Aleksandra Tarnowska „Wniebogłos", Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2023, s. 220.
Aleksandra Tarnowska „Niedźwiedź, syn niedźwiedzia", Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2026, s. 368.
To nie jest tekst o tym, że we współczesnej polskiej literaturze brakuje nastolatków – choć kiedy zaczynałam go planować, w stronę takiej, kategorycznej tezy zmierzały moje myśli. Jak to jednak z kategorycznymi tezami bywa, lubią być nieprawdziwe. Obrona stwierdzenia, że nastoletniość jest zupełnie nieobecna w literaturze czy dyskusjach o niej, jest z góry skazana na porażkę. Bo gdzie się nie obejrzę, tam wkradają się nastolatki. Katalogi jednych wydawnictw informują o kolejnych, osadzonych w latach dziewięćdziesiątych czy dwutysięcznych powieściach z obowiązkowymi blokowiskami w opisie; w innych mnożą się natomiast premiery wprost z Wattpada (przez „wprost” należy rozumieć brak lub minimalny stopień redakcji i korekty). W momencie publikacji raportu o stanie czytelnictwa w Polsce do rytualnej, klasowo zabarwionej dyskusji o tym, że „Polacy nie czytają” dołączyła nowa: o tym, że nastoletnie dziewczyny co prawda czytają, ale „nie to, co powinny”.
Mam jednak poczucie pewnej powtarzalności. W literaturze pięknej, do której dokleja się łatkę „nastoletniości”, dominują na poły nostalgiczne opowieści o dorastaniu pokolenia współczesnych trzydziesto- i czterdziestolatków, które mienią się od przedmiotów i atrybutów „z epoki”. Oddechem od tego ostatniego nurtu jest dla mnie proza Aleksandry Tarnowskiej – zarówno jej debiut „Wniebogłos” (2022), jak i niedawno wydany „Niedźwiedź, syn niedźwiedzia” (2026). Autorce, eksplorującej zupełnie różne konteksty – polskiej wsi lat siedemdziesiątych i tureckiego Izmiru z początku lat dwutysięcznych – udaje się opowiedzieć o nastoletniości uwikłanej w klasowość i inne hierarchie społeczne. Nie traci zarazem z oczu tego, co dla opowieści o dorastaniu uniwersalne – mozolnego wysiłku splątania oczekiwań otoczenia z próbą odnalezienia własnego głosu.
We „Wniebogłosie” ten temat został potraktowany bardzo dosłownie. Główny bohater, 12-letni Rysiek, chce śpiewać i to nie byle jak, ale w kapeli. Choć debiut Tarnowskiej pod wieloma względami wpisuje się w nurt ludowy w literaturze, wyróżnia go skupienie się na muzyce tradycyjnej, która jest jednym z głównych motywów książki. Muzyczna pasja bohatera jest istotną motywacją organizującą fabułę, ale wpływa również na styl – choćby poprzez włączenie do powieści fragmentów przyśpiewek i pieśni. Cechą muzyki tradycyjnej jest mieszanie różnych rejestrów emocjonalnych. Śmieszność ludowych diabłów plecie się z realnie odczuwaną grozą. W ten sposób Tarnowskiej udaje się uniknąć pułapki pornografizacji biedy i cierpienia, rozbroić tragizm groteską. Podobnie jak udało się to wcześniej na przykład Witowi Szostakowi w „Oberkach do końca świata”, choć bez charakterystycznej dla „Oberków…” formalnej bezkompromisowości. „Wniebogłos” lawiruje między śmiechem a płaczem i między – jakkolwiek tandetnie by to zabrzmiało – życiem a śmiercią; między śpiewem nad trumną a przyśpiewkami na potańcówce czy weselu. Dla uwikłanego w ten (pozorny) rozdźwięk bohatera śpiew jest z jednej strony pasją, z drugiej zaś klątwą, którą zaczyna łączyć ze śmiercią różnych osób z otoczenia, w tym matki i babci. Jest także czymś – i tu dochodzimy do punktu wspólnego dla wielu historii o dorastaniu, także tych opowiadanych na prywatny użytek – zakazanym przez rodzica, a więc tym bardziej pociągającym.
Odłóżmy na chwilę na bok scenografię i rekwizyty. Co istotniejsze dla tematu nastoletniości, we „Wniebogłosie” autorce udaje się przekonująco uchwycić relację dziecko-rodzic, syn-ojciec, w momencie, kiedy zostaje ona wystawiona na próbę. Pierwsza, związana jest ze śmiercią matki i kolejnym związkiem ojca; druga – zapewne bardziej powszechna jako doświadczenie – pojawia się, kiedy okazuje się, że aspiracje rodzica nie pokrywają się z tym, czego chce dziecko. Innymi słowy, (wyobrażona) przyszłość, zazwyczaj zawierająca w swojej wizji awans społeczny ściera się z rozchwianą i rozlewającą się w różne wątki i fascynacje teraźniejszością. W książce ta dychotomia rozpięta jest między wyjazdem do szkoły, do miasta i nieomal pozytywistyczną postacią nauczycielki, Celiny, a pozostaniem na wsi i dołączeniem do kapeli. Rysiek miota się między tymi możliwościami, raz dokonując kategorycznych rozróżnień, raz próbując je rozpaczliwie pogodzić:
– Może nawet do liceum zdasz, wyjedziesz stąd, gdzie tylko zechcesz, świata zaznasz.
Świata. Gdzie tylko zechcesz. Kilka słów i Rysiek już myślami płynął ścieżką w dół doliny, za Wisłę, za jej srebrny nurt. Daleko. W rękach trzymał wymarzony instrument, z ust dolatywały słowa piosenki (s. 70).
Dychotomia jest jednak tylko pozorna. Tarnowska we wsi Tuklęczy kreśli nieoczywiste a zarazem zakorzenione w rzeczywistości hierarchie społeczne. Nie to jest prosta opozycja miasto-awans-klasa średnia naprzeciw wieś-stagnacja-ubóstwo, choć tak wydaje się niekiedy bohaterom, szczególnie „przyszłościowo” zorientowanemu ojcu Ryśka, Mietkowi, oraz Celinie. Wieś także ma swoje podziały, które głównemu bohaterowi udaje się nawet na chwile przekroczyć – dołącza bowiem do kapeli, której liderem jest syn sołtysa. Szybko przekonuje się, jak wiele może ujść mu na sucho, kiedy jest w pozycji władzy – i to niekoniecznie w takim sensie, w jakim wyobraża to sobie jego ojciec. Okazuje się, że odpowiedź na pytanie o to, kto dominuje w hierarchii małej społeczności, wcale nie jest prosta, kiedy z jednej strony postawimy nauczycielkę z miejską edukacją, która jednak wraca na wieś, Celinę, a z drugiej – lidera lokalnej kapeli i syna sołtysa, Szczepana.
Nie to jest prosta opozycja miasto-awans-klasa średnia naprzeciw wieś-stagnacja-ubóstwo, choć tak wydaje się niekiedy bohaterom
„Niedźwiedź, syn niedźwiedzia” powtarza niektóre tropy „Wniebogłosu”, choć przestrzeń i czas akcji znacznie się od siebie różnią. Miejsce polskiej, PRL-owskiej, wsi zajmuje Turcja wczesnych lat dwutysięcznych. Bohaterem ponownie jest nastoletni chłopak, Nazım, choć od Ryśka nieco starszy, bo 14-letni. Znowu ma skomplikowaną relację z ojcem, Alim Kocabıyıkiem, który chciałby zapewnić synowi „lepsze życie”, pozbawione ciężkiej, fizycznej pracy, jaką on sam i inni męscy członkowie rodziny wykonują. Tym razem gwarantem tak rozumianego komfortu, a więc także awansu społecznego, ma być szkoła wojskowa. I wreszcie, znowu w tle rozwija się tyle wciągająca, ile „nieprzyszłościowa” pasja głównego bohatera, jaką jest rysowanie komiksów.
Ale na tym kończą się, przynajmniej najogólniej rozumiane, podobieństwa między dwoma powieściami. Choć istotne elementy samego kręgosłupa opowieści rzeczywiście są do siebie zbliżone, to układ oplecionych wokół niego tkanek i organów jest inny. Wybaczcie cielesne metafory. Są one jednak o tyle na miejscu, że „Niedźwiedź, syn niedźwiedzia” przedstawia bohatera o wiele bardziej ucieleśnionego niż ma to miejsce w przypadku „Wniebogłosu”, w którym informacje o fizyczności Ryśka ograniczają się niemal wyłącznie do jego „głosiska”, co w tamtej narracji oczywiście ma uzasadnienie. Motyw wymagających treningów do szkoły wojskowej jest oczywistym pretekstem do podążania za dorastającym ciałem Nazıma – jednak niejedynym. Wiele miejsca zajmują sceny relacji z przyjaciółmi i innymi rówieśnikami, w których hierarchie oparte między innymi na sile i zwinności odgrywają ogromną rolę. Ważną częścią dorastania Nazıma staje się też nastoletnia seksualność – masturbacja, pierwsze fascynacje i związki, a więc doświadczenia, przez które jego relacja z własnym ciałem jeszcze bardziej się komplikuje.
Z cielesnością ma także związek zajawka głównego bohatera: komiks, który rysuje. Na potrzeby książkowej narracji jego kolejne fragmenty pojawiają się w formie pisanych rozdziałów, zręcznie imitujących styl fanfików – na które, muszę przyznać, jako czytelniczka każdorazowo bardzo czekałam. Nieprzypadkowo alter ego Nazıma w tych fragmentach jest Umut, piętnastolatek o zdeformowanym ciele. Nastoletniość to bowiem także okres oswajania się ze swoim ciałem, często pełnym wstydu i poczucia obcości. A ono, jak na złość, nieustannie zmienia się, wydłuża i odkształca.
Ciała, zarówno nastoletnie jak i dojrzałe, są w „Niedźwiedziu…” osadzone w kontekstach klasowych. Młodość Nazıma ma zostać uchroniona przed wyniszczającą pracą fizyczną, która naznaczyła życie jego ojca. Zarazem właśnie młodość chłopaka staje się zasobem, który może otworzyć mu drogę do bardziej prestiżowej niż osiedlowe liceum szkoły wojskowej. Ciało bohatera jest więc przez dużą część powieści poddawane dyscyplinie i rygorystycznemu treningowi, którego kulminacją jest test sprawności fizycznej:
Gwizdek nie pozwolił mu dalej rozmyślać. Chłopak wyciągnął ręce, podskoczył lekko i złapał. Trzymał się i trzymał.
Trzymał się najmocniej jak mógł marzeń ojca, rodziców i rodzinnej nadziei.
Trzymał się myśli o domu w Narlıdere, a może i o mieszkaniu z dużym balkonem i odległym widokiem na morze.
Trzymał się rozpaczliwie Sevim w nowych butach, matki ze zmywarką i ojca przez cały dzień odpoczywającego na nowej kanapie w romby z gazetą w ręku.
Trzymał, trzymał i trzymał, bo przecież nie miał innego wyjścia.
Podciągnął się jedenaście bolesnych razy, a potem – bez czucia w rękach – padł na podłogę. (s. 158-159)
W tle narracji o Nazımie podupada natomiast ciało jego ojca. Ono zamiast usystematyzowanych, nastawionych na optymalizację siły i szybkości ćwiczeń doświadczyło trudów pracy fizycznej – tyle wysiłkowej, ile niszczącej, bo podporządkowanej zupełnie innej logice niż „zdrowy” lub „zdrowotnościowy” trening. Choroba Alego Kocabıyıka rozgrywa się w niedopowiedzeniach, pełznie jednak nieubłaganie – niejako równolegle do gentryfikacji osiedla, na którym dom wynajmuje rodzina bohatera.
Dopiero w połowie książki zorientowałam się, że to nie będzie taka powieść, jakiej się spodziewałam. I bardzo dobrze. Byłam przekonana, że Nazım nie tylko dostanie się do szkoły wojskowej, lecz także, że jako czytelnicy będziemy podążać za tym, jak zmienia się jego pozycja (i ciało). Trochę jak w „Ciele” Davida Szalaya, ale w bogatszym stylu i z zajawkowym (komiksowym) twistem. Nic bardziej mylnego. Narracja urywa się wraz z końcem lata. Przyszłość nie nadchodzi, a może nadchodzi, tylko nic czytelnikowi do tego. Można skupić się na gorącym od zmian i lata 14-letniego „tu i teraz” w całej złożoności.
Przyszłość nie nadchodzi, a może nadchodzi, tylko nic czytelnikowi do tego. Można skupić się na gorącym od zmian i lata 14-letniego »tu i teraz« w całej złożoności
Dzięki świadomemu określeniu planów czasowych powieści – kilku miesięcy we „Wniebogłosie” oraz jednego lata w „Niedźwiedziu, synu niedźwiedzia” – Tarnowskiej udaje się przyszpilić nastoletniość w różnych jej wymiarach. Nie tylko jako preludium do dorosłości, jako okres wykształcania się dorosłej jednostki, lecz także jako złożoną, wielowątkową teraźniejszość, która łączy w sobie rozmyślania o przyszłości, oczekiwania i marzenia. Niewychylanie się fabuły w dorosłość bohaterów pozwala jednak na uniknięcie prostych odpowiedzi na pytania o relację między determinizmem a sprawczością. Równie ważne jak zabieganie o przyszłą pozycję społeczną będą więc choćby relacje z przyjaciółmi i pierwszą dziewczyną („Niedźwiedź…”) czy oswajanie się z żałobą po matce i nowym związkiem ojca („Wniebogłos”).
Świat bohatera jest szczególnie rozbudowany w „Niedźwiedziu…”, czemu sprzyja również styl. Autorka nasyca swoją powieść opisami postaci i otoczenia, nie stroni też od krótkich dygresji, które poszerzają konteksty. Opisywany przez nią İzmir mieni się szczegółami i kolorytem poszczególnych dzielnic. Jednocześnie, udaje jej się osiągnąć równowagę, w której ani na chwilę czytelnik nie traci z oczu głównego bohatera i kolejnych wydarzeń. Mimo rozgałęziania się niekiedy w narracje o innych bohaterach, o rodzicach Nazıma, Ali i Zeynep, o ich przeszłości i teraźniejszości, autorka zawsze wraca jednak do głównego nurtu. Być może ze względu na zainteresowania zawodowe, zapamiętałam szczególnie, przedstawioną już w pierwszym rozdziale, historię Süleymana, kuzyna i przyjaciela głównego bohatera, któremu po dziecięcym doświadczeniu migracji do Niemiec, a następnie deportacji, został
zapach bruku po deszczu i wspomnienie wciąż nowych mężczyzn, obcych, ale jednakowo cuchnących przepoconymi ubraniami. (…) I wreszcie smród pieniędzy, dorobku życia całej rodzinnej wioski, które mężczyźni przeliczyli ostatni raz, zanim przekazali je w pulchne, ale również twarde od prac, tureckie ręce İbrahima z Izmiru (s. 17-18).
We „Wniebogłosie” natomiast więcej znajdziemy momentów, w których narracja popada w językową emfazę, udramatyzowanie. Sygnalizują to częste nagromadzenia powtórzeń czy określeń bliskoznacznych. Język Tarnowskiej zbliża się w ten sposób do innych powieści, które zaliczyć można do nurtu ludowego. Pojawiają się więc także inwersje, które mają zbliżać stylistycznie język pisany do języka mówionego – czy wręcz „gadanego”. Rozpoznając zabieg stylizacji języka na „wiejski”, miałam jednak momentami poczucie pewnej przesady, która kazała poddawać w wątpliwość wiarygodność świata przedstawionego:
Rysiek musiał jak najszybciej dotrzeć do Pokorów. Sadził więc wielkimi krokami, jakby naśladował bociana, przebiegał truchtem kilka metrów i zaraz nowa myśl powstrzymywała go, hamowała, dociskała do ziemi. Wracał do wolnego, ciężkiego chodu. (s. 44)
Jednocześnie, w innych, bardziej kulminacyjnych momentach, to właśnie „podkręcenie” emfazy do poziomu lekkiej przesady, pozwoliło autorce uchwycić ciekawy element dorastania. Mam na myśli stopniowe uświadamianie sobie, że nabywane doświadczenia, mogą mieć różną wagę – i nie wszystkie powinny budzić podobnie intensywne reakcje emocjonalne czy być „końcem świata”, a jednocześnie tego, że na wiele z nich nie ma wpływu to, czy będziemy grzeczni lub niegrzeczni. Obsesyjna myśl Ryśka, który siebie i swoje śpiewanie obarcza odpowiedzialnością za śmierć matki, zostaje w końcu skonfrontowana z rzeczywistością – i nie znajdziemy tu na szczęście nic z pop-psychologicznej nowomowy.
Emocje obydwu bohaterów wzbudza coś jeszcze. Możemy to nazywać pasją. Dla mnie bardziej poręczne wydaje się słowo „zajawka”, które kładzie akcent na intensywność zainteresowania, a zarazem na mechanizm budowania wokół niego swojej tożsamości. Dla Ryśka będzie to muzyka, a dla Nazıma – rysowanie komiksów. W przypadku tego pierwszego, zajawka spleciona jest z marzeniami o przyszłości; ściera się z ojcowskimi przekonaniami o tym, że najważniejsza jest nauka, a już szczególnie – nauka w mieście. W „Niedźwiedziu…” komiksy nie konkurują natomiast ze szkołą wojskową jako inna wizja przyszłego życia. Są jednak przestrzenią opowiadania o trudnościach – przede wszystkim w relacji z ojcem – których zwerbalizowanie w inny sposób byłoby niemożliwe.
Zajawki pozwalają Tarnowskiej mocniej osadzić bohaterów w teraźniejszości. Szczególnie w „Niedźwiedziu…”, w którym komiksów nie przedstawia się jako koniecznego elementu dalszego życia Nazıma, a jako aktualną pasję i sposób – ad hoc i improwizowany – radzenia sobie z nienazwanymi emocjami. Jednocześnie we „Wniebogłosie” skupienie na „tu i teraz” pasji Ryśka wynika z jej istoty – w końcu śpiew tradycyjny to najczęściej śpiew na żywo, dziejący się w bezpośrednim kontakcie i ucieleśnionym. To wszystko nie musi mieć przyszłości. Tej oczekują zazwyczaj dorośli, uwikłani już zresztą po uszy w marzenia o awansach. Młodzi starają się to wszystko spleść i pogodzić. A – jak dobrze pokazuje Tarnowska – nie jest to praca łatwa.
Zastanawiam się, czy – i pod jakimi warunkami – dałoby się napisać powieści o współczesnych, polskich nastolatkach, która byłaby podobnie ugruntowana w kontekstach społecznych. Czuję brak takiej książki. Bo o nastolatkach gada się bez przerwy, widzi się w nich przyszłość, a zarazem wywołuje się wokół nich paniki moralne. A jednak literackich prób wciąż jak na lekarstwo. Parę lat temu tę niszę wypełniła Anna Cieplak swoim debiutanckim „Ma być czysto” – jednak od premiery tej książki minęło 10 lat. Bardziej współczesną nastoletniość eksplorują również dwie pierwsze powieści Łukasza Barysa „Kości, które nosisz w kieszeni” (2021) oraz „Jeśli przecięto cię na pół” (2022).
O nastolatkach gada się bez przerwy, widzi się w nich przyszłość, a zarazem wywołuje się wokół nich paniki moralne. A jednak literackich prób wciąż jak na lekarstwo
Niespecjalnie pomocne okazują się też książki samym nastolatkom dedykowane, young adult, w których – a przynajmniej wśród pozycji zdobywających szczyty popularności – dominują utwory osadzone w Stanach Zjednoczonych o anglojęzycznych tytułach. Tyczy się to również twórczości polskich autorek takich jak Weronika Anna Marczak, Katarzyna Barlińska czy Aleksandra Nil. Choć można odnotować wyjątki od tej zasady, jak choćby „Nigdy nie będziesz szło samo” (2023) Anouk Herman czy nieco wcześniejsze powieści Natalii Osińskiej, na czele z debiutanckim „Fanfikiem” (2016), tendencja jest więcej niż zauważalna. Jedna z autorek, będąca zarazem szalenie popularną tiktokerką, Julia Żugaj w rozmowie o swojej powieści, „Tak miało być” (2023, współautor: Przemek Corso) z youtuberką Prostracją powiedziała, że czytanie książki „o” i „dla” młodzieży osadzonej w polskich realiach byłoby dla niej czymś „dziwnym” i wywołującym niechęć. Pozostawiając na marginesie pytanie o to, skąd taki a nie inny wybór umiejscowienia tych powieści – pytanie, na które zresztą odpowiedź jest dość oczywista i ma wiele wspólnego z mechanizmami dominacji kulturowej – „dziwność”, o której mówi autorka jest czymś, co mnie zatrzymuje. Być może tej samej obawy przed cringe’em – zdemaskowaniem naiwności – powinniśmy szukać także w literaturze pięknej. Dodałabym do tego jeszcze lęk przed popadnięciem w nadmierny dydaktyzm, a zarazem obawę przed przeistoczeniem się w mem „hello, fellow kids”. I lista barier gotowa.
To wszystko robocze tezy – a tworzenie oczekiwań względem autorów i autorek nie do końca odpowiada zasadom pola literackiego. Mimo wszystko wyglądam czegoś, a może raczej kogoś. Bohaterki, którą roboczo umieściłabym między, przykładowo, Victorią Clark z siedmiotomowej trylogii „Hell” Katarzyny Barlińskiej, a Nat z „Rybiego oka” Dominiki Słowik. Powieści o współczesnym, gęstym nastoletnim „tu i teraz” – zanim znowu minie i oblecze się w nostalgię. A tymczasem oddechu i zanurzenia w młodzieńczą teraźniejszość dostarcza mi twórczość Tarnowskiej.
Aleksandra Tarnowska „Wniebogłos", Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2023, s. 220.
Aleksandra Tarnowska „Niedźwiedź, syn niedźwiedzia", Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2026, s. 368.
kulturoznawczyni, prawniczka. Doktorantka w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej Uniwersytetu Warszawskiego i pracownica organizacji pozarządowych. Na co dzień pracuje z tematami migracji (zwłaszcza migracji dzieci) oraz internetowych dyskursów nienawiści. Stypendystka m. st. Warszawa za rok 2023.
komentarze

10 min czytania