fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Prze­kleń­stwo do­słow­no­ści

To, że Łu­kasz Barys po­sta­no­wił prze­pi­sać hit Sally Ro­oney na wer­sję pa­bia­nic­ką, nie jest szcze­gól­ną ta­jem­ni­cą. Sama za­czę­łam w pry­wat­nych roz­mo­wach for­mu­ło­wać to roz­po­zna­nie po lek­tu­rze jed­nej trze­ciej „Ma­łych pa­ją­ków” i szyb­ko zo­rien­to­wa­łam się, że jest ono mało od­kryw­cze. Zna­jo­mi pod­sy­ła­li mi mó­wią­ce do­kład­nie to samo re­cen­zje i opi­nie z lu­bi­my­czy­tać.pl, a nawet skri­ny z pry­wat­nych kon­wer­sa­cji, świad­czą­ce o tym, że masa ludzi – naj­czę­ściej nie­za­leż­nie od sie­bie – do­cho­dzi do tych sa­mych wnio­sków. Jed­nak do­pie­ro kiedy mój ko­le­ga sfor­mu­ło­wał mi­mo­cho­dem tę samą in­tu­icję je­dy­nie na pod­sta­wie lek­tu­ry za­jaw­ki wy­daw­ni­czej ze stro­ny Wy­daw­nic­twa Li­te­rac­kie­go, zro­zu­mia­łam, że przy­le­głość am­bi­cji i po­ety­ki (ale też za­sad­ni­cze­go sche­ma­tu fa­bu­lar­ne­go) „Ma­łych pa­ją­ków” Ba­ry­sa do „Nor­mal­nych ludzi” może być rze­czą tak ba­nal­ną, jak i klu­czo­wą dla zro­zu­mie­nia, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

Barys bo­wiem per­fek­cyj­nie od­po­wia­da na za­mó­wie­nia czy­tel­ni­cze – i to już od de­biu­tu. Za­uwa­ża­no to w do­tych­cza­so­wej re­cep­cji jego po­wie­ści, ale głosy te gi­nę­ły jakoś w na­tło­ku afir­ma­cji pły­ną­cej ze stro­ny naj­bar­dziej ma­in­stre­amo­wych me­diów. Żeby wy­prze­dzić wąt­pli­wo­ści, dodam: tak, jest to za­rzut o cy­nizm. Ale ra­czej o cy­nizm pro­jek­tu li­te­rac­kie­go Ba­ry­sa niż sa­me­go pi­sa­rza. Nie wy­da­je mi się, by autor wie­czo­ra­mi za­cie­rał w mroku ręce, nie­po­ko­ją­co chi­cho­cząc nad snu­tym przez sie­bie pla­nem wy­ki­wa­nia ca­łe­go pola li­te­rac­kie­go. Jed­nak dys­po­nu­je on świet­ną in­tu­icją, po­zwa­la­ją­cą wy­czu­wać od­bior­cze na­stro­je i wy­cho­dzić im na­prze­ciw.

Uj­mu­jąc spra­wę w ten spo­sób, że­ru­ję ra­czej na cu­dzych roz­po­zna­niach, niż pro­po­nu­ję wła­sne. Jeśli do­brze zma­po­wa­łam re­cep­cję Ba­ry­sa, pierw­szą osobą sta­wia­ją­cą mu za­rzut pa­ko­wa­nia do twór­czo­ści jak naj­więk­szej licz­by „waż­nych te­ma­tów spo­łecz­nych”, ma­ją­cych za­skar­biać au­to­ro­wi sym­pa­tię gre­miów ju­ror­skich, był Krzysz­tof Sze­re­me­ta w pod­ca­ście „Nowy Gra­mo­fon”. Po­dob­ne kwe­stie pod­no­sił Mar­cin Bełza, kiedy ko­men­tu­jąc de­biut Ba­ry­sa, pisał o wra­że­niu, że „jest to tekst pi­sa­ny na za­mó­wie­nie re­dak­cji «Ga­ze­ty Wy­bor­czej» lub «Po­li­ty­ki» – «niech nam pi­sarz pięk­nie ukaże wszyst­ko to, co tak świet­nie wiemy i czym tak bar­dzo się fra­su­je­my»”. Bank roz­bi­ła jed­nak osta­tecz­nie Pau­li­na Ma­ło­chleb we wstę­pie do re­cen­zji „Ma­łych pa­ją­ków”, pi­sząc: „gdy­by­śmy szu­ka­li po­wie­ści, która chce się po­do­bać każ­de­mu i po­ru­szać wszyst­kie te­ma­ty – to tak, w tym kon­kur­sie Barys zaj­mu­je wy­so­ko punk­to­wa­ne miej­sce i ma szan­se na tytuł naj­mil­sze­go uczest­ni­ka tego tur­nu­su”.

Te głosy wy­da­ją mi się bar­dzo cie­ka­we z dwóch po­wo­dów. Po pierw­sze, prze­cież nie jest tak, że Barys po­do­ba się każ­de­mu. Ow­szem, jego de­biut zy­skał ogrom­ny roz­głos i zo­stał wy­róż­nio­ny Pasz­por­tem „Po­li­ty­ki”, ale mimo wszyst­ko po­dzie­lił spo­łecz­ność czy­tel­ni­czą, ze­brał parę kop­nia­ków i nie był jed­no­gło­śnie, chó­ral­nie, chwa­lo­ny. Tym, co draż­ni re­cen­zen­tów, jest więc nie tyle to, że Barys fak­tycz­nie po­do­ba się wszyst­kim, ile ra­czej to, że chce się wszyst­kim po­do­bać. Uza­sad­nie­niem tych za­rzu­tów nie jest więc od­biór jego po­wie­ści, lecz one same – ich za­uwa­żal­ne ła­sze­nie się do czy­tel­ni­ka. Po dru­gie, fakt, że to pra­gnie­nie do­go­dze­nia wszyst­kim daje się wy­czy­tać z ksią­żek, wska­zu­je na to, że au­to­ro­wi nie w pełni wy­cho­dzi jego re­ali­za­cja. Ma­ru­dzą­cym re­cen­zen­tom prze­cież nie do­go­dził, nie schwy­tał na swoją wędkę wszyst­kich od­bior­ców. Nawet wię­cej – pró­bu­jąc to robić, wzbu­dził nie­uf­ność. Barys ope­ru­je zbyt moc­ny­mi, zbyt do­słow­ny­mi i grubo cio­sa­ny­mi ge­sta­mi, byśmy mogli za nim in­tu­icyj­nie po­dą­żać, za­wie­sza­jąc ewen­tu­al­ne wąt­pli­wo­ści.

W kon­tek­ście de­biu­tu za­uwa­żył to Piotr Sa­dzik, wska­zu­jąc na ogól­ny pro­blem, który – jak sądzę – po pierw­szej książ­ce wcale nie znik­nął:

Pod­sta­wo­wy pro­blem z nar­ra­cją Ba­ry­sa po­le­ga jed­nak na tym, że nie­kie­dy zu­peł­nie bez­wied­nie mówi się tu słusz­ny­mi ha­sła­mi. Ten­den­cja ta osią­ga apo­geum w in­kru­stu­ją­cych tekst de­kla­ra­cjach ide­owych po­wią­za­nych z sy­gna­ła­mi wraż­li­wo­ści spo­łecz­nej au­to­ra. Barys wkła­da w usta po­szcze­gól­nych po­sta­ci frazy wy­glą­da­ją­ce jak wy­pi­sy z bryku le­wi­co­we­go za­an­ga­żo­wa­nia.

To prze­kleń­stwo do­słow­no­ści re­ali­zo­wa­ło się w pierw­szych dwóch po­wie­ściach („Ko­ściach, które no­sisz w kie­sze­ni” i „Jeśli prze­cię­to cię na pół”) za po­mo­cą pierw­szo­oso­bo­wej nar­ra­cji pro­wa­dzo­nej z per­spek­ty­wy nie­do­ro­słych bo­ha­te­rów. W ten spo­sób na­iw­nie brzmią­ce, pro­ste frazy (które przy odro­bi­nie do­brej woli można było tłu­ma­czyć próbą na­śla­do­wa­nia dzie­cię­ce­go wi­dze­nia świa­ta) prze­pla­ta­ły się z wprost wy­kła­da­ny­mi słusz­ny­mi ana­li­za­mi hi­sto­rii i re­la­cji spo­łecz­nych (które już nie spo­sób było lo­gicz­nie po­łą­czyć z dzie­cię­cym nar­ra­to­rem).

Tak, jest to zarzut o cynizm. Ale raczej o cynizm projektu literackiego Barysa niż samego pisarza

„Małe pa­ją­ki” są od tej za­sa­dy wy­jąt­kiem i wpro­wa­dza­ją u Ba­ry­sa for­mal­ne novum. Autor zre­zy­gno­wał z łatwo uspra­wie­dli­wia­ją­cych warsz­ta­to­we po­tknię­cia roz­wią­zań, de­cy­du­jąc się na nar­ra­cję per­so­nal­ną. Od­pu­ścił też do­tych­czas fun­da­cyj­ną „po­etyc­kość” ję­zy­ka (tak czę­sto chwa­lo­ną przez re­cen­zen­tów) i w jej miej­sce za­pro­po­no­wał pę­dzą­cą fa­bu­łę, roz­pię­tą przez więk­szość po­wie­ści mię­dzy dwoma pun­ta­mi wi­dze­nia: Oli i To­bia­sza. Na­pi­sał w ten spo­sób bez wąt­pie­nia naj­lep­szą ze wszyst­kich swo­ich po­wie­ści – pró­bu­ją­cą roz­gry­wać wię­cej kwe­stii w dzia­ła­niach bo­ha­te­rów, a mniej w de­kla­ra­cjach nar­ra­to­ra. Klu­czo­we jest tu jed­nak słowo „pró­bu­ją­cą”. „Małe pa­ją­ki” by­naj­mniej nie są świa­dec­twem wy­le­cze­nia się Ba­ry­sa z ob­se­syj­nej po­trze­by mó­wie­nia o wszyst­kim wprost. Mam jed­nak na­dzie­ję, że są symp­to­mem prze­cho­dzo­nej ku­ra­cji.

Choć więc de­kla­ra­tyw­no­ści jest tro­chę mniej, wciąż sta­no­wi naj­więk­szą wadę pi­sar­stwa au­to­ra „Jeśli prze­cię­to cię na pół”. I zdaje się, że to ona – obok za­sad­ni­cze­go sche­ma­tu fa­bu­lar­ne­go, opar­te­go na prze­cią­gnię­tym w cza­sie ro­man­sie osób o róż­nym sta­tu­sie ma­te­rial­nym, znaj­du­ją­cych się u progu do­ro­sło­ści – spra­wi­ła, że wszy­scy jak na dłoni za­uwa­ży­li: Barys chce na­śla­do­wać „Nor­mal­nych ludzi”. Tam, gdzie u Ro­oney pra­co­wa­ły de­ta­le, gesty i nie­do­po­wie­dze­nia, Barys wrzu­ca wnio­ski. Nie­zbyt udol­nie na­śla­du­jąc, zbli­ża się do nie­za­mie­rzo­nej pa­ro­dii.

Te­ra­peu­ty­zo­wa­nie klasy

Gdy oglą­da­łam stre­am z or­ga­ni­zo­wa­nej przez Dom Li­te­ra­tu­ry w Łodzi dys­ku­sji „Pod­su­mo­wa­nie roku 2022 w pro­zie”, szcze­gól­nie za­pa­dła mi w pa­mięć część roz­mo­wy do­ty­czą­ca Annie Er­naux. Stało się tak nie tylko dla­te­go, że pro­wa­dzą­cy spo­tka­nie przy­wo­ły­wał opi­sy­wa­ne w „La­tach” dys­ku­sje o abor­cji z lat 60. we Fran­cji, ze­sta­wia­jąc je z rze­ko­mym „za­póź­nie­niem oby­cza­jo­wym Pol­ski” (za­po­mi­na­jąc, że w rze­czo­nym okre­sie w Pol­sce – w prze­ci­wień­stwie do Fran­cji – abor­cja była le­gal­na). Przede wszyst­kim jed­nak dla­te­go, że bio­rą­cy udział w dys­ku­sji Barys – wy­po­wia­da­jąc się jako „re­pre­zen­tant mło­de­go po­ko­le­nia”, a więc chyba i mój, wszak dzie­lą nas z Ba­ry­sem rap­tem trzy lata – pod­kre­ślał przy­stęp­ność i li­te­rac­ką war­tość „Bli­skich”, wi­docz­ną na tle mniej po­cią­ga­ją­cych go „Lat”. Długo my­śla­łam o tej wy­po­wie­dzi. Nie mo­głam zro­zu­mieć, jak można ten ab­so­lut­nie za­chwy­ca­ją­cy, sze­ro­ko za­kro­jo­ny i in­te­lek­tu­al­nie do­pra­co­wa­ny pro­jekt to­tal­ny, jakim jest od­pod­mio­to­wio­na au­to­bio­gra­fia, w ogóle po­rów­ny­wać do – ow­szem, świet­nie na­pi­sa­nych i uni­ka­ją­cych po­pa­da­nia w banał, ale jed­nak – wą­skich wy­im­ków z wła­snej prze­szło­ści. Na dobrą spra­wę wciąż nie mogę tego w pełni pojąć. Jed­nak im dłu­żej ana­li­zu­ję fakt, że można w taki spo­sób roz­ło­żyć sym­pa­tie do po­szcze­gól­nych czę­ści pro­jek­tu pi­sar­skie­go Er­naux, wy­da­je mi się, że le­piej ro­zu­miem, w ja­kich kon­tek­stach i dla­cze­go Barys po­słu­gu­je się po­ję­ciem klasy.

W tym nie­oczy­wi­stym ran­kin­gu ksią­żek Er­naux prze­bi­ja­ją prze­cież prz­yn­ajmniej dwie pre­fe­ren­cje: przed­kła­da­nie opisu frag­men­tu nad am­bi­cje uchwy­ce­nia ca­ło­ści oraz nar­ra­cji da­ją­cych się uni­wer­sa­li­zo­wać nad te ra­dy­kal­nie uhi­sto­rycz­nio­ne. Wy­da­je się, że ta de­kla­ra­cja  Ba­ry­sa-czy­tel­ni­ka może coś po­wie­dzieć o Ba­ry­sie-pi­sa­rzu. On sam zresz­tą zwra­cał na ten fakt uwagę, mó­wiąc w cza­sie dys­ku­sji o „Bli­skich”, że „jest to książ­ka, która może być in­struk­cją ob­słu­gi dla moich ksią­żek, moich ró­wie­śni­ków i nad­cho­dzą­cych pol­skich ksią­żek o kla­so­wo­ści”. Tym samym po­wie­dział chyba wię­cej, niż w punk­cie wyj­ścia za­mie­rzał. Zby­wa­jąc krót­kim, nie­chęt­nym ko­men­ta­rzem „Lata” i za­chwy­ca­jąc się tą Er­naux, która sku­pia się na de­ta­licz­nym opi­sie dy­na­mi­ki swo­jej ro­dzi­ny, Barys wy­raź­nie na­świe­tlił za­rów­no wła­sne cele, jak i cele bli­skiej mu nowej pol­skiej prozy, za­in­spi­ro­wa­nej zwro­tem lu­do­wym. Na tym tle wy­raź­nie widać, że jeśli au­to­ro­wi „Ma­łych pa­ją­ków” cho­dzi o pi­sar­stwo kry­tycz­ne spo­łecz­nie (an­ty­ka­pi­ta­li­stycz­ne), to w naj­ba­nal­niej­szym moż­li­wym sen­sie: opar­te na kry­ty­ce li­be­ral­ne­go wy­obra­że­nia o pod­mio­cie przez eks­plo­ro­wa­nie opi­sów ha­bi­tu­su.

No dobra – za­py­ta­ją znie­cier­pli­wie­ni moim ma­ru­dze­niem czy­tel­ni­cy tej re­cen­zji – ale czy tak nie robią wszy­scy? Czy ten opis, obej­mu­ją­cy spro­wa­dze­nie klasy do ha­bi­tu­su, za­fik­so­wa­nie się na pro­ble­mie awan­su i au­to­te­ra­peu­tycz­ne mie­le­nie wsty­du nie­przy­sta­wal­no­ści, nie jest ade­kwat­ny w sto­sun­ku do 90% pol­skiej prozy (fik­cjo­nal­nej i ese­istycz­nej), de­kla­ra­tyw­nie od­no­szą­cej się do pro­ble­mu klasy?

Ano może i jest. Tylko u Ba­ry­sa ta ka­pi­tu­la­cja in­te­lek­tu­al­na boli szcze­gól­nie. W cen­trum jego za­in­te­re­so­wań li­te­rac­kich nigdy nie znaj­do­wał się bo­wiem czu­bek wła­sne­go nosa. Barys nie po­świę­cał ca­łych aka­pi­tów na opo­wie­ści o wła­snym wsty­dzie, nie te­ra­peu­ty­zo­wał się na oczach wszyst­kich, uży­wa­jąc klasy jak toż­sa­mo­ścio­we­go ga­dże­tu, nie spro­wa­dzał pa­le­ty pro­ble­mów świa­ta do kwe­stii uzna­nia i wi­docz­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie: in­te­re­so­wa­ła go taka pro­win­cja, która wiąże się nie z magią lasu, a z kosz­ma­rem do­jaz­dów i wy­klu­cze­nia ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go. Taka bieda, która nie uszla­chet­nia, ale pcha w kie­run­ku bu­tel­ki z tanim al­ko­ho­lem. Taka mi­łość, która się prze­pla­ta z wy­zy­wa­niem od kurew. Takie wy­zy­wa­nie od kurew, które się prze­pla­ta z mi­ło­ścią.

W kon­tek­ście por­tre­to­wa­nia tych wszyst­kich pro­ble­mów na­po­my­ka­no nie­kie­dy, że Barys ma w swo­ich po­wie­ściach por­no­gra­fi­zo­wać biedę. Są to za­rzu­ty w moim prze­ko­na­niu kom­plet­nie chy­bio­ne. Jest u niego prze­cież za­ska­ku­ją­co dużo czu­ło­ści wmie­sza­nej w krzyw­dę i wiele sku­pie­nia na tym, co nor­mal­ne i co­dzien­ne. Je­stem przy tym go­to­wa sta­nąć w ringu z każ­dym, kto bę­dzie twier­dził, że mamy prze­syt li­te­ra­tu­ry zaj­mu­ją­cej się tymi kwe­stia­mi, które bie­rze na warsz­tat Barys. Nie mamy. Mamy dość ma­gicz­no-sen­ty­men­tal­nej wsi, dość au­to­ana­liz, od­czu­wa­my prze­syt nad­pro­duk­cją au­to­et­no­gra­fów, ob­ser­wu­ją­cych rze­czy­wi­stość i hi­sto­rię, ale nie mamy dość Pa­bia­nic. Nie mamy prze­sy­tu pasz­te­to­wej. Nie mamy prze­sy­tu sek­sem w miej­scu pu­blicz­nym nie w ra­mach eks­plo­ro­wa­nia kin­ków, a w ra­mach braku wła­sne­go po­ko­ju.

Mówię teraz re­kwi­zy­ta­mi, ale wy­ko­rzy­stu­ję je w roli me­to­ni­mii. W uję­ciu po­stu­la­tyw­nym to roz­po­zna­nie brzmia­ło­by tak: cenię am­bi­cję pi­sa­nia o za­du­piach i sądzę, że pol­skiej pro­zie po­trze­ba po­waż­nej re­flek­sji nad za­du­pia­mi. Po­waż­nej, czyli ta­kiej, która unik­nie bia­do­le­nia nad elek­try­fi­ka­cją wsi à la Wie­sław My­śliw­ski i bu­do­wa­nia pro­ble­ma­tycz­nych pa­ra­le­li po­mię­dzy pra­wa­mi przy­ro­dy a po­rząd­kiem spo­łecz­nym à la Julia Fie­dor­czuk. Ta­kiej, która bez mi­ga­nia się i bez uprosz­czeń roz­po­zna po­tę­gę dra­ma­tu nar­ra­cyj­ne­go w zli­kwi­do­wa­nym po­łą­cze­niu ko­le­jo­wym. Pro­blem z Łu­ka­szem Ba­ry­sem po­le­ga wła­śnie na tym, że w swo­jej pro­zie daje sy­gna­ły bycia o krok od speł­nie­nia tej am­bi­cji. Kie­ru­je prze­cież so­czew­kę nar­ra­cyj­ną w od­po­wied­nie miej­sca. Tyle że potem prze­sta­je mu się chcieć, koń­czy po­wieść prz­yn­ajmniej o kilka mie­się­cy za wcze­śnie, nie­do­pra­co­wa­ną rzuca nam przed nosy i od­pa­la CS-a.

Mamy dość magiczno-sentymentalnej wsi, dość autoanaliz, odczuwamy przesyt nadprodukcją autoetnografów, obserwujących rzeczywistość i historię, ale nie mamy dość Pabianic

To za­trzy­ma­nie re­flek­sji w pół kroku, nie­do­pro­wa­dza­nie jej do końca, musi być oczy­wi­ście za­mie­rzo­ną stra­te­gią au­to­ra. Nie od dziś wia­do­mo, że pre­cy­zja in­te­lek­tu­al­na dzie­ła za­zwy­czaj nie sprzy­ja jego od­bio­ro­wi w ma­in­stre­amie. Naj­po­czyt­niej­szy­mi z am­bit­nych po­wie­ści są te, które co praw­da wy­sy­ła­ją ide­olo­gicz­ne sy­gna­ły, ale za­ra­zem nie wpi­su­ją ich w żadną kon­kret­ną tra­dy­cję my­ślo­wą. To wła­śnie ten styl za­trzy­my­wa­nia-się-w-pół-kro­ku spra­wia, że me­ta­fi­zy­kę To­kar­czuk można czy­tać a to w wa­rian­cie mięk­ko ka­to­lic­kim, a to zo­dia­kar­skim – dla każ­de­go coś do­bre­go. Jeśli autor bę­dzie pil­nie trzy­mał się po­sta­no­wie­nia milk­nię­cia w pół zda­nia, może po­do­bać się za­rów­no re­dak­cji „Po­li­ty­ki”, jak i „Sto­ne­ra Pol­skie­go”. To bar­dzo spryt­na stra­te­gia i kto nigdy nie dał się na nią zła­pać, niech pierw­szy rzuci ka­mie­niem (ja po ka­mień nawet nie się­gam – łapię się na to re­gu­lar­nie)[i].

To, że Barys od­ma­wia wy­ko­na­nia pew­nej ko­niecz­nej pracy in­te­lek­tu­al­nej – i nie mam tu na myśli za­wa­le­nia po­wie­ści in­ter­tek­sta­mi czy tka­nia jej z wy­so­ko­te­ore­tycz­nych in­spi­ra­cji, a po pro­stu prze­my­śle­nie kon­sty­tu­tyw­nych dla nar­ra­cji kwe­stii – szcze­gól­nie wi­docz­ne jest w au­to­te­ma­tycz­nym wątku „Ma­łych pa­ją­ków”. To­biasz, iro­nicz­nie spor­tre­to­wa­ny nie­speł­nio­ny, pre­ten­sjo­nal­ny wan­na-be-pi­sarz zo­sta­je w za­sa­dzie przez osmo­zę „uświa­do­mio­nym le­wi­cow­cem” sza­fu­ją­cym na prawo i lewo po­li­tycz­ny­mi bon mo­ta­mi. Po pro­stu od­po­wied­nio długo słu­chał po­dob­nych twier­dzeń przy piwku lub kawce w kra­kow­skim śro­do­wi­sku li­te­rac­kim, więc mu się na dobre wdru­ko­wa­ły. Od tej pory może spro­wa­dzać do po­nadin­dy­wi­du­al­nych kwe­stii każdy swój ży­cio­wy nie­ogar. Nic sobie przy tym nie robi z wła­snej śmiesz­no­ści – płyt­ki słow­nik kry­tycz­no-po­li­tycz­ny służy mu po pro­stu za emo­cjo­nal­ny me­cha­nizm obron­ny; nie za­da­je sobie nawet trudu, by go pod­bu­do­wać od­po­wied­ni­mi lek­tu­ra­mi.

Barys za po­mo­cą tego bo­ha­te­ra ob­śmie­wa wiel­ko­miej­ską le­wicz­kę i choć na ogól­nym po­zio­mie kon­cept jest spój­ny i za­sad­ni­czo udany, ta kry­ty­ka razi po­wierz­chow­no­ścią. Nie spo­sób z opo­wie­ści o To­bia­szu wy­cią­gnąć wnio­sek wy­cho­dzą­cy dalej niż do bólu zgra­ne śmiesz­ki z sa­mo­zwań­czych ra­dy­ka­łów są­czą­cych so­jo­we latte, któ­rzy w zde­rze­niu z praw­dzi­wym ży­ciem cho­wa­ją głowę w piach. Nie żebym na ba­zo­wym po­zio­mie nie sym­pa­ty­zo­wa­ła z tym roz­po­zna­niem – pro­blem jed­nak w tym, że Barys z tych ob­raz­ków nie wy­cią­ga nie­mal żad­nych wnio­sków. A jeśli już wy­cią­ga, to są to wnio­ski kie­ru­ją­ce nas w stro­nę py­ta­nia o do­świad­cze­nie. Cała nar­ra­cja ciąży ku ta­kie­mu przed­sta­wie­niu To­bia­sza, które ma spra­wić, że­by­śmy – jako czy­tel­ni­cy – mieli mniej­szy pro­blem z tym, że nigdy nie pod­jął wy­sił­ku zro­zu­mie­nia me­cha­ni­zmów, o któ­rych z takim za­pa­łem się wy­po­wia­da, niż z tym, że nigdy nie do­świad­czył na wła­snej skó­rze naj­trud­niej­szych re­per­ku­sji tych me­cha­ni­zmów. In­ny­mi słowy: To­biasz ma nam się wy­da­wać śmiesz­ny nie dla­te­go, że co chwi­lę coś tam mru­czy o kla­sie ro­bot­ni­czej, nie prze­czy­taw­szy nawet pierw­sze­go tomu „Ka­pi­ta­łu”, ale dla­te­go, że sam nie za­pier­da­la po za­ję­ciach w ga­stro czy choć­by na bez­płat­nym stażu praw­ni­czym i przez to nie jest w sta­nie po­czuć na wła­snej skó­rze, na czym po­le­ga wy­zysk. Ba­ry­sa nie in­te­re­su­je ro­zu­mie­nie, in­te­re­su­je go do­świad­cza­nie. Nie in­te­re­su­ją go struk­tu­ry, in­te­re­su­ją go od­czu­cia.

W tym sen­sie klasa ma u niego wy­miar czy­sto te­ra­peu­tycz­ny – jest na­rzę­dziem do przy­glą­da­nia się in­dy­wi­du­al­nym losom i wzru­sze­niom, na­rzę­dziem tłu­ma­czą­cym za­wi­ło­ści re­la­cji mię­dzy­ludz­kich i róż­nic w za­kre­sie kom­pe­ten­cji emo­cjo­nal­nej. I to są rzecz jasna wszyst­ko bar­dzo cie­ka­we te­ma­ty – kiedy jed­nak stają się je­dy­ny­mi staw­ka­mi re­flek­sji nad klasą (a to bez wąt­pie­nia przy­pa­dek „Ma­łych pa­ją­ków” Ba­ry­sa), nie mo­że­my w ogóle mówić o kry­tycz­nym po­ten­cja­le tej twór­czo­ści. Wręcz prze­ciw­nie: to ak­tyw­ne od­po­li­tycz­nia­nie pro­ble­mu wy­zy­sku, wy­si­łek na rzecz przed­sta­wia­nia klasy jako jed­nej z wielu róż­nych toż­sa­mo­ści; to ob­se­syj­ne po­wta­rza­nie ter­mi­nów „ka­pi­tał sym­bo­licz­ny”, „ka­pi­tał kul­tu­ro­wy”, „ka­pi­tał sraki i owaki”, nie dla zniu­an­so­wa­nia ob­ra­zu, ale po to, że­by­śmy wszy­scy za­po­mnie­li, co w pun­cie wyj­ścia zna­czy­ło bez­do­peł­nia­czo­we słowo „ka­pi­tał”.

No do­brze, ale czy to aby na pewno nie za ostra ocena sy­tu­acji? Po co od razu te mocne słowa, skoro sama za­uwa­ży­łaś, że Barys jest tak bli­sko re­ali­zo­wa­nia tych naj­istot­niej­szych am­bi­cji prozy za­du­pia? Prze­cież mo­że­my mówić o omsknię­ciach, błę­dach wy­ma­ga­ją­cych ko­rek­ty, nie­for­tun­nych prze­su­nię­ciach ak­cen­tów… – znie­cier­pli­wie­ni ma­ru­dze­niem czy­tel­ni­cy re­cen­zji, bę­dą­cy tak na­praw­dę tylko gło­sem w mojej gło­wie, znów się od­zy­wa­ją. Ale teraz rów­nież fakty prze­czą ich wąt­pli­wo­ściom. Dla­te­go, że cały wątek fa­bu­lar­ny do­ty­czą­cy re­la­cji mię­dzy po­li­tycz­ną świa­do­mo­ścią a pi­sar­ski­mi am­bi­cja­mi To­bia­sza służy w „Ma­łych pa­ją­kach” do po­sta­wie­nia py­ta­nia, które spro­wa­dza wszyst­ko do toż­sa­mo­ści – py­ta­nia o to, komu i w ja­kich wa­run­kach wolno za­bie­rać głos.

Hi­sto­ria leci tak: To­biasz cały czas opo­wia­da w eg­zal­to­wa­nym try­bie o swo­ich am­bi­cjach pi­sar­skich (wszyst­kim oprócz osób, na któ­rych z pew­no­ścią nie zro­bią one wra­że­nia – tu zwłasz­cza: swoim ro­dzi­com). Pisze chyba głów­nie dla­te­go, że chce zo­stać pi­sa­rzem. Łączy te am­bi­cje z fan­ta­zja­mi o byciu do­ce­nio­nym, pro­wa­dze­niu ka­wiar­nia­ne­go życia w wiel­kim mie­ście i ob­co­wa­niu z całym tym an­tu­ra­żem uwspół­cze­śnio­nej bo­he­my. Jego part­ner­ka-z-prze­rwa­mi, Ola, też ma am­bi­cje twór­cze, ale się nimi za­nad­to nie chwa­li. Spro­wa­dza­ją się one wszak do dość skrom­ne­go pro­jek­tu prze­pi­sa­nia i roz­wi­nię­cia pa­mięt­ni­ka wła­snej pra­bab­ki, na któ­re­go re­ali­za­cję bo­ha­ter­ka może sobie po­zwo­lić w wol­nych chwi­lach: przed i po pracy, w prze­rwach mię­dzy obo­wiąz­ka­mi. Jej dą­że­nia są przy tym mo­ty­wo­wa­ne nie tyle chę­cią bycia kimś (tu: pi­sar­ką), ile ra­czej chę­cią opo­wie­dze­nia cze­goś (tu: hi­sto­rii ko­biet z wła­snej ro­dzi­ny). Nie­trud­no się do­my­ślić, jak koń­czą się obie te hi­sto­rie: oka­zu­je się, że mo­ty­wa­cja we­wnętrz­na służy ja­ko­ści li­te­rac­kiej, zaś ze­wnętrz­na (kie­ro­wa­na po­trze­bą czu­cia się do­ce­nio­nym) – je nisz­czy. No i faj­nie, nie by­ło­by tu się z czym kłó­cić. Gdyby nie za­ser­wo­wa­ne nam przez Ba­ry­sa uza­sad­nie­nie tego wszyst­kie­go.

A jest nim ma­gicz­na ka­te­go­ria, po­ja­wia­ją­ca się tak w „Ma­łych pa­ją­kach”, jak i w wy­wia­dach z au­to­rem; ter­min ma­ją­cy sta­no­wić klucz do uda­nej li­te­ra­tu­ry; mier­nik ar­ty­stycz­nej i emo­cjo­nal­nej doj­rza­ło­ści, mia­no­wi­cie: au­ten­tycz­ność. Ola osią­ga suk­ces, gdyż jest au­ten­tycz­na, To­biasz ma pro­ble­my z au­ten­tycz­no­ścią, bo pró­bu­je opi­sać kwe­stie, któ­rych le­d­wie do­tknął. Nie do­świad­czył wy­star­cza­ją­co mocno świa­ta i dla­te­go wpada w nar­cy­stycz­ny wir – jego am­bi­cje li­te­rac­kie nie mogą się zre­ali­zo­wać, gdyż na­gi­na kark w celu za­spo­ko­je­nia fan­ta­zji swo­ich wy­obra­żo­nych (lub ist­nie­ją­cych, ale rów­nie od­kle­jo­nych, jak on sam) czy­tel­ni­ków, za­miast po­chy­lić się z uwagą nad praw­dzi­wym do­świad­cze­niem. Te wnio­ski zo­sta­ły wprost wy­ar­ty­ku­ło­wa­ne w wąt­pli­wo­ściach Oli do­ty­czą­cych pro­jek­tu po­wie­ści To­bia­sza:

A może uwa­ża­ła, że To­biasz po pro­stu nie po­wi­nien pisać na takie te­ma­ty? Jako czło­wiek, który z ży­ciem bied­nych ludzi i Paw­łem Frąt­cza­kiem nie ma nic wspól­ne­go? Bo czy kie­dy­kol­wiek za­in­te­re­so­wał się pro­ble­ma­mi dziad­ka? Czy miał takie pro­ble­my jak jego dzia­dek i po­zo­sta­li bo­ha­te­ro­wie opo­wia­dań, miesz­ka­ją­cy po­dob­no w Ko­cioł­kach? [pod­kre­śle­nie moje – Z. S.]

Barys zdaje się nie wi­dzieć róż­ni­cy mię­dzy „za­in­te­re­so­wa­niem się pro­ble­ma­mi dziad­ka” a by­ciem jak dzia­dek. O dziad­ku ma prawo pisać ten, kto ży­wo­ta dziad­ka do­świad­czył na wła­snej skó­rze, kto pro­wa­dzi ana­lo­gicz­ne do niego życie. W prze­ciw­nym razie, jak twier­dzi Barys, nie bę­dzie w sta­nie go zro­zu­mieć (jeśli ktoś spo­dzie­wa się, że w tym miej­scu prze­sa­dzam, niech po­rów­na to roz­po­zna­nie z wąt­kiem Oli i jej sto­sun­ku do hi­sto­rii wła­snej pra­bab­ki). Nie muszę chyba tłu­ma­czyć, że te prawa są szer­sze i apli­ku­ją się do biedy, nie­rów­no­ści, wy­zy­sku, struk­tu­ry kla­so­wej.

Barysa nie interesuje rozumienie, interesuje go doświadczanie. Nie interesują go struktury, interesują go odczucia

Kiedy do­świad­cza­nie mie­sza się z ro­zu­mie­niem, nie spo­sób nie po­paść w od­mę­ty re­flek­sji nad tym, komu wolno za­bie­rać głos w ja­kiej spra­wie. I od­po­wiedź na to py­ta­nie za­wsze jest u Ba­ry­sa szo­ku­ją­co pro­sta. Bo­ha­te­ro­wie dzie­lą się na tych, któ­rzy opo­wia­da­ją tak na­praw­dę wła­sne hi­sto­rie i wła­sne od­czu­cia oraz na tych, któ­rzy po­win­ni się za­mknąć, spraw­dzić swój przy­wi­lej i przejść przy­spie­szo­ny kurs em­pa­tycz­nych krę­gów czu­ło­ści. Lo­gicz­ną kon­se­kwen­cją tego toku my­ślo­we­go jest oskar­że­nie chłop­ca z bo­gat­szej pa­bia­nic­kiej ro­dzi­ny, który po­sta­no­wił pisać o ży­ją­cym w nędzy dziad­ku, o kul­tu­ro­we za­własz­cze­nie. Te słowa oczy­wi­ście u Ba­ry­sa nie pa­da­ją – nic w tym dziw­ne­go, prze­cież na­ra­ził­by się nimi na śmiesz­ność. Warto jed­nak pa­mię­tać, że wła­śnie ta śmiesz­ność jest ko­niecz­ną kon­se­kwen­cją pro­wa­dzo­nych przez niego w opi­sa­ny spo­sób wąt­ków.

Jeśli za­sa­dza­ją­ca się na de­ta­lach, ale ma­ją­ca jed­nak so­lid­ną pod­bu­do­wę ana­li­zy kla­so­wej po­wieść Sally Ro­oney była u nas be­st­sel­le­rem, to „Małe pa­ją­ki” Łu­ka­sza Ba­ry­sa są smut­ną wer­sją od­po­wie­dzi na py­ta­nie „dla­cze­go?”. Ta spły­co­na po­li­tycz­nie, opar­ta na wprost de­kla­ro­wa­nych prze­su­nię­ciach emo­cjo­nal­nych opo­wieść ma za­ska­ku­ją­co nie­wie­le do po­wie­dze­nia o świe­cie. Mówi jed­nak to i owo o po­pu­lar­nych ocze­ki­wa­niach czy­tel­ni­czych zwią­za­nych z li­te­ra­tu­rą kry­tycz­ną i za­an­ga­żo­wa­ną. „Awans”, „ha­bi­tus” i „wstyd kla­so­wy” to nowe wer­sje sma­ków słony kar­mel lub mango. Rynek roz­po­znał, co się żre, pod­rzu­ca nam wszyst­kie moż­li­we słod­ko­ści w tych sma­kach. Na­peł­nia­my sobie nimi teraz brzusz­ki, jak na­peł­nia się brzusz­ki za­ku­pa­mi zro­bio­ny­mi za ka­pi­tał sym­bo­licz­ny. Żeby nas tylko od tego wszyst­kie­go nie roz­bo­la­ły.

 

[i] Nie­do­pra­co­wa­nie Ba­ry­sa ma jesz­cze jeden wy­miar, który je­dy­nie tu za­zna­czę. Autor dał się bo­wiem wcią­gnąć w ryn­ko­we wy­ma­ga­nia wy­daw­ni­cze i uległ im bez więk­sze­go oporu. Oczy­wi­ście jako młody pro­za­ik nie miał za­pew­ne moc­nej po­zy­cji ne­go­cja­cyj­nej i trud­no dzi­wić się pod­ję­tym przez niego de­cy­zjom – nie sądzę jed­nak, by wy­cho­dzi­ły mu one na dobre. Całą hi­sto­rię widzę tak: Barys do­stał szan­sę za­de­biu­to­wa­nia w Cy­ran­ce i od­niósł spek­ta­ku­lar­ny suk­ces, więc wy­daw­ca z pew­no­ścią chciał kuć że­la­zo póki go­rą­ce. Pod­pi­sał zatem ko­lej­ną umowę, tym razem zmu­sza­ją­cą au­to­ra do szyb­kie­go ukoń­cze­nia książ­ki. Wszyst­ko więc dzia­ło się w try­bie sprin­ter­skim. Za­kła­dam, że kiedy po dru­giej po­wie­ści przed Ba­ry­sem otwo­rzy­ła się oka­zja na in­trat­ny trans­fer do Wy­daw­nic­twa Li­te­rac­kie­go, mu­siał za­ak­cep­to­wać plus minus wszyst­kie pro­po­no­wa­ne wa­run­ki umowy – w tym har­mo­no­gram prac. Jeśli mam rację w tych spe­ku­la­cjach, to nie czer­pię z niej sa­tys­fak­cji. Uwa­żam bo­wiem, że każda książ­ka Ba­ry­sa jest li­te­rac­ko lep­sza od po­przed­niej – kto wie, jak mo­gły­by się udać, gdyby nie splot  nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­ków ryn­ko­wych i nie­zbyt do­brych de­cy­zji au­to­ra.

Łukasz Barys

„Małe pająki”, Wydawnictwo Literackie 2024, s. 419.

Zu­zan­na Sala
dok­to­rant­ka Szko­ły Dok­tor­skiej Nauk Hu­ma­ni­stycz­nych Uni­wer­sy­te­tu Ja­giel­loń­skie­go w ra­mach pro­gra­mu li­te­ra­tu­ro­znaw­stwo. Re­dak­tor­ka kwar­tal­ni­ka li­te­rac­kie­go „KON­TENT”, współ­za­ło­ży­ciel­ka fun­da­cji o tej samej na­zwie. Pu­bli­ko­wa­ła tek­sty kry­tycz­ne w „Odrze”, „Nowej De­ka­dzie Kra­kow­skiej”, „bi­BLio­te­ce”, „Art­Pa­pie­rze”, „Wa­ka­cie”, „Wi­zjach”.
redakcjaBarbara Rojek
korekta Lidia Nowak

Łukasz Barys

„Małe pająki”, Wydawnictwo Literackie 2024, s. 419.

POPRZEDNI

recenzja  

„Historia” i „dzieje” pracy, czyli jak uśpić czytelniczki

— Stefan Bieńkowski

NASTĘPNY

recenzja  

Bezradność pamięci

— Alicja Bagińska