod­cho­dzi i mnie sztur­cha, żebym zro­bił jej miej­sce. „Nawet ład­nie razem wy­glą­da­my”, mówi do na­szych odbić. Wy­cią­ga ko­mór­kę i robi nam zdję­cie. Czuję za­pach jej wło­sów, nowe per­fu­my – pa­czu­la i jakiś dym.

Po­miesz­cze­nie z fo­to­pla­sti­ko­nem to nie­wiel­ka, utrzy­ma­na w przy­tul­nym pół­mro­ku salka z mię­kkim czer­wo­nym dy­wa­nem na par­kie­cie i ścia­na­mi po­kry­ty­mi ele­ganc­ką bo­aze­rią z praw­dzi­we­go drew­na. Żeby tu wejść, trze­ba prze­drzeć się przez ma­syw­ną ko­ta­rę. Je­ste­śmy je­dy­ny­mi go­ść­mi. Już nie pa­mię­tam, kto mi to po­ka­zał. Urzą­dze­nie dzia­ła w tym miej­scu nie­prze­rwa­nie od ponad wieku. To ma­syw­na, wy­so­ka na ponad dwa metry owal­na buda z dwu­dzie­sto­ma wi­zje­ra­mi, przed któ­ry­mi można za­sia­dać na ta­bo­re­tach. Magda pod­cho­dzi do sta­no­wi­ska numer trzy, ja sia­dam przy ósem­ce. Tra­fi­li­śmy aku­rat na pre­zen­ta­cję zdjęć z przed­wo­jen­nej i współ­cze­snej War­sza­wy. Naj­pierw przed ocza­mi śmiga czar­no-bia­ła sto­li­ca z lat dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych, a póź­niej już ko­lo­ro­wa, dzi­siej­sza. Au­to­mat co pięć czy sześć se­kund prze­su­wa ob­raz­ki z wi­zje­ra do wi­zje­ra. Trój­wy­mia­ro­we zdję­cia uka­zu­ją, jak to samo miej­sce zmie­ni­ło się w ciągu wieku. To nawet na swój spo­sób cie­ka­we. Magda na­chy­la się lekko przy swoim sta­no­wi­sku i na głos ko­men­tu­je, co widzi. Włosy opa­da­ją jej na po­licz­ki, mam ocho­tę za­cia­̨gnąć je za uszy, ale coś mnie po­wstrzy­mu­je. Skrzy­żo­wa­ła ze sobą nogi. Wy­glą­da wspa­nia­le, jej głos roz­cho­dzi się po salce i mie­sza z brzę­kiem me­cha­ni­zmu prze­su­wa­ją­ce­go fo­to­gra­fie. Przed ocza­mi mi­ga­ją nam miej­skie land­sza­fty, ele­ganc­cy lu­dzie z przed­woj­nia i brzyd­ki współ­cze­sny tłum, fa­sa­dy sta­rych ka­mie­nic i strze­żo­ne osie­dla, parki z roz­ło­ży­sty­mi drze­wa­mi i oka­le­czo­ne, be­to­no­we skwe­ry. W czym je­ste­śmy gorsi od umar­łych? Poza tym, że mamy słab­szy styl. Wszy­scy­śmy za­wsze tro­pi­li prze­ży­cie.

(…)

*

Skóra jej szyi jest blada i gład­ka, moja prze­ora­na wy­pry­ska­mi i bli­zna­mi. Wy­pu­kłe, pla­mi­ste bruz­dy okrą­ża­ją ją i ukła­da­ją się w coś w ro­dza­ju cho­ke­ra. Mie­li­śmy po tym cza­sie ko­re­spon­den­cji se­kret­ne po­ro­zu­mie­nie – za­mó­wi­ła ubera i po­je­cha­li­śmy do niej.

Do­cho­dzi­ła dzie­sią­ta, na po­bo­czach opu­sto­sza­łych ulic za­le­ga­ły ubło­co­ne zwały śnie­gu, który ście­lił się grubo po chod­ni­kach jak nie­chcia­ne sma­ro­wi­dło – roz­ora­ny, prze­trą­co­ny, po­pie­la­ty. W sa­mo­cho­dzie po­ło­ży­ła rękę wy­so­ko mię­dzy moimi udami, jakby za­mie­rza­ła roz­piąć mi zamek w spodniach. Wspię­li­śmy się po scho­dach na piąte pię­tro. Mó­wi­li­śmy nie­wie­le. Kiedy otwie­ra­ła drzwi, gdzieś z głębi miesz­ka­nia za­szcze­kał pies, któ­rym mia­łem się nie przej­mo­wać. Prze­pro­si­łem ją i wsze­dłem do ła­zien­ki, żeby roz­sma­ro­wać ostat­nie grud­ki ropy pod skórą szyi i w dwóch na­brzmia­łych miej­scach po­pra­wić pla­ster. To było pilne, nie mogło po­cze­kać. Umy­łem ręce, spoj­rza­łem na sie­bie. Wy­glą­da­łem nie­źle, na­cią­gną­łem jesz­cze skórę przy pra­wej skro­ni, żeby pomóc uło­żyć się po­wie­ce, nieco już oklap­nię­tej. Po­my­śla­łem, że to jest to, że pew­nie le­piej już ze mną nie bę­dzie. Boj­ler z wodą wydał z sie­bie dźwięk przy­tłu­mio­ne­go chlu­po­tu.

Sie­dzia­ła w swoim po­ko­ju przy biur­ku – wą­skim bla­cie, aku­rat na lap­to­pa. Włą­czy­ła lamp­kę z czer­wo­nym świa­tłem, tym samym, które ty­dzień temu od­bi­ja­ło się na jej zdję­ciach. Po­miesz­cze­nie mogło mieć naj­wy­żej trzy metry kwa­dra­to­we. Na­prze­ciw biur­ka mie­ścił się duży, dwu­oso­bo­wy ma­te­rac z gru­bą koł­drą, a po­wy­żej okno, wy­cho­dzą­ce na fa­sa­dę banku po dru­giej stro­nie ulicy. To tyle.

W fo­to­pla­sti­ko­nie było dużo zdjęć z są­siedz­twa, ten bank stał tutaj od za­wsze. Po­wie­dzia­łem jej: „Masz przy­tul­nie jak w cie­płej dziu­pli”, na co prych­nę­ła lek­ce­wa­żą­co. Wsta­ła z krze­sła i prze­je­cha­ła dło­nią po moich opa­trun­kach. Ob­ję­li­śmy się i sta­nę­li­śmy na­prze­ciw sie­bie, czoło w czoło. Mógł­bym osza­leć od tego za­pa­chu, od jej po­licz­ków, wło­sów, od jej ust. Przez se­kun­dę czy dwie szu­ka­łem w my­ślach jed­nej rze­czy, któ­rej w niej nie lubię.  Wsu­nę­ła swoje udo mię­dzy moje. Ca­ło­wa­li­śmy się długo (…)

Krzysztof Sztafa

„Wielka radość w polskich domach”, WBPiCAK, Poznań 2024, s. 162. Premiera: 11 czerwca 2024 r.

Krzysz­tof Szta­fa
ur. 1991, pro­za­ik, oka­zjo­nal­nie kry­tyk li­te­rac­ki. Czło­nek re­dak­cji „Ma­łe­go For­ma­tu”.

Krzysztof Sztafa

„Wielka radość w polskich domach”, WBPiCAK, Poznań 2024, s. 162. Premiera: 11 czerwca 2024 r.

POPRZEDNI

szkic  

Niedzielne ziemie. Poezja i dobra wspólne

— Dawid Kujawa

NASTĘPNY

varia felieton  

Kocur literacki (3): Kłótnik z niewygodnego krzesełka

— Barbara Rojek