Małgorzata Lebda„Dunaj. Chyłe pola”, Wrocław 2025, Wydawnictwo Warstwy, s. 69.
Niniejszy tekst powstał w wyniku zdziwienia. Nie dotyczyło ono jednak samego tomu „Dunaj. Chyłe pola” – najnowszej, wydanej w 2025 roku książki poetyckiej Małgorzaty Lebdy – lecz jego zaskakującej recepcji. Oto zarówno w tonach apologetycznych jak i w głosach skrajnie nieprzychylnych autorce „Łakomych” uderza osobliwy fenomen: większość z nich zdaje się, raczej niż o samym „Dunaju…”, mówić o wątkach, których ten w istocie nie porusza. Czy więc dochodzi tu do egzorcyzmowania widm, które w jakiś osobliwy sposób nawiedzają wiersze Lebdy? Czy raczej krytyczki i krytycy projektują własny fantom tekstu, służący albo do wielbienia, albo biczowania autorki?
Nie sposób przeczytać recenzji „Dunaja…”, w której nie rozlicza się go z rzekomego ciężaru metafizycznego. Sam ten fakt nie może jednak dziwić: w kolejnych wierszach tropy religijne są przez autorkę – w sposób czytelny, od motywu drogi krzyżowej po litanijne stylizacje – uobecniane. Jednakże zabiegi te zostały potraktowane przez krytyków jako uzasadnienie dla ekstrapolowania metafizyki na całość tomu, a to jest już bardziej problematyczne. Wątki natury zostają więc z automatu podporządkowane mistyczności, utrata ukochanych (psa Dunaja i brata Janka) łączona jest bez chwili zawahania z dylematami rangi najwyższej, eschatologicznej.
Wszystko zaczyna się od światła, a dokładniej od dedykacji tomu „Światłu”. Karolina Górny rozważała jej sens na trzech poziomach. Po pierwsze: jako „wyraz tęsknoty za tym, co jasne, optymistyczne, nie ogarnięte smutkiem i troską, wieczne, niematerialne”, wyprowadzając z tego drugi wniosek: „światłu, a więc jakimś wymiarom boskości, chwale, objawieniu, do którego poetka zdaje się mieć pretensje o brak opieki nad jego bliskim”. Chwilę później dodaje jeszcze kolejny: „«światłu», czyli nadziei. Nadziei, która ma kolor zielony i zawiera się w pięknie imagistycznie odtwarzanych krajobrazów”. Jeszcze inną interpretację podsuwał Patryk Szaj, łącząc dedykację z dwiema postaciami, których śmierć przenika kolejne strony tomu: „podczas gdy Dunaj wnosił Światło w życie bohaterki, jasność nigdy nie stała obok Janka”. Z kolei Radosław Romaniuk widział w tej dedykacji gest zaklinania, modlitwy, prośbę o światło jako żywioł uspokojenia i udomowienia, łącząc to bezpośrednio z wierszem numer 35:
I ponownie chcę zamieszkać w świetle sierpnia
Mieć w sobie sprzeczne: opór i dryf. Pracować
z tym. Uspokajać ręce w ziemi, ziemią (s. 41).
Mieszkanie „w świetle sierpnia” pozornie niemal od razu skłania do metaforyzacji, dematerializacji światła, to jest uznania go za synonim szczęścia, nadziei czy boskości (błogości), jak w proponowanych wyżej odczytaniach. Co jednak, jeśli światło potraktować dosłownie, to znaczy jako widoczne ludzkiemu oku fale promieniowania elektromagnetycznego w postaci fizycznego doświadczenia jasności? Skłaniałoby to do rozumienia „zamieszkiwania światła” jako jego ciągłego doświadczania – wygrzewania się w ciepłych, sierpniowych promieniach słonecznych. Taką propozycję interpretacyjną odrzuca się najpewniej w obawie przed zarzutem nadmiernego, prymitywnego wręcz redukcjonizmu, ignorującego szereg warstw znaczeniowych na rzecz tej najbardziej bezpośredniej. Jednak to w wyniku przyjęcia optyki metafory odnoszącej się do nieistniejącego w wierszu elementu i spychającej na plan dalszy znaczenie podstawowe – jak u Górny, Szaja i Romaniuka – zanika samo światło. Zastępuje się je, a wręcz czyni tożsamym ze szczęściem czy nadzieją. Recenzenci, interpretując znaczenie światła w dedykacji, redukują jego materialność (czy, by być bardziej precyzyjnym, fizykalność) na rzecz metafizyki.
Światło może odnosić się do innych rejestrów – przestrzennych, temporalnych – ale wciąż musi pozostać światłem, na co wskazuje także wiersz numer 4, gdzie wymienione zostaje ono obok deszczu, knieci błotnej, ogonów kijanek czy wilgoci jako element pejzażu środowiskowego (s. 10). Zarówno Szaj, jak i Górny podkreślają w swoich tekstach, jak ważną rolę w książce Lebdy odgrywa środowisko naturalne. Dlaczego więc redukują znaczenie światła jako życiodajnej matrycy, materialności jego doświadczenia na rzecz metafizycznych interpretacji? Czasami światło jest wszak, parafrazując znaną frazę Zygmunta Freuda o cygarze, tylko światłem.
Czasami światło jest wszak, parafrazując znaną frazę Zygmunta Freuda o cygarze, tylko światłem
Proszę mi wybaczyć, że nadmiernie podnoszę rangę tej dedykacji, lecz stanowi ona clue modelowego podejścia krytycznego do tomu Lebdy, a więc przestrzelenia interpretacyjnego, w którym obrany przez recenzentów klucz metafizyczny wytwarza złudzenie rzekomej spirytualnej głębi, przeoczając to, czym w istocie wiersze autorki „Łakomych” próbują być.
Muszę jednocześnie zaznaczyć własne zdystansowanie: niniejszy tekst nie ma na celu zdyskredytowania szeregu celnych głosów krytycznych odnoszących się do „Dunaja…”. Zgadzam się z dużą częścią zarzutów artykułowanych przez Karolinę Górnicką, Wojciecha Kopcia a także Piotra Sadzika. To książka, w której reprodukowane są klasyczno-konserwatywne figuracje natury zespolonej z kobiecością. są efektem dość naiwnej refleksji ekologicznej, widzącej alternatywę dla kapitalistycznej eksploatacji przyrody w pseudorousseauowskiej ucieczce na kobiece łono natury. Jednocześnie, jak podkreśla Kopeć, pojawiające się tu peryferyjność i organiczność (grzyby shiitake, fasola mung) w istocie są przejawem zglobalizowanych artykulacji lifestyle’owego komponentu tej poezji, która, choć pisana z Beskidu Sądeckiego, nie wykracza poza światopogląd Krakowskiego Przedmieścia. To nie formuła pierwotności, autentyczności natury, a estetyki wpisującej się w obecne ekoliberalne trendy rządzą tą poezją. Trudno też nie czuć w pewnym momencie zmęczenia manieryzmami stylistycznymi poetki (przez Sadzika wprost nazwanych „lebdyzmami”): izolowaniem słów czy ich powtarzaniem, które niemal nigdy nie niesie za sobą aktualizacji znaczenia, a pozostaje czystą redundancją, jak również losowo stosowanymi przerzutniami.
Rodzi się jednak wątpliwość, czy na pewno można mówić o opisywanym przez Sadzika zabiegu dramatyzacji wynikającym z typograficznego wydzielania pojedynczych wersów, w zamierzeniu manifestujących własną językową efektowność („Wibrysy wystawione ku światłu” (s.26) lub „Smutek pielęgnował go jak syna – myślę” (s.37)). Kopeć i Sadzik widzą w tym gest próbujący osnuć aurą świętości niekoniecznie wysublimowane refleksje. Z kolei Krzysztof Biedrzycki, nie szczędzący Lebdzie porównań do poetów najwyższej próby (Czesław Miłosz, Wisława Szymborska), dostrzega w działaniu tego mechanizmu par excellence epifanijne doświadczenie transcendencji, między innymi w tym wierszu:
Tymczasem: pachnie spadź, w ustach naszych
gości pękają karminowe skórki
pomidorów malinowych (s.15).
Jedynym, co różni powyższe głosy, jest ocena skuteczności artystycznego konceptu tomu Lebdy. Zarówno Kopeć, Sadzik jak i Biedrzycki za factum brutum uznają jego metafizyczne inkrustowanie, domagające się (udolnie bądź nie) objawienia. Nie dopuszczają jednak możliwości, że ten poetycki opis może być czystą afirmacją naturalnego doświadczenia sensorycznego, nie roszczącego sobie ambicji do teofanii i przedzierania się przez skorupy rzeczywistości. „Czar mistyki pryska pod naporem banalnej kliszy, gdy Lebda zaczyna pisać o sensorycznych, zwłaszcza smakowych doznaniach” – ten wniosek Kopcia pokazuje, że raczej niż z poezją Lebdy, wojuje on z własnymi oczekiwaniami wytworzonymi na jej temat, nie potrafiąc (czy też nie chcąc) zrozumieć, że w istocie nie ma tam żadnych instancji spirytualnych.
Stéphane Mallarmé pisał w „Observation relative au poème…” (Uwagi odnoszące się do poematu…), że idealna proporcja słów w wierszu do pozostawionej pustki samej kartki wynosi 1/3 do 2/3. Biel kartki oznacza pustkę, dowodząc naszej niewiedzy o świecie, atramentowa czerń znaków jest zaś próbą zrozumienia, własną strukturyzacją uniwersum. W „Dunaju…” raczej niż o przekraczaniu tej granicy, można mówić o niedocieraniu do niej – dużo wierszy zamyka się albo w jednym wersie, albo w jednej, czterowersowej strofie. Jednak większość recenzji wyciąga z tego wnioski zupełnie à rebours, jak gdyby ilość słów zapełniających czernią papier miała być odwrotnie proporcjonalną względem ilości metafizycznej głębi przezeń skrywanej. Powstaje tym samym proste instrumentarium: im mniej słów w wierszu, tym bardziej można krytycznie wskazywać na jego deficyt mistyczny bądź wyczytywać (pod włos) jego eksces, w skrajnej formie łącząc obecne w wierszach opisy karty DiLO z Heideggerowskim Sein zum Tode, jak proponuje Biedrzycki.
Jeśli jednak, w zgodzie z Mallarmem, ilość słów potraktować za wprost, a nie odwrotnie proporcjonalną względem refleksji epistemologicznej, można przełamać skonstruowaną wyżej logikę. W takim przypadku jedyna metafizyka o jakiej można tu mówić to duchowość kocykowa – intencjonalnie płytka; taka, która podmiotu nie przełamuje, a zapewnia oczekiwany przez niego komfort. Proste konstrukcje są niczym więcej niż lakonicznymi refleksjami, nie mistyfikują banalności, a stanowią czystą wolność epistemologiczną. Spójrzmy na fragment z tomu „Mer de Glace” i jego analizę dokonaną przez Kopcia:
Wracamy, słuchamy czeskiej rozgłośni. Karabach – wyłapuję.
Wypowiadając Karabach, język raz dotyka podniebienia
i wraca na miejsce. Zobacz.
Krakowski krytyk w swojej interpretacji nie szczędzi bezkompromisowych sądów: „Zupełna banalność obrazka jest przykryta nieznośnym patosem «tajemnicy», aż chciałoby się zadrwić – tak, wypowiadając słowa, poruszamy językiem”. Rzeczywiście, chciałoby się zadrwić, ale z kuriozalnego wnioskowania Kopcia – tak, wypowiadając słowa, poruszamy językiem, bystrzacha, ale co z tego? Zakreślona zostaje asymetria względem rzekomej „tajemnicy”, która ma oznaczać enigmatyczną, niedookreśloną głębię – może tajemnicę radosną? Krytyk jednak tego nie precyzuje. Nie staram się bronić Lebdy. W powyższym wierszu nie zamierzam doszukiwać się analogii do metajęzykowych Mickiewiczowskich refleksji o kłamaniu głosu myślom, ale pragnę zwrócić uwagę na nieautonomiczne kryterium czytania jej poezji.
jedyna metafizyka o jakiej można tu mówić to duchowość kocykowa – intencjonalnie płytka
Detektywi metafizyki – od tych negatywnie, po pozytywnie wartościujących jej obecność – tworzą konstrukcję, w której wiersz przestaje być samowystarczalny, a staje się projekcją dość wątpliwie ufundowanych presupozycji. Kontrargumentem mogłoby być tu zwrócenie uwagi na biblijną stylizację i obrazy drogi krzyżowej umierającego psa, Dunaja. Co jednak, jeśli przykładane są do tego elementu niewłaściwe wektory interpretacyjne, a sztafaż religijny nie ma na celu podniesienia rangi wydarzenia śmierci w bólach psa, jak postulują Górny czy Górnicka w swoich recenzjach? Zestawienie drogi Psa i Jezusa wywołuje efekt współbieżności obu porządków, nie dążąc ani do profanacji męki, ani do sakralizacji zwierzęcej tułaczki, a pokazania ich równorzędnego charakteru – redukcji metafizycznej w postaci wspomnianej kocykowej duchowości, gdzie dola psa jest jak Jezusa, a Jezusa – jak psa. Nie tyle chodzi więc o zmianę kierunku wektorów, które są inherentnie podtrzymywane przez klasyfikację czegoś jako profanację lub sakralizację, co zniesienie ich na rzecz bardziej horyzontalnych formuł.
Inaczej mówiąc, proponuję deflacjonistyczną lekturę tomu Lebdy, a więc taką, która spuszcza powietrze z nadmiernie metafizycznych tonów, pompowanych przez apologetów i adwersarzy tej poezji. Czy to jednak w jakiś sposób unieważnia szereg problemów w „Dunaju…”? Absolutnie nie. Lub raczej, naśladując idiomatykę Lebdy: absolutnie nie, nie. Wskazuje raczej, że w szeregu trafnych zarzutów krytycznych znajdują się i takie, które nie pokrywają się z zawartością książki.
Przykładem jest wiersz numer 34, w którym zderzone zostają ze sobą opis gotowania ramenu i powidoki śmierci brata Janka (s. 40). Próba stworzenia własnej montażowej formuły à la przepis na tort z muchomora z „Domu dziennego, domu nocnego” Olgi Tokarczuk dowodzi wielu problemów tej poezji: od jej wspomnianego już wcześniej lifestyle’owego komponentu, po brak inwencji kompozycyjnej (a jedynie naprzemienne kontrastowanie ze sobą obrazów trumny i zupy) i ciążeniu ku śmieszności. Mam jednak wrażenie, że gdyby w tym wierszu Lebda wspomniała o myciu naczyń, zostałoby to (z zachwytem bądź szyderstwem) odczytane jako bezsprzeczne nawiązanie do luriańskiej kabały szewirat ha-kelim (mitu rozbitych naczyń).
Dużo pożyteczniejsze niż duchowe nadczytywanie tej poezji jest chociażby zwracanie uwagi, jak doskonale, wręcz algorytmicznie wpisuje się ona w infrastrukturę kapitalizacji uwagi poprzez instagramowy obieg obrazów i refleksji przemieniających ekonarracje w marki ubraniowe, co świetnie w swoim tekście wydobyła Barbara Rojek.
W swojej recenzji kapitalny wniosek stawia również Górnicka: „«Dunaj. Chyłe pola» nie jest głosem w dyskusji, nie opowiada się za żadną ideologią – ponieważ napisany jest w taki sposób, by utwierdzić czytelnika w tym, w co ten już wierzy”. Na tom Lebdy składa się szereg bardziej poetycko ujętych shower thoughts, a nie jakakolwiek próba destabilizacji klasycznej epistemologii. Męka psa jest jak Jezusa, paradoksalnie wcale jej nie dotykając. Chodzi o gest pacyfikujący rzeczywistość w płytkie formy refleksji, które są jednak– mimo szeregu zastrzeżeń – znacznie bliżej empirycznego świata niż ascetyczne formy duchowości, których doszukuje się krytyka w licytacji na ilość obecnych w tomie teofanii.
Małgorzata Lebda„Dunaj. Chyłe pola”, Wrocław 2025, Wydawnictwo Warstwy, s. 69.
student polonistyki antropologiczno-kulturowej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ostatnio publikował w „Civitas. Studia z filozofii polityki” oraz „Kulturze Współczesnej
komentarze

7 min czytania