Logotyp magazynu Mały Format

Margaret Atwood, „Opowieść podręcznej”, tłum. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2017, 368 stron.

Jedna z najsłynniejszych powieści Margaret Atwood wróciła na półki po tym, jak stała się serialem. Tak można w paru słowach wytłumaczyć przyczynę nagłego comebacku „Opowieści podręcznej”, feministycznej antyutopii z połowy lat 80. Wydaje się to jednak wytłumaczeniem niewystarczającym. Ponowne „odkrycie” książki może mieć charakter lokalny – przykładowo, kiedy pojawi się nowy lub kolejny przekład na język narodowy[1] – ale może przybrać także wymiar globalny, kiedy powieść stanie się podstawą wysokobudżetowej produkcji filmowej albo, tak jak w tym przypadku, serialowej. Pojawienie się tłumaczenia czy serialu to moment, kiedy autora lub dzieło dostrzega szersze grono czytelników. Ktoś musiał dokonać odkrycia wcześniej i uznać, że ryzyko przywrócenia tytułu na półki będzie miało rynkowe uzasadnienie. Co sprawia, że taka pewność w ogóle się pojawia? Że nagle dzieło, przemielone już przez recepcyjny młyn kultury, ocenione przez współczesnych, staje się aktualne? Powieść Atwood nie zyskała na aktualności nagle. Napisana w 1985 książka była zarówno wtedy, jak i teraz na wskroś aktualna. Wydarzenia ostatnich lat zdają się tę adekwatność potwierdzać – być może uznano, że wzmożenie postaw konserwatywnych i radykalnych jest wystarczającym powodem, by powtórzyć zawartą w dystopijnej narracji przestrogę? W „Opowieść podręcznej” ekspansywny rozwój cywilizacyjny Zachodu doprowadził do samounicestwienia – na skutek kontroli urodzeń, degradacji środowiska i manipulacji genetycznych prowadzonych w celach wojskowych kobiety stały się bezpłodne. W pokrętny sposób wina zostaje zrzucona na islamski radykalizm i postmodernistyczną wizję współczesności afirmującą różnorodność i wolność jednostki. Z dnia na dzień w USA dochodzi do zamachu stanu, zawieszenia konstytucji, wreszcie – do powołania totalitarnej, teokratycznej Republiki Gilead, której warstwy strukturalna i kulturowa stanowią zlepki różnych istniejących już tradycji (wśród których dominująca jest narracja biblijna). Nie wiadomo, czy nawrót skrajnego konserwatyzmu jest wynikiem paniki ewolucyjnej, czy raczej zwykłym mechanizmem obronnym, uaktywniającym się w czasach niepewności i zagrożenia. Można sobie wszak wyobrazić inny obrót spraw. Można by, zamiast wracać do biblijnych narracji, próbować narzędziami nowoczesnej nauki rozwiązać problem bezpłodności. Zwłaszcza że ta sama zachodnia nauka funkcjonuje nadal w Gileadzie, ale jest oczywiście w pełni podporządkowana nowej ideologii. Kobiety najpierw tracą możliwość pracy i dysponowania środkami finansowymi, a w końcu – wolność osobistą. Nowy świat, tworzony przez rewolucyjną armię, ma uchronić Amerykę przed zagładą. Ktoś się musi poświęcić i nie po raz pierwszy są to kobiety. Jest to rzeczywistość na wskroś patriarchalna i klasistowska. Wizja Atwood jest skrajna, nie ma w niej miejsca na jakąkolwiek wolność – kobiety zostają zunifikowane strojem i nowym konwenansem – obowiązują je ścisłe reguły zachowania, mają ustalone plany dni na resztę życia – nie mogą dysponować swoim ciałem, nie mają prawa czytać ani rozmawiać. To historia o niewoli i o tym, co dzieje się z człowiekiem pozbawionym wszelkich praw i wolności, któremu odbiera się tożsamość i godność. I nie bez powodu ten człowiek ma płeć.

Nowy świat, tworzony przez rewolucyjną armię, ma uchronić Amerykę przed zagładą. Ktoś się musi poświęcić i nie po raz pierwszy są to kobiety.

Życie podręcznych, czyli mieszkanek Gileadu, o których za sprawą odnalezionej opowieści Fredy wiemy najwięcej, jest upiorne z wielu powodów. Najprościej powiedzieć, że płodne kobiety są takimi zakładniczkami systemu totalitarnego, którym nie żyje się najgorzej – w sensie komfortu życiowego – bo oddały w zastaw swoją wolność i rozrodczość. Oczywiście „oddały w zastaw” jest tutaj eufemizmem: do wyboru mają jeszcze śmierć lub życie w tzw. Kolonii, które na dłuższą metę staje się ekwiwalentem śmierci. To dziwne połączenie – bycia zniewoloną, pozbawioną praw  jednostką przy równoczesnej monotonii dostatniej codzienności – zamienia ich życie w rozwlekły, uciążliwy stan nieważkości. W pewnym sensie najtragiczniejsza staje się bowiem upiorna nuda, bo życie podporządkowane obowiązkom reprodukcyjnym, życie „zwierzęce”, jest dla człowieka na dłuższą metę nie do zaakceptowania. Podręczne nie mogą czytać. Nie mogą mieć w zasadzie żadnego kontaktu ze słowem pisanym (w przypadku June paradoksalnym wyjątkiem jest poduszka z wyszytym na poszewce słowem „wiara”). Niemożność ucieczki w jakąkolwiek narrację zmusza kobiety do trwania w czasie teraźniejszym. Przyszłość i przeszłość są tylko aspektami zdań i myśli. Unieruchomione w ciele bohaterki podróżują, przypominając sobie minione życie i fantazjując o innej przyszłości. Sama opowieść, którą czytamy, jest właśnie taką podróżą, choć w tym akurat przypadku zamrożone w teraźniejszości życie w Gileadzie postrzegane jest przez June jako przeszłość. To, co czytamy, to podwójne zapośredniczenie. Znajdujący się przed naszymi oczami tekst jest zapisem znalezionego nagrania, dokonanego już po fakcie, czyli po ucieczce June z Gileadu. Ten tekst jest w zasadzie niemożliwy – musi być zmyśleniem przynajmniej w jakiejś części, bo ilość szczegółów, detalicznych opisów poszczególnych dni i przeżyć jest niemożliwa z perspektywy czasu. Ten tekst nie ani jest prawdą, ani nieprawdą. Mam wrażenie, że literacka konstrukcja Atwood ujawnia nam paradoksalność literatury w ogóle – czym jest, do kogo jest adresowana? Jest odroczonym dialogiem, jest zetknięciem, które dla obu stron relacji wydarza się gdzie indziej i kiedy indziej. Ale jest dialogiem, a nie monologiem i pisarka podkreśla to z całą mocą: „W każdym razie powtarzanie jej [historii] w kółko jest dla mnie bolesne. Raz w zupełności wystarczy: czy wtedy, ten jeden raz to nie dosyć? Ale ciągnę dalej tę smutną, tę głodną i żałosną, kulawą i okaleczoną historię, ponieważ mimo wszystko chciałabym, żebyś ją usłyszał (…). Mówiąc ci cokolwiek, przynajmniej wierzę w ciebie, wierzę, że jesteś (…). Opowiadając ci tę historię, wymuszam twoje istnienie. (…) Dlatego będę mówiła dalej. Zmuszę się” („Opowieść podręcznej”, s. 315-316). Właśnie, czy jeden raz nie wystarczy? Każde opowiedzenie – przeczytanie – jest powtórnym przeżyciem. Jednak historie są po to, żeby były słyszane – są mówieniem do kogoś. Nieopowiedzenie, przemilczenie unicestwia je. W innym fragmencie June zwierza się, że pragnie dotknąć cudzego ciała, bo bez tego sama staje się bezcielesna. Myślę, że w pewnym sensie oba cytaty są o tym samym.

Przyszłość i przeszłość są tylko aspektami zdań i myśli. Unieruchomione w ciele bohaterki podróżują, przypominając sobie minione życie i fantazjując o innej przyszłości.

Ta historia dla nikogo nie kończy się dobrze, bo ta historia się nie kończy. Opowiada wszak o tym, że jak długo postrzegać będziemy jednostki ludzkie przez pryzmat ich biologicznych dyspozycji (przede wszystkim do prokreacji i pracy fizycznej), tak długo nie mamy co marzyć o trwałych wizjach wolnego i równego świata. Niższość i możliwość przemocowej instrumentalizacji kobiet nie wynikają jednak wyłącznie z ich niezbędności dla utrzymania gatunku. Mężczyźni są przecież równie koniecznym elementem procesu reprodukcyjnego. Sytuacja podobna do tej z powieści Atwood mogłaby wydarzyć się w świecie, który ją ideologicznie umożliwia. Kobiety są w Gileadzie towarem i ich wartość – jak wartość każdego innego towaru, a tym bardziej deficytowego – wyznaczana jest rynkowo: nie zależy od inherentnej wartości użytkowej, ale od nadawanej im przez dokonujących wymiany arbitralnej ceny wymiennej. Już w latach 70. Luce Irigaray zauważyła (komentując co prawda świat rzeczywisty, w którym żyła, a nie antyutopijną wizję literacką), że dochodzi do bolesnego rozdwojenia: kobieta dzieli się na kobietę-towar i kobietę-ciało. Oczywiście znaczenie biologiczne, funkcje reprodukcyjne, są istotne z punktu widzenia wymiany. Ale znacznie ważniejsze jest to, kim jest kobieta jako symboliczny twór męskiej projekcji, gdzie pozycjonuje się w strukturalistycznej mapie przemocy, kontroli i pragnienia. W świecie Gileadu oczywiste jest, że to kobieta jest winna bezpłodności – skoro to ona jest nosicielką funkcji reprodukcyjnej, oczywiste jest, że to ona musi się poświęcić – jest tylko pustką, niewytłumaczalnym negatywem, czymś, co funkcjonuje zawsze i wyłącznie wobec centrum, którym jest mężczyzna. Kobieta służy do podtrzymywania systemu, w którym sama nie uczestniczy. Może być matką albo żoną, ciałem do użytku, sensownym tylko w jednej z tych funkcji. Można oczywiście zapytać, czy to stan rzeczy charakterystyczny wyłącznie dla Republiki Gilead i dla lat 80. Teksty Irigaray są dzisiaj z wielu względów anachroniczne (choćby biorąc pod uwagę poruszane w ramach trzeciej fali feminizmu kwestie genderowe). Z fikcją jest nieco inaczej – niedosłowność i zmyślenie pozostawiają szczeliny interpretacyjne, więc napisana ponad 30 lat temu powieść wcale nie musi wydawać się przedawniona. Dodatkowo Atwood jest przenikliwą filozofką. Feminizm jej myśli nie przejawia się tylko w warstwie fabularnej powieści, ale może przede wszystkim w zabiegu konstrukcyjnym. Podmiotowość głównej bohaterki, June (albo Fredy, czyli należącej do Freda – imiona podręcznych to zawsze dopełniacz imienia ich właściciela), zostaje zawieszona i najsilniej zakwestionowana w badawczej analizie naukowców, którzy pochylają się nad jej zapisem, nad jej myślami, nad jej życiem. Jej opowieść nie jest najlepszym źródłem historycznym – June rozwlekle opowiada o swoich stanach, uczuciach, o wyglądach rzeczy i znaczeniach słów. Cenniejsza byłaby obiektywna wiedza o rzeczywistości Gileadu, o strukturach funkcjonowania systemu totalitarnego. Ale June nie jest odważna, nie ryzykuje swego marnego losu podręcznej, żeby zdobyć istotne informacje. Pogrąża się w swojej egzystencji, starając się nadać jej sens. Ten sens nie ma najwyraźniej znaczenia dla nikogo poza nią samą. Cóż, lepsze takie źródło niż żadne.

Często mówi się, że sytuacje kryzysu, wojny czy w ogóle momenty przeciągającej się anomalii wydobywają z ludzi albo to, co w ich potencjalnie najlepsze, albo to, co najgorsze. Atwood jest wobec tego sceptyczna. Nie ułatwia oceny żadnego z bohaterów – ich proste gesty czasami ocierają się o wielkoduszność, a kiedy indziej ignorancja czy przelotna obojętność stają się okrucieństwem. W pewnym sensie tyle samo złego możemy pomyśleć o głównej bohaterce, ile o innych bohaterach. Może nie z każdym się utożsamiamy, ale wszystkich rozumiemy, momentami może nawet czujemy – nie bez cienia wstydu – że sami moglibyśmy zachować się podobnie. Tutaj nie ma świętych i nie ma grzeszników, i być może to jest w tym obrazie najbardziej demoniczne – tak bardzo przypomina przez to nasz realny świat. Równocześnie jest zupełnie inny, bo Gilead to przecież rzeczywistość totalitarna. Atwood w kilku zdaniach, jakby na marginesie głównej narracji, przemyca ten niewyobrażalnie tragiczny banał totalitaryzmu – dzieje się w normalnym świecie, na oczach normalnych ludzi, za ich niemą zgodą, mimo że przecież nigdy w życiu nie zgodziliby się na życie w systemie totalitarnym. Pisarka w żadnym momencie nie jest naiwna, nie ogranicza problemów do sztucznych opozycji, takich jak choćby upraszczający antagonizm męskiej opresji i kobiecej ofiary. Kobieta, w której domu June pełni swoją służbę – Serena Joy – jest współodpowiedzialna za utworzenie systemu, który eksploatuje, poniża i odczłowiecza kobiety. Ostatecznie sama staje się jego ofiarą, co nie bez satysfakcji zauważa główna bohaterka. Wiele kobiet i mężczyzn szczerze wierzy w ideologiczne przesłanki systemu, wiele innych wspiera go, żeby zapewnić sobie lepsze życie. Kobieca solidarność nie jest czymś nieobecnym, ale to element deficytowy, wymagający bohaterstwa i odwagi, a Atwood nieustająco przypomina nam, że na wielkie czyny stać niewielu. June nie jest spełnieniem fetyszystycznej fantazji o heroicznej protagonistce. Być może nawet sposób, w jaki żyje – po prostu, z dnia na dzień, starając się czynić swoje życie znośnym – budzi w nas sprzeciw. Nie jest „prawdziwą” bohaterką, nie jest odważna, nie buntuje się, nie zmienia niczego wokół siebie, jest pozbawiona sprawczości. Jest rozsądna, jest silna, jest wolna bez brawury – doświadcza swojej wolności w myśli, w języku. Pisarka konstruuje ją tak, że bez trudu można pomyśleć: jest mną, najprawdopodobniej jest mną w tej sytuacji.

Atwood w kilku zdaniach oddaje ten niewyobrażalnie tragiczny banał totalitaryzmu – dzieje się w normalnym świecie, na oczach normalnych ludzi, za ich niemą zgodą.

Świat budowany przez Atwood przeraża. Sposób, w jaki pisarka go tworzy – zachwyca. Jest powściągliwa. Rygor narzuca sobie sama, budując ramy dystopijnego świata. Nasza bohaterka skazana jest na niewidzialność i milczenie, zanik relacji międzyludzkich wyklucza dialog i dynamikę, coś, co mogłoby napędzać świat i dawać do niego łatwy dostęp. Jednak moc literatury daje nam wgląd w myśli June/Fredy. Mimo szczelnej powłoki reżimu bardzo dużo dowiadujemy się na temat życia codziennego w Gileadzie i to w formie najtrafniejszej, bo ujawnianej przez świadectwo ofiary. Choć ostatecznie o strukturze samego systemu wiemy bardzo niewiele, w głowie June rozgrywa się wszystko, do czego możemy mieć dostęp, reszty musimy się domyślać. A nawet więcej. W jej myślach dokonuje się coś na kształt fenomenalizacji świata – bohaterka, aby przeżyć, wywraca rzeczywistość na nice. Jest postacią, która przeżywa, bohatersko oddycha pełną piersią w świecie, w którym właściwie nie ma miejsca na życie. Formą najskuteczniejszej samoobrony stają się pamięć i wyobraźnia, specyficzna czułość i odwaga myśli. Atwood jest powściągliwa na jeszcze jeden sposób – powściągliwa jak poetka. Waży słowa, co nie dziwi, bo jej bohaterka nie ma ich zbyt wiele – nie może czytać ani pisać, w zasadzie nie może też mówić czy rozmawiać. Słowa mają więc niezwykłą siłę. June zgłębia je, bada, obraca w dłoniach tak, jakby były prawdziwymi rzeczami, być może prawdziwszymi niż przedmioty i ludzie dookoła niej, ukryci w sobie, nieprawdziwi. Widać to wyraźnie choćby w tych kilku zdaniach, które – jak sądzę – mogłyby funkcjonować jako autonomiczny fragment poetycki: „Siedzę na krześle i myślę o słowie krzesło. Może to oznaczać także sposób egzystencji. Krzesło jak krzesać. Krzesać iskrę nadziei. NADZIEJA. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Takie litanie pomagają mi wziąć się w garść” (s. 134). Związek myśli, języka i wolności jest w powieści Atwood niezwykle silny. Jest co najmniej kilka momentów znaczących, w których jedno słowo, gra językowa, pojedyncze niezrozumiałe nawet zdanie czy żart stają się bastionem normalności, przestrzenią przekory i buntu. W tym świecie to język – jako ekspresja myśli, czyli tego, co własne i wolne – jakimś cudem daje szansę wyrwania się z ram wszechobecnego, wszystkowidzącego systemu. Język nie jest niewinny i może stać się formą obrony, ale takiej, która nie zmusza do zadawania cierpienia.

[1] Przy okazji chciałabym skomentować kwestię nowego wydania książki. Jak sądzę, przydałoby się nowe tłumaczenie i moment wzmożonego zainteresowania powieścią wydaje się dobrą ku temu okazją. Pochodzący z lat 90. przekład Zofii Uhrynowskiej-Hanasz – pierwszy i jedyny – wydaje się archaiczny i momentami wręcz nieadekwatny. Jak się wydaje, wydawnictwo zdecydowało się na jak najszybsze wznowienie powieści Atwood – we współpracy z platformą dystrybuującą serial w Polsce – niestety ignorując kwestie przekładu i dbałości korektorskiej.

Margaret Atwood, „Opowieść podręcznej”, tłum. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2017, 368 stron.

Teresa Fazan
ur. 1995, studentka Kolegium MISH UW, współpracuje z portalem taniecpolska.pl, publikowała m.in. na portalach dwutygodnik.com, artpapier.com, w „Didaskaliach”, „Teatrze”, „Kontakcie”, „Res Publice Nowej”.