fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

 

Chciał­bym uro­dzić się w małym fran­cu­skim mia­stecz­ku, wy­ra­stać wśród ma­rzeń, po­sta­wić przed sobą jakiś szla­chet­ny cel i pew­ne­go pięk­ne­go po­ran­ka opu­ścić mia­stecz­ko i przy­wę­dro­wać pie­szo do sto­li­cy, a tam, dzię­ki fa­na­tycz­nej pracy, osią­gnąć swój cel. Lecz nie uro­dzi­łem się na Za­cho­dzie.

Jurij Ole­sza, „Za­wiść” (1927) 

W swo­ich pi­smach Dio­ge­nes La­er­tios przy­ta­cza taką oto scenę: So­kra­tes spo­glą­da na osten­ta­cyj­nie nie­chluj­ne ubra­nie An­ty­ste­ne­sa i stwier­dza, że przez dziu­ry w płasz­czu prze­świe­ca jego próż­ność. Przy­po­mi­nam tę aneg­do­tę, gdyż kla­so­wy co­ming out przed­sta­wio­ny w gło­śnym i na­masz­czo­nym na ar­cy­dzie­ło eseju „Hanka. Opo­wieść o awan­sie” Ma­cie­ja Ja­ku­bo­wia­ka wy­da­je mi się przede wszyst­kim ge­stem cy­nicz­nym.

Mo­de­lo­wa, in­spi­ro­wa­na fran­cu­ską ese­isty­ką opo­wieść o awan­sie idzie jakoś tak: w cen­trum wy­da­rzeń sta­wia się kla­so­we­go „ucie­ki­nie­ra”[1], jego hi­sto­ria wcią­ga czy­tel­ni­ka w afek­tyw­ną fe­erię roz­cza­ro­wań, roz­li­czeń, wąt­pli­wo­ści, a przede wszyst­kim war­to­ści (ra­żą­co „na­iw­nych”), które awan­su­ją­ce­mu prze­ka­za­no w toku wy­cho­wa­nia, a co rze­czo­ny awans w jakiś spo­sób utrud­ni­ło. Wy­pa­da ją opa­ko­wać w po­czu­cie winy zwią­za­ne ze „zdra­dą” wła­snych ko­rze­ni, emo­cjo­nal­nym roz­dar­ciem, trud­no­ścia­mi w na­wią­za­niu re­la­cji, ko­niecz­no­ścią przy­swo­je­nia no­wych kodów kul­tu­ro­wych i od­rzu­ce­nia sta­rych. Wszyst­ko to po­win­no być okra­szo­ne „syn­dro­mem oszu­sta”, zma­ga­nia­mi wy­ni­ka­ją­cy­mi z ko­niecz­no­ści utrzy­ma­nia nowej po­zy­cji spo­łecz­nej lub osten­ta­cyj­nym od­rzu­ce­niem prze­ko­na­nia, że warto było sza­leć tak. Wtedy można zająć naj­wy­god­niej­szą (choć na tra­gizm sty­li­zo­wa­ną) po­zy­cję, sku­pio­ną na afir­ma­cji róż­ni­cy i kpiar­skim usku­tecz­nia­niu fan­ta­zji, jakby to było, gdyby nie ta cała nauka i li­te­ra­tu­ra z im­por­tu, które „na­oko­ło” po­zwo­li­ły nam do­trzeć do świa­do­mo­ści kla­so­wej. Na szczę­ście to już śpiew prze­szło­ści, a od rze­czy­wi­stych kon­flik­tów można abs­tra­ho­wać, sku­pia­jąc się na so­cjo­au­to­bio­gra­ficz­nym mo­no­lo­gu, ro­man­ty­zu­ją­cym jed­nost­ko­wy wstyd i żal za to, że do­szło do trium­fal­ne­go uda­rem­nie­nia spo­łecz­nych de­ter­mi­ni­zmów. Kogo ob­cho­dzi­ły­by po­raż­ki à la „Mar­tin Eden” Jacka Lon­do­na? Opo­wie­ści o awan­sie to bar­dzo silna kon­wen­cja, rzą­dzą­ca się okre­ślo­ny­mi za­sa­da­mi.

Aby wpi­sać się w hi­per­tek­stu­al­ny po­rzą­dek hi­sto­rii o kla­so­wych de­zer­te­rach, na­le­ży po­wo­łać się na kilka roz­po­zna­wal­nych na­zwisk. „Jeśli tak jak ja cze­ka­li­ście na pol­skie­go Eri­bo­na, oto on” – pisze au­tor­ka „Chło­pek” Jo­an­na Kru­ciel-Fry­dry­szak w za­jaw­ce wy­daw­ni­czej i na okład­ce książ­ki. Ko­lej­ni re­cen­zen­ci po­wta­rza­ją jak za panią matką: „Hanka” ma szan­sę stać się tak ważna dla Polek i Po­la­ków, jak ważny był „Po­wrót do Reims” dla fran­cu­skich czy­tel­ni­ków. Nic to, że cała stra­te­gia mar­ke­tin­go­wa do­ty­czą­ca po­wie­ści zo­sta­ła po­my­śla­na jako pro­jek­tu­ją­ca taki a nie inny modus od­bio­ru, a po­ten­cjal­nej czy­tel­nicz­ce do­sta­je się obu­chem pu­sto­sło­wia w stylu „zwrot lu­do­wy do­ko­nu­je się w pol­skiej men­tal­no­ści”. Za­mie­rzo­ny efekt zo­stał osią­gnię­ty. Można od­nieść wra­że­nie, że rynek książ­ki pol­sko-fran­cu­ską ana­lo­gią stoi. Okrzyk­nię­ta ar­cy­dzie­łem „Hanka” wpada w tryby błęd­ne­go koła za­chwy­tów i po­chwał, for­mu­ło­wa­nych tak, jak wy­daw­ca sobie tego ży­czył. Wpraw­dzie jest to ko­lej­na hi­sto­ria lu­do­wa, ale prze­cież „głos ory­gi­nal­ny”, „re­ali­zu­ją­cy stra­te­gię eks­tre­mal­nej szcze­ro­ści” itp. itd. Tylko Olga Dren­da przy­tom­nie za­uwa­ża, że autor „chciał­by oddać hołd swoim ko­rze­niom, wpi­su­jąc się w wy­zna­czo­ne już wcze­śniej li­te­ra­tu­rą ramy, a tym­cza­sem mama i bab­cia wciąż z nich umy­ka­ją”. Tutaj zgoda i warto ten trop lek­tu­ro­wy po­cią­gnąć dalej, choć pro­ble­mów z „Hanką” jest o wiele wię­cej.

Okrzyknięta arcydziełem «Hanka» wpada w tryby błędnego koła zachwytów i pochwał

Nawet dla śred­nio uważ­ne­go czy­tel­ni­ka pod­sta­wo­wa sprzecz­ność ujaw­nia­ją­ca się w tej książ­ce po­win­na być zu­peł­nie jasna: po pierw­sze, jest ona swego ro­dza­ju we­hi­ku­łem dla me­dial­no-in­sty­tu­cjo­nal­ne­go pre­sti­żu. To ozna­cza, że uwaga au­to­ra od po­cząt­ku skie­ro­wa­na była poza staw­ki li­te­rac­kie. Po dru­gie, tym co in­te­re­su­je go w spo­sób szcze­gól­ny, jest kwe­stia od­kry­wa­nia wła­snej toż­sa­mo­ści, a cha­rak­ter tego za­da­nia – bar­dziej lub mniej re­ali­zo­wal­ne­go w no­śnej fi­gu­rze mię­dzy­po­ko­le­nio­we­go awan­su – ujaw­nia się przede wszyst­kim w war­stwie me­ta­nar­ra­cyj­nej i re­to­rycz­nej. Kry­ty­cy naj­wy­raź­niej łapią się na treść, a zwłasz­cza na au­tor­ską po­zy­cję pod­mio­to­wą, skoro wszyst­kie re­cen­zje „Hanki” na­pi­sa­ne są na jedną, po­chwal­ną modłę. Wnio­sek z tego taki, że warto za­sta­no­wić się, czemu tego ro­dza­ju pi­sa­nie służy, jakie autor „Hanki” sta­wia sobie cele i jaką formę wy­bie­ra do ich re­ali­za­cji.

Zresz­tą na treść można by się zży­mać w nie­skoń­czo­ność. Nie cho­dzi tylko o to, że książ­ka na­szpry­co­wa­na jest mo­de­lo­wy­mi tru­izma­mi w stylu: „(…) nie­za­leż­nie od po­zy­cji spo­łecz­nej lu­dzie są po pro­stu ludź­mi, więc mają dupy i srają”. Do tego zbyt czę­sto ope­ru­je to­por­ną hi­per­bo­li­za­cją: sprzą­ta­nie ko­mór­ki w bloku okre­śla­ne jako „pa­to­lo­gicz­ny oby­czaj wie­lo­dziet­nej roz­bi­tej ro­dzi­ny”, pi­sa­nie a to że Hanka „upra­wia­ła kult uczel­ni wyż­szych”, a to że „Go­ogle nawet nie pró­bu­je uda­wać i po pro­stu ni­cze­go [na jej temat] nie znaj­du­je”. Wresz­cie po­ja­wia się w niej wata słow­na w stylu: „w ry­wa­li­za­cji na ja­kość ist­nie­nia Anna Ka­re­ni­na wy­gra­ła­by z Hanką bez spe­cjal­nej za­dysz­ki”. Nie cho­dzi także o nie­po­mi­jal­ne, mno­żą­ce się w me­diach pa­ra­tek­stu­al­ne wy­po­wie­dzi au­to­ra, w któ­rych tłu­ma­czy, że „może nie trze­ba być tak bar­dzo ory­gi­nal­nym”. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie głu­pio by­ło­by go ata­ko­wać za ba­na­ły, do któ­rych sam się przy­zna­je… Ustal­my więc: do prze­past­ne­go wora ze stem­plem „in­te­li­genc­kie opo­wie­ści o awan­sie kla­so­wym” Ma­ciej Ja­ku­bo­wiak nie do­rzu­ca nic no­we­go. Jego książ­ka w żaden spo­sób nie po­głę­bia dys­ku­sji o zwro­cie lu­do­wym, mimo sty­li­stycz­no-re­to­rycz­nych po­zo­rów (nawet tych wszyst­kich kon­fa­bu­la­cji, w któ­rych Hanka staje się Haną), ni­cze­go nie prze­kra­cza, ni­cze­go nie pod­da­je w wąt­pli­wość, za to po­dob­nie jak dzie­ła, na któ­rych jest wzo­ro­wa­na, z za­ło­że­nia po­twier­dza spo­łecz­ny i li­te­rac­ki sta­tus quo. Choć autor przy­zna­je w wy­wia­dach, że in­te­re­su­je go li­te­ra­tu­ra „za­an­ga­żo­wa­na spo­łecz­nie”, tryb pi­sa­nia, który za­pre­zen­to­wał, w nie­wiel­kim stop­niu ob­na­ża struk­tu­ry spo­łecz­ne, a już na pewno nie dąży do ich oba­le­nia. Wy­sło­wie­nie tego, co kon­tro­wer­syj­ne lub ba­nal­ne zwal­nia au­to­ra-nar­ra­to­ra nie tylko z trzeź­wej dia­gno­zy zja­wisk o staw­ce po­li­tycz­nej, ale przede wszyst­kim z pod­da­nia swo­ich wy­bo­rów kry­tycz­nej re­flek­sji. Dla­cze­go zatem zde­cy­do­wał się na opo­wieść o awan­sie kla­so­wym? Dla­cze­go robi to aku­rat w taki spo­sób (po­miń­my już per ana­lo­giam do wszyst­kich Eri­bo­nów tego świa­ta)? Dla­cze­go tak bar­dzo in­te­re­su­je go opis roz­mia­rów wła­sne­go brzu­cha, fan­ta­zjo­wa­nie o wy­gra­nej w totka, obar­cza­nie się winą za wła­sną roz­rzut­ność i obu­do­wy­wa­nie tego wszyst­kie­go sta­ty­sty­ką? Dla­cze­go więk­szość tych roz­wa­żań koń­czy się w takim oto stylu?

Czy w życiu idzie mi le­piej niż moim przod­ki­niom? Pew­nie, że tak. Skoń­czy­łem tyle szkół, ile chcia­łem, prawa pracy nie uczy­łem się jako nie­wol­nik na­zi­stów, a hi­per­in­fla­cja nie zmu­sza mnie do po­ży­cza­nia na wiecz­ne nie­od­da­nie od mo­je­go dziec­ka. Cza­sem nawet sobie wy­obra­żam, że je­stem cał­kiem inny, ani jak Hanka, ani jak Al­bi­na, nie gro­ma­dzę rze­czy ani pie­nię­dzy. Naj­chęt­niej wcale bym o nich nie my­ślał i żył tak, jakby w ogóle nie były ważne. Ale zda­rza się, że w środ­ku nocy budzi mnie lęk. Wtedy po­spiesz­nie spraw­dzam stan konta i czy wpły­nę­ła już wy­pła­ta. A potem jesz­cze zdol­ność kre­dy­to­wą. Na wszel­ki wy­pa­dek.

Na książ­kę o ob­ję­to­ści ponad 300 stron w dużej mie­rze skła­da­ją się tek­sty już pu­bli­ko­wa­ne m.​in. na ła­mach „Dwu­ty­go­dni­ka” i „Ty­go­dni­ka Po­wszech­ne­go” oraz sklej­ka z ko­men­ta­rzy do ksią­żek, o któ­rych Ja­ku­bo­wiak pisał jako kry­tyk li­te­rac­ki. To nie musi być za­rzut, ale chyba dla­te­go ta hydra ma tak wiele głów, a jedną z naj­bar­dziej draż­nią­cych jest or­ga­ni­zu­ją­ca ca­łość lo­gi­ka sto­ry­tel­lin­gu. Opo­wia­da się tu prze­ko­ny­wa­ją­cą, za­pa­da­ją­cą w pa­mięć hi­sto­rię, bu­du­je emo­cjo­nal­ne po­łą­cze­nie z od­bior­ca­mi, ko­mu­ni­ku­je głów­ne i przy­ku­wa­ją­ce uwagę prze­sła­nie. Ten spo­sób pi­sa­nia po­zwa­la na za­ak­cen­to­wa­nie in­dy­wi­du­al­nej tra­jek­to­rii, rze­ko­mo po­wią­za­nej z in­ny­mi człon­ka­mi ro­dzi­ny, choć widać jak na dłoni, że Hanka staje się wy­peł­nia­ną do­wol­ną tre­ścią pustą nazwą wła­sną. Jest to cał­kiem zręcz­ny pokaz au­tor­skiej bie­gło­ści w roz­ma­itych ko­dach kul­tu­ro­wych. Zresz­tą Ja­ku­bo­wiak kon­tro­lu­je w tej książ­ce wszyst­ko. Wie, w które stru­ny ude­rzyć, żeby za­dzia­ła­ło. Me­cha­nizm ten jest znany i opi­sa­ny: Er­naux coraz bar­dziej stra­te­gicz­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ła dys­kurs so­cjo­lo­gicz­ny, na przy­kład po kry­tycz­nej re­cep­cji jej „Pas­sion sim­ple” (1992) gor­li­wie za­czę­ła od­wo­ły­wać się do róż­nych ter­mi­nów ze słow­ni­ka Bo­ur­dieu. Ko­lej­ne po­ko­le­nia epi­go­nów opo­wie­ści o awan­sie obo­wiąz­ko­wo po­zy­cjo­nu­ją się w od­nie­sie­niu do fran­cu­skiej ma­tron­ki, bo gwa­ran­tu­je im to pre­stiż, za któ­rym idzie kon­kret­ny spo­sób od­bio­ru. Tak się kręci ten biz­nes. Autor „Hanki” w pełni świa­do­mie idzie tą drogą. Może to i wtór­ne, ale prze­cież sku­tecz­ne. Mamy tutaj coś ze wsty­du Wschod­nio­eu­ro­pej­czy­ka, który chciał­by być jak ko­le­dzy znad Se­kwa­ny, więc pil­nie po­wta­rza ich stra­te­gie, mimo że już dawno stały się one pod­krę­ca­nym przez agen­cje li­te­rac­kie to­wa­rem eks­por­to­wym, bez­kom­pro­mi­so­wo kry­ty­ko­wa­nym w ro­dzi­mym polu li­te­rac­kim. Do tego ostat­nie­go jesz­cze wró­ci­my.

Ta hydra ma wiele głów, a jedną z najbardziej drażniących jest organizująca całość logika storytellingu

Ja­ku­bo­wiak przed­sta­wia nie­spra­wie­dli­wie urzą­dzo­ne spo­łe­czeń­stwo w ka­te­go­riach klas spo­łecz­nych (po­le­cam fan­ta­zje o ubó­stwie i opis wcią­ga­ją­ce­go klej bez­dom­ne­go), ale nie wy­da­je się prze­wi­dy­wać żad­nej moż­li­wej zmia­ny. Autor mógł­by mi od­po­wie­dzieć: a dla­cze­go mie­li­by­śmy ocze­ki­wać ta­kich rze­czy od li­te­ra­tu­ry? Skoro wpi­su­je się on w okre­ślo­ną tra­dy­cję li­te­rac­ką, upy­cha w jed­nym utwo­rze au­to­bio­gra­fię, dwie her­sto­rie, hi­sto­rię lu­do­wą i opo­wieść o swo­jej ro­dzi­nie – można mu takie py­ta­nie po­sta­wić. Chyba, że na­praw­dę cho­dzi tylko o po­wtó­rze­nie i spo­lsz­cze­nie utar­tych kon­wen­cji. Trud­no to usta­lić, gdyż nar­ra­tor bez­u­stan­nie staje okra­kiem mię­dzy ide­ali­za­cją a pa­to­lo­gi­za­cją, na­mol­nie sy­gna­li­zu­je swój dy­stans i prze­ska­ku­je z jed­nej po­zy­cji na drugą. Mnó­stwo tu kon­tro­lo­wa­ne­go cy­ni­zmu:

Może sprze­da­ję barw­ne aneg­dot­ki, nie­któ­re nawet za­baw­ne, inne cał­kiem strasz­ne, żeby udo­wod­nić, że z tam­tym ży­ciem nic mnie już nie łączy, zo­bacz­cie, jak sobie z tego żar­tu­ję, jaki mam dy­stans. I je­stem nawet gotów skom­pro­mi­to­wać się tro­chę, bo prze­cież to nie tak, że nie je­stem z chłop­sko-ro­bot­ni­czej ro­dzi­ny, je­stem i mam po niej nie­zdro­we na­wy­ki, ale za to jaką pracę wy­ko­na­łem, żeby się ich po­zbyć, mu­si­cie to do­ce­nić. Może sprze­da­ję swoją matkę, żeby po­ko­nać ko­lej­ny etap w tym wy­ści­gu, który na­zy­wam tu awan­sem spo­łecz­nym.

Od czego Ja­ku­bo­wiak się nie dy­stan­su­je? Otóż nie znaj­dzie­my tutaj kry­ty­ki ak­tu­al­ne­go śro­do­wi­ska, w któ­rym autor „Hanki” się ob­ra­ca. To, co Ja­ku­bo­wiak pisze o kla­sie swo­je­go po­cho­dze­nia jest tylko po­zor­nie uhi­sto­rycz­nio­ne (dziw­nym tra­fem do­ty­czy to więk­szo­ści au­to­bio­gra­ficz­nych tek­stów o awan­sie). Pod­sta­wo­wy pa­ra­doks po­le­ga na tym, że za­bie­ra głos, nie od­sła­nia­jąc, jak do­szło do moż­li­wo­ści jego za­bra­nia. Łatwo przy­cho­dzi mu opis hu­mo­rów matki, go­rzej już z kry­ty­ką śro­do­wi­ska, w które tak ocho­czo się wku­pił. Nie pro­ble­ma­ty­zu­je tego, jak do­stał się na plat­for­mę, z któ­rej prze­ma­wia do czy­tel­ni­ków, jakie rzą­dzą nią za­sa­dy, jakie są wa­run­ki utrzy­ma­nia swo­jej po­zy­cji i jak te wszyst­kie czyn­ni­ki wpły­wa­ją na to, co i jak mówi/pisze. No do­brze, na końcu znaj­du­je się wzmian­ka o licz­nych sty­pen­diach, dzię­ki któ­rym książ­ka zo­sta­ła na­pi­sa­na, ale to chyba tak jest, że trze­ba o nich wspo­mnieć, praw­da? Dla­te­go uczy­nie­nie z Hanki głów­nej bo­ha­ter­ki jest wy­god­ne. Ona nie miała środ­ków ani po­zy­cji, żeby na­pi­sać co­kol­wiek w swoim imie­niu. Jej hi­sto­ria za­wsze po­zo­sta­nie nie­opo­wie­dzia­na przez głów­ną za­in­te­re­so­wa­ną, więc można do­wol­nie roz­pi­sy­wać w niej swoje żale. Zresz­tą tak to jest, że w opo­wie­ściach o awan­sie do­sta­je­my re­tro­spek­tyw­nie wy­ło­żo­ne hi­sto­rie dzie­ciń­stwa i do­ra­sta­nia. Oczy­wi­ście, re­pro­duk­cja jest naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nym sce­na­riu­szem, ale nie jest też tak, że jakaś część każ­de­go po­ko­le­nia nie pod­le­ga ru­chli­wo­ści spo­łecz­nej. Bez­piecz­nie jest sta­wiać spra­wę w ten spo­sób, że „Hanka prze­chy­trzy­ła teo­rie so­cjo­lo­gicz­ne”. Na­to­miast nie ma nic wy­jąt­ko­we­go ani szcze­gól­nie eman­cy­pa­cyj­ne­go w byciu le­piej wy­kształ­co­nym niż twoi ro­dzi­ce, gdy masz 30 lub 40 lat w 2024 roku: jest to zgod­ne z po­trze­ba­mi współ­cze­snej ka­pi­ta­li­stycz­nej pro­duk­cji, nic wię­cej. Dla XX-wiecz­ne­go ka­pi­ta­li­zmu nie­zwy­kle ko­rzyst­ne było utrzy­my­wa­nie ro­sną­ce­go od­set­ka mło­dych pre­ka­ry­zu­ją­cych się ab­sol­wen­tów. Po­dob­nie jak ko­rzyst­ne jest pod­trzy­my­wa­nie sys­te­mu dzię­ki po­twier­dza­ją­cym re­gu­ły wy­jąt­kom, to zna­czy nie­wiel­kie­mu od­set­ko­wi chłop­sko-pro­le­ta­riac­kich dzie­ci, które dzię­ki swo­jej de­ter­mi­na­cji mogą zo­stać na przy­kład wy­kła­dow­ca­mi, kry­ty­ka­mi li­te­rac­ki­mi, re­dak­to­ra­mi lub od­no­szą­cy­mi suk­ce­sy pi­sa­rza­mi. Ja­ku­bo­wiak może i chciał­by uczy­nić swoją opo­wieść uni­wer­sal­ną, ale robi to w try­bie ko­niunk­tu­ral­ne­go ego­tri­pu – naj­pierw wy­da­je mu się, że bę­dzie pisał „prze­ło­mo­we mo­no­gra­fie li­te­ra­tu­ry świa­to­wej” i „sfor­mu­łu­je fun­da­men­tal­ne myśli w teo­rii li­te­ra­tu­ry i fi­lo­zo­fii”, potem oka­zu­je się „że naj­cie­kaw­sza hi­sto­ria, jaką ma do opo­wie­dze­nia, to ta o Hance i Al­bi­nie”. W skró­cie: jest to droga od trau­ma­ty­zu­ją­cej i peł­nej prze­mo­cy sym­bo­licz­nej aka­de­mii do na­pi­sa­nia ko­lej­nej książ­ki wpi­su­ją­cej się w tren­dy „hi­sto­rii lu­do­wej”. No i cho­dzi o to, żeby było „cie­ka­wie”.

Tak więc jako czy­tel­nicz­ka mo­gła­bym mieć zwią­za­ne ręce. W „Hance” Ja­ku­bo­wiak za­trzy­mu­je się w pół drogi, treść obu­do­wu­je grubo cio­sa­ną re­to­ry­ką, a ide­owe za­ło­że­nia ram, w które świa­do­mie się wpi­su­je, roz­rze­dza ase­ku­ra­cyj­nym dy­stan­sem. Raz autor in­for­mu­je mnie, że „esej to pre­stiż”, zaraz oka­zu­je się, że ta „osto­ja wraż­li­wo­ści wy­bie­ra­ją­ca ra­czej piony niż po­zio­my” po­zwa­la mu na nie­kon­tro­lo­wa­ną ilość chwy­tów, ana­lo­gii, aso­cja­cyj­nych su­ge­stii, które two­rzą coś w ro­dza­ju za­sło­ny dym­nej, od­wra­ca­ją­cej uwagę od rze­czy­wi­stej tre­ści. Weźmy taki przy­kład. Bo­ha­ter Ma­ciek wspo­mi­na cią­głe le­że­nie swo­jej matki. Ona leży i leży, a żeby nie zro­bi­ło się ar­cy­ba­nal­nie, nar­ra­tor po­rów­nu­je ją do „Czło­wie­ka, który śpi” Geo­r­ges’a Pe­re­ca. Z ko­rzy­ścią dla tego dru­gie­go, bo prze­cież on wresz­cie wsta­je i robi rze­czy sen­sow­ne w prze­ci­wień­stwie do matki, która nie wsta­je, a le­że­niem, jak to pa­te­tycz­nie for­mu­łu­je autor: „wy­ra­ża swój sto­su­nek do hi­sto­rii”. Zresz­tą nie czeka na nią to, co Ja­ku­bo­wiak okre­śla jako „wspa­nia­łe życie”, więc po co wsta­wać? Wnio­sek jest taki: jedni leżą (i nie wsta­ją), dru­dzy znaj­du­ją się w „cią­głej nie­pew­no­ści, że mogą spaść z hie­rar­chii” albo „myślą go­rzej o lu­dziach, któ­rym się nie udało”.

Jakubowiak może i chciałby uczynić swoją opowieść uniwersalną, ale robi to w trybie koniunkturalnego egotripu

Nar­ra­cja sy­tu­uje się gdzieś na skra­ju mię­dzy oświad­cze­niem, wy­zna­niem a ka­mu­fla­żem; mię­dzy mó­wie­niem pro­sto z mostu, na­zbyt szcze­rze, jak na spo­wie­dzi, a za­ra­zem męt­nie i mi­sty­fi­ku­ją­co. Autor spusz­cza z tonu we frag­men­tach sty­li­zo­wa­nych na afir­ma­tyw­ne po­go­dze­nie i em­pa­tycz­ną, prze­ra­dza­ją­cą się w in­fan­ty­li­za­cję opi­sów­kę. Opo­wieść jest spraw­nie wy­cy­ze­lo­wa­na, po­pi­sy re­to­rycz­ne po­ja­wia­ją się tam, gdzie słod­ko-pier­dzą­ca at­mos­fe­ra trwa zbyt długo (jest tutaj wiele prze­ga­da­nych, nu­żą­cych frag­men­tów, które mo­gły­by być o wiele krót­sze). Po­więk­sza­jąc i, prze­ciw­nie, zmniej­sza­jąc rzecz, autor może prze­cież wy­ka­zać wszyst­ko. Czy nie jest jed­nak pro­tek­cjo­nal­ne i bar­dzo zresz­tą spraw­ne (jak przy­sta­ło na dok­to­ra li­te­ra­tu­ro­znaw­stwa) za­ma­zy­wa­nie rze­czy­wi­stych im­pli­ka­cji ta­kie­go po­sta­wie­nia spra­wy? Stra­te­gia ata­ko­wa­nia stwier­dze­niem kon­tro­wer­syj­nym i na­tych­mia­sto­we­go wy­co­fy­wa­nia się zmie­rza do prze­cią­gnię­cia czy­tel­nicz­ki na swoją stro­nę. Autor na­rzu­ca w ten spo­sób cichy pakt o nie­kry­ty­ce – zu­peł­nie jakby spryt­ne sa­mo­uspra­wie­dli­wie­nia mogły zwol­nić z od­po­wie­dzial­no­ści za to, co się pisze. Czy ta przed­wcze­sna pa­cy­fi­ka­cja kry­tycz­ne­go od­bio­ru nie jest cy­nicz­ną za­gryw­ką? Prze­cież nie spo­sób za­rzu­cić komuś tego, co sam już na­zwał i sfor­mu­ło­wał:

Pew­nie dla­te­go lu­dzie tak się pcha­ją na sta­no­wi­ska, jasne, dla pie­nię­dzy, dla pre­sti­żu, ale też po to, żeby nie być nikim, żeby ktoś ich pa­mię­tał, a prz­yn­ajmniej za­pi­sał w waż­nych księ­gach, to w sumie pro­ste, naj­ła­twiej zdo­być wła­dzę nad księ­ga­mi, a potem się do nich wpi­sać. Można się też od­róż­nić, żyć jakoś ina­czej, ubie­rać eks­tra­wa­ganc­ko, zro­bić sobie od­pa­ło­wą fry­zu­rę, wtedy jest szan­sa, że ktoś cię za­pa­mię­ta, prz­yn­ajmniej są­sie­dzi, może nawet tro­chę dalsi. Więk­sze za­się­gi daje sztu­ka, usys­te­ma­ty­zo­wa­ny i zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­ny spo­sób wy­róż­nia­nia się, są tu różne dys­cy­pli­ny i ob­sza­ry, na któ­rych można się wybić, można na przy­kład na­pi­sać książ­kę, a po­nie­waż wszyst­kim aspi­ru­ją­cym pi­sa­rzom za­le­ży tylko na jed­nym: żeby być kimś, więc sami dbają, żeby nie było trud­no, i bez zbęd­nej zwło­ki uzna­ją za kogoś ko­le­żan­ki i ko­le­gów, li­cząc na wza­jem­ność.

Można by przez kilka stron ana­li­zo­wać przy­kła­dy ele­men­tów per­swa­zyj­nych: przy­glą­dać się temu, jaką funk­cję mają wpra­wia­ją­ce czy­tel­ni­ka w za­kło­po­ta­nie dwu­znacz­no­ści nie­któ­rych stwier­dzeń, jak nad­mier­ne wzmo­że­nie od­po­wied­nich przy­kła­dów umoż­li­wia nar­ra­to­ro­wi scho­dze­nie z tonu, jak ob­szer­ne roz­wi­ja­nie pew­nych wąt­ków i do­pro­wa­dze­nie ich do śmiesz­no­ści wspie­ra ogól­nie przy­ję­tą stra­te­gię ukry­wa­nia ja­ło­wej tre­ści. Mamy w książ­ce trzy­na­ście czę­ści, wszyst­kie za­ty­tu­ło­wa­ne z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla Er­naux za­im­kiem zwrot­nym „się”: „się cho­dzi do szko­ły”, „się upra­wia spor­ty”, „się wie­rzy”, „się czyta” itd. W pierw­szym roz­dzia­le „za­czy­na się od zera”. Tytuł do­brze gra z prze­ko­na­niem za­pi­sa­nym póź­niej: „trze­ba tak bar­dzo nie lubić miej­sca, z któ­re­go się star­tu­je, by za wszel­ką cenę chcieć się z niego wy­rwać”. Po­szcze­gól­ne czę­ści za­zwy­czaj za­czy­na­ją się od po­sta­ci Hanki, koń­czą na­to­miast nar­ra­ty­wi­za­cją suk­ce­su rze­czy­wi­ste­go bo­ha­te­ra tej opo­wie­ści, czyli Maćka.

Ale czy nie jest tak, że kon­stru­ując nar­ra­cję we­wnętrz­nie sprzecz­ną, autor two­rzy sobie bez­piecz­ny bufor, żeby nie po­wie­dzieć nic? Tak jest z pierw­szą frazą eseju (okrzyk­nię­tą przez Pau­li­nę Re­iter na ła­mach „Wy­so­kich Ob­ca­sów Extra” zda­niem, które „za­pi­sze się w hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry”): „Mama była nikim”. Draż­nią­ca pew­ność tego stwier­dze­nia jest oczy­wi­ście nie­trwa­ła. Autor zaraz się z niego wy­co­fu­je. W ten spo­sób kreu­je pod­ło­że dla stra­te­gii mar­ke­tin­go­wej opie­ra­ją­cej się na od­po­wied­nim po­zy­cjo­no­wa­niu i zaj­mo­wa­niu (po­zor­nie) sprzecz­nych sta­no­wisk. Te pa­ra­dok­sy pro­wo­ku­ją kon­tro­wer­sje, które na­stęp­nie stają się chwy­tli­wy­mi na­głów­ka­mi z po­ten­cja­łem na duże za­się­gi (w „Małym For­ma­cie” pisał o tym Mar­cin Bełza). Gdy autor „Hanki” stwier­dza praw­dę, nie o nią mu prze­cież cho­dzi. Tak jakby po stro­nie nar­ra­to­ra na­stę­po­wa­ły nie­spo­dzie­wa­ne i nie­zro­zu­mia­łe dla czy­tel­ni­ka prze­sko­ki in­ten­cji. Zresz­tą tryb prze­czą­co-oznaj­mu­ją­cy, w któ­rym for­mu­łu­je obie­go­we i naj­bar­dziej oczy­wi­ste twier­dze­nia jest jed­nym z jego ulu­bio­nych chwy­tów. Mama była „nikim”. Mama była „kimś”. Szko­ła to „ży­cio­wa szan­sa”. Szko­łę warto sobie „od­pu­ścić”. Przy takim modus ope­ran­di można na­pi­sać wszyst­ko, tak jak ze wszyst­kie­go można się wy­co­fać:

Znam te wszyst­kie słowa i dla­te­go wy­strze­gam się ich jak ognia, choć to wcale nie takie łatwe, bo po la­tach tre­nin­gu same pcha­ją się na kla­wia­tu­rę. Uni­kam ich, bo okrop­nie (już chcia­łem na­pi­sać: „fa­tal­nie”) brzmią i swoją rze­ko­mą na­uko­wo­ścią nie­po­trzeb­nie ma­sku­ją rze­czy, które w więk­szo­ści wy­pad­ków można na­pi­sać po pro­stu. Można, ale się nie pisze, żeby na wszel­ki wy­pa­dek od­róż­nić się od tych, któ­rzy są nie­wta­jem­ni­cze­ni. Traf­nie to wy­czu­łem, mając pięt­na­ście lat, i dla­te­go tak pil­nie stu­dio­wa­łem ten język, choć to jakoś prze­wrot­ne, że kiedy już go opa­no­wa­łem, po­zwo­lił mi zro­zu­mieć, że służy wy­łącz­nie do na­bie­ra­nia ludzi.

Po co tak po­wta­rzać za tymi Ame­ry­ka­na­mi, Duń­czy­ka­mi, Fran­cu­za­mi? Dla­cze­go wciąż mu­si­my się sta­wiać w po­zy­cji pe­ry­fe­ryj­ne­go od­twa­rza­nia tego, co w cen­trum zdą­ży­ło się już zde­za­wu­ować? Być może jest to ma­te­riał na szer­szą ana­li­zę uwa­run­ko­wań pro­duk­cji li­te­rac­kiej w Pol­sce. Ja­ku­bo­wiak po­ży­cza sche­ma­ty opo­wie­ści o awan­sie wy­wo­dzą­ce się ze znacz­nie bar­dziej sztyw­nych kla­so­wo spo­łe­czeństw. Zgoda, autor „Hanki” pró­bu­je w ja­kimś stop­niu uru­cho­mić apa­rat kry­tycz­ny, ale jest on jakby ce­lo­wo zwich­nię­ty, nie w pełni dzia­ła­ją­cy, nie tra­fia w sedno. A prze­cież kry­ty­ka opo­wie­ści spod znaku class de­fec­tor nie jest wie­dzą ta­jem­ną. Nie cho­dzi tylko o Nobla dla Er­naux, choć jasne, za­gwa­ran­to­wał on au­tor­ce „Lat” nie­zły im­pact fac­tor i stał się sym­bo­lem wej­ścia tego typu li­te­ra­tu­ry do świa­to­we­go ka­no­nu. Fran­cu­ska kry­ty­ka nie omija żad­ne­go aspek­tu tego pi­sa­nia: nar­ra­cyj­nych sche­ma­tów, ar­ty­stycz­nych za­ło­żeń, po­li­tycz­nych uwa­run­ko­wań, tego, że opo­wie­ści o awan­sie wła­ści­wie pod­bi­ja­ją mit me­ry­to­kra­cji za­miast pod­dać ją kry­ty­ce. Oce­nia się też wia­ry­god­ność sa­mych au­to­rów. Z jed­nej stro­ny mamy lau­re­ata na­gro­dy Gon­co­ur­tów, pi­sa­rza z awan­su Ni­co­la­sa Ma­thieu, który wiąże się z dzie­dzicz­ką mo­na­kij­skiej ro­dzi­ny ksią­żę­cej Char­lot­te Ca­si­ra­ghi, którą to spra­wę ko­men­tu­je się z prze­ką­sem: „nawet Bo­ur­dieu nie wie­dział­by, co po­wie­dzieć”. Nie oszczę­dza się też Annie Er­naux, która koń­czy­ła prze­cież szko­ły pry­wat­ne, a więc kon­flikt lo­jal­no­ści, o któ­rym pisze, jest być może nieco na­cią­ga­ny. Chyba coś jest na rze­czy, skoro po taką re­to­ry­kę coraz czę­ściej się­ga­ją osoby o bar­dzo wy­so­kiej po­zy­cji spo­łecz­nej, np. So­phie Mor­ce­au czy Ema­nu­el Ma­cron. Fran­cu­zi na­zy­wa­ją to „gla­mo­ury­za­cją” awan­su kla­so­we­go lub ce­lo­wą „pro­le­ta­ry­za­cją” po­cho­dze­nia. U nas do­brym przy­kła­dem byłby usu­nię­ty już z łam „Ga­ze­ty Wy­bor­czej” tekst Mar­ci­na Kąc­kie­go, który za­czy­nał się od opo­wie­ści o chło­pa­ku ze star­gardz­kie­go osie­dla, a potem… cóż, wszy­scy pa­mię­ta­my. Z dru­giej stro­ny mamy ro­dzi­nę Edo­uar­da Lo­uisa, która po lek­tu­rze jego ksią­żek (np. opi­sów do­mo­we­go po­ro­nie­nia lub tego, jak matka ko­rzy­sta z to­a­le­ty), za­czę­ła po­ka­zy­wać się w me­diach, oczy­wi­ście w try­bie żalu i nie­do­wie­rza­nia. Oczy­wi­ście au­to­rzy na to wszyst­ko ase­ku­ra­cyj­nie od­po­wia­da­ją. Jest to w ja­kimś stop­niu symp­to­ma­tycz­ne, że nar­ra­cja o awan­sie kla­so­wym chce przed­sta­wiać się jako po­li­ty­zu­ją­ca, a nawet po­li­tycz­na, po­przez silną obec­ność me­ta­ko­men­ta­rzy. Louis jest jed­nym z naj­le­piej sprze­da­ją­cych się i roz­po­zna­wal­nych pi­sa­rzy fran­cu­skich, a jed­no­cze­śnie na­zy­wa swoje pi­sa­nie po­li­tycz­nym i znaj­du­ją­cym się na obrze­żach pola li­te­rac­kie­go.

Po co tak powtarzać za tymi Amerykanami, Duńczykami, Francuzami?

Ba, na ten temat po­wsta­ją już nawet prace na­uko­we. Laélia Véron i Ka­ri­ne Abi­ven, au­tor­ki kry­tycz­nej mo­no­gra­fii po­świę­co­nej opo­wie­ściom o awan­sie [2] wy­cho­dzą z za­ło­że­nia, że hi­sto­rie „ucie­ki­nie­rów kla­so­wych” (trans­fu­ges de clas­se) stały się so­cjo­lo­gicz­nym, me­dial­nym i po­li­tycz­nym kon­ti­nu­um dys­kur­syw­nym, któ­rym rzą­dzą już tylko me­cha­ni­zmy mar­ke­tin­gu. Nie pró­bu­ją one ni­cze­go rze­czy­wi­ście po­wie­dzieć, tylko me­cha­nicz­nie kreu­ją, a na­stęp­nie speł­nia­ją ocze­ki­wa­nia pew­nej grupy czy­tel­ni­ków. To tłu­ma­czy ich ryn­ko­wą eks­pan­syw­ność, epi­go­ni tego trybu opo­wia­da­nia mnożą się prze­cież jak grzy­by po desz­czu, a me­dial­ne pom­po­wa­nie ich pierw­szo­oso­bo­wych hi­sto­rii od­by­wa się w akom­pa­nia­men­cie wy­od­ręb­nio­nych fraz, funk­cjo­nu­ją­cych na za­sa­dzie haseł re­kla­mo­wych. W przy­pad­ku „Hanki” by­ło­by to pierw­sze zda­nie książ­ki po­wta­rza­ne w róż­nych wa­rian­tach w wy­wia­dach i na spo­tka­niach or­ga­ni­zo­wa­nych z au­to­rem. Kry­ty­ka opo­wie­ści „kla­so­wych de­zer­te­rów” jest więc w pew­nym sen­sie toż­sa­ma z kry­ty­ką rynku kul­tu­ral­ne­go oraz jego wpły­wu na kształt utwo­rów, ich cyr­ku­la­cję i in­ter­pre­ta­cję.

„Znieść klasę za­miast ją opusz­czać. Oto pro­jekt li­te­rac­ki i po­li­tycz­ny, który zde­cy­do­wa­nie mniej ocza­ru­je bur­żu­azję” – pisze Ni­co­las Fra­mont na ła­mach fran­cu­skie­go „Fru­stra­tion Ma­ga­zi­ne”. Po­mi­ja­jąc uwa­run­ko­wa­nia mar­ke­tin­gu li­te­rac­kie­go, mno­że­nie ciut tylko róż­nią­cych się od sie­bie opo­wie­ści o awan­sie może sil­nie od­dzia­ły­wać na czy­tel­ni­cze emo­cje, sta­no­wić ro­dzaj zbio­ro­wej au­to­te­ra­pii, pro­wo­ko­wać in­nych do po­dzie­le­nia się wła­sną hi­sto­rią, wzmac­niać sa­mo­za­do­wo­le­nie z sie­bie u pew­nej czę­ści li­be­ral­nych czy­tel­ni­ków, po pro­stu czy­tać się i kli­kać, ale osta­tecz­nie i tak nie zo­sta­je­my z ni­czym wię­cej niż toż­sa­mość. Jaką rolę speł­nia­ją nar­cy­stycz­ne wy­nu­rze­nia au­to­ra, który ni­cze­go osta­tecz­nie wprost nie stwier­dza i tylko po­zor­nie wy­sta­wia się na ry­zy­ko? Jeśli Ja­ku­bo­wiak w „Hance” pró­bu­je nas do cze­goś prze­ko­nać, to chyba tylko do tego, że nie­wy­god­nie jest pisać o awan­sie kla­so­wym. Ale prze­cież wszyst­kie te opo­wie­ści za­sa­dza­ją się na pew­nym dys­kom­for­cie pi­sa­nia o nikim, kiedy jest się kimś. Po pro­stu ko­mu­ni­ku­ją to w bar­dziej lub mniej sub­tel­ny spo­sób. A jeśli tak usil­nie stwa­rza się po­zo­ry tego, że co­kol­wiek się ry­zy­ku­je, nie mó­wiąc przy tym nic, to naj­wy­raź­niej do­szło tutaj do ja­kiejś bla­gier­ki. No chyba, że w życiu i w li­te­ra­tu­rze cho­dzi tylko o to, żeby być kimś i nie być nikim.

 

[1] To okre­śle­nie Annie Er­naux z „Lat”.

[2] L. Véron, K. Abi­ven, „Tra­hir et ven­ger. Pa­ra­do­xes des récits de trans­fu­ges de clas­se”. La Déco­uver­te 2024.

Maciej Jakubowiak

„Hanka. Opowieść o awansie", Czarne, Wołowiec 2024, s. 328.

Ka­ro­li­na Kulpa
na­uczy­ciel­ka ję­zy­ka pol­skie­go i fi­lo­zo­fii, dok­to­rant­ka w Za­kła­dzie Po­ety­ki, Teo­rii Li­te­ra­tu­ry i Me­to­do­lo­gii Badań Li­te­rac­kich UW. Zda­rza jej się pisać tek­sty kry­tycz­ne i tłu­ma­czyć z fran­cu­skie­go. W „Małym For­ma­cie” pisze i re­da­gu­je.
redakcjaAndrzej Frączysty, Krzysztof Sztafa

Maciej Jakubowiak

„Hanka. Opowieść o awansie", Czarne, Wołowiec 2024, s. 328.

POPRZEDNI

recenzja  

Pisanie snajperskie

— Monika Helak

NASTĘPNY

recenzja  

Alternatywy dla mieszkalnictwa

— Xavier Woliński