Pośród ludzi, którzy zawodowo zajmują się literaturą, mówi się czasem, że najtrudniej zostać Wielkim Grafomanem. Jak to zrobić? I – w istocie – po co? Czy nie lepiej podjąć wyzwanie poważnej literatury, która bez wstydu odpowie na wezwanie rynku swojej epoki? Takiej, która sięgnie metaforyczną dłonią do kieszeni odbiorczyń i wyciągnie z nich drobną monetę (czyli przy obecnych standardach jakieś dwa złote)? Być może lepiej, jeśli mierzymy swoje życie w bilonie, a nie spiżowych odlewach i marmurowych płytach.
Proponuję, byśmy się krótko przyjrzeli dziełom uważanym za najgorsze i wzięli do serca wynikające z nich wnioski.
Przedsięwziąć się przed siebie
„Pikiel dla Wiedzących czyli Proste Prawdy w Zgrzebnej Szacie” Timothy’ego Dextera powszechnie uważa się za najgorszą książkę świata. Oznacza to, że Dexter jest największym grafomanem. Czy to możliwe? Któż tak stwierdził? I cóż to w ogóle znaczy?
Dzieło to (które miałem okazję przełożyć i wydać) jest zbiorem krótkich prozatorskich interwencji, napomnień i rozważań, wspomnień, pohukiwań i nierozwiązanych kalkulacji. Dexter namawia w nim m.in. do naprawiania płotów i młodzieży, kalkuluje zwrot inwestycji z mostów, rozważa relację między literaturą a prawdą – jest społecznie zaangażowanym przedsiębiorcą , a zarazem krytykiem, filozofem, który zmienia świat, a nie tylko go opisuje. Słowem, „Pikiel dla Wiedzących” to książka zanurzona we wrzącej melasie swojej epoki (początek XIX wieku) i właściwych jej wyzwaniach.
To także brawurowy projekt życia, a nie tylko nakreślone gdzieś na boku słowa czy jakieś luźne notatki sporządzone na podkładce pod piwo. Wielki grafoman czyni z siebie i swojego życia dzieło. Sztuka przesłania Autorowi oczy i nawiguje on kierując się spojrzeniem wyobraźni. Podobnie jak w biznesie, w którym, mimo nędznego startu (zaczynał swoje przygody jako niepiśmienny terminator u garbarza), udało mu się zostać największym bogaczem Nowej Anglii, tak w literaturze udało mu się zyskać wieczną sławę wbrew uciążliwej krytyce i namolnym prawnikom.
Wielki grafoman czyni z siebie i swojego życia dzieło
Postawa Dextera odległa jest od cichej kontemplacji, poetyckiego smęcenia bądź ironicznej autofikcji. Jego biografia potwierdza, że był to człowiek czynu, mężczyzna raptowny, odważny i nieposkromiony. Uczynił swoje życie pomnikiem – wbrew krzywdzącym opiniom salonów Nowej Anglii. Wydał książkę, bo chciał ją wydać. Cóż mu zarzucano? Otóż brak kropek.
Aby uzupełnić rzekome braki w interpunkcji, Dexter dorzucił do drugiego wydania swojego dzieła kartkę zawierającą znaki przestankowe. O, takie:
,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,
,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,
;;;;; ;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;
;;;;;;;;;; :::::::::::::::::::::::
::::::::::::::: ::::::::::::::::::
???????????????? ??????
??????????????????????
?????????? !!!!!!!!!!!!!!!!!
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! !!!!!!!!!!!
……………………………..…
I trzeba przyznać, że kropki są bardzo ważne. O czym za chwilę.
Kropki z pamiętnika
„Z pamiętnika” Reymonta (tak, tego Reymonta) zaczyna się tam, gdzie „Pikiel” kończy – w krainie interpunkcji:
. . . . . . . . . . . . . . . . . . strasznie lubię stawiać kropki . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nareszcie
jestem już narzeczoną! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . ale dosyć tej zabawy! To coś okropnego, jak ja lubię kropki. Muszę napisać list
do „Kuriera” i spytać się, co to znaczy?
Interpunkcja to satynowy woal, zza którego wyziera literackie misterium. Zwłaszcza wielokropek: szalenie poręczne narzędzie wydłużania frazy ku absolutowi, rozciągania jej niczym białej pończochy, gdy ściągana z nóżki… Rozliczne kropki sugerują niepoliczalne krągłości, obiecują zmysłową przyjemność obcowania z literaturą. Grafomańska rozkosz… Leszek Onak pisał (w papierowym „Ha!arcie” z 2010 roku), że grafomania jest masturbacją, podczas gdy „prawdziwa” literatura to namiętny i dojrzały kochanek, który wie dokładnie, jak sprawić nam przyjemność. Nie przekonuje mnie jednak ta specyficzna argumentacja. Któż lepiej ode mnie wie, co skrywają moje fantazje?
Na monitorze kropki interpunkcji wyświetlają się jako drobne kwadraty. Nie kojarzą się z niczym, co mogłoby człowieka zainteresować. Cegły, płyty chodnikowe, kafle zduńskie? Literatura to nie dom, który budują majstrzy ciągnąc tanie piwo, tylko piękna chmura. Kanciasty tekst na ekranie nie daje żadnej obietnicy, nie pociąga za żadną część garderoby. Prawdziwy grafoman potrzebuje zatem drukować znaki interpunkcji, by nabrały one przyjemnie obłej cielesności. Jest to, mam nadzieję, zrozumiałe, iż kwadrat nigdy nie przewyższy koła i nie musimy sięgać do opracowań z zakresu nauk o transporcie. Pisane piórem na papierze kropki przypominają nieco krzywe ostrosłupy. Cóż może nam dać taka nieforemna figura? Niewiele. Rękopis i maszynopis potrzebują druku, by zaokrąglić swoje literackie obietnice.
Krzywym ostrosłupem był na pewno Reymont (tak, ten sam), kiedy ciężko połamał się w katastrofie kolejowej pod Warszawą. W 1900 roku miał trzydzieści trzy lata i apetyt na karierę literacką, tymczasem trauma wypadku odebrała mu na dłuższy czas możliwość pisania. Dopiero uzyskane od ówczesnego PKP odszkodowanie pozwoliło mu napisać książkę, która wygrała konkurs noblowski. Jednak zanim do tego doszło, potrzebował odbyć literacką rekonwalescencję i napisać coś „na rozruch”. Tak powstał grafomański fragment zatytułowany „Z pamiętnika” (1904). Ot, męcząca historia mieszczańskiej rodziny, która egzaltuje się statusem społecznym, jeździ na zagraniczne wczasy i krytycznie ocenia tamtejszą gastronomię. Tekst spotkał się, rzecz jasna, z krytyką i obawiano się, że wypadek pozbawił Reymonta rozumu, że się posypał.
Pozycja w hierarchii społecznej to, jak wiemy, ważna rzecz dla każdego wielkiego grafomana (zaraz obok kształtu interpunkcji), jednak nie myślmy o tym teraz. Zamiast tego popatrzmy na Autora. Choć Reymont sam nie może się śmiać przez połamane żebra, uśmiecha się do siebie, po czym krzywi, gdy nadmiernie napnie mięśnie. W momencie życiowego kryzysu uwalnia wewnętrznego grafomana. Zauważmy: formuła złej literatury daje pisarzowi schronienie, zdejmuje z niego okowy oczekiwań, pozwala mu wyzdrowieć, nabrać krzepy. Wielki grafoman znajduje w najgorszej literaturze ukojenie, które daje mu siłę do następnych działań.
Chory człowiek zdrowieje od stawiania kropek. Taki jest fakt.
Zakodować kod własnej epoki
Powieść o mieszczańskiej rodzinie, o podróży, o miłości i awansie społecznym… To najpiękniejsze motywy literackie, które znamy i lubimy od czasów antycznych. Jednak niewiele pisarek potrafi opisać te kluczowe tematy tak dobrze jak niegdyś robiła to Amanda McKittrick Ros. Ta zapomniana nieco irlandzka pisarka z przełomu XIX i XX wieku specjalizowała się w powieściach obyczajowych uważanych za najgorsze. Przez kogo? Przez ludzi, o których nie warto wspominać.
W piśmiennictwie McKittrick Ros oglądamy artystyczność jako taką. To ważne. Przyjrzyjmy się bowiem literaturze dzisiaj, kiedy sztuka roztopiła się w cemencie i stanowi budulec codzienności. Język współczesnej prozy nie odbiega wiele od tego, jak wyrażają się i jak myślą ludzie, którzy kupują książki w Empiku bądź zamawiają je przez internet. To prosty język służący do najprostszych zadań.
Sztuka potrafi jednak więcej: wytwarzać języki dzikie i nieopanowane, narzędzia, które nie służą ich użytkowniczkom, lecz podnoszą przeciwko nim bunt. Transakcje stają się niespójne, a komunikaty zaskakujące. Kraina takich rozwydrzonych komunikatów rozciąga się między najgorszą a najlepszą literaturą: nie zapuszczają się do niej nigdy twórcy umiarkowani.
Metoda pisarska McKittrick odpowiada etyce nowoczesnej rodziny: rzeczy nie są wymawiane wprost, jedynie wspominane, pomijane w kolejce, zawijane w zrazy. Czytelniczka musi każdy sens dekodować spod słów, doszukiwać się znaczenia jak parasola w zagraconym pawlaczu. Nic nie jest oczywiste. Oczy to „kule olśnienia”, które – gdy nadejdzie niewesoła godzina – „nabrzmiewają smutkiem”. Niczym w najszczerszej młodzieńczej poezji, która zawdzięcza przecież wiele estetyce i etyce męczącej rodziny, prawda zawinięta jest wielokrotnie w firanę aluzji bądź alegorii.
Oczy to «kule olśnienia», które – gdy nadejdzie niewesoła godzina – «nabrzmiewają smutkiem»
W konsekwencji proza McKittrick jest bogata i interesująca, przyciąga spojrzenie, bałamuci umysł. Różni się od współczesnej literatury dokładnie tak, jak XIX-wieczna kamienica od deweloperskiego kubika. Grafomanka pokroju McKittrick Ros traktuje sztukę poważnie. Zna różnicę między życiem a twórczością i intensyfikuje ją tak bardzo, jak tylko może. Sztuka jest wielką nienaturalnością w kontrze do miernego i wiernego naśladowania życia.
Każda epoka tworzy własny kod komunikacji, to jasne. Dobra pisarka korzysta z niego jak z klamki, bez zastanowienia, po prostu. Wielka grafomanka koduje sam kod, używa sztuki jako kalejdoskopu, przez który spogląda na to co dalekie i bliskie: nie dostrzega nic poza wirującymi barwami.
Ekonomia spisu
Każda z nas zna ten moment, gdy wchodzimy do punktu gastronomicznego i wlepiamy wzrok w listę oferowanych przez kucharza potraw – na naściennej tablicy bądź oprawnej w skórę książeczce, którą nazywamy „menu”. Na kilka chwil lista ta staje się dla nas całym światem. Oto wielkie zwycięstwo literatury.
Zwróćmy uwagę, że w poważnych drukach spis rzeczy zawiera – między nazwą posiłku czy rozdziału a liczbą oznaczającą stronicę bądź cenę – bardzo długą linię kropek. Nie muszę chyba przypominać znaczenia tych obłych punkcików. Między nazwą a kwotą rozciągają się równiutkie obietnice.
Wyliczanie ma również tę ogromną wartość, że rozdyma książkę, a wiemy przecież, że grubsza pozycja jest więcej warta od wiotkiej dokładnie tak samo, jak posiłek obfity smakuje lepiej niż skromny. Pamiętamy, że grafomania to szaleństwo pisania, nieposkromiony apetyt na stawianie znaków. W pełni zapisana linijka zawiera nawet piętnaście różnych wyrazów, tymczasem w wyliczeniu wystarczy cyfra, kropka, jedno-dwa słowa. W skrajnym przypadku wystarczy nawet jedna litera. Liczę szybko, że można tak zaoszczędzić około trzysta sześćdziesiąt wyrazów na stronę, co przy przemnożeniu przez liczbę potencjalnych stron powieści (podstawmy do wzoru „Empuzjon”, czyli 400 stron) daje niemal sto pięćdziesiąt tysięcy słów czystej oszczędności. Można te słowa zainwestować w nową książkę, z której również – przy dobrym gospodarowaniu – da się wykroić sto tysięcy… I tak dalej. „Schmrodek” Łukasza Żurka i Filipa Matwiejczuka (który w zeszłym roku wygrał konkurs na najgorszą książkę ) stanowi wzorcowy materiał dla tej taktyki nabijania stron. Bohater książki z rozkoszą uczy się alfabetu przez repetycję:
Right after I woke up I knew that I had to check if I remembered the letters that I’ve learned yesterday. // So I recited: // A // Ą // B // C // Ć // D // E // Ę // F // G // H // I // J // K // L // Ł // “Yes! I remember them!”, I shouted in joy while drinking unfiltered milk. I was so happy that I// immediately learned: // M // And after that: // N // And after that: // Ń // And after that: // O // And after that: // Ó // And after that: // P // And after that: // R // And after that: // S // And after that: // Ś // But then, suddenly, my dumb cousin came to visit me in my humble woodshed.
Wyliczanie to podstawa pisarskiej ekonomii.
W „Wydatkach” Łukasz Zawada opowiada o trudach zdobywania literackiej sławy i mnożenia kapitału. Nie dziwi zatem, że połowę objętości jego książki zajmują najbardziej banalne wyliczenia zakupionych płynów do chłodnicy, bagietek czy papierosów wraz z aktualnymi cenami.
Dobra grafomania generuje konflikt interesów między pisarzem a czytelnikiem. Ten pierwszy życzyłby sobie wytworzyć jak najwięcej książek jak najmniejszym wysiłkiem, tymczasem drugi oczekuje pełnego zadrukowania każdej karty, którą opłacił przy zakupie. W innej pozycji wspomnianego Zawady, „Dzienniku SI”, stronice zadrukowane są tylko jednostronnie, a wydrukowana treść to niejednokrotnie cztery linijki, listy drobnych wariantów. Otrzymać taką książkę to sama przyjemność, szybko bowiem można ją przeczytać. Zakup tejże jednak trudno uzasadnić przed ludźmi, którzy przeliczają w głowie pieniężną wartość słowa.
Dobra grafomania generuje konflikt interesów między pisarzem a czytelnikiem
Przyzwoitość to stanąć po stronie autora, wszak jest w swej książce u siebie. Wielki grafoman staje po stronie własnego interesu przeciwko interesom publiczności. Nikt nie osiągnął jeszcze sukcesu służąc komuś innemu niż samemu sobie.
Przeciwko imperializmowi pisemnej poprawności
Angus McDiarmid napisał przewodnik po krajobrazach i dziejach krainy Breadalbane, umiejscowionej nad uroczym Loch Earn wśród szczytów Grampianów. Oto Szkocja przełomu XVIII i XIX wieku, kraina piękna i niezwykle bogata w krwawe atrakcje, mieniąca się przygodami jak sześciopensówka. Dzieło swoje spisał McDiarmid w języku gaelickim szkockim, którym wciąż posługiwali się jego highlandscy krajanie.
Wnet zauważył jednak problem, jaki wiązał się z tak zdefiniowaną publicznością: otóż Szkoci mówili w gaelickim, ale nie umieli czytać, więc do niczego nie były im potrzebne książki, a już przede wszystkim przewodniki po najbliższej okolicy, po której przecież ciągle się przechadzali. Dystyngowani czytelnicy pozycji krajoznawczych znajdowali się natomiast w odległym Londynie, gdzie z rozkoszą posługiwali się językiem angielskim planując wypady w nieznane im i groźne Grampiany.
Zaradny McDiarmid, choć języka angielskiego nie znał, pozyskał odpowiedni słownik i własnoręcznie dokonał przekładu swojego przewodnika. Wybierał przy tym najbardziej wyszukane angielskie odpowiedniki szkockich słów w celu skutecznego przeniesienia zachwytu z nadawcy na odbiorcę. Nie przeszkodziła mu w tym nieznajomość prawideł gramatycznych i właściwych znaczeń – raczej pomogła. Powstało w ten sposób dzieło zatytułowane „Uderzające i malownicze szkice wielkiego, pięknego, cudownego i interesującego krajobrazu wokół Loch-Earn” (które miałem okazję przełożyć i wydać). Pracując nad książką poznałem termin „purpurowa proza”, który oznacza tekst nadmiernie rozpisany, przegadany, zawierający wielokrotnie więcej słów niż faktycznych sensów. Zwróćmy uwagę, że – wbrew tradycji literackiej krytyki, która nakłania autorki do zwięzłości – proza purpurowa jest prozą par excellance, czyli komunikatem artystycznym, a nie prostym zapisem życia
Eksces McDiarmidowej translacji udzielił się samej ziemi Breadalbane, która w jego opisie nabrała niezwykłych barw i niepojętych geometrii. Autor pozostaje przy tym niepotrzebnie skromny:
Słupy ognia wyrastające z rozstaju skał, gdzie znajdowało się spojenie, kamienie silnie uderzające jeden o drugi, tak że melancholia widoku podobna była rogowi góry podpalonej w całości, również przytłaczająco tak głośny ryk głazów pękających w miejscu połączenia; które hałaśliwie mogły dotrzeć do uszu ludzi mieszkających w dużej odległości…
Czas nie zdołałby podsumować złożoności czy kombinacji delikatności Glenogliańskich Grampianów; bądź – w inne słowa – zilustrować ogólny system ciekawości spływający z doskonałości ich istnienia, byłby odroczył powyższe nakreślenia.
Na pierwszy rzut oka gest McDiarmida to służalcze podporządkowanie: ot, autor z prowincji chce dotrzeć do imperialnego centrum i rezygnuje z własnego języka. Czy jest tak na pewno? Nie sposób uznać „Uderzające i malownicze szkice…” za realizujące model poprawności. Podchodząc do rzeczy hiperpoprawnie, traktując reguły stylu poważniej niż grę komunikacji, autor wykręcił dzieło niespodziewane, które nie mieści się w literackich kanonach.
Zadaniem grafomana jest – widzimy to u McDiarmida, widzimy u Dextera, u McKittrick Ros – wznieść się ponad otoczenie, ale wznieść się ze znakiem ujemnym, przez niezwykłe odwrócenie wykręcić hierarchię. Jak w znanym piłkarskim powiedzonku: „Odwróć tabelę, Polska na czele!”. Najgorszość, nawet obliczona na osiągnięcie najlepszości, odwraca jej wektor.
Nudne ciekawego zwieńczenie
Jakże dziki bywa dzień, gdy w promieniach słońca daje nam przechadzać się wzdłuż serdecznej wierzbiny, a o zmierzchu zsyła zwilgotniałą od piwnicy teorię. Zatem i w tym tekście, który nadużył już znacząco czytelniczej uwagi, sięgniemy ostatkiem sił do zatęchłej krynicy.
Wedle Pierre’a Bourdieu (którego znamy z „Reprodukcji” albo „Reguł sztuki”) nie ma takiego dzieła, które nie ustawiałoby się w relacji do innych. Napiętnować innego znaczy docenić własnego. Nazywanie przytaczanej przeze mnie literatury „grafomanią” służy zatem utrzymaniu hierarchii definiującej, komu przystoi pisanie i jak można to robić. Któż taki kanon ustanawia? Ministerstwa, dyrektorzy i nauczycielki, poczytni pisarze, być może nawet krytycy? Różne osoby i byty, które chciałyby w spokoju utrzymywać własną pozycję społeczną. Kto narusza jedną zasadę, może się pokusić o naruszanie innych – a to prosta droga do rewolty, powiadają preskryptywiści literaccy. W epoce kształtowania kanonów grafomania była skandalem.
Szczęśliwie, epokę tę mamy dawno za sobą i skutecznie demontujemy kanony w imię przyjemności. Niemniej, „grafomania” pozostaje obelgą, nazwą jednostki chorobowej, oznaczeniem nie-literatury.
Jeśli czegoś mądrego możemy nauczyć się z tradycji sztuk wizualnych, to będzie to termin „art brut”, którym oznacza się sztukę wystającą poza obrys kanonu. To sztuka surowa, nieokrzesana, niedopasowana. Mówi się też o „outsider art”, sztuce spoza środowiska, spoza socjety, może nawet spoza społeczeństwa. Zwracamy w ten sposób uwagę na to, że jest to sztuka („art”), owszem, ale nieco inna, może nawet nieco naiwna? Nieskażona cynizmem wielkiego świata. Ta niewinna odmienność jest wartością, którą tracimy przez dopasowanie do oczekiwań.
Grafomania zmienia świat – robi to w przeciwieństwie do literatury „po prostu”, która ten sam świat zapieka w istniejących wyobrażeniach. Obietnica grafomanii jest wilgotna i krągła. Relacja między autorką i czytelniczką napięta. Pozory wspólnego interesu rozwiane. Przęsła mostów porozumienia wygięte. Wspomniane przeze mnie taktyki przenikają się i wzmacniają, pozostają przy tym sprzeczne. Przedsiębiorczość kieruje ku wyliczeniom, wyliczenia nabrzmiewają i sinieją, nabierają purpury. Rezultat jest nieprzewidywalny. Literatura najgorsza daje schronienie przed uporczywą trwałością kanonu czy konwencji.
Zresztą – cokolwiek na ten temat powiemy, zwycięzca będzie jeden – to drukarz, który przyjmuje zapłatę za swoją robotę, nie wnikając w treść i hierarchie kropek.
artysta, tłumacz, wydawca i socjolog. Przełożył Timothy’ego Dextera i Angusa McDiarmida. Prowadzi oficynę artystyczno-krajoznawczą Dar Dobryszyc, wykłada na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
komentarze

11 min czytania