fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Mark Fisher

„Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?”, Książka i Prasa, Warszawa 2020, s. 174.

W jed­nej z klu­czo­wych scen filmu Al­fon­so Cu­aró­na „Ludz­kie dzie­ci” z 2006 r. Theo, po­stać grana przez Clive’a Owena, od­wie­dza przy­ja­cie­la w Elek­trow­ni Bat­ter­sea, która obec­nie pełni rolę cze­goś po­mie­̨dzy bu­dyn­kiem rza­̨d­owym a pry­wat­ną ga­le­rią sztu­ki. Skar­by kul­tu­ry – „Dawid” Mi­cha­ła Anio­ła, „Gu­er­ni­ca” Pi­cas­so, na­dmu­chi­wa­na św­inia Pink Floy­dów – prze­cho­wy­wa­ne są w bu­dow­li, która sama już sta­no­wi od­re­mon­to­wa­ny za­by­tek na­ro­do­wy. To je­dy­na oka­zja, żeby zo­ba­czyć jak żyje elita, chro­nia­̨ca się przed skut­ka­mi ka­ta­stro­fy po­wo­du­ja­̨cej ma­so­wą bez­płod­ność: od po­ko­le­nia nie uro­dzi­ło się ani jedno dziec­ko. Theo za­da­je py­ta­nie: „Jaki to ma sens, skoro ni­ko­mu nie be­̨dzie dane tego ogla­̨dać”? Przy­szłe po­ko­le­nie nie może już słu­żyć za alibi, bo go po pro­stu nie be­̨dzie. Od­po­wie­dzią jest ni­hi­li­stycz­ny he­do­nizm: „Po pro­stu o tym nie my­śl­ę”.

Nie­zwy­kłe w dys­to­pii, jaką są „Ludz­kie dzie­ci”, jest to, że jest cha­rak­te­ry­stycz­na dla póz­́n­ego ka­pi­ta­li­zmu. To nie okle­pa­ny to­ta­li­tar­ny sce­na­riusz, prze­ra­bia­ny w kółko w ki­no­wych dys­to­piach (np. w „V jak Ven­det­ta” Ja­me­sa McTe­igue’a z 2005 r.). W po­wie­ści P.D. Ja­me­sa, na któ­rej film jest opar­ty, de­mo­kra­cja zo­sta­je za­wie­szo­na, a kra­jem rza­̨dzi sa­mo­zwan­́czy Straz­̇nik, ale film to na szcze­̨śc­ie po­mi­ja. Z tego co wiemy wszech­obec­ne śro­dki au­to­ry­tar­ne mo­gły­by być wdro­ż­one w ustro­ju po­li­tycz­nym, który no­mi­nal­nie po­zo­sta­je de­mo­kra­tycz­ny. Wojna z ter­ro­rem przy­go­to­wa­ła nas na taki roz­wój wy­pad­ków: nor­ma­li­za­cja kry­zy­su stwa­rza sy­tu­ację, w któ­rej znie­sie­nie śro­dków pre­wen­cyj­nych usta­no­wio­nych w sy­tu­acji za­gro­ż­enia staje się nie­wy­obra­ża­lne (kiedy skon­́czy się wojna?).

Gdy ogla­̨d­amy „Ludz­kie dzie­ci” siłą rze­czy przy­po­mi­na nam się stwier­dze­nie przy­pi­sy­wa­ne Fre­de­ri­co­wi Ja­me­so­no­wi i Sla­vo­jo­wi Žižkowi, iż ła­twiej wy­obra­zić sobie ko­niec świ­ata niż ko­niec ka­pi­ta­li­zmu. Slo­gan ten cel­nie uj­mu­je to, co ro­zu­miem przez „re­alizm ka­pi­ta­li­stycz­ny”: po­wszech­ne od­czu­cie, że ka­pi­ta­lizm jest nie tylko je­dy­nym wzglę­dnie funk­cjo­nu­ja­̨cym sys­te­mem po­li­tycz­no-eko­no­micz­nym, ale, co wie­̨cej, nie moz­̇na obec­nie nawet sobie w y o b r a z i ć ja­kiej­kol­wiek sen­sow­nej al­ter­na­ty­wy wzgle­̨dem niego. Dys­to­pij­ne filmy i po­wie­ści były nie­gdyś ćw­icz­eniem ta­kiej wy­obraz­́ni – opi­sy­wa­ne przez nie ka­ta­stro­fy słu­ż­yły za nar­ra­cyj­ny pre­tekst do wy­ło­nie­nia się od­mien­nych spo­so­bów ż­ycia. Nie w „Ludz­kich dzie­ciach”. Wy­obra­ż­ony w nim świat wy­da­je się być ra­czej eks­tra­po­la­cją czy prze­ry­so­wa­niem na­sze­go świ­ata niż al­ter­na­ty­wą dla niego. W tam­tym świ­ecie, tak jak w na­szym, ul­tra­au­to­ry­ta­ryzm i ka­pi­tał w ża­dnym razie się nie wy­klu­cza­ją: obozy in­ter­no­wa­nia znaj­du­ją się tuż obok ka­wiar­ni. W „Ludz­kich dzie­ciach” prze­strzeń pu­blicz­na zo­sta­je opusz­czo­na, wa­la­ją się na niej nie­po­zbie­ra­ne ster­ty śmi­eci i gra­su­ją zwie­rze­̨ta (jedna ze szcze­gól­nie głe­̨b­oko za­pa­da­ja­̨cych w pa­mięć scen ma miej­sce w zruj­no­wa­nej szko­le, przez któ­rą prze­bie­ga je­leń). Neo­li­be­ra­ło­wie, ka­pi­ta­li­stycz­ni re­ali­ści par excel­len­ce, ce­le­bro­wa­li uni­ce­stwie­nie sfery pu­blicz­nej, jed­nak, na prze­kór ich ofi­cjal­nie ż­ywi­onym na­dzie­jom, w „Ludz­kich dzie­ciach” pan­́stwo nie znik­ne­̨ło, zo­sta­ło je­dy­nie zre­du­ko­wa­ne do swo­ich pod­sta­wo­wych funk­cji mi­li­tar­no-po­li­tycz­nych (mó­wię „ofi­cjal­nie ż­ywi­onym” na­dzie­jom, po­nie­waż neo­li­be­ra­ło­wie nie­ofi­cjal­nie są uza­lez­̇ni­eni od pan­́stwa, nawet je­śli na po­zio­mie ide­olo­gii bez­li­to­śnie je kry­ty­ku­ją. Stało się to spek­ta­ku­lar­nie jasne pod­czas kry­zy­su ban­ko­we­go z 2008 r., kiedy pan­́stwo, po­pro­szo­ne przez neo­li­be­ral­nych ide­olo­gów, bez­zwłocz­nie po­spie­szy­ło ra­to­wać sys­tem ban­ko­wy).

Wyobrażony w »Ludzkich dzieciach« świat wydaje się ekstrapolacją czy przerysowaniem naszego świata

Ka­ta­stro­fa w „Ludz­kich dzie­ciach” nie wy­da­rzy­ła się nie­daw­no, nie czeka też tuż za ro­giem. Ra­czej żyje się w niej. Nie ma ża­dn­ego śc­iś­le okre­śl­on­ego mo­men­tu ka­ta­kli­zmu; świat nie kon­́czy się hu­kiem, lecz ga­śnie, pruje w szwach, stop­nio­wo roz­pa­da. Nikt nie wie co spo­wo­do­wa­ło ka­ta­stro­fę. Jej przy­czy­na jest tak głe­̨b­oko za­grze­ba­na w prze­szło­ści, tak ab­so­lut­nie ode­rwa­na od te­raz­́nie­jsz­oś­ci, że wy­da­je się być ka­pry­sem ja­kieś zło­śl­iwej isto­ty: cud na opak, prze­klen­́stwo, któ­re­go nie od­ku­pi ż­aden akt skru­chy. Kla­̨tw­ę zdjąć może tylko ja­kaś in­ter­wen­cja, rów­nie nie­ocze­ki­wa­na jak sama rzu­co­na wcze­śniej kla­̨twa. Wszel­kie dzia­ła­nie jest bez­ce­lo­we, je­dy­nie śl­epa wiara ma sens. Sze­rzy się prze­sąd i re­li­gia, pierw­sze deski ra­tun­ku ludzi po­zba­wio­nych na­dziei.

 

 

Ale czym jest sama ka­ta­stro­fa? Temat bez­płod­no­ści na­le­ży oczy­wi­ście ro­zu­mieć me­ta­fo­rycz­nie, jako prze­nie­sie­nie in­ne­go ro­dza­ju lęku. Twier­dzę, że lęk ten do­ma­ga się wręcz, żeby od­czy­ty­wać go w ka­te­go­riach kul­tu­ro­wych, a py­ta­nie, jakie sta­wia film, brzmi: jak długo kul­tu­ra wy­trzy­ma bez tego, co nowe? Co się sta­nie, gdy mło­dzi nie be­̨d­ą już w sta­nie stwo­rzyć ni­cze­go, co by za­ska­ki­wa­ło?

„Ludz­kie dzie­ci” wia­̨z­̇ą się z po­dej­rze­niem, że ko­niec już na­sta­̨pił, z ideą, że wła­śc­iwie przy­szłość be­̨dzie nieść ze sobą już tylko po­wtó­rze­nie, re­kom­bi­na­cję. Czy mo­gło­by się zda­rzyć, że nie be­̨dzie już prze­ło­mów, „szoku no­wo­ści”? W re­zul­ta­cie re­ak­cją na tego typu lęki jest dwu­bie­gu­no­wa oscy­la­cja: „słaba me­sja­nicz­na” na­dzie­ja, że coś no­we­go musi się wy­da­rzyć, kon­́czy się na po­sę­pnym prze­ko­na­niu, że nic no­we­go wy­da­rzyć się nie ma prawa. Uwaga prze­su­wa się z wy­pa­try­wa­nia ko­lej­ne­go re­wo­lu­cyj­ne­go prze­ło­mu na roz­pa­mie­̨t­yw­anie prze­szło­ści – kiedy były ostat­nie punk­ty zwrot­ne i wła­śc­iwie jak bar­dzo były istot­ne?

T. S. Eliot prze­bi­ja gdzieś w tle „Ludz­kich dzie­ci”, które prze­cież prze­je­̨ły motyw bez­płod­no­ści z „Ziemi ja­ło­wej”. Kon­́cz­ą­ce film motto shan­tih shan­tih shan­tih ma wie­̨cej wspól­ne­go z jego frag­men­ta­rycz­ny­mi utwo­rem niż z po­ko­jem Upa­ni­szad. Być może da się wy­czy­tać z „Ludz­kich dzie­ci” tro­ski in­ne­go Elio­ta – Elio­ta z „Tra­dy­cji i ta­len­tu in­dy­wi­du­al­ne­go”. W eseju tym Eliot, nie­ja­ko an­ty­cy­pu­jąc Ha­rol­da Blo­oma, opi­sał sto­su­nek mie­̨dzy tym, co ka­no­nicz­ne, a tym, co nowe. Nowe de­fi­nio­wa­ne jest jako re­ak­cja na to, co już ist­nie­je; z kolei to, co za­sta­ne, musi zo­stać po­now­nie skon­fi­gu­ro­wa­ne w od­po­wie­dzi na to, co nowe. Eliot twier­dził, że wy­czer­pa­nie się przy­szło­ści za­bie­rze nam prze­szłość. Tra­dy­cja nic nie zna­czy, je­śli nie jest już dłu­żej kon­te­sto­wa­na i mo­dy­fi­ko­wa­na. Kul­tu­ra, któ­rą się już tylko prze­cho­wu­je, nie jest w ogóle kul­tu­rą. Los „Gu­er­ni­ki” Pi­cas­sa – kie­dyś peł­ne­go udre­̨ki obu­rze­nia wy­mie­rzo­ne­go w fa­szy­stow­skie be­stial­stwo, teraz ma­lo­wi­dła ście­nn­ego – jest symp­to­ma­tycz­ny. Tak jak w po­ka­za­nej w fil­mie prze­strze­ni wy­sta­wo­wej Bat­ter­sea, ob­ra­zo­wi na­da­je się sta­tus „iko­nicz­ne­go”, kiedy ob­dzie­ra się go z kon­tek­stu, kiedy nie pełni ja­kiej­kol­wiek funk­cji. Ż­aden obiekt kul­tu­ro­wy nie może za­cho­wać swo­jej mocy od­dzia­ły­wa­nia, je­śli prze­sta­ją nań pa­trzeć nowe oczy.

Nie mu­si­my cze­kać na na­dej­ście nie­da­le­kiej przy­szło­ści „Ludz­kich dzie­ci”, żeby za­ob­ser­wo­wać prze­ista­cza­nie się kul­tu­ry w eks­po­na­ty mu­ze­al­ne. Siła re­ali­zmu ka­pi­ta­li­stycz­ne­go cze­̨śc­io­wo bie­rze się ze spo­so­bu, w jaki ka­pi­ta­lizm sub­su­mu­je i kon­su­mu­je do­tych­cza­so­wą hi­sto­rię: efekt „sys­te­mu ekwi­wa­len­cji”, na­da­ja­̨c­ego war­tość pie­nię­ż­n­ą wszyst­kim obiek­tom kul­tu­ro­wym, obo­ję­tnie czy jest to iko­no­gra­fia re­li­gij­na, por­no­gra­fia czy „Das Ka­pi­tal”. Prze­chadz­ka po Bri­tish Mu­seum, gdzie moz­̇na po­dzi­wiać przed­mio­ty wy­rwa­ne ze swo­ich świ­atów ż­ycia i zgro­ma­dzo­ne jak na po­kła­dzie stat­ku ja­kie­goś ko­smicz­ne­go Pre­da­to­ra, sta­no­wi do­sko­na­łą ilu­stra­cję tego jak pro­ces ten wy­gla­̨da w prak­ty­ce. Po­przez prze­mia­nę prak­tyk i ry­tu­ałów w przed­mio­ty o war­to­ści czy­sto es­te­tycz­nej, wiary daw­nych kul­tur zo­sta­ją iro­nicz­nie zo­biek­ty­wi­zo­wa­ne i prze­kształ­co­ne w ar­te­fak­ty. Re­alizm ka­pi­ta­li­stycz­ny nie jest zatem ja­kimś po­szcze­gól­nym przy­pad­kiem re­ali­zmu; to ra­czej re­alizm sam w sobie. Jak za­uwa­ż­yli Marks i En­gels w „Ma­ni­fe­ście ko­mu­ni­stycz­nym”, ka­pi­tał

za­to­pił świ­ą­tob­li­we dresz­cze po­boz­̇n­ego ma­rzy­ciel­stwa, ry­cer­skie­go za­pa­łu, miesz­czan­́ski­ego sen­ty­men­ta­li­zmu w lo­do­wa­tej wo­dzie ego­istycz­ne­go wy­ra­cho­wa­nia. God­ność oso­bi­stą za­mie­nił w war­tość wy­mien­ną, a na miej­sce nie­zli­czo­nych uwie­rzy­tel­nio­nych do­ku­men­ta­mi, uczci­wie na­by­tych wol­no­ści, po­sta­wił je­dy­ną, po­zba­wio­ną su­mie­nia wol­ność han­dlu. Sło­wem, na miej­sce wy­zy­sku, osło­nie­̨t­ego złu­dze­nia­mi re­li­gij­ny­mi i po­li­tycz­ny­mi, po­sta­wił wy­zysk jawny, bez­wstyd­ny, bez­po­śre­dni, nagi.

Ka­pi­ta­lizm jest tym, co po­zo­sta­je, gdy dawne wiary roz­pa­da­ją się na po­zio­mie or­ga­ni­za­cji ry­tu­al­nej i sym­bo­licz­nej, a je­dy­ne co po­zo­sta­je to widz-kon­su­ment, z tru­dem prze­dzie­ra­ja­̨cy się przez ru­mo­wi­ska i zglisz­cza.

 

 

A jed­nak ten zwrot od wiary do es­te­ty­ki, od za­an­ga­ż­ow­ania do bier­ne­go przy­pa­try­wa­nia się, uwa­ża się za jed­ną z cnót re­ali­zmu ka­pi­ta­li­stycz­ne­go. Twier­dząc, jak uj­mu­je to Ba­diou, że „wy­ba­wił” nas od „zgub­nych abs­trak­cji” in­spi­ro­wa­nych przez „ide­olo­gie prze­szło­ści”, re­alizm ka­pi­ta­li­stycz­ny jawi się jako tar­cza bro­nia­̨ca nas od nie­bez­pie­czeństw gro­ż­ących nam ze stro­ny samej wiary. Wła­śc­iwa dla post­mo­der­ni­stycz­ne­go ka­pi­ta­li­zmu po­sta­wa iro­nicz­ne­go dy­stan­su ma po­noć uod­por­nić nas na po­ku­sy fa­na­ty­zmu. Wma­wia się nam, że ob­ni­ż­enie na­szych ocze­ki­wań to nie­wiel­ka cena w za­mian za ochro­nę przed ter­ro­rem i to­ta­li­ta­ry­zmem. „Ż­yj­emy w sprzecz­no­ści”, jak za­uwa­żył Ba­diou

sy­tu­acja bru­tal­na, głe­̨b­oko nie­ega­li­tar­na – gdzie kaz­̇de ist­nie­nie oce­nia się wy­łąc­znie w ka­te­go­riach pie­nię­żnych – pre­zen­to­wa­na nam jest jako ideał. Żeby uspra­wie­dli­wić swój kon­ser­wa­tyzm, zwo­len­ni­cy ist­nie­ja­̨c­ego po­rzą­dku nie mogą na­zy­wać go na­praw­dę ide­al­nym czy cu­dow­nym. Za­miast tego zatem zde­cy­do­wa­li się mó­wić, że wszyst­ko inne jest prze­ra­ż­aj­ą­ce. Jasne, mó­wią, być może nie ż­yj­emy w sta­nie do­sko­na­łe­go Dobra. Ale mamy szcze­̨śc­ie, że nie ż­yj­emy w Złu. Nasza de­mo­kra­cja nie jest do­sko­na­ła. Ale jest lep­sza niż krwa­we dyk­ta­tu­ry. Ka­pi­ta­lizm jest nie­spra­wie­dli­wy. Ale nie jest zbrod­ni­czy jak sta­li­nizm. Po­zwa­la­my umie­rać ty­sią­com Afry­ka­nów na AIDS, ale nie wy­po­wia­da­my ra­si­stow­sko-na­cjo­na­li­stycz­nych de­kla­ra­cji, jak Milošević. Za­bi­ja­my Ira­kij­czy­ków z sa­mo­lo­tów, ale nie pod­rzy­na­my im gar­deł tak jak ro­bią to w Rwan­dzie, itd.

„Re­alizm” jest tutaj ana­lo­gicz­ny z za­ni­ż­onym ho­ry­zon­tem ocze­ki­wań osoby cier­pia­̨cej na de­pre­sję, która sa­̨dzi, że kaz­̇dy stan po­zy­tyw­ny, ja­ka­kol­wiek na­dzie­ja, to już nie­bez­piecz­ne złu­dze­nie.

De­leu­ze i Gu­at­ta­ri w swoim opi­sie ka­pi­ta­li­zmu, z pew­no­ści­ą naj­bar­dziej im­po­nu­ja­̨cym od czasu Mark­sa, przed­sta­wia­ją go jako pew­ne­go ro­dza­ju mrocz­ną po­ten­cjal­ność, która na­wie­dza­ła wszyst­kie wcze­śnie­jsze ustro­je spo­łecz­ne. Ka­pi­tał, twier­dzą, to „Rzecz nie­na­zy­wal­na”, coś od­ra­ż­aj­ą­ce­go, przed czym spo­łe­czen­́stwa pry­mi­tyw­ne i feu­dal­ne „za­wcza­su się bro­ni­ły”. Kiedy ka­pi­ta­lizm fak­tycz­nie nad­cho­dzi, nie­sie ze sobą da­le­ko ida­̨c­ą de­sa­kra­li­za­cję kul­tu­ry. To sys­tem, któ­rym nie za­wia­du­je już ża­dne Prawo; prze­ciw­nie, unie­waz­̇nia on wszyst­kie kody tylko po to, by za­in­sta­lo­wać je po­now­nie ad hoc. Gra­ni­ce ka­pi­ta­li­zmu nie są usta­lo­ne de­kre­tem, lecz de­fi­nio­wa­ne (i re­de­fi­nio­wa­ne) prag­ma­tycz­nie i pro­wi­zo­rycz­nie. To spra­wia, że ka­pi­ta­lizm przy­po­mi­na w du­żym stop­niu ty­tu­ło­we „coś” z filmu Car­pen­te­ra: mon­strum, isto­tę nie­skon­́cz­enie pla­stycz­ną, zdol­ną do prze­mie­nie­nia się i wchło­nie­̨cia do­wol­nej osoby, z któ­rą wcho­dzi w kon­takt. Ka­pi­tał, mó­wią De­leu­ze i Gu­at­ta­ri, to „pstro­ka­ty obraz wszyst­kie­go, w co kie­dy­kol­wiek wie­rzo­no”; dziw­na hy­bry­da ul­tra­no­wo­cze­sno­ści i tego, co ar­cha­icz­ne. Po tym jak De­leu­ze i Gu­at­ta­ri na­pi­sa­li dwa tomy „Ka­pi­ta­li­zmu i schi­zo­fre­nii” przez lata wy­da­wa­ło się, że de­te­ry­to­ria­li­zu­ja­̨ce im­pul­sy ka­pi­ta­li­zmu ogra­ni­cza­ją się do fi­nan­sów, zo­sta­wia­jąc kul­tu­rę pod nad­zo­rem sił re­te­ry­to­ria­li­za­cji.

Kapitał, mówią Deleuze i Guattari, to »pstrokaty obraz wszystkiego, w co kiedykolwiek wierzono«

Ma­razm, po­czu­cie, że nic no­we­go już się nie wy­da­rzy, nie jest oczy­wi­ście samo w sobie ni­czym nowym. Znaj­du­je­my się w osła­wio­nym „kon­́cu hi­sto­rii”, od­tra­̨bi­onym przez Fran­ci­sa Fu­kuy­amę po upad­ku muru ber­lin­́ski­ego. Teza Fu­kuy­amy, że hi­sto­ria zna­la­zła swój kres w po­li­tycz­nym li­be­ra­li­zmie, mogła sta­no­wić po­wszech­ny przed­miot drwin, ale po­go­dzo­no się z nią, wręcz przy­je­̨to za pew­nik na po­zio­mie kul­tu­ro­wej nie­świ­ad­om­oś­ci. Na­le­ży jed­nak pa­mie­̨tać, że nawet wtedy kiedy Fu­kuy­ama ją wy­su­wał, idea mó­wia­̨ca o hi­sto­rii osia­̨g­aj­ącej „sta­cję kon­́c­ow­ą” nie była je­dy­nie czczym trium­fa­li­zmem. Fu­kuy­ama ostrze­gał, że jego olśni­ew­aj­ą­ca me­tro­po­lia be­̨dzie na­wie­dza­na przez duchy, ale my­ślał ra­czej o wid­mie Nie­tz­sche­go niż Mark­sa. Nie­któ­re z naj­bar­dziej pro­ro­czych frag­men­tów u Nie­tz­sche­go to te, w któ­rych opi­su­je „prze­sy­ce­nie danej epoki hi­sto­rią”, „[kiedy] epoka po­pa­da w nie­bez­piecz­ny na­strój iro­nii wobec sa­me­go sie­bie”, jak pisał w „Nie­wcze­snych roz­wa­ż­aniach”, „a na­stę­pnie w jesz­cze bar­dziej groz­́ny cy­nizm”, w któ­rej „ko­smo­po­li­tycz­na bie­głość”, ode­rwa­ny spek­ta­to­ria­lizm za­ste­̨p­uje za­an­ga­ż­ow­anie i czyn­ne uczest­nic­two. To kon­dy­cja Nie­tz­sche­an­́ski­ego Ostat­nie­go Czło­wie­ka, który wszyst­ko po­jął, ale któ­re­go de­ka­denc­ko wy­cien­́czył wła­śnie nad­miar (samo)świ­ad­om­oś­ci.

Sta­no­wi­sko Fu­kuy­amy to w pew­nym sen­sie lu­strza­ne od­bi­cie sta­no­wi­ska Fre­de­ri­ca Ja­me­so­na. Ja­me­son użył kie­dyś słyn­ne­go okre­śl­enia, że post­mo­der­nizm to „kul­tu­ro­wa lo­gi­ka póz­́n­ego ka­pi­ta­li­zmu”. Do­wo­dził, że po­raz­̇ka orien­ta­cji na przy­szłość jest kon­sty­tu­tyw­nym ele­men­tem post­mo­der­ni­stycz­nej sceny kul­tu­ro­wej, któ­rą, jak traf­nie pro­ro­ko­wał, zdo­mi­nu­je pa­stisz i cia­̨głe od­grze­wa­nie ko­tle­tów. Bio­rąc pod uwa­gę to, że Ja­me­son prze­ko­nu­ja­̨co wy­ka­zał ist­nie­nie re­la­cji mie­̨dzy kul­tu­rą post­mo­der­ni­stycz­ną i pew­ny­mi ten­den­cja­mi kon­su­menc­kie­go (lub post­for­dow­skie­go) ka­pi­ta­li­zmu, mo­gło­by się wy­da­wać, że nie ma w ogóle po­trze­by wpro­wa­dzać po­je­̨cia re­ali­zmu ka­pi­ta­li­stycz­ne­go. W pew­nym sen­sie to praw­da. To, co na­zy­wam re­ali­zmem ka­pi­ta­li­stycz­nym, moz­̇na pod­cia­̨gnąć pod ka­te­go­rię post­mo­der­ni­zmu, zgod­nie z teo­rią Ja­me­so­na. Mimo tego jed­nak, iż Ja­me­son pod­jął he­ro­icz­ny wy­si­łek na rzecz do­pre­cy­zo­wa­nia ter­mi­nu „post­mo­der­nizm”, po­zo­stał on po­je­̨ciem spor­nym, a jego zna­cze­nie, ade­kwat­nie, ale za­ra­zem nie­zbyt przy­dat­nie, po­zo­sta­ło nie­do­okre­śl­one i nie­usta­bi­li­zo­wa­ne. Co wie­̨cej, chciał­bym ar­gu­men­to­wać, że wiele z pro­ce­sów, które Ja­me­son opi­sy­wał i ana­li­zo­wał, po­głe­̨b­iły się i stały się na tyle chro­nicz­ne, że prze­szły pew­ne­go ro­dza­ju me­ta­mor­fo­zę.

 

 

Ko­niec kon­́ców wolę ter­min „re­alizm ka­pi­ta­li­stycz­ny” od „post­mo­der­ni­zmu” z trzech po­wo­dów. W la­tach 80., kiedy Ja­me­son po raz pierw­szy wy­su­nął tezę na temat post­mo­der­ni­zmu, ist­nia­ły jesz­cze, prz­yn­ajmniej z nazwy, po­li­tycz­ne al­ter­na­ty­wy dla ka­pi­ta­li­zmu. Jed­nak to, z czym mamy obec­nie do czy­nie­nia, to da­le­ko głę­bsze i dużo bar­dziej wszech­ogar­nia­ja­̨ce uczu­cie wy­czer­pa­nia oraz kul­tu­ro­wej i po­li­tycz­nej ja­ło­wo­ści. W la­tach 80. nadal ist­niał „re­al­ny so­cja­lizm”, choć znaj­do­wał się w osta­tecz­nej fazie roz­kła­du. W Wiel­kiej Bry­ta­nii kra­wędź an­ta­go­ni­zmu kla­so­we­go zo­sta­ła cał­ko­wi­cie od­sło­nie­̨ta w trak­cie ta­kich wy­da­rzeń jak strajk gór­ni­ków w la­tach 1984-1985, a ich po­raz­̇ka była istot­nym mo­men­tem w roz­wo­ju ka­pi­ta­li­stycz­ne­go re­ali­zmu, prz­yn­ajmniej rów­nie zna­cza­̨cym w wy­mia­rze sym­bo­licz­nym, co w swo­ich od­czu­wal­nych skut­kach. De­cy­zji o za­mknie­̨ciu ko­pal­ni bro­nio­no do­kład­nie dla­te­go, że utrzy­ma­nie ich było „nie­re­ali­stycz­ne eko­no­micz­nie”, a gór­ni­ków ob­sa­dzo­no w roli ostat­nich ak­to­rów w kon­́cz­ącej się wła­śnie pro­le­ta­riac­kiej epo­pei. Lata 80. były epo­ką, w któ­rej wal­czo­no o re­alizm ka­pi­ta­li­stycz­ny i go usta­no­wio­no, w któ­rej dok­try­na Mar­ga­ret That­cher, że „nie ma al­ter­na­ty­wy” – nie moz­̇na sobie wy­ma­rzyć bar­dziej zwie­̨zł­ego slo­ga­nu re­ali­zmu ka­pi­ta­li­stycz­ne­go – stała się bru­tal­ną, sa­mo­speł­nia­ja­̨c­ą się prze­po­wied­nią.

Po dru­gie, post­mo­der­nizm za­kła­dał pe­wien sto­su­nek do mo­der­ni­zmu. Praca Ja­me­so­na o post­mo­der­ni­zmie roz­po­czy­na się od ana­li­zy idei, ż­ywi­onej przez ludzi po­kro­ju Ad­or­na, że mo­der­nizm dys­po­no­wał re­wo­lu­cyj­nym po­ten­cja­łem na mocy sa­mych swo­ich in­no­wa­cji for­mal­nych. To co za­ob­ser­wo­wał Ja­me­son to ra­czej wła­̨cz­anie mo­ty­wów mo­der­ni­stycz­nych w kul­tu­rę po­pu­lar­ną (np. w re­kla­mie ni stąd ni zo­wąd po­ja­wi­ły się tech­ni­ki sur­re­ali­stycz­ne). W tym samym cza­sie, kiedy po­szcze­gól­ne formy mo­der­ni­zmu zo­sta­ły wchło­nie­̨te i uto­wa­ro­wio­ne, jego credo – rze­ko­ma wiara w eli­ta­ryzm i mo­no­lo­gicz­ny, od­gór­ny model kul­tu­ry – zo­sta­ły za­kwe­stio­no­wa­ne i od­rzu­co­ne w imię „róz­̇n­icy”, „róz­̇n­oro­dn­oś­ci” i „plu­ra­li­zmu”. Re­alizm ka­pi­ta­li­stycz­ny nie an­ga­ż­uje się już w tego ro­dza­ju kon­fron­ta­cję z mo­der­ni­zmem. Prze­ciw­nie, z góry za­kła­da, że mo­der­nizm zo­stał prze­zwy­cie­̨z­̇o­ny: mo­der­nizm to coś, co może od czasu do czasu po­wró­cić, ale wy­łąc­znie jako za­mro­ż­ony styl es­te­tycz­ny, nigdy jako ż­yci­owy ideał.

Po trze­cie, od czasu upad­ku muru ber­lin­́ski­ego mi­ne­̨ło już całe po­ko­le­nie. W la­tach 60. i 70. ka­pi­ta­lizm mu­siał mie­rzyć się z pro­ble­mem w jaki spo­sób okieł­znać i wchło­nąć ener­gie przy­cho­dza­̨ce z ze­wnątrz. Teraz jed­nak ma pro­blem od­wrot­ny: po­nie­waż tak sku­tecz­nie wła­̨czył w sie­bie to, co ze­wnętr­zne, w jaki spo­sób może funk­cjo­no­wać nie po­sia­da­jąc ze­wne­̨trza, które mógł­by sko­lo­ni­zo­wać i za­własz­czyć? Dla wielu ludzi z Eu­ro­py i Ame­ry­ki Pół­noc­nej po­ni­żej 20 roku ż­ycia brak al­ter­na­ty­wy dla ka­pi­ta­li­zmu w ogóle nie sta­no­wi już ja­kie­go­kol­wiek pro­ble­mu. Ka­pi­ta­lizm w spo­sób nie­za­gro­ż­ony oku­pu­je ho­ry­zont tego, co daje się po­my­śleć. Ja­me­son ze zgro­zą od­no­to­wy­wał jak ka­pi­ta­lizm wsią­knął w samą nie­świ­ad­omość: obec­nie fakt, iż ka­pi­ta­lizm sko­lo­ni­zo­wał ż­ycie senne lud­no­ści, trak­to­wa­ny jest jako oczy­wi­sty w takim stop­niu, że nie warto tego nawet ko­men­to­wać. Nie­bez­piecz­ne i z grun­tu błę­dne by­ło­by wy­obra­ż­anie sobie, że jesz­cze do nie­daw­na ko­tło­wa­ło się w sta­nie ja­kiejś raj­skiej nie­win­no­ści mro­wie po­li­tycz­nych moz­̇l­iw­oś­ci, do­brze jest zatem uświ­ad­omić sobie rolę, jaką peł­ni­ła ko­mo­dy­fi­ka­cja w pro­duk­cji kul­tu­ro­wej w całym XX w. Wy­da­je się jed­nak, że dawne zma­ga­nia mie­̨dzy de­to­ur­ne­ment a ko­mer­cja­li­za­cją, po­mie­̨dzy sub­wer­syw­no­ści­ą i asy­mi­la­cją są już prze­brzmia­łe. To, z czym mamy obec­nie do czy­nie­nia to nie wła­̨cz­anie tre­ści, które wcze­śniej zda­wa­ły się po­sia­dać wy­wro­to­wy po­ten­cjał, lecz ra­czej ich pre­fa­bry­ko­wa­nie: wy­prze­dza­ja­̨ce for­ma­to­wa­nie i kształ­to­wa­nie pra­gnień, aspi­ra­cji oraz na­dziei kul­tu­ry ka­pi­ta­li­stycz­nej. Świa­dczy o tym, na przy­kład, usta­no­wie­nie unor­mo­wa­nych kul­tu­ro­wo sfer „al­ter­na­tyw­nych” bądź „nie­za­lez­̇nych”, które nie­ustan­nie po­wie­la­ją dawne gesty re­be­lii i kon­te­sta­cji, jak gdyby wy­da­rza­ły się po raz pierw­szy. „Al­ter­na­tyw­ność” czy „nie­za­lez­̇ność” nie de­sy­gnu­je cze­goś, co ist­nie­je poza kul­tu­rą głów­ne­go nurtu: to ra­czej style w ob­re­̨bie ma­in­stre­amu, de facto style do­mi­nu­ja­̨ce. Nikt nie ucie­le­śniał tego im­pa­su (zma­ga­jąc się z nim) bar­dziej niż Kurt Co­ba­in i Ni­rva­na. Mon­stru­al­na pro­stra­cja i bez­przed­mio­to­wa wści­ekłoś­ć Co­ba­ina zda­wa­ła się w ume­̨cz­ony spo­sób wy­ra­żać przy­gne­̨bi­enie ge­ne­ra­cji, które przy­szło po hi­sto­rii, któ­re­go kaz­̇dy ruch zo­stał prze­wi­dzia­ny, na­mie­rzo­ny, ku­pio­ny i sprze­da­ny zanim się w ogóle wy­da­rzył. Co­ba­in wie­dział, że był tylko ko­lej­nym spek­ta­klem, że w MTV nic nie sprze­da­je się le­piej niż bunt prze­ciw­ko MTV: wie­dział, że kaz­̇dy jego krok był ba­na­łem w dawno na­pi­sa­nym sce­na­riu­szu, wie­dział, że nawet zda­wa­nie sobie z tego spra­wy to banał. Pa­ra­li­ż­uj­ą­cy Co­ba­ina klincz jest do­kład­nie tym, o czym pisał Ja­me­son: tak jak kul­tu­ra post­mo­der­ni­stycz­na w ogóle, Co­ba­in zna­lazł się „w świ­ecie, w któ­rym nie­moz­̇l­iwa jest już in­no­wa­cja sty­li­stycz­na, [gdzie] moz­̇na się już tylko zwró­cić ku prze­szło­ści: [do] imi­to­wa­nia mar­twych sty­lów, mó­wie­niu przez za­sło­nę masek i gło­sów zma­ga­zy­no­wa­nych w mu­zeum wy­obraz­́ni glo­bal­nej już kul­tu­ry”. Tutaj nawet suk­ces ozna­cza po­raz­̇k­ę, gdyż od­nieść suk­ces ozna­cza­ło­by tylko tyle, że jest się świ­eżym ka­̨skiem, któ­rym karmi się sys­tem. Ale wznio­sły eg­zy­sten­cjal­ny nie­po­kój Ni­rva­ny i Co­ba­ina na­le­ży już do star­szej epoki; to, co na­sta­̨p­iło po nich, to rock pa­sti­szo­wy, który re­pro­du­ko­wał dawne formy bez to­wa­rzy­sza­̨cych im le­̨ków

Cobain wiedział, że był tylko kolejnym spektaklem, że w MTV nic nie sprzedaje się lepiej niż bunt przeciwko MTV

Śmierć Co­ba­ina przy­pie­cze­̨t­ow­ała osta­tecz­ną kle­̨sk­ę i za­anek­to­wa­nie uto­pij­no-pro­me­tej­skich am­bi­cji rocka. Kiedy umie­rał, rock był już spy­cha­ny na dal­szy plan przez hip-hop, któ­re­go glo­bal­ny suk­ces nie­ja­ko za­kła­dał z góry tego ro­dza­ju pre­fa­bry­ka­cję, o któ­rej wcze­śniej wspo­mnia­łem. Dla wię­ksz­oś­ci hip-ho­pow­ców ja­ka­kol­wiek „na­iw­na” na­dzie­ja na to, że kul­tu­ra mło­dzie­ż­owa mo­gła­by coś zmie­nić zo­sta­ła za­sta­̨pi­ona przez prag­ma­tycz­ną ak­cep­ta­cję bez­wzglę­dnie re­duk­cyj­nej wer­sji „rze­czy­wi­sto­ści”. Simon Rey­nolds zwró­cił uwa­gę w eseju w ma­ga­zy­nie „The Wire” z 1996 r., że:

W hip-ho­pie „Re­al­ne” po­sia­da dwa zna­cze­nia. Po pierw­sze, ozna­cza mu­zy­kę au­ten­tycz­ną, bez­kom­pro­mi­so­wą, która od­ma­wia sprze­da­nia się prze­my­sło­wi mu­zycz­ne­mu i zła­go­dze­nia swo­je­go prze­ka­zu, żeby móc tra­fić do no­wych grup od­bior­ców. „Re­al­ne” ozna­cza rów­nież, że mu­zy­ka od­zwier­cie­dla „rze­czy­wi­stość” skon­stru­owa­ną przez póz­́n­ok­ap­it­al­istyc­zn­ą nie­sta­bil­ność, zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­ny ra­sizm, na­si­lo­ną in­wi­gi­la­cję i prze­śl­ad­ow­anie mło­dych przez po­li­cję. „Re­al­ne” ozna­cza śmierć tego, co spo­łecz­ne: kor­po­ra­cje, które od­po­wia­da­ją na zwię­ksz­enie zy­sków nie pod­no­sze­niem płac czy zwię­ksz­aniem pre­mii, lecz… re­duk­cją firmy i zmniej­sze­niem za­trud­nie­nia (zwal­nia się eta­to­wą siłę ro­bo­czą po to, aby stwo­rzyć la­bil­ny re­zer­wu­ar pra­cow­ni­ków za­trud­nio­nych na nie­peł­nym eta­cie, re­ali­zu­ja­̨cych za­da­nia pro­jek­to­we, bez za­bez­pie­czeń so­cjal­nych czy sta­łej pracy).

Osta­tecz­nie, to wła­śnie od­gry­wa­nie przez hip-hop pierw­szej wer­sji – bez­kom­pro­mi­so­wej – umoz­̇l­iw­iło póz­́n­ok­ap­it­al­istyc­znej nie­sta­bil­no­ści eko­no­micz­nej jego łatwe wchło­nie­̨cie przez dru­gą, gdzie taka au­ten­tycz­ność oka­za­ła się być bar­dzo po­szu­ki­wa­na. Gang­sta rap ani nie od­zwier­cie­dla wcze­śniej ist­nie­ja­̨cych wa­run­ków spo­łecz­nych, twier­dzi wielu jego zwo­len­ni­ków, ani nie jest po pro­stu ich re­zul­ta­tem, jak ar­gu­men­tu­ją jego kry­ty­cy – za­mknie­̨ty obieg, za spra­wą któ­re­go hip-hop i póz­́n­ok­ap­it­al­istyc­zne pole spo­łecz­ne kar­mią się sobą na­wza­jem, to ra­czej jeden ze spo­so­bów, w jaki re­alizm ka­pi­ta­li­stycz­ny prze­kształ­ca się w swego ro­dza­ju an­ty­mi­tycz­ny mit. Po­do­bien­́stwo mie­̨dzy hip-ho­pem a fil­ma­mi gang­ster­ski­mi ta­ki­mi jak „Scar­fa­ce”, „Oj­ciec chrzest­ny”, „Wści­ekłe psy”, „Chłop­cy z fe­raj­ny” czy „Pulp Fic­tion” bie­rze się z po­dzie­la­ne­go przez nich prze­ko­na­nia, że odar­li świat z sen­ty­men­tal­nych ilu­zji i wi­dzą go takim, „jakim jest na­praw­dę”: to Hob­be­sow­ska wojna wszyst­kich prze­ciw wszyst­kim, sys­tem per­ma­nent­ne­go wy­zy­sku i uogól­nio­nej prze­stę­pcz­oś­ci. W hip-ho­pie, pisze Rey­nolds, „hasło ‘zejdź na zie­mię’ [get real] ozna­cza kon­fron­ta­cję z bez­wzglę­dnym sta­nem na­tu­ry, gdzie albo wy­gry­wasz albo prze­gry­wasz, i gdzie wię­kszość prze­gra”.

 

 

Ten sam świ­at­op­ogląd neo noir moz­̇na zna­leźć w ko­mik­sach Fran­ka Mil­le­ra czy po­wie­ściach Ja­me­sa El­l­roya. W dzie­łach Mil­le­ra i El­l­roya tkwi pewna doza de­mi­to­lo­gi­zu­ja­̨c­ego ma­czy­zmu. Po­zu­ją na bez­li­to­snych ob­ser­wa­to­rów, któ­rzy nie zga­dza­ją się na upię­ksz­anie świ­ata, na wpa­so­wy­wa­nie go w rze­ko­mo sym­pli­cy­stycz­ne bi­nar­ne sche­ma­ty etycz­ne cha­rak­te­ry­zu­ja­̨ce ko­mik­so­we­go su­per­bo­ha­te­ra czy tra­dy­cyj­ną po­wieść kry­mi­nal­ną. „Re­alizm” zo­sta­je tutaj ra­czej uwy­pu­klo­ny niż pod­mi­no­wa­ny przez za­fik­so­wa­nie się na do­brze sprze­da­ja­̨cej się sen­sa­cyj­no­ści – nawet je­śli prze­sad­ne ak­cen­to­wa­nie okru­cien­́stwa, zdra­dy i bru­tal­no­ści u obu szyb­ko za­mie­nia się w au­to­pa­ro­dię.

„W czar­nym jak smoła mroku”, pisał Mike Davis o El­l­roy’u w 1992 r., „nie ma miej­sca na świ­atło, które rzu­ca­ło­by cień, a zło staje się ba­na­łem zna­nym z roz­praw sa­̨d­owych. Re­zul­tat przy­po­mi­na mo­ral­ną tek­stu­rę ery Re­agan-Bush: prze­sy­ce­nie de­pra­wa­cją, które nie jest w sta­nie obu­rzać czy cho­ciaz­̇by bu­dzić za­in­te­re­so­wa­nia”. Taka de­sen­se­ty­za­cja pełni w ka­pi­ta­li­stycz­nym re­ali­zmie pew­ną funk­cję: Davis wy­su­wał hi­po­te­zę, że „rolą noir z LA” mogło być udzie­le­nie po­par­cia „wy­ła­nia­ja­̨c­emu się homo re­aga­nus”.

Mark Fisher

„Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?”, Książka i Prasa, Warszawa 2020, s. 174.

Mark Fi­sher (1968-2017)
fi­lo­zof i pu­bli­cy­sta, jeden z czo­ło­wych bry­tyj­skich kry­ty­ków kul­tu­ry. Znany przede wszyst­kim jako autor bloga K-punk, na któ­rym pisał bły­sko­tli­we eseje na temat po­li­ty­ki, fi­lo­zo­fii, mu­zy­ki, li­te­ra­tu­ry, filmu oraz cy­bers­fe­ry. Oprócz „Ca­pi­ta­list Re­alism” (2009) opu­bli­ko­wał rów­nież „Gho­sts of My Life” (2014) oraz „The Weird and the Eerie” (2017). Zmarł śmier­cią sa­mo­bój­czą.
NASTĘPNY

recenzja  

Poza kapitalistyczny realizm

— Michał Pospiszyl