Ładowanie strony

Louise Perry
„Rozprawa przeciwko rewolucji seksualnej”, przeł. Tomasz Sikora, Kraków 2026, Ha!art

Amerykańska dziennikarka i feministka Louise Perry w swojej „Rozprawie przeciwko rewolucji seksualnej. Nowy przewodnik po seksie w XXI wieku” faktycznie „rozprawia” się z przewrotem wywołanym przez tabletkę antykoncepcyjną w latach 60. XX wieku – i rzeczywiście napisała poradnik dla osób chcących nawiązywać satysfakcjonujące relacje seksualne. W podtytule tego dzieła najbardziej kontrowersyjny jest jednak przymiotnik „nowy”, bo Perry daje tu próbkę prawdziwie niedialektycznego myślenia o postępie, a do tego, co rzeczywiście „nowe” podchodzi z wielką podejrzliwością. Nie szuka bowiem możliwości gruntownej transformacji relacji damsko-męskich, by stworzyć fundamenty pod równościową kulturę seksualną. Dąży za to do czegoś, co określa „seksualną kontrrewolucją”, opierając się na biologii postrzeganej jako stały i nieusuwalny aspekt kwestii związanych z seksem. Rewolucję seksualną opisuje jako cios zadany kobietom, odejście od pewnego porządku, moment utracenia historycznej równowagi, argumentując na rzecz powrotu do epoki, kiedy małżeństwa rzekomo miały się dobrze. Jeśli jednak poszłybyśmy za chętnie udzielanymi przez dziennikarkę radami, mogłybyśmy osiągnąć co najwyżej bezpieczeństwo niektórych kobiet, nie zaś wyzwolenie, o które chodzić powinno w feminizmie. To jeden z ważniejszych problemów tej publikacji.

Jedną sprawą jest, czy zalecenia dyktowane przez Perry faktycznie mogą to względne bezpieczeństwo zagwarantować. Drugą jednak – czy jako feministkom to właśnie na bezpieczeństwie powinno nam zależeć najbardziej? Czy wysuwając na sztandary hasła dotyczące jedynie przetrwania, możemy stworzyć warunki godnego życia?

Wolność i bezpieczeństwo: gra o sumie zerowej

Współczesny feminizm potrzebował bliskiego przyjrzenia się negatywnym wpływom rewolucji seksualnej – Perry uczyniła zadość tej potrzebie tylko częściowo. Choć książka ma kilka ciekawych fragmentów, do których jeszcze wrócę, to niestety „Rozprawa…” nie daje intelektualnej satysfakcji, jaka wynikać powinna z przeczytania naprawdę wnikliwej analizy feministycznej. Perry twierdzi, że podstawową kwestią dla feministek nie powinna być wolność kobiet, ale odpowiedź na pytanie „jaki sposób będzie najlepszy dla osiągnięcia dobrostanu zarówno mężczyzn, jak i kobiet, zważywszy na to, że obie grupy mają różne zestawy interesów, które czasem pozostają w konflikcie” (s. 61). Na podstawie jej zaleceń i argumentów można jednak wywnioskować, że „dobrostan” jest dla niej równoznaczny z bezpieczeństwem, a nawet – mniejszym zagrożeniem gwałtem czy innymi krzywdami na tle seksualnym. To dość ograniczona perspektywa. Choć autorka na ogół trafnie identyfikuje społeczne problemy związane z seksem w dwudziestym pierwszym wieku, to podawane przez nią przyczyny owych problemów i propozycje ich rozwiązania pozostawiają wiele do życzenia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Perry ukręciła tu „12 życiowych zasad” Jordana Petersona w wersji dla młodych kobiet zagubionych w beznadziei współczesnej kultury randkowania. Autorka nie stroni od samopomocowego tonu i akcentuje różne tezy, zasady czy rady w sposób bardzo bezpośredni. Same tytuły tytułach ośmiu rozdziałów wydają się tutaj znaczące. Wylistujmy je dla wygody czytelniczki:

1. Seks należy traktować poważnie
2. Kobieta różni się od mężczyzny
3. Niektóre pragnienia są złe
4. Seks bez miłości nie służy upodmiotowieniu
5. Zgoda to nie wszystko
6. Przemoc to nie miłość
7. Ludzie nie są produktami
8. Małżeństwo jest dobre

W każdym z tych rozdziałów znajdziemy całkiem sporo danych dotyczących różnic między kobietami i mężczyznami oraz badań i statystyk związanych ze współczesnym seksem, które mają uzasadnić poszczególne tezy autorki. Swoje dowodzenie Perry spaja w teoretycznych ramach psychologii ewolucyjnej i krytyki „kulturalizmu” w postrzeganiu płci – według autorki w pierwszej kolejności to biologia warunkuje kształt naszych relacji. Z tego powodu z ostrą krytyką mierzą się w „Rozprawie…” feministki drugiej fali, które twierdziły, że kobiety są więzione przez specyficzny rodzaj patriarchalnej socjalizacji. Biologia przedstawiona jest w „Rozprawie…” jako ahistoryczny pewnik, a umniejszanie jej funkcji Perry nazywa „niechęcią feministek do przyjęcia poglądu naukowego” (s. 46).

Autorka pozostawia – choć jakby bez przekonania – miejsce dla poglądów, wedle których to socjalizacja i kultura określają stosunki międzypłciowe. Sama zauważa, że „różnice psychologiczne pomiędzy płciami można przynajmniej częściowo przypisać socjalizacji w dzieciństwie” (s. 48). Argumenty drugiej strony przytacza jednak bardzo pobieżnie. W większości przypadków nie rozpatruje alternatywnego wyjaśnienia dla problemów, które analizuje, sprowadzając je do dostosowań ewolucyjnych. Atakuje przy tym ideę resocjalizacji mężczyzn jako utopijną i nieskuteczną. Odtwarza więc wielki spór nature-nurture, nie wprowadzając do niego żadnych niuansów czy subtelności – i dość jednoznacznie opowiada się po stronie nature. Czytamy:

Chociaż liberalne feministki i transseksualni aktywiści ze wszystkich sił próbują się temu sprzeciwić, wciąż trudno zaprzeczyć prawdzie, że tylko połowa ludzkości może zajść w ciążę, a biorąc pod uwagę nieudane próby wynalezienia sztucznych macic, termin upływu ważności owej prawdy pozostaje nieustalony. Co więcej, nawet gdy w jakiś sposób uda się nam całkowicie wyeliminować ludzkie ciało z procesu rozmnażania, nadal w grze pozostaną mózgi, które są produktem ewolucji. Dobór naturalny pozostaje w tyle za szybkimi zmianami społecznymi. (s. 57)

Relacje ekonomiczne natomiast traktuje dość hasłowo i skrótowo, jako pewien akcydentalny dodatek. W tym ujęciu rewolucja seksualna okazuje się przewrotem wywołanym wyłącznie przez technologiczny postęp, jakim było wynalezienie tabletki. Perry nie podejmuje nawet wstępnej próby przyjrzenia się napięciom i sprzecznościom prowadzącym do narodzin tej rewolucji, traktując ją niemal jako historyczny błąd. Jednocześnie, przy okazji analizy mechanizmów uzależnienia od pornografii, ciekawie wykorzystuje teorię kapitalizmu limbicznego Davida Courtwrighta. Historyk ten wykazywał, że współczesny kapitalizm wykorzystuje wiedzę o biologicznych mechanizmach pożądania, by celowo pobudzać nasz układ limbiczny, podsuwając coraz intensywniejsze bodźce i skłaniając do kompulsywnej konsumpcji. Tu Perry udaje się wyjść poza narrację wyłącznie biologicznej wojny płci, wskazać na kierunki przepływu kapitału w seksbiznesie oraz dowartościować bardziej systemowe ujęcie problemów współczesnych związków. Ostatecznie rewolucja seksualna i jej konsekwencje są jednak przedstawione jako niemal wyłączne źródło nieszczęść kobiet w relacjach seksualnych w XXI wieku, a w publikacji stale napotykamy się na potrzebę powrotu do czasów niby „słusznie minionych”, ale za którymi Perry zdaje się jednak tęsknić.

Dziwi więc zachwyt niektórych lewicowych recenzentów, którzy nie łapią autorki za rękaw, by dopytać ją, gdzie w jej analizie podziały się uwarunkowania ekonomiczne. Nie można powiedzieć, że ich nie ma wcale – Perry punktowo powołuje się na tego czy tamtego marksistę i czasem wspomina coś o biedniejszych kobietach, szczególnie przy okazji wątków związanych z prostytucją. Rynek i klasy traktuje jednak przede wszystkim jako metaforę relacji płciowych. Płcie stanowią tu „klasy” o sprzecznych interesach na „seksualnym rynku”. Te sprzeczne interesy wynikają natomiast z tego, że po prostu jesteśmy zwierzętami – samcami i samicami gatunku homo sapiens. Mówiąc wprost, mamy u Perry do czynienia z dość prymitywnym materializmem, który nie problematyzuje relacji między seksem a systemem ekonomicznym, w jakim żyjemy.

Znamienny i uderzający jest w tym kontekście fragment z przedostatniego rozdziału książki. Perry wyraża w nim dystans wobec państwowych form wsparcia rodziny, które określa jako „zapasowego męża”, tylko że gorszego od „tego prawdziwego” (s. 240). Tam, gdzie należałoby zapytać o działanie instytucji społeczno-ekonomicznych, dziennikarka właściwie zamyka dyskusję: prawdziwie społeczne rozwiązania nie stanowią dla niej przedmiotu analizy, bo są właściwie taką protezą męża. Doprawdy niekonserwatywne i nieliberalne podejście prezentuje tu Louise Perry. Pojawiająca się sporadycznie krytyka kapitalizmu wytyczana jest jakby tylko przy okazji – odnosi się do niektórych jego aspektów, nie zaś do systemu jako całości. To częsta bolączka antyliberałów, którzy nie identyfikują się z marksizmem czy nawet socjalizmem – nie chcąc wysuwać zbyt radykalnych postulatów godzą się na spolegliwe socjal-konserwatywne rozwiązania, podtrzymujące przekonanie o konieczności gospodarki rynkowej. U Perry konflikty między kobietami i mężczyznami mają więc wynikać przede wszystkim ze sprzecznych interesów reprodukcyjnych, a kapitalizm jedynie te sprzeczności pogłębia – nie zostaje on wskazany jako szczególnie znacząca przyczyna.

Warto zwrócić uwagę na inną perspektywę, bardziej zbliżoną do marksistowskiej. Proponuje ją m.in. Noam Yuran. Z Perry łączy go dostrzeżenie pewnych zalet związanych z rodziną i małżeństwem. W „Rozprawie…” prowadzi to jednak do… zalecenia zamążpójścia. W „The Sexual Economy of Capitalism” Yuran natomiast podobnie do Perry stwierdza, że odrzucenie małżeństwa służy podporządkowaniu sfery erotycznej męskiej perspektywie –  nie przeszkadza mu to jednak w podkreśleniu, że małżeństwo i monogamia wciąż łączą seksualność z własnością. Tam, gdzie Perry twierdzi, że problem stanowi odejście od norm seksualnych, które chroniły kobiety, Yuran zauważa zatem, że normy te były historycznie związane z patriarchalnym reżimem własności i kontroli nad kobiecą seksualnością. Autor „The Sexual Economy of Capitalism” nie postrzega więc kryzysu współczesnych relacji seksualnych jako prostego skutku porzucenia tradycyjnych wartości, lecz jako efekt napięcia wpisanego w kapitalizm. System ten formalnie zniósł bezpośrednie traktowanie kobiet jako własności, jednocześnie zachowując ekonomiczne i kulturowe struktury, które nadal kształtują relacje między płciami.

Poskramianie samca ślubem

Przyznam, że miałam spore nadzieje w związku z polską premierą książki Perry – opis na tylnej okładce brzmi szczególnie zachęcająco dla tych feministek, które nie czują się dobrze we współczesnej wersji feminizmu, często stawiającej na intelektualną wygodę kosztem rezygnacji z bardziej radykalnych rozwiązań. Niestety, analizy Perry są niedbałe, jednostronne i nieszczególnie pogłębione: autorka wydaje się czasami iść po prostu na intelektualne skróty. Uważa ona na przykład, że skoro konserwatystów krytykowały już teoretyczki inspirowane ideami wyklutymi po rewolucji seksualnej, ona nie musi już tego robić. Tego typu postawa sprawia, że całość jej rozumowania bywa sprowadzana do zwykłego banału, a czasem sprzeczności. Tak też m.in. jej argumenty wysuwane przeciwko przemysłowi seksualnemu wykluczają się z jej argumentami za małżeństwem. Może odtwórzmy ten tok rozumowania, by przyjrzeć się bliżej jego konsekwencjom.

Jak twierdzi Perry, mężczyźni często są biologicznie uwarunkowani do niezobowiązującego seksu i statystycznie chcą go częściej niż kobiety. Małżeństwo z kolei miałoby służyć właśnie kobietom, które są szczęśliwsze w monogamicznych związkach. Małżeństwo ma zatem „okiełznać” (s. 254) mężczyzn, by nie przeradzali się w „łobuzów”, a stawali „tatusiami”. „Łobuzotowatość” – czyli posiadanie licznych partnerek seksualnych i ich szybkie porzucanie – miałaby być uwarunkowana biologicznie i możliwa do poskromienia, jeśli tylko mężczyzna zaczyna opiekować się swoim potomstwem. Dlatego właśnie to przez upadek instytucji małżeństwa kobietom jest tak źle. Kiedy jednak małżeństwa miały się „dobrze” – bo daleko było jeszcze do liberalizacji prawa rozwodowego – mężczyźni niekoniecznie przechodzili masowo w tryb „tatusia”. Nie mamy wiarygodnych badań, by rozpoznać i ocenić poziom zadowolenia z życia żon w XIX wieku (czy nawet w pierwszej połowie XX wieku). To bardzo wygodne dla wysuwania tez o tym, że małżeństwo z zasady służy kobietom. Wiemy jednak (dzięki klasycznej już „Mistyce kobiecości” Betty Friedan), że w latach 50. amerykańskie żony z klas średnich miały się bynajmniej nienajlepiej.

Skoro jednak, jak twierdzi Perry, bardziej tradycyjne, monogamiczne społeczeństwa poskramiały swoich mężczyzn dzięki nadaniu im roli tatusia, to jak wytłumaczyć wielką ilość zaręczonych czy żonatych w burdelach? Dziwna wydaje się więc skierowana do ogółu kobiet rada Perry „weźcie ślub i zróbcie wszystko, co w waszej mocy, aby wasze małżeństwo przetrwało” – szczególnie, gdyby za Yuranem zauważyć, że prostytucja jest niczym cień towarzyszący małżeństwu, a obie instytucje pozostają ściśle ze sobą związane. W pierwszych rozdziałach Perry sama krytykuje liberalne feministki za traktowanie kobiecych ciał jak mięsa armatniego, które można poświęcić w wojnie o wolny seks lub możliwość „jebania się jak mężczyźni”. Wydaje się jednak, że jej rady sprowadzają kobiety do podobnej roli w innym celu: mężczyzn należy poskromić małżeństwem i dziećmi, by nie gwałcili lub nie wykorzystywali innych kobiet. Zaryzykuj – może tobie uda się go okiełznać, próbuj ze wszystkich sił, może będziesz bezpieczniejsza – w końcu tak mówią niektóre statystyki. Trzeba więc pamiętać, że „tatusiowie” również wykorzystują kobiety w prostytucji i oglądają pornografię.

Zaskakują również niektóre recenzje „Rozprawy…”, które chwalą publikację, bo, jak się w nich twierdzi, dobrze jest przeczytać kogoś z nowymi pomysłami. Sama Perry wielokrotnie powtarza, że nie mówi w tej książce nic odkrywczego. Jej argumentacja związana z odrzucaniem mądrości wcześniejszych pokoleń wydaje się przekonująca – też uważam, że feministki powinny zwalczać w sobie matkobójcze instynkty pogoni za coraz to świeższymi teoriami, które często służą przede wszystkim sygnalizowaniu przynależności do bardziej progresywnego obozu. Niestety tym, co chce „zakonserwować” autorka nie są refleksje działaczek feministycznych, ale patriarchalne instytucje. Można zgodzić się ze stwierdzeniem, że małżeństwo nie opiera się wyłącznie na traktowaniu kobiety jak własności mężczyzny – we współczesnych czasach nabrało ono opisanego w „Rozprawie…” charakteru „samoekspresji” (s. 248), pozwalającej na seksualne i emocjonalne spełnienie. Jest jednak wciąż obciążone nierównością, która ciąży na kobiecie nawet po rozwodzie.

Kim są nasi gwałciciele?

Konserwatyzm Perry ujawnia swoje ograniczenia nie tyle w diagnozie stawianej współczesności,, co właśnie w udzielanych przez nią radach. Zgodnie z „Rozprawą…” to na każdej z nas spoczywa ciężar naprawiania mężczyzn – Perry przyznaje to wprost. Zgadzam się, że program zapobiegania gwałtom polegający na wywieszaniu plakatów skierowanych do mężczyzn z hasłem „nie gwałć” bynajmniej nie jest skuteczny. To spychologiczne uproszczenie wielkiego, złożonego problemu. Ale równie dużym uproszczeniem jest stwierdzić w ciemno, że małżeństwo z samej swojej definicji zmniejsza ilość gwałcicieli w społeczeństwie. Albo że kobiety po prostu nie powinny spotykać się z mężczyznami, których nie znają. Perry w znanym skądinąd stylu orania libków faktami i logiką rzuca:

Inne feministki mogą do woli zgrzytać zębami, zarzucać, że obwiniam ofiary lub upierać się, że ciężar zapobiegania gwałtom powinien spoczywać na sprawcach, a nie na ofiarach. (…) W gwałcie bowiem nie chodzi tylko o władzę, ale też o seks jako taki. (s. 72)

Jej rada przy tej okazji brzmi: „unikaj sytuacji, w których jesteś sama z obcym mężczyzną”. Nie jest ona tak zupełnie nierozsądna: chociaż, jak zauważa sama autorka, ogranicza kobiety, to jednak zapewnia im większe bezpieczeństwo. Przynajmniej od “obcych” gwałcicieli, a – jak pokazują statystyki – ci stanowią mniejszość drapieżców seksualnych. Swoją drogą fakt, że 60% napastników to osoby znane wcześniej ofierze nie mieści się w narracji przedstawionej w „Rozprawie…” i cóż, trochę ją rozsadza.

Obecna kultura seksualna faktycznie zdaje się uwalniać przede wszystkim mężczyzn, dzięki czemu często bez żadnych konsekwencji mogą oni zachowywać się jak frajerzy bez krzty odpowiedzialności. Dlaczego jednak ich drapieżne popędy mają poskramiać najbliższe im kobiety, partnerki bądź małżonki? Czy naprawdę nie istnieją żadne ponad-indywidualne rozwiązania konfliktu płciowego? Te pytania narzucają się w kontakcie z tym – jakże przecież nieliberalnym – podejściem do współczesnego feminizmu. Perry bagatelizuje bowiem komentarze o przerzucaniu odpowiedzialności na kobiety, twierdząc, że wolność nie jest najważniejszą wartością. Najwyraźniej za najwyższą wartość uważa bezpieczeństwo. Nieprzejednany ton i niezdolność do niuansowania nie działają na korzyść „Rozprawy…” Można przez to odnieść wrażenie, że czytamy trochę bardziej rozgarniętego Petersona czy Bena Shapiro.

Jesteśmy zwierzętami, to prawda. Jak zauważa sama Perry, jesteśmy jednak zwierzętami wyjątkowo inteligentnymi – i jeśli agresywne usposobienie niektórych mężczyzn wynika z ich natury, możemy się jej przeciwstawić. Autorka nie bierze jednak pod uwagę kategorii systemowych: jej zalecenia oparte są raczej na strategiach przetrwania. Wyższościowe, ironiczne komentarze o feministkach, które priorytetyzują w swoich postulatach wolność wyboru (tzw. choice feminism), wydają się tym śmieszniejsze, im dalej brniemy w zalecenia autorki. Perry nie waha się na przykład, by przedstawić liberalne feministki jako pożyteczne idiotki Hugh Hefnera czy Harveya Weinsteina, słusznie krytykując ich uproszczoną wizję postępu (s. 33). Głośna i nieco pompatyczna krytyka liberalizmu karłowacieje jednak, kiedy dowiadujemy się od Perry, że od rozwiązań jednostkowych należy po prostu przejść do rozwiązywania spraw w triadzie edypalnej – kobiety, według Perry, miałyby się lepiej, gdyby po prostu zawierały związki małżeńskie i rodziły dzieci, a potem wychowywały je wspólnie ze swoimi mężami. Trudno kłócić się z tym, że trzy osoby – matka, ojciec, dziecko – to faktycznie więcej niż jedna. Czy można jednak w tej sytuacji mówić o jakimś wielkim sprzeciwie wobec „seksualnego thatcheryzmu”, który tak ostro krytykuje Perry? Nie dostrzegam tu jakiegoś istotnego  wykroczenia poza liberalny feminizm.

Głównym celem socjalistycznego feminizmu powinna być zmiana warunków gry, a nie kalkulacje, co opłaca się indywiduum w konkretnej sytuacji. Perry sama mówi o sobie, że nie jest antyliberałką, ale postliberalną feministką, choć przymiotnik „postliberalny” kojarzyć można było do tej pory z postaciami pokroju JD Vance’a. Nie sądzę, by był to przypadek – nie mamy tu bowiem do czynienia z systemowym ujęciem problemów kobiet, ale z godnym podziwu nawarstwieniem prawicowych psich gwizdków, które słyszałyśmy już wcześniej od konserwatywnych polityków – wszystko w trosce o nasze bezpieczeństwo. Dlatego też z ironicznym uśmiechem przeczytałam blurb Julie Bindel zawarty we wstępie do oryginału, wedle którego książka Perry miała być „świeża i ekscytująca”. To znana formuła, znane teoretyczne punkty zaczepienia, znane argumenty, które wcześniej mogłyśmy usłyszeć głównie z ust prawicowych mężczyzn.

Wolna miłość w domach z betonu

Krytyka BDSM, feministycznego kontraktualizmu opierającego wszelkie oceny na koncepcji zgody, uznania za pewnik równości płciowej w kwestiach seksualnych, wezwania do aktywnego i obecnego ojcostwa oraz ostrożność wobec hook-up culture to wątki niewątpliwie ważne dla współczesnego feminizmu. Cieszy mnie, że istnieje publikacja, która zbiera je w jednym miejscu. Mamy tu jednak do czynienia z książką kulturowo zamkniętą na rozwiązania inne niż te proponowane przez kulturę anglo-amerykańską. Jako Polki mamy na czym się wzorować – rozwiązania proponowane w socjalistycznej Polsce posiadały wiele wad, ale były prawdziwie systemowe. Co mam na myśli? Prospołeczną politykę mieszkaniową, budowanie żłobków, przedszkoli, szkół i stołówek, pełne zatrudnienie, zawodowe aktywizowanie kobiet oraz  państwowe organizacje działające na ich rzecz –  to rozwiązania, które faktycznie i realnie wpływają na dobrostan kobiet. Również seksualny.

O bardziej satysfakcjonującym życiu seksualnym kobiet w bloku socjalistycznym pisała Kristen Ghodsee w „Kobiety, socjalizm i dobry seks. Argumenty na rzecz niezależności ekonomicznej”. Zaproponowała ona perspektywę, której zdecydowanie brakuje Perry: zamiast traktować życie seksualne jako wyizolowaną i niemal całkowicie prywatną sferę, Ghodsee poddaje je analizie przez pryzmat materialnych warunków. Możliwość czerpania przyjemności z seksu pozostaje ściśle związana z możliwością przeżywania własnego życia jako niezależnego – z dostępem do pracy, mieszkania, opieki nad dziećmi i usług publicznych, a więc do tego wszystkiego, co zmniejsza ekonomiczną zależność kobiet od mężczyzn. Proste rady pokroju „słuchaj matki”, „uważaj na obcych mężczyzn” czy „wyjdź za mąż” nie są w stanie uczynić zadość naszym potrzebom.

To w socjalistycznej przeszłości powinnyśmy szukać lokalnych inspiracji, które przysłużą się życiu seksualnemu kobiet w Polsce bardziej niż quasi-protestanckie poradniki. Perry traktuje socjalizm po macoszemu (pun intended – według autorki wyższy odsetek przemocy w rodzinach z niebiologicznym rodzicem również wynika ze strategii ewolucyjnej) być może dlatego, że nie jest znaczącą częścią historii w kulturze, w której dorastała. Z kolei my, Polki, często czerpiemy inspiracje z Zachodnich publikacji i ruchów. Warto więc dokonać również krytycznej eksploracji naszych korzeni – zwracając uwagę na to, co przeszkadzało w uzyskaniu faktycznej równości, a co szło nam dużo lepiej niż obecnie.

Louise Perry
„Rozprawa przeciwko rewolucji seksualnej”, przeł. Tomasz Sikora, Kraków 2026, Ha!art

Anna Obłękowska
(1997) członkini i współzałożycielka Stowarzyszenia Bez Mizoginii, Wyzysku, Przemocy.
redakcjaKrzysztof Sztafa