Krzysztof Sztafa
Faza istnienia. Liryka Tomasza Pułki, Wydawnictwo IBL PAN, 448 stron, premiera: październik 2026
Tak naprawdę to typowa historia z młodoliterackiej niszy. Gdzieś na tyłach 11. Targów Książki w Krakowie odbyła się gala wręczenia nagród w pewnym mało znanym, środowiskowym konkursie poetyckim. Było deszczowe, październikowe popołudnie 2007 roku. Głównego wejścia do białego, masywnego pawilonu strzegł okopany za workami z piaskiem oddział czterech żołnierzy. Uzbrojeni byli w ciężki, przeciwlotniczy karabin maszynowy, odziani natomiast w mundury z czasów II Wojny Światowej. Jak przystało na manekiny z utwardzanego plastiku, stali nieporuszeni jesienną słotą. Na prawo od nich umieszczono skromną wystawę z kilkoma zdjęciami na pulpitach, informującą przechodnia o bohaterstwie polskich Sił Zbrojnych.
Do „sali nr 2”, gdzie 27 października 2007 roku o godzinie 16 miała odbyć się gala konkursu, należało przejść przez boczną część głównego namiotu Targów. Korytarz prowadzący do niewielkiej sali został udekorowany miniaturową wystawą, dotyczącą życia i cudów zmarłego dwa lata wcześniej Jana Pawła II. Na prezentowanych zdjęciach papież Polak, kolejno, odwiedza grób jednej z błogosławionych Kościoła Katolickiego, stoi skupiony ze złączonymi do modlitwy rękami, spotyka się z przedstawicielami władz III Rzeczpospolitej, odprawia uroczystą mszę, siedząc na pozłacanym tronie oraz rozkłada ręce w geście błogosławieństwa z górskim pejzażem w tle.
Państwo i Kościół: czy w warunkach polskiego życia społecznego można wyobrazić sobie lepsze tło dla lokalnych spektakli poezji, tej ocalającej, a jednocześnie kompletnie nieistotnej „mowy duszy”? W swojej audiowizualnej relacji z krakowskich targów Maciej Kaczka[1] zdołał uchwycić specyficzną przaśność życia poetyckiego w pierwszej dekadzie XXI wieku, rozgrywającego się ku uciesze nielicznych uczestników gdzieś w odizolowanym getcie, na zupełnym marginesie społecznej uwagi. Zawilgocone wnętrze białego pawilonu wystawowego – pozostającego w wyraźnym cieniu żołnierzy i papieża – idealnie nadawało się do wręczenia lokalnego lauru poetyckiego. Postawione naprędce jako dodatek do dużej, cyklicznej imprezy – sponsorowanych przez Urząd Miasta Krakowa Targów Książki – to prowizoryczne schronienie przed październikowym deszczem dobrze oddawało znaczenie, jakie w życiu kulturalnym kraju zajmują poeci i poetki.
Państwo i Kościół: czy w warunkach polskiego życia społecznego można wyobrazić sobie lepsze tło dla lokalnych spektakli poezji, tej ocalającej, a jednocześnie kompletnie nieistotnej «mowy duszy»?
W audiowizualnej relacji Macieja Kaczki, głównego bohatera tamtego popołudnia, Tomasza Pułkę, widzimy po raz pierwszy w chwili, kiedy w towarzystwie ówczesnej partnerki pewnym krokiem wchodzi do środka, aby zająć miejsce na opustoszałej salce. Ma dziewiętnaście lat i kilka miesięcy wcześniej został absolwentem IX Liceum Ogólnokształcącego im. Zygmunta Wróblewskiego w Krakowie. Przechodząc obok kamery, rzuca w jej stronę pośpieszną, autoironiczną uwagę celebrities!, jakby prosił o przejście przez przyglądający mu się tłum. Jako jeden z nominowanych do nagrody głównej jest w swoim żywiole, czujnie rozgląda się dookoła. Jego bujna czupryna i kołnierz białej koszuli wystającej z uczniackiego swetra sprawiają, że nastolatek wygląda grzecznie, wręcz niewinnie. W oczekiwaniu na rozpoczęcie tej kameralnej uroczystości do sali schodzi się kilkoro innych poetów i poetek – również nominowanych do lauru – oraz garstka gapiów.
Impreza poetycka, która w 2007 roku odbywała się na tyłach krakowskich Targów Książki to trzecia edycja tak zwanej „Dżonki”, czyli poetyckiej Nagrody im. Stanisławy Zawiszanki. Laureatem pierwszej z nich został Krzysztof Siwczyk, drugiej – Joanna Wajs, której wiersze z nagrodzonego tomu „Sprzedawcy kieszonkowych lusterek” kilka lat później Pułka w swoim krytycznoliterackim cyklu „Lutowanie wełny” porówna do naklejek albo jednorazowych tatuaży, dodawanych do gum do żucia. Chociaż „Dżonka” w krakowskim środowisku młodopoetyckim zdobyła pewną rozpoznawalność, podzieliła jednak los większości lokalnych nagród literackich i przepadła gdzieś w pomroce dziejów. Wówczas jednak, to jest w późnopaździernikowe popołudnie 2007 roku, nikt nie mógł tego jeszcze wiedzieć.
Po migawce z krótkiej prezentacji postaci Zawiszanki Kaczka robi cięcie w swoim nagraniu i przeskakuje do momentu, w którym zaczyna się właściwa gala wręczenia nagród. Mikrofon przejmuje jeden z organizatorów – mężczyzna w urzędniczym garniturze. Następuje prezentacja finalistów, która w relacji trwa zaledwie kilka chwil. Na ekranie migają zatem nazwiska okraszone zdjęciami portretowymi, na które zgromadzona publiczność reaguje przeważnie śmiechem: Jacek Dehnel, Dawid Jung, Robert Król, Marta Podgórnik, Julia Szychowiak, Izabela Smolarek oraz wreszcie Tomasz Pułka.
Jego zdjęcie ostro kontrastuje z pozostałymi. Jest mniej formalne i bardziej wyzywające, niekorzystne, ostentacyjnie niedbałe. Podobizny reszty nominowanych są wystudiowane i zrobione w wysokiej rozdzielczości przez profesjonalnych fotografów (a przynajmniej za pomocą fachowego sprzętu). W tych polowych warunkach i w prezentacji wyświetlanej za pomocą krzywo ustawionego rzutnika wyglądają nieco groteskowo, a jednocześnie dają wgląd w to, jak owi twórcy rozgrywają w swoich kreacjach „figurę poety”. Jacek Dehnel spogląda wprost w oko aparatu spod dandysowskiego cylindra, wsparty na drewnianej lasce. Dawid Jung w grubym, wełnianym golfie uśmiecha się na tle przywodzącym na myśl oficjalne spotkanie autorskie. Robert Król ubrany jest w pokazowy, trzyczęściowy garnitur z krawatem i płaszcz z futrzanym kołnierzem. Marta Podgórnik ukazana została podczas czytania wierszy w postawie pełnego zaangażowania, z lewą ręką założoną artystowsko za plecami. Julia Szychowiak, trochę podobnie jak Dehnel, spogląda wprost w kierunku aparatu z wyrazem twarzy, mającym świadczyć o nieustępliwej dociekliwości. Izabela Smolarek z kolei spogląda refleksyjnie poza kadr. Tymczasem Pułka – najmłodszy spośród nominowanych – na zdjęciu z prezentacji ma przymknięte oczy i kilkudniowy zarost, a z jego ust wystaje nieodpalony jeszcze papieros. „Nieprzysiadalność” młodego poety wydaje się oczywista: robi nieprzyjemne, a z pewnością niekorzystne wrażenie; wygląda na zmęczonego, niewyspanego, skacowanego. Ubrany jest w zwyczajną białą koszulkę. W przeciwieństwie do pozostałych fotografii, ta ostatnia została wykonana za pomocą telefonu komórkowego, amatorsko, bez oglądania się na konwenanse i klasyczne przedstawienia artysty czy też poety-intelektualisty. Z jednej strony ta pozornie mało znacząca rzecz daje pewne wyobrażenie o tym, co Pułce najbardziej przeszkadzało w zastałej konfiguracji pola poetyckiego, z drugiej natomiast o tym, z jakich pozycji młody autor będzie w następnych latach atakował część środowiska reprodukującego szkodliwe jego zdaniem, „natchnione” i anachroniczne wyobrażenie o powinności wypowiedzi poetyckiej.
A będzie to, trzeba przyznać, krytyka ostra i żywiołowa, całościowa, bezpardonowa, niemalże bezlitosna. Dzięki swojej zadziorności i skłonności do konfrontacji Pułka szybko stanie się popularny w krajowym życiu młodoliterackim. Już dwa lata po otrzymaniu „Dżonki” w rozmowie wokół wydanej przez krakowski Ha!art antologii „Kryzys” z całą stanowczością będzie nawoływał do tego, żeby zdjąć lirykę z piedestału „wysokich wartości” i zwrócić ją codziennym praktykom komunikacyjnym. Pytał zatem: „Dlaczego nie odrzeć poezji z tego paradygmatu natchnienia, bokobrodów, czarnego golfu i potraktować jej wreszcie serio – jako pełnoprawną uczestniczkę dyskursu?”[2]. Już chwilę po debiucie – przy okazji konkursu poetyckiego im. Zawiszanki w 2007 roku – Pułka chętnie manifestował swoją niechęć do pewnych mechanizmów myślowych i wyobrażeń zamykających poezję w anachronicznych, pięknoduchowskich formułach. Jego pojmowanie istoty wypowiedzi literackiej miało być zupełnie inne.
Po prezentacji sylwetek finalistów i finalistek mikrofon przejęła przewodnicząca konkursowego jury, która miała wręczyć właściwą nagrodę. Po krótkiej przemowie – uciętej w zmontowanym klipie Kaczki – ogłosiła werdykt. Laureatem trzeciej edycji „Dżonki” został Tomasz Pułka. Wśród nielicznych oklasków wyraźnie zakłopotany, ale nietracący pewności siebie poeta wstał z krzesła i wyszedł na środek sali. W mowie laudacyjnej przewodnicząca jury w pierwszej kolejności podkreśliła, że jest on najmłodszym – „bezczelnie młodym” – laureatem nagrody im. Zawiszanki. Ta „bezczelna” młodość miała z nim zostać już na zawsze. Nie obyło się oczywiście bez obowiązkowego porównania Pułki do Arthura Rimbaud, który również, jak zaznaczyła przewodnicząca, „te swoje najwspanialsze wiersze napisał w wieku szesnastu lat”. W komunikatach branżowych z 11. edycji Targów Książki[3] znajduje się informacja, iż Pułka otrzymał Dżonkę za „przedstawienie odczuć człowieka otoczonego przez rzeczy i zwrócenie uwagi na zmianę widzenia całego świata, które przynosi ze sobą dostrzeżony przedmiot”. A zatem: uważność, refleksja nad „odczuciami”, wgląd w istotę dostrzeżonego przedmiotu – w „dojrzałej” poezji Pułki to właśnie miało być godne największej pochwały. Sam poeta już wówczas musiał mieć pełną świadomość, jak bardzo tego typu „upupianie” było dalekie od jego wizji samego siebie. W chwilę po odbiorze statuetki, zapytany przez jednego ze zgromadzonych widzów o to, co najbardziej przeszkadza poetom pisać, bez wahania odkrzyknął: „szkoła i studia!”.
Państwo i Kościół. „Dżonka” była jedyną nagrodą literacką, jaką otrzymał Tomasz Pułka. Jego dyspozycja poetycka, którą w niniejszej książce zamierzam dokładnie sproblematyzować, nie pozwalała mu wchodzić na dłużej w żadne środowiskowe układy. Już jako dwudziestolatek znany był ze swojej żywiołowej przekory, z wyjątkowo buntowniczej krnąbrności – stąd krytycy podnosili osobliwe napięcie, wyczuwalne w jego twórczości oraz postawie. Pułka był bowiem jednocześnie wyraźnie związany z określoną wrażliwością pokoleniowo-formacyjną i w jakiś sposób osobny, nigdzie nieprzynależny[4]. Jednego z największych nieprzyjaciół widział on właśnie w skostniałym, bezbarwnym życiu literackim i robił wiele, by odciąć się od tego, co sam uważał za potoczne wyobrażenia poety – kruchego, neurotycznego nadwrażliwca w za dużych okularach bądź też apodyktycznego „autorytetu”, konserwatywnego intelektualisty, snobistycznego moralizatora i strażnika „wartości”. Miał z tym ewidentny egzystencjalny problem (zostawiam na boku toporność tego schematycznego i nie do końca przecież prawdziwego przeciwstawienia).
Niespełna pół roku po odebraniu „Dżonki” w miasteczku Prudnik odbyło się spotkanie autorskie z Pułką. Również ten wieczór został uwieczniony w relacji Macieja Kaczki[5]. Był 7 lutego 2008 roku. Młody poeta miał na koncie już dwie książki poetyckie – „Rewers” oraz „Paralaksę w weekend”; stawał się coraz bardziej rozpoznawalny. Siedząc przy okrągłym, nakrytym obrusem stole na tle czerwonej kurtyny – w tej osobliwej scenografii małomiasteczkowego Domu Kultury znowu daje się wyczuć przaśność poetyckiej niszy – opowiadał o swojej twórczości, określonej filozofii pisania. Wyznawał: „powiem brzydko: piszemy po to, żeby poczynić w sobie jakiś tam rozpierdol. I wydaje mi się, że Zagajewski i Krynicki – jak mówiłem przed chwilą takie sztandarowe postaci, które się zatrzymały w pewnym momencie swojego rozwoju, w opozycji na przykład do Barańczaka, który w pewnym momencie zaniechał pisania, kiedy już, wydaje mi się, odkrył, że już nic więcej ciekawego sam ze sobą nie będzie mógł zrobić”. To wówczas – ku zgorszeniu niektórych zgromadzonych – wygłosił również legendarne słowa o Wisławie Szymborskiej, życząc jej śmierci[6]. Zdaniem Pułki noblistka była „najbardziej dobitnym ciosem, jaki został zadany polskiej poezji”, przez co poważna rozmowa o przyszłości tejże poezji jest niemożliwa. Wypowiedź ta dobrze zdaje sprawę z gorączkowości młodego poety, która w ciągu kolejnych lat miała przysporzyć mu przede wszystkim wielu wrogów i dużo problemów.
Paradoksalne jest jednak to, że dokonując takich manifestacyjnych cięć, Pułka był zarazem w dziwny sposób przywiązany do krytykowanych nazwisk, zjawisk i poetyckich fenomenów. Wydaje się, że z publikacji na publikację to dziwne – niby szyderczo-ironiczne – uwiązanie do literackich autorytetów było coraz silniejsze. Po prostu nie potrafił się od nich oderwać. Tak też pogłębiając swoje późniejsze cybernetyczno-narkonautyczne fascynacje liryczne, jednocześnie na łamach prowadzonego w 2011 roku cyklu felietonów „Lutowanie wełny” bezwzględnie pomstował na „klasyków” polskiej poezji w stylu Tadeusza Różewicza czy Stanisława Barańczaka; rozwijając dojrzałą koncepcję liryki dysinformatywnej w nieomal okrutny sposób szydził z krakowskich nestorów poetyckich, którzy mieli przejść proces „urynkowienia”, zmieniający, jak czytamy, „wybitne postaci kultury w czczących płytę (Rynku) żuli. Heil Mitoraj! Elo Skrzynecki! Spotkajmy się wszyscy «pod Adasiem» i chodźmy na kawę do Zwisu! Makabra. Trupy”[7]. Słowem: niezależnie od kąśliwości i odprawianych egzorcyzmów, byli oni ważną częścią jego poetyckiej tożsamości. Na czym polegała ta chorobliwa fascynacja „klasykami” polskiej poezji współczesnej? Odpowiedź na to pytanie da nam pierwszy wgląd w samego Pułkę, w jego literacką wyobraźnię. Proszę zapiąć pasy.
[1]M. Kaczka, mRRRukot_8: Dżonka dla Pułki!, https://www.youtube.com/watch?v=HA12TeNEKdg (dostęp: 02.2023).
[2]Kryzys: rozmowa z Romanem Dziadkiewiczem, Tomaszem Pułką i Szczepanem Kopytem, http://archiwum.ha.art.pl/rozmowy/761-kryzys-rozmowa-z-romanem-dziadkiewiczem-tomaszem-pulka-i-szczepanem-kopytem.html (dostęp: 02.2023).
[3]Zakończyły się Targi Książki w Krakowie 2007, 29.10.2007, https://wydawca.com.pl/2007/10/29/zakonczyly-sie-targi-ksiazki-w-krakowie-2007/ (dostęp: 02.2023).
[4]Zob. np. P. Kaczmarski, Wysoka łączliwość. Szkic o poezji współczesnej, Wrocław 2018, s. 120‒133.
[5]M. Kaczka, mRRRukot_12: uzuPułnienie, część 1., [online] https://www.youtube.com/watch?v=su9UEUcgDS4 (dostęp: 02.2023) oraz M. Kaczka, mRRRukot_12: uzuPułnienie, część 2., https://www.youtube.com/watch?v=lkuN6Jumrpc (dostęp: 02.2023).
[6]Zob. M. Kaczka, mRRRukot_11: Pułka o Szymborskiej, https://www.youtube.com/watch?v=I_BfuCVqV6c (dostęp: 02.2023).
[7]T. Pułka, Lutowanie wełny (5), „Niedoczytania.pl”, http://niedoczytania.pl/tomasz-pulka-lutowanie-welny-5/ (tekst obecnie niedostępny; dostęp: 02.2023).
Krzysztof Sztafa
Faza istnienia. Liryka Tomasza Pułki, Wydawnictwo IBL PAN, 448 stron, premiera: październik 2026
Pisarz, redaktor, okazjonalnie krytyk literacki. Autor powieści „Wielka radość w polskich domach” (WBPiCAK, 2024). Redaktor „Małego Formatu".
komentarze




